Marzenie o szkole

Szkoła imienia Jana Pawła II na Haiti jest źródłem niekończących się marzeń.

Zofia Pinchinat-Witucka
Zofia
Pinchinat-Witucka
zobacz artykuly tego autora >

Kiedy w kwietniu 2010 roku ruszyliśmy na Haiti w poszukiwaniu partnerów do budowy szkoły zatrzymaliśmy się we wzorcowej placówce prowadzonej przez amerykańskich wolontariuszy na przedmieściach stolicy. Budynek nie ucierpiał zanadto w czasie trzęsienia. Zawalił się tylko mur od frontu udostępniając do widoku publicznego życie codzienne szkoły: plac zabaw, ścieżki prowadzące do klas, jadalnię, kilka drzew, fontannę z wodą. Zaraz po dzwonku na siatce prowizorycznego ogrodzenia w pełnym słońcu zawisały grona ulicznych dzieciaków, które błyszczącym oczami śledziły każdy ruch na terenie szkoły. Nic nie umykało ich uwadze.

Schludne mundurki, smakowite zapachy z kuchni, wymiecione przez dzieci przejścia łączące klasy, nauczyciele poważnie maszerujący na zajęcia. W zasadzie można było wysłuchać lekcji, jako że pomieszczenia były otwarte i zewsząd dochodził głos wychowawców oraz ożywione rozmowy dzieci. Na terenie szkoły był jedyny w okolicy plac zabaw i boisko – miejsce, gdzie wszyscy spotykali się na zasłużony odpoczynek po skończonych zajęciach. Był to moment gdy dyscyplina i obowiązkowość na chwilę ustępowały beztrosce i dziecinnym zabawom. Chłopcy, jak wszędzie na świecie, biegali za piłką, dziewczyny zbite w grupki paplały lub podśmiewywały się z tylko sobie znanych sekretów.

Te dzieci wyróżniała jednak jakaś wewnętrzna determinacja i świadomość bycia wybranymi. Nie mogła umknąć uwadze ich stłumiona dziecięca niefrasobliwość, jakby z trudem ukrywany lęk przed utraceniem wyjątkowej szansy.

Marzenie o szkole

Odczuwało się przymus i ciężar złożonej na nich odpowiedzialności, aby podołać wyzwaniu, aby dać radę zmienić swoje życie, życie swoich rodzin, a może nawet całego kraju – jakby nosiły na sobie marzenie swoich bliskich, właśnie o szkole i jej wręcz magicznej sile sprawczej. Te dumne i twarde dzieci wydawały się zupełnie nie widzieć swoich rówieśników, gromadzących się od rana w ciszy i skupieniu po drugiej stronie ogrodzenia…

Przyglądałam się podglądaczom z ulicy. Ponieważ dzieci w wieku szkolnym nie mają nic innego do robienia jak chodzenie do szkoły (chyba, że rodzice wyślą je po wodę lub nakażą jakąś inna fizyczną pracę), dlatego uliczne dzieciaki spędzały cały boży dzień zawieszone na siatce, uczestnicząc w życiu szkolnym na odległość. Zastanawiałam się, jakie myśli i uczucia tlą się w ich sercach: zazdrość, żal, poczucie krzywdy, poczucie winy, bezradność, nuda, zaciekawienia, akceptacja własnego losu, że tak musi być?

fot. www.polska-haiti.org

Uliczne dzieci przyglądały się scenom ze szkoły, tak jak się ogląda kolejne odcinki telenoweli. To taka daleka i nierealna rzeczywistość, którą się obserwuje, tak tylko, żeby pomarzyć.

Zrozumiałam wtedy dobitnie, że szkoła to coś więcej niż tylko nauka czytania i pisania. Szkoła to pełnia dzieciństwa. Szkoła to sposób życia, to etap w życiu. Tak jest dzisiaj na Haiti.

Jednak 12 stycznia 2010 roku wiele szkół stało się na Haiti śmiertelną pułapką dla tysięcy dzieci. Budynki, które nie oparły się wstrząsom sejsmicznym, przygniotły uczniów i nauczycieli. Wielu zrozpaczonych ojców i matek nigdy nie odnalazło swoich pociech.

Przez długie miesiące po tym pamiętnym i dramatycznym trzęsieniu, liczni rodzice nie byli w stanie zdecydować się na powrót do normalności i nie znajdowali wystarczająco odwagi, żeby zaprowadzić swoje dzieci na naukę do często naprędce skleconych budynków szkolnych.

Nie da się żyć bez szkoły.

Jako półkrwi Haitanka, biorę udział i wspieram budowę Szkoły imienia Jana Pawła II w Jacmel na południe od Port au Prince, której budowa rozpoczęła się we wrześniu 2013 roku. Ma ona być przyczynkiem powrotu do normalności. Więcej nawet. Szkoła ta ma być projekcją marzenia o szkole w trudnej rzeczywistości haitańskiej.

Projekt ten jest wynikiem inspiracji i empatii oraz przekonania, że czas, który się spędza w szkolnych ławach jest czasem wyjątkowym oraz podstawowym do zbudowania dorosłego życia.

Ta nasza szkoła ma być szansą na wychowanie świadomych obywateli, którzy nie czekając na pomoc innych, już jako dorośli sami zastanowią się nad najlepszą przyszłością dla swojego kraju.

Szkoła jest też darem od tysięcy Polaków, którzy odpowiedzieli na apel o pomoc dla dotkniętych tragedią ludzi na Haiti i wsparli akcję zbiórki pieniędzy prowadzone wspólnie przez Caritas i Fundację Polska-Haiti. Dzięki wielu bezinteresownym osobom oraz licznym inicjatywom organizowanym od czterech lat, możliwe jest dziś finansowanie tego przedsięwzięcia.

 

W inicjatywę zaangażowali się młodzi polscy architekci z grupy Balon, bo taką nazwę przyjęli na czas projektowania budynku, laureaci konkursu ogłoszonego przez Izbę Architektów RP i Polską Izbę Inżynierów Budownictwa.

Zaprojektowali oni szkołę karmiącą się marzeniami z dzieciństwa i pogodną wizją tropików.

fot. www.polska-haiti.org

Projekt jest pochwałą otwartości i przenikania się przestrzeni. Plan szkoły wydziela obszary do cichej pracy i koncentracji oraz przestrzenie do zabawy i beztroski, nie tworząc jednak standardowych podziałów lecz plasując te przestrzenie w sąsiedztwie.

Szkoła jest modularna. Taka koncepcja ma zagwarantować różnorodne scenariusze pracy oraz umożliwić rożne opcje dla realizacji kolejnych etapów budowy. Sposobność pozostawiania otwartych wysokich wejść do pomieszczeń pozwala na tworzenie dużych przestrzeni, gdzie może zmieści się wiele osób na potrzeby spektaklu czy wykładu. Dzieci z poszczególnych klas będą miały okazję podejmować prace grupowe wymagające dużo miejsca lub mogą dowolnie projektować funkcje pomieszczeń. Koncepcja architektoniczna ma ofiarować nowe podejście do eksploatacji budynku inspirując nowe formy pracy i współpracy. Ma umożliwić niekonwencjonalne przepływy energii i wymiany tej energii między uczniami i nauczycielami.

Maciej Siuda, koordynator projektu architektonicznego myśli o przeprowadzeniu szkolenia na potrzeby przyszłych użytkowników budynku, tak by mogli skorzystać z wszystkich utajonych możliwości drzemiących w projekcie i by przełożyli je na bogate i nowatorskie życie szkoły.

Szkoła jest ekologiczna, co oznacza, że żyje w zgodzie z otaczającą ją przyrodą, ale jednocześnie angażuje minimum środków do zapewnienia jej funkcjonowania. Woda używana w szkole będzie gromadzona z deszczu w specjalnie do tego przewidzianych cysternach. Siła grawitacji będzie wykorzystana do rozprowadzenia jej po budynku, a ciepło słońca posłuży do ogrzania wody spływającej do kranów. Specjalne otwory w ścianach posłużą do zapewnienia wentylacji tworząc naturalne przeciągi gwarantujące miły chłód, nieodzowny w tropikach. Deszczówka będzie wykorzystana do podlewania przestrzeni zielonych, które jednocześnie będą dla uczniów pierwszą okazją do zapoznania się z ogrodnictwem.

Marzenie o szkole

Oprócz pomieszczeń ogólnodostępnych zaplanowany jest oczywiście pokój nauczycielski, biblioteka, jadalnia wraz z kuchnią i kaplica. Jest też dom stróża oraz mieszkanie przeznaczone dla wolontariuszy. Wolontariat – fundamentalna energia, która sprawiła, że projekt jest realizowany i osiągnął tak zaawansowany etap budowy, ma nadal być jednym z motorów napędzających życie szkoły. Planowane jest rokroczne rekrutowanie wolontariuszy, którzy chcieliby poświęcić kilka miesięcy na realizację projektów wzbogacających ofertę dydaktyczną i wychowawczą szkoły. Już dziś poszukiwani są trenerzy, którzy zechcą przeprowadzić warsztaty z nauczycielami mające udzielić odpowiedzi na pytania o cele dydaktyczne, pedagogiczne, moralne i inne, jakie postawi sobie nowa szkoła, co naprawdę będzie odróżniało tę placówkę od wszystkich innych i sprawi, że marzenie stanie się bliskie rzeczywistości?

Najważniejsze będzie stworzenie klimatu, w którym pytania i odpowiedzi zostaną zadane przez samych nauczycieli pod troskliwym okiem przyjaznych i otwartych trenerów. Szacunek do prawa do zadawania pytań i samodzielnego znajdowania odpowiedzi jest lejtmotywem przyświecającym projektowi od samego początku.

Szkoła imienia Jana Pawła II na Haiti jest źródłem niekończących się marzeń. Są marzenia o stworzeniu systemu stypendialnego, który umożliwi tym najbardziej ubogim ukończenie szkoły, mimo tragicznego niedostatku rodziny. Jest marzenie o zapewnieniu najzdolniejszym stypendiów na dalszą edukację. Są też marzenia o rozwinięciu projektów w ramach edukacji globalnej we współpracy ze szkołami w Polsce – na przykład warsztaty artystyczne on-line i wspólna wystawa fotograficzna.

Jest też potrzeba, by odpowiedzieć na marzenia kilku dzieciaków będących potomkami polskich legionistów o nieokreślonym bliżej rewanżu historii i wsparcia, które nadejdzie od zapomnianej ojczyzny.

Marzenie o szkole

Nie da się ukryć, że realizacja projektu jest trudna. Co rusz to pojawiają się problemy. Nie bez znaczenia jest spotkanie światów i widm przeszłości, postkolonialnych lęków i niedojrzałości pojęć i praktyk związanych z pomoc humanitarną. Proces jest powolny jak mozolna wspinaczka pod górę, w pełnym tropikalnym słońcu. Tej drodze towarzyszy jednak ożywczy powiew życzliwości wielu osób, które pojawiły się po drodze: partnerów projektu, sponsorów, wolontariuszy, życzliwych wspierających w chwilach zwątpienia po jednej i drugiej stronie oceanu. Im wszystkim poświecić trzeba będzie osobny rozdział. Dziś mowa o szkole i o marzeniach.

Na Haiti szkoła to miejsce, które żywi, które zajmuje, daje dostęp do bieżącej wody i elektryczności, miejsce, które gwarantuje bezpieczeństwo, chroni prawo dzieci do bycia dziećmi i daje perspektywę godnego życia gdy dorosną. Mamy nadzieję, że właśnie taka szkoła jakiej potrzebują tamtejsze dzieci, rośnie teraz dla nich, razem z nimi. Z pomocą wielu Polaków.


Więcej informacji www. polska-haiti.org


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Zofia Pinchinat-Witucka

Zofia Pinchinat-Witucka

Zobacz inne artykuły tego autora >
Zofia Pinchinat-Witucka
Zofia
Pinchinat-Witucka
zobacz artykuly tego autora >

Mama Jola z siłą Nieba

Siła płynie z Niebios - mówi Jola. Bierze na ręce swoją córkę, Olę. Mimo wysiłku i trzaskającego bólu w kręgosłupie, Jola stara się zachować uśmiech. Ola ma 12 lat. Jest ciężko chora. Śmiertelnie. Wie o tym. I żyje dzięki mamie.

Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >
Sławomir
Dynek
zobacz artykuly tego autora >

Mama z córką. Córka z mamą. Są ze sobą złączone. Już na zawsze. Mają tylko siebie. Właściwie całą dobę są razem. Śpią nawet w jednym łóżku, bo Ola nie może zostać bez opieki nawet w nocy. Taka choroba – takie życie. Jola samotnie wychowuje Olę. Sama walczy o lekarzy i lekarstwa. Walczy o każdy dzień dla swojej córeczki. Bez przerwy od 9 lat.

"Przez pierwsze trzy lata Ola była zdrową, dobrze rozwijającą się dziewczynką. Było cudownie. Choroba przyszła bez uprzedzenia. W Wielkanoc" – opowiada nam Jola Kuc. Najpierw były utraty równowagi. Dwa miesiące później dziewczynka przestała chodzić. Lekarze długo nie mogli rozpoznać choroby. Minęło 5 lat, gdy postawili straszną diagnozę: Ola cierpi na bardzo rzadką, genetyczną chorobę  – Zespół Leigha. Na całym świecie choruje na nią około 100 dzieci. Nie ma lekarstwa. 

Ola ma już 12 lat. Żyje już bardzo długo, jak na rokowania przy tej chorobie. Pewnie gdyby nie mama…

Pierwszy raz spotkaliśmy się kilka lat temu w Rzymie (tuż przed beatyfikacją Jana Pawła II.) na Mszy w kaplicy w słynnym Domu Polskim Jana Pawła II przy via Cassia. Zobaczyliśmy dziewczynkę na wózku inwalidzkim, ślicznie ubraną we wszystkie kolory tęczy. Od kolorowych butów po kolorowe wstążki we włosach. Nawet wielkie koła wózka były w żywych kolorach nadziei. Obok niej stała drobna, czarnowłosa, starannie ubrana, młoda kobieta.  Kilka razy w czasie Mszy ta drobna kobieta brała bezwładną dziewczynkę na ręce, albo na kolana. Robiła to z wyraźnym wysiłkiem, ale z uśmiechem. I nie było w tym wszystkim śladu zniecierpliwienia ani zniechęcenia. Nikt jej nie pomagał, nie było przy nich mężczyzny. "Kiedy mąż mnie zostawił, zamieniłam obrączkę na różaniec" – powiedziała nam Ola. Razem z córką noszą szkaplerze. Wtedy, w Rzymie dowiedzieliśmy się o chorobie, o walce matki o córkę, o wierze w Boga i modlitwach o cud.

Ola uwielbia kolory. Dzieci nazwały ją Olusia Tęczusia i Ola została Królową Tęczy. Miłość dziewczynki do kolorów jest niezmienna. Dzisiaj Ola waży już 34 kilogramy. Od mamy jest niższa o jakieś 15 cm. Choroba sprawia, że Aleksandra nie może podnieść się, złapać swojej mamy za szyję, jakoś pomóc… Ale Jola podnosi swoją córeczkę z wózka i sadza sobie na kolanach albo bierze na ręce i nosi, myje, kładzie do łóżka i z łóżka podnosi. Jola jest silna, dzięki niej córka może widzieć świat z innej perspektywy niż tylko wózek.

Trzy zgrzewki wody, w każdej jest osiem półtoralitrowych butelek wody. Razem daje to tyle, ile mniej więcej waży Ola. Podnosimy. Dla mężczyzny to ciężar do udźwignięcia z pewnym wysiłkiem, ale bez większych problemów. Dla kobiety – tu już dużo trudniej. To porusza wyobraźnię i pozwala choć trochę zrozumieć trudności Joli w opiece nad córką. Ale unieść raz, na kilka chwil to jedno. Co innego robić to wiele razy, przez całą dobę. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu… I wykonywać przy tym mnóstwo dodatkowych czynności – Olę trzeba ubrać, przenieść z łóżka do wózka albo pod prysznic, posadzić sobie na kolanach, pochodzić z Olą na rękach, w nocy obracać dziewczynką w łóżku, by nie leżała w jednej pozycji. Te wszystkie czynności powtarzać. Przez wiele lat ręce Joli, delikatnej i filigranowej kobiety, stały się bardzo silne. Ale kręgosłup ma swoją ograniczoną wytrzymałość – potwierdzi to każdy ortopeda.

Mama Jola z siłą Nieba

– Siłę mamy z Góry. Z Niebios. Od Boga. Dużo rozmawiamy z Olusią o Niebie. I Ola nie boi się Nieba. Wie, że tam są tęcze. I że tam się chodzi!

Choroba Oli jest bezlitosna. Może zabić ją dosłownie w każdej chwili. Krytyczne może być wszystko, co przynosi emocje – zarówno smutek, jak i radość mogą skończyć się śmiercią.  Zabić może także rozłąka z mamą i stres nią spowodowany. Na początku Jola często wpadała w rozpacz. – Nie wiedziałam czy Ola zaraz umrze, czy mam ją już zaraz wkładać do trumny… Nauczyłam się cieszyć tym, co tu i teraz. Każdą sekundą, każda chwilą. Zawsze wieczorem dziękujemy Bogu za dzień, bo to mógł być nasz ostatni dzień – mówi Jola.

Aleksandra wie, że jest śmiertelnie chora. Rozumie wszystko, co się dzieje i okazuje się, że wcale nie jest za mała na taką wiedzę. Mama oddaje jej każdą swoją chwilę – Jola i Ola właściwie cały czas mają ze sobą kontakt. Nawet, gdy Jola z kimś rozmawia, a Ola siedzi na wózku inwalidzkim – ich dłonie są prawie cały czas razem. Olę wyraźnie to uspokaja, nawet gdy przychodzi trudny do wyobrażenia ból mięśni (to też specyfika tej choroby). Dziewczyny często do siebie się uśmiechają. Wykorzystują każdą sekundę  czasu, jaki jest im dany.

Mama Jola z siłą Nieba

Jola i Ola kilka lat temu wymodliły swój cud. Modliły się w czasie mszy beatyfikacyjnej Jana Pawła II, tak samo jak uzdrowiona Kostarykanka, Floribeth Mora Diaz. Okazało się, że gdzieś na świecie istnieje  lek, który może przedłużyć Oli życie i znacznie poprawić jego komfort. Swoim uporem Jola zdobyła ten lek. Trzeba było znaleźć jeszcze klinikę i lekarzy, którzy się podejmą trudnego, eksperymentalnego, drogiego leczenia. Pomógł kardynał Stanisław Dziwisz. To on "załatwił" cykliczne leczenie w watykańskim szpitalu Dzieciątka Jezus w Rzymie. Tam Ola trafiła pod opiekę cudownej lekarki, Polki i wspaniałych sióstr zakonnych, pielęgniarek. "To nadzwyczajna mama" – mówi nam krótko, również Polka, pielęgniarka, s. Małgorzata z zakonu Rodziny Maryi, która opiekuje się w szpitalu małymi pacjentami. – Ola jest objęta leczeniem eksperymentalnym. Dzisiaj Ola modliła się przed wizerunkiem Jana Pawła II. Jest iskierka nadziei. A mama Oli jest niesamowita, niesamowita… – mówiła nam kilka lat temu, na samym początku leczenia, uśmiechnięta dr Rita. 

Od kilku lat Jola z Olą latają do Rzymu, co 57 dni, po nowe dawki leku i na badania. W szpitalu jest kaplica, tam jest relikwia krwi Jana Pawła II. Dziewczyny bardzo często tam się modlą. A jak starcza sił i czasu, jeżdżą do Bazyliki św. Piotra na grób Jana Pawła. Dziękują i proszą…

Jola i Ola mają własną, cichą umowę: – Jak Pan Jezus zabierze Olę do Nieba, to Ola Go poprosi, żeby zabrał do siebie też mamę – mówi Jola, a córeczka uśmiechnięta patrzy na swoją mamę.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Patrycja Michońska-Dynek

Patrycja Michońska-Dynek

Zobacz inne artykuły tego autora >

Sławomir Dynek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >
Sławomir
Dynek
zobacz artykuly tego autora >