Nasze projekty
Anna Hazuka

Pandomamy

Wśród spadających zewsząd obowiązków, wśród pracy na kilku etatach naraz, pośród niejednej domowej awantury narodziły się pandomamy! Mamy, które musiały stawić czoła pandemii. Moje ukochane, ciche bohaterki tych ostatnich dwóch miesięcy.

Reklama

Wszyscy mamy wciąż przed oczami Papieża Franciszka kroczącego samotnie w deszczu przez Plac św. Piotra, lekarzy w przyłbicach zmęczonych do granic możliwości czy zakonnice w skafandrach przy chorych z domów pomocy. Obrazy pandemii. Ale nie tylko one definiują ten czas. Wróciłam właśnie z odwiedzin u mojej młodszej siostry. Miała kończyć medycynę, a jej malutka córeczka miała spędzać czas nauki swojej mamy z babcią. Nie musi – jest z mamą. Wczoraj wieczorem miałam też niespodziewaną wymianę smsów. Napisała do mnie koleżanka ze studiów. Kiedy ja rodziłam kolejne dzieciaki, ona pięła się po szczeblach kariery. Przez lata nie umiałyśmy ze sobą rozmawiać – było między nami zbyt mało punktów stycznych. Teraz jest mamą rocznego synka. Miał iść w marcu do żłobka, a ona miała wrócić na swoje 10. piętro. Nie wróciła, a synek został w domu. Naszą smsową wymianę myśli zakończyła zaskakująco: „Wiesz, ja nie wiedziałam ile bym straciła…”

Myślę, że te przypadki nie są jedyne. Za zamkniętymi drzwiami, wśród lęku i niepokoju o przyszłość, wśród pytań o sens, o znaczenie, o największą wartość w życiu, wydarzył się niejeden cud. Był taki moment na początku pandemii, kiedy nasz świat dosłownie stanął w miejscu i zrobiło się nagle cicho. Zostaliśmy sami. Z tym, co zdołaliśmy w życiu uzbierać, bądź z pustką, na którą też przecież jakoś się pracuje. Niektórzy mieli więcej czasu na zastanowienie, inni nie mieli wyboru – trzeba było szybko odnaleźć się w sytuacji zamkniętego świata. A potem wśród spadających zewsząd obowiązków, wśród pracy na kilku etatach naraz, pośród niejednej domowej awantury narodziły się Pandomamy! Mamy, które musiały stawić czoła pandemii. Moje ukochane, ciche bohaterki tych ostatnich dwóch miesięcy.

Z dnia na dzień stałyśmy się przedszkolankami, polonistkami, rehabilitantkami. Wśród permanentnego „nieogaru”, w nadmiarze dotyku, z jednym maluchem uwieszonym nogi, drugim przy piersi musiałyśmy zrozumieć działanie Zooma, Classdojo i Librusa. A potem gotując obiad szukałyśmy śladów heroizacji Emilii Plater u Mickiewicza na zmianę z odpytywaniem z tabliczki mnożenia i z prowadzeniem łapki przy pierwszej samodzielniej próbie napisania literki m („M jak mama! Jak mama! – wykrzykiwała przy tym nasza zerówkowiczka”). A wieczorami, kiedy włożyłyśmy dzieciaki do łóżek, siadałyśmy do swojej pracy, albo usiłowałyśmy przekonać zmywarkę, że sterta talerzy w zlewie na pewno się jeszcze do niej zmieści.

Reklama
Reklama

Dzisiaj, kiedy minął już pierwszy szok, kiedy dzieciaki logują się na Classdojo same, a zestaw mrożonek w lodówce skutecznie podpowiada menu na kolejny dzień, niejedna z nas uśmiecha się szeroko i przybija wieczorami piątkę swojemu odbiciu w lustrze. Jaki jest sekret Pandomamy? Jest ich kilka.

Reklama
Reklama

1. Pandomama jest w centrum zdarzeń

„Uwaga wszyscy! Mama wchodzi na pokład!” – tak wykrzykuję do mojej dzieciarni, kiedy chór srebrnych głosików niebezpiecznie przeradza się w pianie kogutów połączone z okrzykami pawianów. Mama na pokładzie, mama obecna przy kłótniach, mama obecna przy lekcjach. Tam, gdzie kogoś coś trapi i gdzie kogoś coś boli. Mama przy garnkach, na kanapie podczas nagminnych teraz wieczorów filmowych i na spacerze podtrzymująca rolkowych nowicjuszy. Pierwszą supermocą Pandomamy jest obecność.

2. Pandomama patrzy

Można patrzeć na swoje dzieci przez wiele lat i ani razu ich nie zobaczyć. Zauważyłam, że zawsze, kiedy przyklejam się do telefonu na zbyt długo, przestaję widzieć moje dzieci. Łapię się wtedy na tym, że omiatam je powierzchownym spojrzeniem i nie wchodzę w ich rzeczywistość. A kiedy ktoś pokazuje mi swój domek z Lego, to chce mi opowiedzieć o wyrzutni dla chomików i o windzie dla piesków. Bo ten ktoś robił tę wyrzutnię pół dnia i moje wnikliwe przyjrzenie się ustrojstwu będzie największą nagrodą za wysiłek i motywacją do kolejnych innowacyjnych projektów.

Reklama

3. Pandomama słucha

Słucha uważnie i głęboko. Nie zatrzymuje się na powierzchownym sporze, ale cały czas zastawia się nad tym, co się kryje pod czyimś krzykiem, płaczem, złością. Jakie uczucia, jakie potrzeby. Nie trzeba być profesjonalistą, żeby wejść w świat uczuć i potrzeb naszych dzieci i odkryć, że w tym aspekcie są jak cebula! Warstwa pod warstwą. Trzeba cierpliwie przedzierać się przez ten emocjonalny gąszcz i słuchać bez gotowych odpowiedzi, bez nastawienia, że wszystko już o nich wiemy. Pandomama słucha zdziwiona, zaciekawiona. Raz po raz spotykam kogoś, kto wiedząc, że mamy czwórkę dziewczyn załamuje nad nami ręce. Że pewnie mamy w domu hektolitry emocji na metrze kwadratowym, że pewnie pękają nam głowy od krzyków i fochów. Nic takiego się nie dzieje. Czasem mam wrażenie, że moją rolą – jako mamy – jest być jak Indiana Jones w dzikiej rzece uczuć moich córek. Ja muszę przedrzeć się przez nią pierwsza, a one pójdą tam, gdzie im pokażę bezpieczny brzeg.

4. Pandomama szuka wsparcia

Macierzyństwo jest trudne. Często niewyobrażalnie. Czasem wydaje się nam, że nie „pociągniemy” już ani minuty dłużej. Chciałybyśmy wtedy znaleźć małą mysią dziurę, wejść do niej i już nigdy nie wychodzić. Czasem ze zmęczenia nie mamy siły nawet płakać. Dlatego dobrze, kiedy Pandomama ma kogoś, do kogo może zadzwonić choćby o 1 w nocy i spokojnie płakać w słuchawkę. Najlepiej gdyby to była inna Pandomama, która zamiast wymówki, złotej rady albo pouczenia, wysłucha nas w ciszy.

5. Pandomama potrzebuje Pandotaty

Na koniec zostawiam dwie najważniejsze supermoce Pandomamy. Pierwszą jest relacja z mężem. Czasem wydaje się nam, że mamy już tyle na głowie, że rozwiązanie jakiejś drobnej małżeńskiej sprzeczki można sobie zwyczajnie darować. Albo, że nic się nie stanie, kiedy padniemy ze zmęczenia w pokoju dzieci i nie pofatygujemy się do wspólnej sypialni, i to nie przez jedną noc, ale przez całe tygodnie. A tymczasem Pandomama ma dwa źródła siły: miłość męża i miłość Boga. Te dwie relacje są najbardziej kluczowe dla każdej z nas. Jeśli codziennie spalamy się na froncie domowych prac i obowiązków, nie zważając na męża i nie harmonizując naszych światów – to prędzej niż później cała rodzina zacznie kuleć. Najpierw delikatnie, a z czasem bardzo poważnie. Czasem warto odpuścić kolejną atrakcję dla dzieciaków tylko po to, żeby mieć siły wieczorem usiąść na kanapie przy mężu i spokojnie opowiedzieć mu o naszym dniu, a potem słuchać o jego świecie. Nie ma też większej wartości nad rozwiązywanie nawet najdrobniejszej sprzeczki. Pandomama nie gra solo. Pandomama może dokonać niemożliwego tylko wtedy, gdy co dnia czuje na sobie spojrzenie pełne zachwytu, gdy czyjeś ręce dotykają ją w czułym uścisku i gdy wreszcie ona sama jest całkowitym darem dla ukochanego.

6. Pandomama ma wielki sekret

„Jak ty to robisz?” „Jak ty ogarniasz nieogarnialne?” Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Ale lata bycia z dziećmi w domu nauczyły mnie jednego. Nie zaczynam dnia bez szturmu do nieba. W mojej porannej modlitwie zdecydowanie bliżej mi do nastroju wojownika wyruszającego na wojnę niż do eterycznej świtezianki zachwycającej się wschodem słońca. „Bez Ciebie nie zrobię kroku”, „Bez Ciebie zginę z kretesem” – tak mniej więcej brzmią słowa mojej matczynej Jutrzni. Bardzo długo zachowywałam się jak prymuska, która cały dzień wspaniale ogarniała swój świat, a wieczorem przychodziła pokazać Tatusiowi dzienniczek i poprosić o stempelek uznania. Potrzebowałam gromady Stworów i obowiązków przerastających moje siły, żeby wreszcie dokonał się we mnie przewrót kopernikański. Przestałam całkowicie sobie ufać. Przestałam wierzyć w siebie, w moje siły, w moje kompetencje. Wszystko, co mam, wszystko, kim jestem, zawdzięczam łasce. Nie zawsze jest tak, że dzień układa się jak bajka, a ja jako anioł pokoju rozsiewam po kątach woń świętości. Mi też czasem siadają nerwy, też czasem płaczę i nie mogę patrzeć na mojego męża. Ale ta poranna „modlitwa żebraka” daje mi nadzieję, że to jeszcze nie koniec, że jutro znowu wzejdzie słońce i mój kolejny zwykły dzień będzie znowu fascynującą podróżą ku dzieciom, ku mężowi i ku mojemu Bogu.

Kochane Pandomamy! Miałam w planach napisać książkę. Chciałam, żeby była wydana w maju. Mam napisanych kilka rozdziałów, miałam konkretny plan na kolejne. Wiedziałam, kiedy i jak będę pisać, ale przyszedł wirus i wywrócił wszystko. Nie mam szans na razie na jej skończenie. Tak jak wiele z Was – tkwię między lekcjami, garnkami, spacerami i dobranockami. Ale wiem jedno; kiedy mąż opowiadał mi w lutym o jakimś wirusie, który sieje spustoszenie na świecie i który prawdopodobnie dotknie też nas, wzruszyłam ramionami, i powiedziałam spokojnie, żeby przyszło, co ma przyjść. Wieczorem na modlitwie przypomniałam sobie tamtą spontaniczną reakcję i zdałam sobie sprawę, jakie to szczęście postawić w życiu na taką codzienną zwykłą miłość. Bo ona wystarczy.

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite