OPINIE

Ameryka Bidena. Jaka będzie?

Będzie Ameryka Trumpa i będzie Ameryka Bidena. Zmieni się tyle, że liberalne elity za Trumpa z założenia niezadowolone będą teraz - z założenia - zadowolone. A ci, którym wydawało się, że Donald Trump o nich walczy, poczują się jeszcze bardziej opuszczeni - przewiduje Grzegorz Jasiński, dziennikarz RMF FM, były korespondent w Waszyngtonie.

Grzegorz
Jasiński
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Mam słabość do Ameryki i nie ukrywam jej od lat, ale oczywiście sprawy za wielką wodą interesują mnie głównie z punktu widzenia polskich interesów. Z prezydentury Donalda Trumpa będziemy pamiętać zniesienie wiz, umocnienie wojskowej obecności nad Wisłą, wsparcie dla projektu Trójmorza i piękne słowa wypowiedziane o Polsce podczas wizyty w Warszawie. Słowa właśnie o Polsce i Polakach, a nie o obecnej, takiej czy innej władzy. Ponieważ świat nie rozpieszcza nas dobrymi opiniami o nas i naszej historii (choć powinien), jesteśmy na te słowa wrażliwi. I nie uważam, że powinniśmy to ukrywać. Choć oczywiście bardziej od słów liczą się fakty. Będziemy więc pamiętać konkretny sprzeciw wobec Nord Stream 2, wsparcie planów dywersyfikacji źródeł energii, zwrócenie uwagi naszym sojusznikom, że powinni więcej płacić na wspólną obronę. Ci, którzy nie oczekiwali, że Waszyngton obali w Polsce rząd i wręczy władzę opozycji, mogą w sumie nawet dobrze Trumpa wspominać. I nie wypominać mu czytelnie biznesowego podejścia do wzajemnych stosunków.

Co teraz się zmieni? “Hoping for the best, prepared for the worst, and unsurprised by anything in between” – pisała poetka, Maya Angelou. Liczmy więc na najlepsze, przygotujmy się na najgorsze, by nie dać się zaskoczyć niczym pośrodku. Liczę na to, że Joe Biden nie wycofa się z amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce, bo to przecież administracja Baracka Obamy z jego udziałem się na nią zdecydowała. Liczę na to, że dokończy instalacje tarczy antyrakietowej w Redzikowie. Liczę na to, że nie złagodzi kursu wobec Rosji, nie tylko w sprawie Nord Stream 2. Czego się obawiam? Ekologicznie motywowanej zmiany kursu w sprawie wydobycia gazu łupkowego i sprzedaży LNG między innymi do Polski. Braku zainteresowania dla projektu Trójmorza i ingerencji w politykę wewnętrzną Warszawy. Zdaje sobie sprawę z tego, że opozycja w Polsce liczy tu na głęboki zwrot, ale tej emocji nie podzielam. Widziałem komentarze o tym, jak to dobrze, że będzie Biden, bo “choć Polska była hołubiona, a teraz będzie stawiana do kąta”, to przecież demokracja, praworządność itd. Takie opinie zostawię tu lepiej bez komentarza.

Osobiście liczę na to, że nowa administracja będzie nas traktować jak poważnego sojusznika. I tyle. Ale pewności niestety nie mam. Nie krytykuję jednak prezydenta Andrzeja Dudy za to, że jego gratulacje dla prezydenta-elekta Joe Bidena były powściągliwe. Tak to jest, że jeśli deklaruje się z kimś bliskie relacje trudno być pierwszym, który pobiegnie z kwiatami do jego następcy. To zwykła przyzwoitość, której opozycja po prostu nie rozumie. Gdyby zresztą prezydent Duda znalazł się w pierwszym szeregu gratulujących, docinków ze strony tej samej opozycji, jaki to z niego “przyjaciel” nie byłoby końca. Co najważniejsze, w czasach, gdy wielu miało z Ameryką kiepskie relacje Polska była stabilnym, bliskim sojusznikiem. Teraz trzeba znaleźć sposób, jak to kontynuować. 

CZYTAJ: Katolicy na progu urzędowania prezydenta Joe Bidena

Co do wielkich spraw wielkiego świata, warto zdać sobie sprawę, że problemy z Chinami, czy z innej strony z branżą Big Tech zaczęły się w czasach, gdy przez osiem lat rządzili w Białym Domu Obama z Bidenem. W 2008 roku dopiero co pojawił się pierwszy iPhone, giganci cyfrowej gospodarki byli duzi, ale nie ogromni, Pekin dopiero kolekcjonował atuty na swej drodze do tego, by rzucić Ameryce globalne wyzwanie. To za czasów Obamy, mimo głośnego resetu, Rosja weszła na Krym i na trwałe wmieszała się w konflikt w Syrii. To wreszcie w czasach Obamy i Bidena urosła w siłę ISIS. Chcę wierzyć, że nowa administracja wykorzysta “brudną robotę”, którą w wielu sprawach na arenie międzynarodowej i wewnętrznej wykonał za sprawą swej asertywności Donald Trump i nie powtórzy pewnych swoich wcześniejszych błędów. To jednak tylko nadzieja i to nie przesadnie silna. Joe Biden bierze do swej ekipy wielu ludzi z czasów Obamy. Ich doświadczenie nie jest bez znaczenia, ale trochę trudno oczekiwać, że tak bardzo się zmienili. No, ale “hope for the best”. Wszyscy przecież uczymy się na błędach.

Ameryka ma przed sobą wielkie wyzwania. Poza walką z Covidem i związanym z pandemią kryzysem gospodarczym ma do przezwyciężenia potężny kryzys na tle rasowym. Musi także zmierzyć się ze skutkami politycznej polaryzacji, która – napędzana przez obie strony – osiągnęła epickie rozmiary. Republikanie mają przed sobą kluczowy problem, jak nie odepchnąć zapatrzonych w Donalda Trumpa wyborców. Jeśli poczują się oni zdradzeni, jeśli nie otrzymają konkretnej oferty, mogą być dla GOP na lata straceni. A wtedy marzenia o powrocie do władzy mogą na lata pozostać poza zasięgiem. Co zrobi sam Trump – oczywiście nie wiemy. Czy będzie chciał utrzymać zagorzałych zwolenników w przekonaniu, że wybory mu ukradziono i za cztery lata spróbuje wrócić? Czy zaszyje się na polu golfowym na Florydzie i będzie mu już wszystko jedno? Jego obecność w polityce nie pozwoli się republikanom odbudować, ale wielu może uznać, że za cztery lata, na fali spodziewanego rozczarowania Bidenem… kto wie, Trump może się jednak przydać. Poprzeć więc w Senacie wniosek o impeachment i mieć z nim święty spokój? A może jednak nie?

Współpracownicy Joe Bidena zapowiadają w najbliższym czasie szereg decyzji, odwracających liczne regulacje wprowadzone przez Donalda Trumpa. Poza wszystkimi wymienionymi wcześniej sprawami będę się przyglądał między innymi sprawie aborcji. Nie ukrywam, że wycofanie się z agresywnej promocji aborcji w kraju i na całym świecie uważam za jeden z istotnych sukcesów Ameryki Trumpa. Wszyscy spodziewają się, że Ameryka Bidena do tych praktyk wróci. Jeśli tak, w tym sensie będzie to rzeczywiście inna Ameryka.

Tekst ukazał się również na stronie RMF24.PL.


Grzegorz Jasiński – fizyk i dziennikarz RMF FM. Przez 5 lat był korespondentem w Waszyngtonie. Relacjonował m.in. wydarzenia 11 września 2001 roku, czy początki wojen w Iraku i Afganistanie. Przeprowadził też wywiad z prezydentem USA Georgem Bushem.

Grzegorz Jasiński

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama
Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



Reklama
Reklama

Grzegorz
Jasiński
zobacz artykuly tego autora >

Nasza katedra płonie

Świat wartości chrześcijańskich umiera na naszych oczach, wypala się jak kolejne katedry we Francji, a my nie wiemy kompletnie, co z tym począć. Uciekać, czy gasić pożar?

Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Moja przyjaciółka Alina Petrowa napisała na Stacji7 tekst pt. Ja zostaję, który był odpowiedzią na deklarację Sławomira Jastrzębowskiego, że on “wychodzi z Kościoła”. Niezwykle bolesna wymiana zdań przyczyniła się jednak do tego, że rozgorzała bardzo ważna dyskusja: czy jest sens zostawać w takim Kościele, w którym obok pięknych postaw ludzi zdarzają się zachowania skandaliczne, bolesne, przestępcze.

Z tej dyskusji wyłoniło się wiele pytań:

Czym tak naprawdę jest Kościół? Co jest naszym krzyżem? Do kogo zgłaszać krytykę? Jaki mamy wpływ na to, by było lepiej? Co każdy z nas może zrobić? Dlaczego biskupi milczą? Czy każdy ma ratować tylko siebie, czy to nie grzech zaniechania?

Każdemu z nas wyrywa się serce, boli rozgorączkowana głowa, szarpią się nerwy i jednocześnie czujemy niemoc. Przecież każdy czuje, że robi się coraz trudniej, że nasz świat wartości chrześcijańskich umiera na naszych oczach, wypala się jak kolejne katedry we Francji, a my nie wiemy kompletnie co z tym począć. Uciekać czy gasić pożar? 

 

Każdy zachodzi w głowę, jak to się stało, że mamy społeczeństwo, które łatwiej przekonać, że tolerancja i miłość bliźniego to szacunek do wyboru płci a trudniej do tego, że świętością jest godność i życie najsłabszych: nienarodzonych, schorowanych, starych.

Jak to się stało?

Oczywiście, że lata zaniedbań duszpasterskich, zaniedbań wiary, nauki, mylenia przez niektórych księży i hierarchów roli namiestnika Chrystusa z rolą przywódcy i rządcy przyczyniły się także do tego stanu rzeczy.

Przyczyn tego, że nasza “katedra płonie”, upatrywałabym jednak o wiele dalej i znacznie szerzej. Tak naprawdę, kiedy świat porwał nas w wir dobrobytu, wszyscy zaczęliśmy tańczyć ten chocholi taniec i tańczyliśmy go tak długo, aż obudziliśmy się w świecie, w którym nowe pokolenie nie rozumie naszych wartości. 

Każdy zachodzi w głowę, jak to się stało, że mamy społeczeństwo, które łatwiej przekonać do tego, że tolerancja i miłość bliźniego to szacunek do wyboru płci a trudniej do tego, że świętością jest godność i życie najsłabszych: nienarodzonych, schorowanych, starych. Podzieliliśmy się na dwa zwalczające się plemiona i chyba sami już zapomnieliśmy, o co się kłócimy.

 

Czego nie zrobiliśmy?

Wszystko dlatego, że nie potrafiliśmy młodemu pokoleniu przekazać Pana Boga, a i sami gdzieś po drodze Go zgubiliśmy. Nie potrafiliśmy przekazać piękna Jego miłości, troski, przebaczenia. Przekazać szacunku do drugiego człowieka, którego Jezus uczył nas we wszystkich swoich przypowieściach, błogosławieństwach i swojej postawie. Przekazać umiejętności pokonywania trudności i cierpień, które wpisane są w życie. Przekazać piękna Krzyża, który jest jedyną drogą do zbawienia, do nadziei, do prawdziwego życia. Nie przekazaliśmy nowemu pokoleniu prawdziwego sensu istnienia – jedynej drogi do Prawdy i Życia, do Jezusa.

 

Zawiniliśmy wszyscy, gotując sobie świat, w którym liczy się siła, spryt, zabezpieczenie materialnych potrzeb, wygoda, a gdzieś daleko, daleko w tyle został drugi człowiek, zwłaszcza ten, z którym się różnimy. 

Kto zawinił?

Zawiniły rodziny, które ofiarując własnym dzieciom “wszystko”, zapomniały ofiarować Najważniejszego – Boga. Nawoływania Jana Pawła II o to, by bardziej “być” niż “mieć”, dawno gdzieś uciekły w niepamięć. Próśb Prymasa Wyszyńskiego, by szukać tego, co nas łączy, a nie tego, co dzieli, w tej zaciekłości całkiem już nie pamiętamy. Ciągle krzyczymy: ale oni, tamci, inni, my byśmy się poprawili, ale niech też oni się poprawią…

Zawinili niektórzy księża i biskupi, którzy nam nie pomogli w kształtowaniu nowego pokolenia a jeszcze bardziej ci, którzy zbrukali nasz Kościół okropnymi czynami i ich tuszowaniem. 

Zawiniła edukacja, która systematycznie odchodzi od piękna, kultury, literatury, rozbudzania wrażliwości a staje się systemem testów, punktów i osiągów, czym ani uczy ani tym bardziej wychowuje. 

Zawinili mężczyźni, którzy coraz bardziej skupieni na sobie zapomnieli, że są wychowawcami narodu, obrońcami rodzin, godności kobiet, nauczycielami szacunku dzieci, nauczycielami modlitwy, wzorem do naśladowania.

Zawiniły kobiety, które tak się zapamiętały w walce o równouprawnienie, że zapomniały o dziedzictwie swoich poprzedniczek, które za tę równość oddawały życie, ale ta równość nie oznaczała zapomnienia, kim jest kobieta, jaka jest jej rola w świecie i jakie najcenniejsze atrybuty.

Zawinił rozwój technologiczny, który odwrócił naszą uwagę od źródeł, od fundamentów i poszliśmy drogą relacji wirtualnych, pseudo-społeczności, nowinek technicznych, seriali, gier, możliwości… zostawiając gdzieś daleko w historii relacje międzyludzkie, prawdziwe emocje, uczucia, troskę, litość, miłość, miłosierdzie.

Zawiniliśmy wszyscy, gotując sobie świat, w którym liczy się siła, spryt, zabezpieczenie materialnych potrzeb, wygoda, a gdzieś daleko, daleko w tyle został drugi człowiek, zwłaszcza ten, z którym się różnimy. Choć wydaje nam się, że jesteśmy tak czuli, bo przecież wpłacamy datki na różne organizacje, “adoptujemy” dzieci gdzieś tam na innych kontynentach, “adoptujemy” zwierzęta (sic!)… Uspokajamy swoje sumienie… Właśnie, a może to o tyle dobrze, że świadczy o tym, że jeszcze, gdzieś tam głęboko je mamy. Sumienie, które się gubi w ferworze tego świata tak jak my i szuka fundamentów na których mogłoby się odbudować.

 

Potrzeba nam wiary. Potrzeba wierzących księży i biskupów, potrzeba wierzących rodzin. Musimy się obudzić i zacząć wierzyć Bogu.

Jedynym fundamentem, na którym możemy się odbudować, jest Chrystus.

Nasz Kościół żyje. Ciągle jesteśmy wspólnotą. Jesteśmy wspólnotą modlitwy i wspólnej wiary. Przecież wszyscy nawzajem za siebie odpowiadamy. Wystarczy poczytać Dzienniczek Siostry Faustyny, by wiedzieć, jak wielkie znaczenie mamy dla siebie nawzajem. 

Potrzeba nam wiary. Potrzeba wierzących księży i biskupów, potrzeba wierzących rodzin. Musimy się obudzić i zacząć wierzyć Bogu.

Mamy siebie – ludzi wierzących. Mamy sprawiedliwych księży, którzy znaleźli się w sytuacji jeszcze bardziej tragicznej niż nasza. Fałszywie oskarżani, wrzucani do jednego worka z przestępcami, już nie liczą na odbudowę sponiewieranych autorytetów, liczą na wspólnotę wiernych, na to, że razem uda się pociągnąć nas wszystkich w stronę Chrystusa.

Nie rezygnujmy z modlitwy, nie rezygnujmy z Kościoła, nie rezygnujmy z Pana Boga. Gdy Jezus pyta “czy i wy chcecie odejść?”, możemy odpowiedzieć jak wtedy apostołowie – “Panie, do kogo pójdziemy”? 

Eucharystia jest cudem, w którym możemy brać udział codziennie, modlitwa jest taką więzią, której nie znajdziemy nigdzie. Chrystus i Jego Słowo zawarte w Ewangeliach, jest jedynym drogowskazem, który może pokazać nam drogę do drugiego człowieka i do nas samych. Nie rezygnujmy z tego, co dla nas najlepsze. Nie rezygnujmy z Chrystusa.

Proszę, zostańmy w Kościele. Przecież mamy tylko Pana Boga i siebie. “Do kogo pójdziemy?”

 

Aneta Liberacka

Aneta Liberacka

Redaktor naczelny portalu Stacja7.pl, prezes Fundacji Medialnej 7. Z wykształcenia matematyk, doświadczenie zawodowe jako manager zdobywała w takich miejscach jak Comarch, czy HP, prowadząc projekty w Europie, Ameryce Środkowej i krajach arabskich.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama
Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



Reklama
Reklama

Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap