OPINIE

Katolicy na progu urzędowania prezydenta Joe Bidena

Można wiarygodnie być katolikiem pod bardzo różnymi politycznymi sztandarami, jednak warunkiem jest wyrazistość i jednoznaczność w zakresie wartości podstawowych.

Sławomir Sowiński
Sławomir
Sowiński
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Osobliwy charakter prezydentury Donalda Trumpa, a zwłaszcza dramatyczny jej finał sprawiają, że wielu z nadzieją oczekuje rządów jego następcy. Swe oczekiwania wobec Joe Bidena ma zapewne spora część samych Amerykanów oczekujących zmniejszenia społecznego napięcia i większej politycznej stabilności. Ale także szerzej, w całym zachodnim świecie oczekuje się, że po latach„ polityki transakcyjnej” USA powrócą do roli globalnego promotora stabilności, demokracji, solidarności międzynarodowej i praw człowieka. Roli tak ważnej przecież nie tylko dla współczesnej Polski i Europy.

Niezależnie jednak od tych oczekiwań stricte politycznych, które 46. prezydent USA  bardzo szybko skonfrontować będzie musiał z twardą rzeczywistością społeczną, gospodarczą i geopolityczną, na progu jego urzędowania wielu z nas zwraca uwagę także na to coś innego. Otóż Joe Biden, będąc – drugim w historii USA – prezydentem katolikiem, sięga po swój urząd pod niebieskim sztandarem Partii Demokratycznej, której program, pomimo pewnych zbieżności z nauczaniem społecznym Kościoła (odnośnie np. solidarności społecznej, pomocy międzynarodowej czy ochrony środowiska), w sprawach dotyczących ochrony życia czy praw rodziny, zdaje się być właściwie tego nauczania zaprzeczeniem. Już dziś zatem, amerykańscy obrońcy życia wyrażają obawy, że urzędowanie deklarującego katolicyzm Joe Bidena oraz jego współpracowników, oznaczać może de facto odwrót od polityki pro life jego poprzednika. Pamiętać trzeba, że Donald Trump dość konsekwentnie opowiadał się za ochroną życia.

Nie rozstrzygając jednak o przyszłych decyzjach nowego prezydenta USA, i nie wchodząc w szczegóły amerykańskiej batalii o ochronę życia, która w cieniu – otwierającego furtkę aborcji – wyroku Sądu Najwyższego z roku 1973, rozgrywa się dziś także na poziomie poszczególnych stanów, warto przy tej okazji postawić kilka pytań bardziej ogólnych.

Po pierwsze zatem, warto raz jeszcze przypomnieć do czego właściwie zobowiązuje deklarowanie katolickości w życiu publicznym, a zwłaszcza politycznym. Po drugie, można zastanowić się nad możliwym w tej sytuacji publicznymi działaniami Kościoła. Po trzecie wreszcie, warto w tym kontekście wrócić do sprawy politycznej reprezentacji katolików w demokratyczno–liberalnym  świecie.

 

Katolicyzm w polityce zobowiązuje

Sprawa pierwsza wydaje się stosunkowo najprostsza. Warto jednak krótko na nią zwrócić uwagę, zwłaszcza, że według powyborczych szacunków (przytaczanych także na łamach „Stacji7”) nowo wybrany prezydent USA przekonał do siebie w roku 2020 blisko połowę biorących udział w wyborach katolików, co (jak zauważyło z kolei „Politico.com”) było sporym osiągnięciem, na tle wyniku Hillary Clinton z roku 2016, i co być może okazało się jednym z kluczy do jego sukcesu.

CZYTAJ: USA: Katolicy podzieleni w wyborach prezydenckich. Prawie połowa za Bidenem

Kościół katolicki w swym nauczaniu społecznym, zachęcając wiernych do angażowania się w życie polityczne, pozostawia im wolność i osobistą odpowiedzialność w zakresie wyboru politycznej drogi, wzywając ich jednak do odważnego opowiadania się na rzecz wartości podstawowych takich jak ludzka godność, wolność czy prawo do życia od poczęcia do naturalnej śmierci

Konstatując zatem ten niebłahy polityczny fakt, warto po pierwsze podkreślić, że Kościół katolicki w swym nauczaniu społecznym, zachęcając wiernych do angażowania się w życie polityczne, pozostawia im wolność i osobistą odpowiedzialność w zakresie wyboru politycznej drogi, wzywając ich jednak do odważnego opowiadania się na rzecz wartości podstawowych takich jak ludzka godność, wolność czy prawo do życia od poczęcia do naturalnej śmierci.

Mówiąc więc innymi słowy: można wiarygodnie być katolikiem pod bardzo różnymi politycznymi sztandarami i oferować katolikom różne polityczne programy, jednak pod warunkiem wyrazistości i jednoznaczności w zakresie wartości podstawowych.

Po drugie, warto też dodać, że w kontekście różnych, często złożonych sytuacji politycznych czy społecznych, urzeczywistnianie wartości podstawowych (np. ochrony życia, solidarności, czy wolności) wymaga roztropności i różnych praktycznych decyzji politycznych, których wybór pozostawiony być musi doświadczeniu, odpowiedzialności i sumieniu każdego z polityków. Z katolickiego punktu widzenia granicą wiarygodności jest tu jednak, zarówno klarowne odpowiadanie się po stronie wartości podstawowych (nawet jeśli „tu i teraz” nie mogą być w pełni urzeczywistniane), jak podejmowanie tylko takich działań, które (nawet jeśli niedoskonałe) przybliżają do zabezpieczenia wartości podstawowych, a nie od nich oddają (odnośnie ochrony życia – Evangelium vitae 73).

Trzecią wreszcie i dość istotną tu kwestią wydaje się podkreślana przez katolików wiarygodność i odpowiedzialność polityków, którzy krocząc pod własnymi politycznymi sztandarami identyfikują się jednocześnie z katolicyzmem czy Kościołem. Zwłaszcza w przypadku identyfikacji wyrażanych w kontekście politycznym, a już szczególnie wyborczym prawem i obowiązkiem, nie tylko Kościoła ale także wolnych mediów, wydaje się odważne publiczne pytanie o religijne deklaracje i ich praktyczne konsekwencje w działaniu politycznym. 

I nie chodzi tu o samo formułowanie moralnych czy politycznych ocen, ale o prawo wierzących i niewierzących obywateli do bycia reprezentowanym w polityce zgodnie z ich sumieniami, czy punktem widzenia. W tym właśnie kontekście, Przewodniczący Episkopatu USA abp José Gomez, wypowiadając się pozytywnie o części programu politycznego prezydenta elekta, jednocześnie podkreślał, że: „Poparcie dla aborcji kogoś, kto przyznaje się do wiary katolickiej, rodzi ogromne zamieszanie wśród wiernych, którzy mają kłopot z określeniem, czego tak naprawdę naucza Kościół katolicki”. Jednocześnie zadeklarował on: „Polityka proaborcyjna podważa nasze najgłębsze przekonania. Będziemy się jej sprzeciwiać niezależnie od tego, kto zasiada w fotelu prezydenta, nawet jeśli deklaruje się jako katolik” (cyt. za: vaticannews.va).

ZOBACZ: Ameryka Bidena. Jaka będzie?

 

Wąską publiczną ścieżką do ludzi dobrej woli

Ostatnia uwaga kieruje nas w stronę drugiego pytania związanego z publiczną misją  i odpowiedzialnością Kościoła. Podkreślając bowiem swój dystans wobec politycznej rywalizacji, Kościół katolicki w USA, w Polsce czy gdziekolwiek na świecie, nie chce i nie może abdykować od publicznej obrony najsłabszych, najuboższych, pozbawianych prawa do życia, godności czy wolności. Tyle tylko, że taka metapolityczna misja i szukanie przez Kościół publicznej drogi do sumień wszystkich ludzi dobrej woli wymaga, jak się wydaje, zarówno jednoznaczności jak i (podobnie jak w przypadku polityków) rozwagi i roztropności.

Ważne zatem wydaje się po pierwsze, by w kluczowych moralnych kwestiach, także tych, które tu i teraz wydają się kłopotliwe lub niewygodne, być na forum publicznym obecnym i słyszalnym. Od przemilczania bowiem żadne problemy same się nie rozwiążą. A w miejsce milczącego w sprawach moralnych czy społecznych Kościoła z chęcią wejdą inni. Czasem z przekazem przywołującym chrześcijaństwo, choć coraz bardziej od nauki Kościoła odległym.

W warunkach katolicyzmu amerykańskiego, w którym na naturalną różnorodność polityczną katolików nakładają się jeszcze istotne zróżnicowania etniczne, ważne wydaje się, by w sprawach najważniejszych mówić nie tylko czytelnie, ale także jednym głosem.

Po drugie, nie tylko w warunkach katolicyzmu amerykańskiego, w którym na naturalną różnorodność polityczną katolików nakładają się jeszcze istotne zróżnicowania etniczne, ważne wydaje się, by w sprawach najważniejszych mówić nie tylko czytelnie, ale także jednym głosem.

Sprawa trzecia dotyczy roli sumienia i regulacji prawnych. Jasnym jest, że wiele problemów moralnych bądź społecznych może być potęgowanych przez niegodziwe rozwiązania prawne. Stąd publiczny głos Kościoła na rzecz najsłabszych nie może abstrahować od rozwiązań prawnych czy instytucjonalnych w tym zakresie.

Równie ważne jest jednak wyraźne akcentowanie, że ostatecznym adresatem nauczania Kościoła nie jest prawo, czy ten lub inny prawodawca, ale ludzkie sumienie. I choć odpowiednie ustawy formalnie chronić mogą ludzkie życie, a czasem pełnić także rolę edukacyjną, to żadne prawo nie może być źródłem – niezbędnych do godnego życia – miłości, solidarności, odpowiedzialności czy ofiarności. Dlatego między innymi, poświęcona sprawie ludzkiego życia encyklika „Evangelium Vitae” św. Jana Pawła, podkreślając rolę rozwiązań prawnych czy odpowiedniej polityki społecznej, bardzo wiele miejsca poświęca promowaniu „kultury życia” i kształtowaniu sumień oraz postaw.

I wreszcie związana z tym sprawa czwarta. Publiczne występowanie na rzecz najsłabszych siłą rzeczy ma zawsze jakiś wydźwięk polityczny. Ocenianie tych albo innych politycznych rozwiązań lub ich braku, siłą rzeczy pośrednio jakoś odnosi się do ich politycznych autorów, zwolenników, lub przeciwników.

Nie mniej, bardzo istotne z punktu widzenia tej misji Kościoła wydaje się nie tylko pilnowanie, ale także czytelne demonstrowanie dystansu wobec rywalizacji politycznych aktorów. Jak zwracał bowiem uwagę nieżyjący już wybitny niemiecki konstytucjonalista prof. Ernst Wolfgang Böckenförde, w życiu publicznym demokratycznej wspólnoty Kościół może wybrać: albo drogę bardziej polityczną (wiodącą bliżej określonych ugrupowań, które są uznawane lub chcą być uznawane za katolickie), albo metapolityczną (bliżej uniwersalnych wartości, których żadna partia w całości wyrazić nie może). Wiarygodnie i skutecznie nie może jednak kroczyć obiema tymi drogami na przemian lub jednocześnie.

W praktyce oznacza to, z jednej strony pilnowanie przez Kościół słusznego dystansu wobec stronnictw politycznych, które w różnych sprawach jego naukę przyjmują, czasem realizują, a czasem wręcz ogłaszają się jego politycznymi obrońcami. Z drugiej zaś strony, otwartość na współdziałanie dla dobra wspólnego nawet z tymi ugrupowaniami, z którymi jest się w otwartym aksjologicznym sporze. Odnosząc się do tej ostatniej sprawy warto zauważyć, że pomimo przywołanych wyżej pod adresem prezydentury Joe Bidena obaw, biskupi amerykańscy nie tylko z uznaniem mówią o niektórych elementach jego programu, ale także powołali grupę roboczą do spraw kontaktów z prezydentem elektem, której przewodniczy abp abp Allen Vigneron z Detroit (za: vaticannews.va). 

 

 

Katolicy „politycznie bezdomni”?

Amerykańska sytuacja, którą tu przywołujemy, stawia wreszcie dobrze znane także nad Wisłą pytanie o polityczną reprezentację katolików.

Jak powiedzieliśmy wyżej, szacuje się, że w ostatnich wyborach prezydenckich w USA głosy katolików rozłożyły się niemal po połowie. Co więcej, jedni z nich nie tylko na prezydenta Bidena głosowali, ale także stosunkowo szybko spieszyli doń z gratulacjami. Inni stosunkowo długo podzielali retorykę Donalda Trumpa poddającą w wątpliwość uczciwość wyborczego wyniku.

Podobnie po wyborach do Izby Reprezentantów i wyborach uzupełniających do Senatu, jakie odbyły się w listopadzie 2020, w cieniu ostatniej elekcji prezydenckiej, wygląda obraz w 117. Kongresie USA. Według cytowanego przez portal Catholicreview.org raportu PewResearch Center, licząca około 20% całego społeczeństwa wspólna część amerykańskich katolików, ma w obu izbach nowego Kongresu, łącznie 158 przedstawicieli, co stanowi ok. 30% ogólnej liczby kongresmenów. Tyle tylko, że reprezentacja ta jest bardzo wyraźnie podzielona. Według tego raportu, wśród zasiadających w Izbie Reprezentantów katolików: 77 to Demokracji, zaś 57 to Republikanie. Z kolei w Senacie, 14 katolików zasiada po stronie Demokratów, 10 zaś po stronie Republikanów.

W obrazie tym dostrzec możemy nie tylko wyraźny polityczny podział, ale także ostrość dylematów katolickich wyborców, którzy w listopadzie w USA wybierać musieli między poglądami dość liberalnie traktującego kwestie obrony życia Joe Bidena, a osobliwą retoryką polityczną Donalda Trumpa, który opowiadając się skądinąd za ochroną życia, w kampanii zarzucać miał swemu oponentowi, że jest przeciw „broni, ropie i Bogu”

Odkładając na bok omówioną wyżej kwestię wiarygodności religijnych deklaracji polityków, w obrazie tym dostrzec możemy nie tylko wyraźny polityczny podział, ale także ostrość dylematów katolickich wyborców, którzy w listopadzie w USA wybierać musieli między poglądami dość liberalnie traktującego kwestie obrony życia Joe Bidena, a osobliwą retoryką polityczną Donalda Trumpa, który opowiadając się skądinąd za ochroną życia, w kampanii zarzucać miał swemu oponentowi, że jest przeciw „broni, ropie i Bogu” (cyt. za „Politico.com”).

Sytuacja, w której integralni katolicy skazani są na wybór między Scyllą ideologicznego liberalizmu a Charybdą niektórych osobliwych odmian współczesnego hiperkonserwatyzmu, nie wydaje się jednak w dzisiejszym świecie czymś szczególnym. A w odniesieniu do realiów polskich, prof. Aniela Dylus i śp. o Maciej Zięba określali ją niedawno – dość chyba trafnie – mianem „politycznej bezdomności” katolików.

 

Patria, nie partia

Można oczywiście w związku z tym wrócić do starego marzenia o wspólnym politycznym domu katolików – jednej katolickiej partii, która obejmując swymi skrzydłami różne, bardziej konserwatywne i bardziej liberalne wrażliwości, reprezentując w polityce integralnie katolicki punkt widzenia, wspomagać by mogła w jego publicznej misji Kościół, uwalniając jednocześnie katolików od wielu politycznych dylematów.

Jakkolwiek jednak listę argumentów na rzecz takiego rozwiązania byśmy wydłużali, szybko wypadnie dojść do wniosku, że byłoby ono nie tylko wątpliwe doktrynalnie, ale także nieskuteczne. Nauczanie społeczne Kościoła podkreśla bowiem, że nie da się przełożyć go na program polityczny, a praktyka polityczna pokazuje, że sięganie w twardej politycznej rywalizacji po katolickie sztandary nader często kończy się stawianiem ołtarza w długim cieniu walki o tron.   

Dlatego wydaje się, że tym co łączyć dziś może podzielonych politycznie – nie tylko amerykańskich – katolików jest nie tyle wspólna partia, co patria – a więc wspólna Ojczyzna. Ta ziemska, której dobra szukać mamy, kierując się na różnych naszych politycznych drogach, kompasem naszego rozumu i naszej wiary. I ta wieczna, wyglądając której już tu, na ziemi jako uczniowie Chrystusa, stajemy obok siebie bez dzielących nas różnych politycznych proporców, szarf, werbli i piszczałek.  

 

Sławomir Sowiński

Sławomir Sowiński

Politolog, doktor habilitowany nauk społecznych w zakresie nauk o polityce, nauczyciel akademicki Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie (UKSW), komentator polityczny.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama
Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



Reklama
Reklama

Sławomir Sowiński
Sławomir
Sowiński
zobacz artykuly tego autora >
OPINIE

Ameryka Bidena. Jaka będzie?

Będzie Ameryka Trumpa i będzie Ameryka Bidena. Zmieni się tyle, że liberalne elity za Trumpa z założenia niezadowolone będą teraz - z założenia - zadowolone. A ci, którym wydawało się, że Donald Trump o nich walczy, poczują się jeszcze bardziej opuszczeni - przewiduje Grzegorz Jasiński, dziennikarz RMF FM, były korespondent w Waszyngtonie.

Grzegorz
Jasiński
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Mam słabość do Ameryki i nie ukrywam jej od lat, ale oczywiście sprawy za wielką wodą interesują mnie głównie z punktu widzenia polskich interesów. Z prezydentury Donalda Trumpa będziemy pamiętać zniesienie wiz, umocnienie wojskowej obecności nad Wisłą, wsparcie dla projektu Trójmorza i piękne słowa wypowiedziane o Polsce podczas wizyty w Warszawie. Słowa właśnie o Polsce i Polakach, a nie o obecnej, takiej czy innej władzy. Ponieważ świat nie rozpieszcza nas dobrymi opiniami o nas i naszej historii (choć powinien), jesteśmy na te słowa wrażliwi. I nie uważam, że powinniśmy to ukrywać. Choć oczywiście bardziej od słów liczą się fakty. Będziemy więc pamiętać konkretny sprzeciw wobec Nord Stream 2, wsparcie planów dywersyfikacji źródeł energii, zwrócenie uwagi naszym sojusznikom, że powinni więcej płacić na wspólną obronę. Ci, którzy nie oczekiwali, że Waszyngton obali w Polsce rząd i wręczy władzę opozycji, mogą w sumie nawet dobrze Trumpa wspominać. I nie wypominać mu czytelnie biznesowego podejścia do wzajemnych stosunków.

Co teraz się zmieni? “Hoping for the best, prepared for the worst, and unsurprised by anything in between” – pisała poetka, Maya Angelou. Liczmy więc na najlepsze, przygotujmy się na najgorsze, by nie dać się zaskoczyć niczym pośrodku. Liczę na to, że Joe Biden nie wycofa się z amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce, bo to przecież administracja Baracka Obamy z jego udziałem się na nią zdecydowała. Liczę na to, że dokończy instalacje tarczy antyrakietowej w Redzikowie. Liczę na to, że nie złagodzi kursu wobec Rosji, nie tylko w sprawie Nord Stream 2. Czego się obawiam? Ekologicznie motywowanej zmiany kursu w sprawie wydobycia gazu łupkowego i sprzedaży LNG między innymi do Polski. Braku zainteresowania dla projektu Trójmorza i ingerencji w politykę wewnętrzną Warszawy. Zdaje sobie sprawę z tego, że opozycja w Polsce liczy tu na głęboki zwrot, ale tej emocji nie podzielam. Widziałem komentarze o tym, jak to dobrze, że będzie Biden, bo “choć Polska była hołubiona, a teraz będzie stawiana do kąta”, to przecież demokracja, praworządność itd. Takie opinie zostawię tu lepiej bez komentarza.

Osobiście liczę na to, że nowa administracja będzie nas traktować jak poważnego sojusznika. I tyle. Ale pewności niestety nie mam. Nie krytykuję jednak prezydenta Andrzeja Dudy za to, że jego gratulacje dla prezydenta-elekta Joe Bidena były powściągliwe. Tak to jest, że jeśli deklaruje się z kimś bliskie relacje trudno być pierwszym, który pobiegnie z kwiatami do jego następcy. To zwykła przyzwoitość, której opozycja po prostu nie rozumie. Gdyby zresztą prezydent Duda znalazł się w pierwszym szeregu gratulujących, docinków ze strony tej samej opozycji, jaki to z niego “przyjaciel” nie byłoby końca. Co najważniejsze, w czasach, gdy wielu miało z Ameryką kiepskie relacje Polska była stabilnym, bliskim sojusznikiem. Teraz trzeba znaleźć sposób, jak to kontynuować. 

CZYTAJ: Katolicy na progu urzędowania prezydenta Joe Bidena

Co do wielkich spraw wielkiego świata, warto zdać sobie sprawę, że problemy z Chinami, czy z innej strony z branżą Big Tech zaczęły się w czasach, gdy przez osiem lat rządzili w Białym Domu Obama z Bidenem. W 2008 roku dopiero co pojawił się pierwszy iPhone, giganci cyfrowej gospodarki byli duzi, ale nie ogromni, Pekin dopiero kolekcjonował atuty na swej drodze do tego, by rzucić Ameryce globalne wyzwanie. To za czasów Obamy, mimo głośnego resetu, Rosja weszła na Krym i na trwałe wmieszała się w konflikt w Syrii. To wreszcie w czasach Obamy i Bidena urosła w siłę ISIS. Chcę wierzyć, że nowa administracja wykorzysta “brudną robotę”, którą w wielu sprawach na arenie międzynarodowej i wewnętrznej wykonał za sprawą swej asertywności Donald Trump i nie powtórzy pewnych swoich wcześniejszych błędów. To jednak tylko nadzieja i to nie przesadnie silna. Joe Biden bierze do swej ekipy wielu ludzi z czasów Obamy. Ich doświadczenie nie jest bez znaczenia, ale trochę trudno oczekiwać, że tak bardzo się zmienili. No, ale “hope for the best”. Wszyscy przecież uczymy się na błędach.

Ameryka ma przed sobą wielkie wyzwania. Poza walką z Covidem i związanym z pandemią kryzysem gospodarczym ma do przezwyciężenia potężny kryzys na tle rasowym. Musi także zmierzyć się ze skutkami politycznej polaryzacji, która – napędzana przez obie strony – osiągnęła epickie rozmiary. Republikanie mają przed sobą kluczowy problem, jak nie odepchnąć zapatrzonych w Donalda Trumpa wyborców. Jeśli poczują się oni zdradzeni, jeśli nie otrzymają konkretnej oferty, mogą być dla GOP na lata straceni. A wtedy marzenia o powrocie do władzy mogą na lata pozostać poza zasięgiem. Co zrobi sam Trump – oczywiście nie wiemy. Czy będzie chciał utrzymać zagorzałych zwolenników w przekonaniu, że wybory mu ukradziono i za cztery lata spróbuje wrócić? Czy zaszyje się na polu golfowym na Florydzie i będzie mu już wszystko jedno? Jego obecność w polityce nie pozwoli się republikanom odbudować, ale wielu może uznać, że za cztery lata, na fali spodziewanego rozczarowania Bidenem… kto wie, Trump może się jednak przydać. Poprzeć więc w Senacie wniosek o impeachment i mieć z nim święty spokój? A może jednak nie?

Współpracownicy Joe Bidena zapowiadają w najbliższym czasie szereg decyzji, odwracających liczne regulacje wprowadzone przez Donalda Trumpa. Poza wszystkimi wymienionymi wcześniej sprawami będę się przyglądał między innymi sprawie aborcji. Nie ukrywam, że wycofanie się z agresywnej promocji aborcji w kraju i na całym świecie uważam za jeden z istotnych sukcesów Ameryki Trumpa. Wszyscy spodziewają się, że Ameryka Bidena do tych praktyk wróci. Jeśli tak, w tym sensie będzie to rzeczywiście inna Ameryka.

Tekst ukazał się również na stronie RMF24.PL.


Grzegorz Jasiński – fizyk i dziennikarz RMF FM. Przez 5 lat był korespondentem w Waszyngtonie. Relacjonował m.in. wydarzenia 11 września 2001 roku, czy początki wojen w Iraku i Afganistanie. Przeprowadził też wywiad z prezydentem USA Georgem Bushem.

Grzegorz Jasiński

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama
Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



Reklama
Reklama

Grzegorz
Jasiński
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap