Fot. Taylor Wilcox/Unsplash

Polska szkoła za 10 lat. Czy czeka nas radykalna transformacja?

"Ewolucja informacyjna radykalnie zmieniająca status nauczyciela, na którym „zbudowana” jest współczesna szkoła. Dziś każdy uczeń mający smartfona jest w stanie zweryfikować wiedzę nauczyciela w minutę, i to nie wychodząc z klasy. W efekcie nauczyciel w swojej tradycyjnej roli wykładowcy odpowiedzialnego za „wyłożenie” materiału zasadniczo przestał być potrzebny i stał się bezradny" - pisze dr Marcin Kędzierski na łamach "Klubu Jagiellońskiego".

Reklama

Przypominamy fragmenty analizy dr Marcina Kędzierskiego, opublikowanej na łamach „Klubu Jagiellońskiego” 22 grudnia 2021 roku.

Rozmowy z dyrektorami szkół, nauczycielami i ekspertami edukacyjnymi jedynie potwierdzają tę intuicję. A patrząc na rolę szkoły w rodzicielstwie i wychowaniu dzieci, to właśnie sfera edukacyjna będzie kolejnym kluczowym czynnikiem przyszłej dzietności Polek i Polaków.

Rychła zapaść publicznej edukacji?

Skąd zatem wywodzę hipotezę o rychłej zapaści publicznej edukacji? Powodów jest wiele, ale najważniejszy z nich dokonuje się na naszych oczach – rewolucja informacyjna radykalnie zmieniająca status nauczyciela, na którym „zbudowana” jest współczesna szkoła (nota bene twierdzenie, że szkoła kręci się wokół uczniów, jest jednym z większych mitów funkcjonujących w przestrzeni publicznej – szkoła od samego początku kręciła się właśnie wokół nauczycieli, o czym ostatnio mogliśmy się dobitnie przekonać, np. w trakcie nauczycielskiego strajku z 2018 roku).

Reklama
Reklama

Musimy bowiem pamiętać, że nauczyciel przez długie lata był nośnikiem wiedzy w społeczeństwie, dysponował znacznym kapitałem symbolicznym, nawet jeśli nie wiązało się to z wysokim kapitałem finansowym. Jednak wraz z upowszechnieniem się wiedzy jego rola i pozycja wyraźnie osłabły. Dziś każdy uczeń mający smartfona jest w stanie zweryfikować wiedzę nauczyciela w minutę, i to nie wychodząc z klasy. W efekcie nauczyciel w swojej tradycyjnej roli wykładowcy odpowiedzialnego za „wyłożenie” materiału zasadniczo przestał być potrzebny i stał się bezradny, tym bardziej, że uczniowie doskonale to wyczuwają.

Sami nauczyciele są w stanie utrzymać szacunek uczniów tylko wtedy, kiedy uda im się umiejętnie dostosować do nowej sytuacji i stać się bardziej mentorami czy przewodnikami, a nie robotami do wykładania „towaru” edukacyjnego. Innymi słowy, szansą na uratowanie szkoły i zawodu nauczyciela jest odejście od modelu transmisyjnego (nauczyciel-nadawca i uczeń-odbiorca) na rzecz modelu relacyjnego, gdzie nauczyciel i uczeń stają się swego rodzaju partnerami.

Niestety zgodnie z dominującą w Polsce od lat filozofią polityki edukacyjnej współczesna szkoła nadal funkcjonuje w prostym modelu transmisyjnym, a na horyzoncie niespecjalnie widać, by coś w tej materii miało się zmienić, bo wiązałoby się to z koniecznością radykalnego przedefiniowania zawodu nauczyciela i zwolnienia znacznej części obecnych belfrów, którzy nie będą potrafili zejść z wysokości katedry i wejść w bardziej partnerską relację.

Reklama
Reklama

Edukacja zdalna zerwała zasłonę

Paradoksalnie jednym z największych hamulcowych zmian nie są szeregowi nauczyciele, ale raczej uczelnie pedagogiczne, nauczycielskie związki i ministerialni urzędnicy. Nauczyciele „frontowi” mają bowiem coraz większą świadomość, że istniejący model sypie się im w rękach. Pandemia i wprowadzone ostatnio zmiany w tzw. nadzorze pedagogicznym jedynie ten proces przyśpieszyły, bo nauczyciele zderzyli się z rzeczywistością braku szacunku, sprawczości, pewności, wsparcia i wreszcie ‒ braku sensu.

Edukacja zdalna zerwała bowiem zasłonę i pokazała zarówno nauczycielom, ale także wielu rodzicom, że publiczna szkoła to potiomkinowska wioska. Zgubienie kilkunastu procent uczniów w tym czasie stanowi smutne potwierdzenie tej obserwacji. Jeśli wierzyć, że szeroko rozumiana kultura tworzy język opisu rzeczywistości i wyprzedza w tym polityków czy akademików, to dobrym opisem sytuacji, w jakiej znajdują się obecnie nauczyciele, może być krótki film byłego członka kabaretu Łowcy.B – Bartosza Gajdy – z cyklu Zwykły bohater.

W konsekwencji postępujących zmian szkoła stała się bardzo nieatrakcyjnym miejscem pracy – niskopłatnym i niskoprestiżowym, co zwłaszcza w sytuacji coraz mniejszego bezrobocia i malejącej liczebności kolejnych roczników wybierających się na studia i wchodzących na rynek pracy, będzie skutkować z jednej strony postępującą selekcją negatywną do zawodu, a z drugiej spadającą liczbą nauczycieli. Już dziś w wielu miejscach brakuje nauczycieli takich przedmiotów, jak matematyka, fizyka czy chemia, gdyż absolwenci tych kierunków wolą wybrać pracę w sektorze prywatnym. Z moich osobistych prognoz sprzed dwóch lat (jeszcze zanim uderzyła w nas pandemia), przygotowanych na potrzeby raportu Poza horyzont: Kurs na edukację, wynikało, że w 2030 roku będzie brakować już ok. 100 tys. nauczycieli. Obecnie ta prognoza wydaje mi się bardzo optymistyczna.

Reklama

Exodus do szkół niepublicznych

Tym bardziej, że w ostatnich latach jesteśmy świadkami postępującego exodusu uczniów, a co za tym idzie, także najlepszych nauczycieli, do szkół niepublicznych – obecnie już co dziesiąty uczeń uczęszcza do prywatnych lub społecznych placówek edukacyjnych. Co istotne, zjawisko to nie dotyczy wyłącznie polskich metropolii, ale w coraz większym stopniu prowincji. Pewnie na wsiach trudno jeszcze uświadczyć niepublicznej szkoły, ale już w miastach 50-tysięcznych taka oferta jest dostępna.

Zważywszy, że polskie społeczeństwo jest statystycznie coraz zamożniejsze, a jednocześnie rośnie świadomość rodziców co do fatalnego stanu publicznej edukacji, niespecjalnie należy się spodziewać odwrócenia się opisywanego trendu. Zdają się to potwierdzać badania – w sondażu przeprowadzonym w lutym tego roku przez firmę IPSOS dla oko.press aż 55% rodziców odpowiedziało twierdząco na pytanie: „Czy gdyby pieniądze nie były przeszkodą, posłałaby Pan/Pani dziecko do płatnej szkoły społecznej lub prywatnej?”. Prawdopodobnie utrzymają się prestiżowe publiczne licea, ale już na poziomie szkoły podstawowej powinniśmy spodziewać się daleko idącej prywatyzacji i swoistej gentryfikacji (prywatne podstawówki dla klasy wyższej i aspirującej klasy średniej oraz publiczne dla klasy ludowej).

To zaś oznacza, że w obliczu braku politycznej wyobraźni rządzących i równocześnie braku woli zmian ze strony środowiska nauczycielskiego (w tym zwłaszcza Związku Nauczycielstwa Polskiego) instytucję (publicznej) szkoły czeka zapaść, bo uciekną z niej jednostki zdolne do wprowadzania projakościowych zmian. W konsekwencji, chcąc nie chcąc, ktoś będzie musiał przejąć obowiązki nauczycieli, i patrząc na współczesną szkołę, można stwierdzić, że najprawdopodobniej będą to musieli być rodzice.

Możliwe, że reformy minister Anny Zalewskiej, a ostatnio ministra Przemysława Czarnka, zmierzające w uproszczeniu do powrotu do tradycyjnej wizji szkoły spowodują wcześniejsze zetknięcie z falą tsunami, ale umówmy się – także bez nich to zderzenie czekałoby nas prędzej czy później. Nie ma co jednak płakać nad śmiercią szkoły w obecnym kształcie – nasi uczniowie, choć wypadają naprawdę nieźle w międzynarodowych testach kompetencji PISA prowadzonych przez OECD, spędzają najwięcej czasu na naukę i należą do najbardziej zestresowanych. Cenę za to przyjdzie nam zapłacić już za kilka lat w postaci fali wypalenia, a nierzadko pewnie też depresji. Zresztą w moim odczuciu dzisiejszy fatalny stan zdrowia psychicznego Polaków zawdzięczamy między innymi właśnie szkole.

Fot. Pexels

Polski rodzic jak w programie Jeden z dziesięciu – „na siebie”

Obserwacja zmian zachodzących we współczesnej szkole wskazuje, że coraz większe oczekiwania będą nakładane na rodziców, którzy i tak w ostatnich latach muszą mierzyć się z rosnącą presją, bowiem jakość wychowania dziecka stanowi, zwłaszcza w dużych ośrodkach miejskich (ale nie tylko, bo trend ten schodzi na polską prowincję), element prestiżu i pozycji społecznej. Stąd też jesteśmy (i w moim odczuciu będziemy) świadkami upowszechniania się zjawiska aktywnego rodzicielstwa, które nota bene może przybierać wręcz patologiczne kształty, kiedy aktywny rodzic będzie poświęcał dziecku coraz więcej czasu, a jednocześnie nie będzie go spędzał indywidualnie ze swoją pociechą. Współczesny kapitalizm dostrzegł w tym prawdziwą żyłę złota i będzie nas wszelkimi dostępnymi środkami zachęcał, abyśmy inwestowali coraz więcej pieniędzy w zabawki edukacyjne czy kolejne zajęcia pozalekcyjne, co uczyni z naszych dzieci roboty, a jednocześnie odciągnie nas ze świata relacji i wepchnie w świat konsumpcji.

Niezależnie od skutków tej narastającej presji, której ofiarami stają się zarówno rodzice, jak i dzieci, ci pierwsi będą doświadczać coraz to większych problemów z wypełnianiem powierzanych im ról, zwłaszcza że opisywany proces dzieje się w momencie pogłębiającego się kryzysu instytucji rodziny. Nie jest już wielkim zaskoczeniem fakt, że w Polsce co trzecie małżeństwo się rozpada. Tym samym wielu rodziców musi radzić sobie z zadaniami wychowawczymi i edukacyjnymi albo samodzielnie, albo w warunkach nietrwałych związków.

Jednocześnie tzw. tradycyjna rodzina doświadcza bardzo podobnych przemian jak szkoła – coraz trudniej będzie utrzymać model oparty o transmisyjność, hierarchię, dominację i (w niektórych przypadkach) przemoc, zwłaszcza w relacji pomiędzy mężczyznami i kobietami, ale także rodzicami i dziećmi. Za sprawą szeroko rozumianych procesów emancypacyjnych coraz trudniej będzie powrócić do tradycyjnego modelu rodziny (dodam, że na całe szczęście). To jednak oznacza, że nawet jeśli współcześni rodzice mają jakieś wzorce rodziny, to, po pierwsze, nie mogą już często liczyć na wsparcie ze strony dziadków, rodzeństwa itd., które było fundamentalnym elementem tamtego starego modelu, a po drugie, te wzorce muszą ulec zmianie.

“Nowe kompetencje” rodziców

Wspomniane zmiany powodują bardzo poważne skutki dla państwa w wymiarze polityki rodzinnej, opiekuńczej i wreszcie edukacyjnej, ale także polityki rynku pracy. Jeśli zgodzimy się z hipotezą mówiącą o upowszechniającym się, i to nie tylko w największych miastach, zjawisku coraz silniejszego zaangażowania rodziców w proces wychowania i kształcenia dzieci (gdzie to drugie przestaje być modą, a staje się koniecznością), obowiązki rodzicielskie będą nie tylko zajmować coraz więcej czasu, ale także, a może przede wszystkim, będą wymagać nowych kompetencji.

Niezależnie od tego, czy zgadzamy się z wizją aktywnego rodzicielstwa, czy też nie, ze względu na samą rewolucję edukacyjną rodzice będą coraz częściej potrzebować rzetelnych wiedzy i umiejętności, których współcześnie albo nie posiadają, albo zdobywają je w sieci, niestety nierzadko w nieuporządkowany sposób (internetowe fora dla rodziców, w tym zwłaszcza dla mam, stanowią bardzo dynamicznie rozwijającą się strefę, a jednocześnie oferowana tam wiedza nie zawsze spełnia standardy). Stąd też zasadnym wydaje mi się pytanie, w jaki sposób wesprzeć współczesnych rodziców w procesie wychowania, aby zdjąć ciążącą na nich, a tym samym na ich dzieciach, presję i jednocześnie uchronić zarówno jednych, jak i drugich od nerwic. Przeprowadźmy więc ćwiczenie z wyobraźni w poszukiwaniu potencjalnych rozwiązań.

Pomysł „zawodowego rodzicielstwa”

Zdaję sobie sprawę z wrażliwości tematyki wychowawczej, w końcu w społeczeństwie nie mamy jednego modelu wychowania. Niezbędne wydaje się więc stworzenie przestrzeni, w której rodzice będą mieli możliwość zapoznać się z różnymi modelami, ich silnymi i słabymi stronami, a przede wszystkim uzyskać podstawową wiedzę z zakresu pedagogiki i psychologii rozwoju oraz komunikacji na linii rodzic-dziecko i rodzic-rodzic. To ostatnie jest szalenie istotne, zwłaszcza jeśli myślimy o przejściu od transmisyjnego do relacyjnego modelu edukacji, a może i modelu wychowania.

Przy założeniu, że problematyka wychowawczo-edukacyjna jest istotna z perspektywy państwa i jego obywateli, taką przestrzeń powinno zapewnić państwo, a najbardziej odpowiednim miejscem do edukacji rodziców jest szkoła. To zresztą wskazuje jeden z pożądanych kierunków zmian tej instytucji – szkoła publiczna mogłaby zmodyfikować profil i część swojej oferty kierować do rodziców, także po to, aby w przyszłości, kiedy już uda się nam przejść na bardziej relacyjny model edukacji, jakąś część z nich zaangażować czasowo (na rok albo nawet kilkanaście lat) jako mentorów wspomagających w procesie dydaktycznym zawodowych nauczycieli, co może okazać się koniecznie w sytuacji pogłębiającego się deficytu liczebności tych ostatnich. Zwłaszcza że w gruncie rzeczy kompetencje rodzica i nauczyciela w relacyjnym modelu edukacyjnym i wychowawczym są do siebie bardzo zbliżone.

Co więcej, otwarcie się szkoły na „niezawodowych” nauczycieli może z jednej strony wspomóc pożądany proces przemiany publicznej szkoły, a z drugiej strony pozwolić na jej reinstytucjonalizację. Pojęcie to w praktyce oznacza przekształcenie szkoły w coś bardziej na kształt lokalnego domu kultury, czyli przestrzeni umożliwiającej budowę więzi międzypokoleniowych i szeroko rozumianego kapitału społecznego, którego brak jest uznawany za jedną z największych bolączek naszego państwa.

Jestem absolutnie świadomy, że oferta kształcenia rodziców nie trafi do wszystkich – trudno mi sobie wyobrazić, aby większość osób w wieku, powiedzmy, 30 lat powróciła do szkoły, by uczyć się nowego, bardziej relacyjnego rodzicielstwa. Jeśli jednak uwzględnimy obserwację opisaną w pierwszej części tekstu, że dzieci będą się rodzić zdecydowanie częściej osobom charakteryzującym się orientacją na familism, ta oferta powinna być kierowana szczególnie do tej grupy, aby wzmocnić ich kompetencyjnie (choć oczywiście „workiści” też powinni mieć możliwość korzystania z takiego wsparcia).

Fot. Andrea Piacquadio/Pexels

Nie wykluczam zresztą, że osoby rezygnujące z kariery zawodowej na rzecz „profesjonalnego” rodzicielstwa mogłyby stać się, przynajmniej okresowo i w elastycznym wymiarze czasowym, takimi „niezawodowymi” nauczycielami i wziąć odpowiedzialność nie tylko za własne dzieci, ale także za wsparcie procesu wychowania oraz kształcenia potomstwa osób, które nie chcą rezygnować z kariery zawodowej z powodu posiadania dziecka. W praktyce może to wyglądać tak, że rodzic wspomaga nauczyciela w towarzyszeniu rozwojowi edukacyjnego nie tylko własnego dziecka, ale i jego koleżanek oraz kolegów z klasy.

Nie jest wcale powiedziane, że osoby decydujące się na swego rodzaju „zawodowe” rodzicielstwo w ogóle muszą mieć własne dzieci. Umiem sobie bowiem wyobrazić sytuację małżeństwa, które ma pragnienie wyboru takiej ścieżki życiowo-zawodowej, a z różnych przyczyn nie ma własnych dzieci. Takie historie będą zresztą coraz częstsze, zważywszy na pogłębiający się problem bezpłodności par.

Wprowadzenie instytucji quasi-zawodowych rodziców, którzy zrezygnowaliby przynajmniej czasowo z innych obowiązków zawodowych, a jednocześnie w jakiejś części zaangażowaliby się we wsparcie nauczycieli, wiąże się jednak z koniecznością wdrożenia czegoś na kształt wypłacanej z budżetu państwa „pensji rodzicielskiej”, o której piszę od prawie trzech lat. Może to być praca pełnoetatowa jednego lub dwójki rodziców (w zależności od liczby dzieci) albo praca na część etatu dla każdego z rodziców, tak aby mogli się oni wymieniać przy opiece zwłaszcza nad najmniejszymi dziećmi.

Podsumowując, „zawodowi” rodzice mogliby istotnie zmienić sposób funkcjonowania placówek wychowawczo-oświatowych. Z jednej strony część z nich (np. rodzice starszych dzieci) mogłaby stanowić wsparcie dla zawodowych nauczycieli w szkołach, co umożliwiłoby bardziej łagodne przejście z modelu transmisyjnego na model mentorski/relacyjny, w którym nauczyciel jest bardziej przewodnikiem uczniów, a nie prostym „transmiterem” programu kształcenia. Z drugiej strony inna część (np. rodzice młodszych dzieci) mogłaby zaangażować się w opiekę żłobkowo-przedszkolną i umożliwić likwidację wielodzietnych przedszkoli, a zwłaszcza żłobków, które nie są optymalnym miejscem dla najmłodszych dzieci (lub osoby takie mogłyby stanowić realna alternatywę opiekuńczą w miejscach, gdzie publicznych żłobków zwyczajnie nie ma).

Kilka słów ostrożnej samokrytyki

Oczywiście wprowadzenie instytucji quasi-zawodowych rodziców rodzi mnóstwo pytań i potencjalnych kontrowersji dotyczących chociażby tego, kto mógłby odgrywać taką rolę. Czy tylko osoby znajdujące się w związku małżeńskim? A może także osoby samotne, które nie znalazły partnera, ale mają silne pragnienie podjęcia się obowiązków rodzicielskich? Ile powinna wynosić taka „pensja rodzicielska”? Kto i czy w ogóle dokonywałby weryfikacji takich osób? Jeśli tak, to na jakich zasadach powinna być ona przeprowadzana? Czy i jak prawnie powinna być uregulowana opieka sąsiedzka ze strony „zawodowych” rodziców poza tradycyjnymi placówkami? Jak przeprowadzić reformę edukacyjną, która umożliwiłaby przejście do modelu relacyjnego i włączenie rodziców w proces reinstytucjonalizacji szkoły?

Takie pytania można mnożyć. Celem tego tekstu nie jest jednak szczegółowe zaplanowanie reformy edukacji i przedstawienie oceny skutków regulacji wprowadzenia instytucji „zawodowych” rodziców. Chcę w nim przede wszystkim zwrócić uwagę, że w świetle zarówno zmian w obszarze strategii dzietnościowych (z kluczową typologią workism vs. familism), jak i kryzysu takich instytucji, jak szkoła czy tradycyjna rodzina niezbędne wydaje się przemyślenie założeń polityki rodzinnej. Proste kopiowanie rozwiązań z państw rozwiniętych, w których rozwiązania te działały w przeszłości, ze względu na specyfikę kulturową polskiego społeczeństwa i zachodzące zmiany cywilizacyjne może zwyczajnie w świecie nie zadziałać.


Fragmenty analizy “Demograficzni specjalsi, zawód rodzic i zapaść edukacji publicznej. Jaka przyszłość czeka polską rodzinę i szkołę?” autorstwa Marcina Kędzierskiego opublikowanej na łamach Klubu Jagiellońskiego. Cały tekst można przeczytać TUTAJ.


Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

SKLEP DOBROCI

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę