Macierzyństwo: głupota czy strategia

„Czy wszystkie pani dzieci były planowane?” – takie pytanie usłyszałam w osiedlowej piaskownicy od pewnej kobiety, która wyraźnie była zdziwiona tym, że przyszłam na plac zabaw z czwórką dzieci.

Małgorzata
Terlikowska
zobacz artykuly tego autora >

Własnych dzieci – dodajmy – urodzonych z jednej matki i jednego ojca. I choć początkowo oburzyłam się na wyjątkowy tupet kobiety, z czasem dotarło do mnie, że takie myślenie jest dość powszechne. Bo po co w świecie, w którym wszystko ma być łatwe i przyjemne, fundować sobie na własną odpowiedzialność (tzn. zdaniem świata nieodpowiedzialność) tak liczną rodzinę? To wręcz głupota.

Ciekawe są w tym kontekście badania, które przytacza Fundacja Mamy i Taty. Na pytanie, dlaczego nie ma pan/pani więcej dzieci, pada odpowiedź: „Bo mam już jedno”. No, góra dwoje. I przekaz ten tak mocno został zakodowany w naszych głowach, że rodzice, którzy decydują się na większą liczbę dzieci, uważani są za szaleńców.

A że warto podjąć ten wysiłek, warto szaleć, przekonuję się każdego dnia, kiedy budzę się w łóżku pełnym naszych dzieci (przychodzą, zazwyczaj jak zmarzną, bo po co się przykrywać swoją kołdrą, kiedy u mamy cieplej).

Macierzyństwo: głupota czy strategia

Okazuje się, że materac 160 x 200 spokojnie pomieści sześć osób. Od rana też zaczyna się kłótnia, bo każdy chce leżeć koło mamy, a mama, niestety, mimo kilku nadliczbowych kilogramów, ma tylko dwa boki. Dzieci jednak sprytne są i wchodzą mi, dosłownie, na głowę… Ale wtedy można!

Na przekór temu światu warto dawać świadectwo tego, że liczna rodzina to wartość, którą należy pielęgnować, o którą należy się troszczyć. Dzieci się ze sobą kłócą, spierają, ale jednocześnie w dużej rodzinie uczą się odpowiedzialności za rodzeństwo, uczą się empatii.

Serce rośnie, kiedy w sytuacji choroby któregoś dziecka inne się o niego troszczą, martwią, opiekują. Serce rośnie, kiedy się wzajemnie przytulają i obejmują, kiedy za sobą tęsknią i czekają na siebie.

Liczna rodzina dodaje skrzydeł i pozwala realizować się jako: menager i logistyk – bo wszystko ma być zrobione na czas; dyrektor finansowy – bo rachunki same się nie opłacą, a zakupy nie wskoczą do lodówki; negocjator – ciągłe spory i konflikty trzeba nauczyć się rozwiązywać bez strat w ludziach; psycholog – bo ciągle ktoś ma egzystencjalne problemy; lekarz pierwszego kontaktu i pielęgniarka w jednym – bo towarzystwo ciągle na coś choruje; nauczyciel i korepetytor…

Macierzyństwo: głupota czy strategia

Pewnie takich profesji można by jeszcze wymienić kilka. Jednocześnie takie podejście do macierzyństwa burzy mit, jakoby posiadanie dzieci uwsteczniało i ograniczało mnie jako matkę. Bo cały czas muszę się w tych umiejętności szkolić, bo wraz z wiekiem dzieci, problemów raczej przybywa, a nie ubywa.

Macierzyństwo uczy pokory, jest nieustannym dawaniem siebie i przekraczaniem własnego egoizmu. Bo oto nagle ktoś inny – mały, bezbronny – staje się centrum świata, któremu nagle trzeba podporządkować swoje plany i zamierzenia.

I co z tego, że nie zaliczę kolejnej szalonej imprezy, albo nie obejrzę najnowszego hitu w kinie. Nieważne. Prawdziwe życie jest tu, w domu.

I choć marzę o ciszy, o tym, żeby porządek w domu był dłużej niż 5 minut, żeby nie było ciągłych chorób, żeby dzieci solidarnie się bawiły, a nie płakały, to warto podjąć taki wysiłek. Bo dobro, które teraz damy naszym dzieciom, do nas wróci.

Małgorzata Terlikowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Małgorzata
Terlikowska
zobacz artykuly tego autora >

Odczepcie się od “kur domowych”

Czy życie Teresy z Lisieux było mniej interesujące i bogate od życia Doroty Rabczewskiej (Dody)?

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Zadaję to tendencyjne pytanie w związku z dyskusją (a właściwie burzą), która niedawno się przetoczyła przez media po wywiadzie pracującej w domu matki czwórki dzieci oraz całej serii porad, ekspertyz i opinii, jakie się po nim posypały. Pomijam fakt, że panią Terlikowską, bo o nią chodzi, potraktowano jak jakiegoś dziwoląga, co stwarzało wrażenie, że Polacy są już tak oderwani od tradycyjnego modelu rodziny, że trzeba wołać ekspertów, aby im wytłumaczyć podobne dziwactwo.

Tu problem jest inny – reakcje na ten wywiad były kolejną odsłoną socjotechniki współczesnej opresyjnej kultury. Tak, opresyjnej, bo myli się ten, kto sądzi, że współczesna cywilizacja euroatlantycka nie stosuje nacisków i presji, że ucisk odszedł do historii wraz z dyktaturą białego mężczyzny. Ależ opresja jest obecna w naszej kulturze, co więcej, ma się dobrze, wyhodowała sobie długą listę tematów tabu.

Na sztandary zostały wyniesione konkretne wzorce zachowań kobiet i mężczyzn, lansuje się mody, uczy jak być trendy i jak “czaić bazę”.

Odczepcie się od 

Wszystko jest jak było, zmieniły się tylko autorytety, trenerzy i wychowawcy, jest też target, któremu, niczym w średniowieczu, mówi się jak ma żyć i co ma robić.

Można długo o tym pisać, ale poprzestanę na jednej sprawie, bo mało co tak mnie irytuje jak sytuacja, gdy opresję organizują kobiety kobietom. Od dziesięcioleci, praktycznie od zakończenia wojny, wykpiwa się, deprecjonuje i piętnuje kobiety, pracujące w domu i wychowujące dzieci. Piętno „kury domowej” to rodzaj szufladkującego nacisku, który wszystkim wmawia, że taki wybór życia, rezygnację z pracy zawodowej i „samorealizacji” można porównać do kupna biletu na PKS do Koluszek wraz z gwarancją, że nigdy już stamtąd się nie wyjedzie.

Na dodatek tym etykietowaniem nie zajmują się aparatczycy z PRL, fabrykanci i kapitaliści, żądni dodatkowych rąk do pracy, a kobiety, które w kółko mówią o kobiecej solidarności i twierdzą, że występują w imieniu i obronie swoich zniewolonych przez kulturę patriarchalną sióstr. A w rzeczywistości demonstrują pogardę tak jak niezliczone pokolenia białych mężczyzn począwszy od Arystotelesa.

Życie pod pręgierzem, stereotyp istoty z kurzym móżdżkiem, wbijanie w kompleksy, poczucie winy i straty, straty ponad wszystko, bo gdzie Koluszki, a gdzie Paryż i Londyn, no czy może w ogóle być jakieś porównanie?

Takie wartości są lansowane i warto zwrócić uwagę, że „główny nurt” jest dziś znacznie potężniejszy niż w czasach pani Dulskiej, bo strona, zarządzająca klimatami kulturowymi, czyli hierarchią wartości, ma w rękach media, kulturę masową, reklamę, organizacje społeczne. Dla takich wychowawców i narratorów nie liczy się fakt, że pracujące w domach żony i matki wypracowują bardzo pokaźną część PKB, że ich dzieci mniej chorują odciążając służbę zdrowia, są lepiej rozwinięte i lepiej radzą sobie w szkole, ułatwiając życie wychowawcom i pedagogom, a ich emocjonalny rozwój pozytywnie je wyróżnia spośród rówieśników.

Takie dzieci w dojrzałym życiu osiągają więcej w swych zawodach i życiu rodzinnym, lepiej pokonują stres i trudności, rzadziej się uzależniają. Są to dane, które nie wyskakują na żółtych paskach kanałów informacyjnych, choć ujmują je rozmaite statystyki i badania pogłębione, ale rzadko interpretują je psycholodzy, socjologowie czy antropolodzy, których dziennikarze raczej zapytają o ekscentryczne wybory pani Terlikowskiej niż o wpływ dobrego kontaktu z matką i ojcem na szczęśliwie przeżyte życie ich potomstwa.

Czujne oko buchaltera dostrzeże w powyższym akapicie jeden kardynalny szkopuł – cały czas mowa jest o gospodarce, rodzinie, dzieciach, a gdzie się zapodziało „ja”?

Odczepcie się od 

Widać przecież, że zostanie w domu łączy się z poświęceniem, rezygnacją z planów, a gdzie samorealizacja i satysfakcja, rozwój osobowości i to wszystko, co się nosi, co zobowiązuje?

Spróbuję więc spojrzeć na kobietę „siedzącą” w domu okiem buchaltera i liczykrupy i zastanowić się nad zyskiem, sprawdzić, czy aby na pewno saldo jest ujemne, czy taki wybór życiowy to same straty i ogłupienie, czy może też wiąże się z osobistymi korzyściami?

Porozmawiajmy więc o zyskach, czyli o formacji, dojrzewaniu i kontemplacji, które mogą okazać się szansą o wiele bardziej dla kobiety domowej niż dla tej, która kupiła bilet do Londynu.

Ta kobieta cierpliwie czeka, czuwa, wsłuchuje się w dzieci, w każdej chwili, codziennie wychodzi z siebie, dzięki czemu wyostrza się jej słuch i wrażliwość.

Własne „ja” zanika z centrum, zastępuje je „ty”, którego dobro staje się najważniejszym celem.

Zarwane noce z powodu płaczu dziecka, jego chorób, to idealna okazja do mobilizacji i ćwiczenia wewnętrznej dyscypliny i pokonywania słabości.

Jednostajność prac domowych i ich powtarzalność to wymagające ćwiczenie ascetyczne, a szybkie znikanie efektów wielogodzinnej harówy uczy pokory i nie przywiązywania zbyt wielkiej wagi do własnej osoby.

Ale oprócz tych zysków jest zysk najważniejszy – w ciszy czterech ścian, w jednostajnej harówie, można zacząć dostrzegać to, co niewidoczne.

Tę niewidoczność najgłębiej oddał mistrz Vermeer, który na swoich niewielkich obrazach pokazał życie wewnętrzne kobiet w czterech ścianach swoich domów, często przy otwartych oknach, jakby na pograniczu światów, gdy nalewają mleko, dziergają koronki. Jest w nich łagodność i spokój, poczucie sensu i spełnienia, poczucie, że tak ma być i że takie bycie ma sens. Ale jest też w nich przeczucie obietnicy, że za ich istnieniem jest inne istnienie i że ich pokój i ufność nie zostaną zawiedzione. Jest w nich mądrość akceptacji kształtu świata, która rodzi się zawsze w ciszy i do której dostęp otrzymują tylko istoty cierpliwe i nasłuchujące uważnie ukryte komunikaty i znaki.

I jeżeli teraz komuś ten opis skojarzył się z ćwiczeniami w zakonnych nowicjatach, można stwierdzić, że kojarzy się słusznie, bo nic lepszego mistrzowie tych nowicjatów nie wymyślili. Gdyż wszystkie szkoły duchowości uczą swych gorliwych ochotników, że aby otrzymać kody dostępu do Tego, Który niewidzialny, musi zacząć obumierać własne „ja”, zaś obumiera dzięki zaparciu się siebie, ascezie, cierpliwemu wyczekiwaniu na łagodny powiew w ciszy i pustce.

Odczepcie się od 

Wielka święta Teresa z Avili wpadała w zachwyt przy smażeniu ryby (co ciekawe, żaden kronikarz nie wspomina, że kiedyś przypaliła gary), a jej mała imienniczka z Lisieux wyznała, że najgłębsze intuicje o Bogu spadały na nią znienacka nie podczas modlitw w chórze, a gdy zamiatała i szorowała klasztorne krużganki, gdy szyła i haftowała.

Ktoś powie: no dobrze, a co z niewierzącymi? Dla niewierzących też jest dobra wiadomość – ich zyskiem jest dojrzała osobowość i zanik egocentryzmu.

Tak więc kobiety pozostające w domu mają szansę wykształcić charakter i zbliżyć się do Boga i to jest ich zysk. Rzecz jasna, wszystko zależy od hierarchii wartości, od wiary i niewiary, ale te siedzące w czterech ścianach bardzo często mają w sobie coś jeszcze – wychodzą na zewnątrz by zaangażować się w sprawy swoich wspólnot lokalnych i sąsiedzkich, pomagają w akcjach charytatywnych, w swoich parafiach i świeckich wolontariatach. Robią to znacznie częściej niż ich pracujące po kilkanaście godzin siostry, które nie mają czasu na nic poza firmą.

Wracając do pytania, które zostało postawione na początku – Teresa czy Doda?

Są różne wybory, wiele z nich wymusza presja ekonomiczna lub wynika z chęci realizacji talentów. To, co napisałam nie jest wynoszeniem kobiet wybierających dom nad te, które pracują.

Zależy mi na jednym – żeby nie było piętnowania i powielania stereotypów. Dlatego apeluję do tych, które stosują opresję wobec „dysydentek”: odczepcie się od kobiet, które są inne. Zaakceptujcie inność, bo wciąż powtarzacie, że to wielka wartość. Nie recenzujcie świata, który do was nie przemawia.

Teresa na małym skrawku normandzkiego klasztoru zrobiła ze swego życia arcydzieło. I jest dziś celebrytką wśród świętych.

Co do Dody – jest młoda, wciąż walczy, a ja życzę jej wszystkiego dobrego.

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >