Nasze projekty

Joseph Barrientos/Unsplash

Katolicy na progu urzędowania prezydenta Joe Bidena

Można wiarygodnie być katolikiem pod bardzo różnymi politycznymi sztandarami, jednak warunkiem jest wyrazistość i jednoznaczność w zakresie wartości podstawowych.

Reklama

Osobliwy charakter prezydentury Donalda Trumpa, a zwłaszcza dramatyczny jej finał sprawiają, że wielu z nadzieją oczekuje rządów jego następcy. Swe oczekiwania wobec Joe Bidena ma zapewne spora część samych Amerykanów oczekujących zmniejszenia społecznego napięcia i większej politycznej stabilności. Ale także szerzej, w całym zachodnim świecie oczekuje się, że po latach„ polityki transakcyjnej” USA powrócą do roli globalnego promotora stabilności, demokracji, solidarności międzynarodowej i praw człowieka. Roli tak ważnej przecież nie tylko dla współczesnej Polski i Europy.

Niezależnie jednak od tych oczekiwań stricte politycznych, które 46. prezydent USA  bardzo szybko skonfrontować będzie musiał z twardą rzeczywistością społeczną, gospodarczą i geopolityczną, na progu jego urzędowania wielu z nas zwraca uwagę także na to coś innego. Otóż Joe Biden, będąc – drugim w historii USA – prezydentem katolikiem, sięga po swój urząd pod niebieskim sztandarem Partii Demokratycznej, której program, pomimo pewnych zbieżności z nauczaniem społecznym Kościoła (odnośnie np. solidarności społecznej, pomocy międzynarodowej czy ochrony środowiska), w sprawach dotyczących ochrony życia czy praw rodziny, zdaje się być właściwie tego nauczania zaprzeczeniem. Już dziś zatem, amerykańscy obrońcy życia wyrażają obawy, że urzędowanie deklarującego katolicyzm Joe Bidena oraz jego współpracowników, oznaczać może de facto odwrót od polityki pro life jego poprzednika. Pamiętać trzeba, że Donald Trump dość konsekwentnie opowiadał się za ochroną życia.

Nie rozstrzygając jednak o przyszłych decyzjach nowego prezydenta USA, i nie wchodząc w szczegóły amerykańskiej batalii o ochronę życia, która w cieniu – otwierającego furtkę aborcji – wyroku Sądu Najwyższego z roku 1973, rozgrywa się dziś także na poziomie poszczególnych stanów, warto przy tej okazji postawić kilka pytań bardziej ogólnych.

Reklama
Reklama

Po pierwsze zatem, warto raz jeszcze przypomnieć do czego właściwie zobowiązuje deklarowanie katolickości w życiu publicznym, a zwłaszcza politycznym. Po drugie, można zastanowić się nad możliwym w tej sytuacji publicznymi działaniami Kościoła. Po trzecie wreszcie, warto w tym kontekście wrócić do sprawy politycznej reprezentacji katolików w demokratyczno–liberalnym  świecie.

Katolicyzm w polityce zobowiązuje

Sprawa pierwsza wydaje się stosunkowo najprostsza. Warto jednak krótko na nią zwrócić uwagę, zwłaszcza, że według powyborczych szacunków (przytaczanych także na łamach „Stacji7”) nowo wybrany prezydent USA przekonał do siebie w roku 2020 blisko połowę biorących udział w wyborach katolików, co (jak zauważyło z kolei „Politico.com”) było sporym osiągnięciem, na tle wyniku Hillary Clinton z roku 2016, i co być może okazało się jednym z kluczy do jego sukcesu.

Reklama
Reklama

CZYTAJ: USA: Katolicy podzieleni w wyborach prezydenckich. Prawie połowa za Bidenem

Kościół katolicki w swym nauczaniu społecznym, zachęcając wiernych do angażowania się w życie polityczne, pozostawia im wolność i osobistą odpowiedzialność w zakresie wyboru politycznej drogi, wzywając ich jednak do odważnego opowiadania się na rzecz wartości podstawowych takich jak ludzka godność, wolność czy prawo do życia od poczęcia do naturalnej śmierci

Konstatując zatem ten niebłahy polityczny fakt, warto po pierwsze podkreślić, że Kościół katolicki w swym nauczaniu społecznym, zachęcając wiernych do angażowania się w życie polityczne, pozostawia im wolność i osobistą odpowiedzialność w zakresie wyboru politycznej drogi, wzywając ich jednak do odważnego opowiadania się na rzecz wartości podstawowych takich jak ludzka godność, wolność czy prawo do życia od poczęcia do naturalnej śmierci.

Mówiąc więc innymi słowy: można wiarygodnie być katolikiem pod bardzo różnymi politycznymi sztandarami i oferować katolikom różne polityczne programy, jednak pod warunkiem wyrazistości i jednoznaczności w zakresie wartości podstawowych.

Reklama

Po drugie, warto też dodać, że w kontekście różnych, często złożonych sytuacji politycznych czy społecznych, urzeczywistnianie wartości podstawowych (np. ochrony życia, solidarności, czy wolności) wymaga roztropności i różnych praktycznych decyzji politycznych, których wybór pozostawiony być musi doświadczeniu, odpowiedzialności i sumieniu każdego z polityków. Z katolickiego punktu widzenia granicą wiarygodności jest tu jednak, zarówno klarowne odpowiadanie się po stronie wartości podstawowych (nawet jeśli „tu i teraz” nie mogą być w pełni urzeczywistniane), jak podejmowanie tylko takich działań, które (nawet jeśli niedoskonałe) przybliżają do zabezpieczenia wartości podstawowych, a nie od nich oddają (odnośnie ochrony życia – Evangelium vitae 73).

Trzecią wreszcie i dość istotną tu kwestią wydaje się podkreślana przez katolików wiarygodność i odpowiedzialność polityków, którzy krocząc pod własnymi politycznymi sztandarami identyfikują się jednocześnie z katolicyzmem czy Kościołem. Zwłaszcza w przypadku identyfikacji wyrażanych w kontekście politycznym, a już szczególnie wyborczym prawem i obowiązkiem, nie tylko Kościoła ale także wolnych mediów, wydaje się odważne publiczne pytanie o religijne deklaracje i ich praktyczne konsekwencje w działaniu politycznym. 

I nie chodzi tu o samo formułowanie moralnych czy politycznych ocen, ale o prawo wierzących i niewierzących obywateli do bycia reprezentowanym w polityce zgodnie z ich sumieniami, czy punktem widzenia. W tym właśnie kontekście, Przewodniczący Episkopatu USA abp José Gomez, wypowiadając się pozytywnie o części programu politycznego prezydenta elekta, jednocześnie podkreślał, że: „Poparcie dla aborcji kogoś, kto przyznaje się do wiary katolickiej, rodzi ogromne zamieszanie wśród wiernych, którzy mają kłopot z określeniem, czego tak naprawdę naucza Kościół katolicki”. Jednocześnie zadeklarował on: „Polityka proaborcyjna podważa nasze najgłębsze przekonania. Będziemy się jej sprzeciwiać niezależnie od tego, kto zasiada w fotelu prezydenta, nawet jeśli deklaruje się jako katolik” (cyt. za: vaticannews.va).

ZOBACZ: Ameryka Bidena. Jaka będzie?

Wąską publiczną ścieżką do ludzi dobrej woli

Ostatnia uwaga kieruje nas w stronę drugiego pytania związanego z publiczną misją  i odpowiedzialnością Kościoła. Podkreślając bowiem swój dystans wobec politycznej rywalizacji, Kościół katolicki w USA, w Polsce czy gdziekolwiek na świecie, nie chce i nie może abdykować od publicznej obrony najsłabszych, najuboższych, pozbawianych prawa do życia, godności czy wolności. Tyle tylko, że taka metapolityczna misja i szukanie przez Kościół publicznej drogi do sumień wszystkich ludzi dobrej woli wymaga, jak się wydaje, zarówno jednoznaczności jak i (podobnie jak w przypadku polityków) rozwagi i roztropności.

Ważne zatem wydaje się po pierwsze, by w kluczowych moralnych kwestiach, także tych, które tu i teraz wydają się kłopotliwe lub niewygodne, być na forum publicznym obecnym i słyszalnym. Od przemilczania bowiem żadne problemy same się nie rozwiążą. A w miejsce milczącego w sprawach moralnych czy społecznych Kościoła z chęcią wejdą inni. Czasem z przekazem przywołującym chrześcijaństwo, choć coraz bardziej od nauki Kościoła odległym.

W warunkach katolicyzmu amerykańskiego, w którym na naturalną różnorodność polityczną katolików nakładają się jeszcze istotne zróżnicowania etniczne, ważne wydaje się, by w sprawach najważniejszych mówić nie tylko czytelnie, ale także jednym głosem.

Po drugie, nie tylko w warunkach katolicyzmu amerykańskiego, w którym na naturalną różnorodność polityczną katolików nakładają się jeszcze istotne zróżnicowania etniczne, ważne wydaje się, by w sprawach najważniejszych mówić nie tylko czytelnie, ale także jednym głosem.

Sprawa trzecia dotyczy roli sumienia i regulacji prawnych. Jasnym jest, że wiele problemów moralnych bądź społecznych może być potęgowanych przez niegodziwe rozwiązania prawne. Stąd publiczny głos Kościoła na rzecz najsłabszych nie może abstrahować od rozwiązań prawnych czy instytucjonalnych w tym zakresie.

Równie ważne jest jednak wyraźne akcentowanie, że ostatecznym adresatem nauczania Kościoła nie jest prawo, czy ten lub inny prawodawca, ale ludzkie sumienie. I choć odpowiednie ustawy formalnie chronić mogą ludzkie życie, a czasem pełnić także rolę edukacyjną, to żadne prawo nie może być źródłem – niezbędnych do godnego życia – miłości, solidarności, odpowiedzialności czy ofiarności. Dlatego między innymi, poświęcona sprawie ludzkiego życia encyklika „Evangelium Vitae” św. Jana Pawła, podkreślając rolę rozwiązań prawnych czy odpowiedniej polityki społecznej, bardzo wiele miejsca poświęca promowaniu „kultury życia” i kształtowaniu sumień oraz postaw.

I wreszcie związana z tym sprawa czwarta. Publiczne występowanie na rzecz najsłabszych siłą rzeczy ma zawsze jakiś wydźwięk polityczny. Ocenianie tych albo innych politycznych rozwiązań lub ich braku, siłą rzeczy pośrednio jakoś odnosi się do ich politycznych autorów, zwolenników, lub przeciwników.

Nie mniej, bardzo istotne z punktu widzenia tej misji Kościoła wydaje się nie tylko pilnowanie, ale także czytelne demonstrowanie dystansu wobec rywalizacji politycznych aktorów. Jak zwracał bowiem uwagę nieżyjący już wybitny niemiecki konstytucjonalista prof. Ernst Wolfgang Böckenförde, w życiu publicznym demokratycznej wspólnoty Kościół może wybrać: albo drogę bardziej polityczną (wiodącą bliżej określonych ugrupowań, które są uznawane lub chcą być uznawane za katolickie), albo metapolityczną (bliżej uniwersalnych wartości, których żadna partia w całości wyrazić nie może). Wiarygodnie i skutecznie nie może jednak kroczyć obiema tymi drogami na przemian lub jednocześnie.

W praktyce oznacza to, z jednej strony pilnowanie przez Kościół słusznego dystansu wobec stronnictw politycznych, które w różnych sprawach jego naukę przyjmują, czasem realizują, a czasem wręcz ogłaszają się jego politycznymi obrońcami. Z drugiej zaś strony, otwartość na współdziałanie dla dobra wspólnego nawet z tymi ugrupowaniami, z którymi jest się w otwartym aksjologicznym sporze. Odnosząc się do tej ostatniej sprawy warto zauważyć, że pomimo przywołanych wyżej pod adresem prezydentury Joe Bidena obaw, biskupi amerykańscy nie tylko z uznaniem mówią o niektórych elementach jego programu, ale także powołali grupę roboczą do spraw kontaktów z prezydentem elektem, której przewodniczy abp abp Allen Vigneron z Detroit (za: vaticannews.va). 

Katolicy „politycznie bezdomni”?

Amerykańska sytuacja, którą tu przywołujemy, stawia wreszcie dobrze znane także nad Wisłą pytanie o polityczną reprezentację katolików.

Jak powiedzieliśmy wyżej, szacuje się, że w ostatnich wyborach prezydenckich w USA głosy katolików rozłożyły się niemal po połowie. Co więcej, jedni z nich nie tylko na prezydenta Bidena głosowali, ale także stosunkowo szybko spieszyli doń z gratulacjami. Inni stosunkowo długo podzielali retorykę Donalda Trumpa poddającą w wątpliwość uczciwość wyborczego wyniku.

Podobnie po wyborach do Izby Reprezentantów i wyborach uzupełniających do Senatu, jakie odbyły się w listopadzie 2020, w cieniu ostatniej elekcji prezydenckiej, wygląda obraz w 117. Kongresie USA. Według cytowanego przez portal Catholicreview.org raportu PewResearch Center, licząca około 20% całego społeczeństwa wspólna część amerykańskich katolików, ma w obu izbach nowego Kongresu, łącznie 158 przedstawicieli, co stanowi ok. 30% ogólnej liczby kongresmenów. Tyle tylko, że reprezentacja ta jest bardzo wyraźnie podzielona. Według tego raportu, wśród zasiadających w Izbie Reprezentantów katolików: 77 to Demokracji, zaś 57 to Republikanie. Z kolei w Senacie, 14 katolików zasiada po stronie Demokratów, 10 zaś po stronie Republikanów.

W obrazie tym dostrzec możemy nie tylko wyraźny polityczny podział, ale także ostrość dylematów katolickich wyborców, którzy w listopadzie w USA wybierać musieli między poglądami dość liberalnie traktującego kwestie obrony życia Joe Bidena, a osobliwą retoryką polityczną Donalda Trumpa, który opowiadając się skądinąd za ochroną życia, w kampanii zarzucać miał swemu oponentowi, że jest przeciw „broni, ropie i Bogu”

Odkładając na bok omówioną wyżej kwestię wiarygodności religijnych deklaracji polityków, w obrazie tym dostrzec możemy nie tylko wyraźny polityczny podział, ale także ostrość dylematów katolickich wyborców, którzy w listopadzie w USA wybierać musieli między poglądami dość liberalnie traktującego kwestie obrony życia Joe Bidena, a osobliwą retoryką polityczną Donalda Trumpa, który opowiadając się skądinąd za ochroną życia, w kampanii zarzucać miał swemu oponentowi, że jest przeciw „broni, ropie i Bogu” (cyt. za „Politico.com”).

Sytuacja, w której integralni katolicy skazani są na wybór między Scyllą ideologicznego liberalizmu a Charybdą niektórych osobliwych odmian współczesnego hiperkonserwatyzmu, nie wydaje się jednak w dzisiejszym świecie czymś szczególnym. A w odniesieniu do realiów polskich, prof. Aniela Dylus i śp. o Maciej Zięba określali ją niedawno – dość chyba trafnie – mianem „politycznej bezdomności” katolików.

Patria, nie partia

Można oczywiście w związku z tym wrócić do starego marzenia o wspólnym politycznym domu katolików – jednej katolickiej partii, która obejmując swymi skrzydłami różne, bardziej konserwatywne i bardziej liberalne wrażliwości, reprezentując w polityce integralnie katolicki punkt widzenia, wspomagać by mogła w jego publicznej misji Kościół, uwalniając jednocześnie katolików od wielu politycznych dylematów.

Jakkolwiek jednak listę argumentów na rzecz takiego rozwiązania byśmy wydłużali, szybko wypadnie dojść do wniosku, że byłoby ono nie tylko wątpliwe doktrynalnie, ale także nieskuteczne. Nauczanie społeczne Kościoła podkreśla bowiem, że nie da się przełożyć go na program polityczny, a praktyka polityczna pokazuje, że sięganie w twardej politycznej rywalizacji po katolickie sztandary nader często kończy się stawianiem ołtarza w długim cieniu walki o tron.   

Dlatego wydaje się, że tym co łączyć dziś może podzielonych politycznie – nie tylko amerykańskich – katolików jest nie tyle wspólna partia, co patria – a więc wspólna Ojczyzna. Ta ziemska, której dobra szukać mamy, kierując się na różnych naszych politycznych drogach, kompasem naszego rozumu i naszej wiary. I ta wieczna, wyglądając której już tu, na ziemi jako uczniowie Chrystusa, stajemy obok siebie bez dzielących nas różnych politycznych proporców, szarf, werbli i piszczałek.  

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę