Nasze projekty

Miłosierdzie z życia wzięte. [4] Strapionych pocieszać

Kiedy odwiedzałam Panią Stasię pierwszy raz, byłam zapewniana, że jest osobą pogodną i niczego jej nie potrzeba, tylko czyjejś obecności. I tak rzeczywiście było.

Reklama

Znana dzielnica, duży blok, pierwsze piętro. Pani Stasia mieszka tutaj zupełnie sama. Jej mąż zmarł kilka lat temu, dzieci zabrała choroba. Nie ma wnuków. Na co dzień Pani Stasia walczy z wieloma chorobami, porusza się również o kulach. Zaproponowała mi herbatę, bo powiedziała, że niewiele ma. Jedną sprawną ręką postawiła czajnik na gazie.

Utrzymuje się tylko z renty. W pierwszej kolejności regularnie opłaca z niej czynsz i rachunki, bo – jak sama mówi – bardzo boi się eksmisji. Każdego miesiąca musi zdecydować, z których leków zrezygnować, żeby zostawić sobie choć trochę pieniędzy na jedzenie. Mimo to Pani Stasia zadziwia pogodą ducha. Nie marudzi, nie użala się nad sobą i z widocznym wzruszeniem opowiada o opiekujących się nią wspaniałych lekarzach i pielęgniarkach.

Gdy pytałam, czy jej czegoś nie potrzeba, może zrobić jej zakupy – nie chciała nic. Powiedziała, że najbardziej ją cieszy, że przyszłam i chciałam jej posłuchać. I wypić herbatę, – mówi, że bardzo lubi częstować herbatą, bo mało kto jej wtedy odmawia – a uwielbia ludziom sprawiać radość.

Reklama
Reklama

Wychodziłam z poczuciem, że te odwiedziny dały więcej mnie samej niż pani Stasi. Myślałam, że to  ja jej sprawiłam radość tym spotkaniem. A to ona podniosła mnie na duchu tym, że mając niewiele mogę wiele dać. Wystarczyła jedynie obecność.

Reklama
Reklama

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite