video-jav.net

Miłosierdzie z życia wzięte. Krzywdy cierpliwie znosić

Módlmy się, byśmy byli wolni od żądzy odwetu i przemocy

Polub nas na Facebooku!

Wrzesień był piękny tego roku. Ciepło, zielono, świeciło słońce, jakby wszystko budziło się do życia, a nie zmierzało ku jesieni. W Okopach było to widoczne jak na dłoni. Takie wrażenie miał też ks. Jerzy, który przybył do domu odwiedzić rodziców i trochę odpocząć. Ale nie było to takie proste. Po pierwsze dlatego, że całą drogę był śledzony, nachalnie jechał za nim jakiś samochód. Gdy natomiast już dojechał do Okopów i przywitał się z rodziną, natychmiast zauważył, że wokół domu kręcą się esbecy. Było ich widać z okien pokoi. Spacerowali, robili zdjęcia, obserwowali, co się dzieje.

 

Kiedy ks. Jerzy wyjeżdżał z Okopów, nie wiadomo, czy miał świadomość, że więcej już tu nigdy nie wróci. Wychodząc z domu, odwrócił się jeszcze na chwilę i spojrzał na ojca: – Jakbym zginął, to tylko nie płaczcie po mnie! I na zawsze opuścił rodzinne Okopy.

 

Nadszedł 13 października 1984 r. Ks. Jerzy wracał z Gdańska, z kościoła św. Brygidy do Warszawy. Śledzili go Grzegorz Piotrowski, przyszły morderca ks. Jerzego, oraz dwaj inni funkcjonariusze MSW: Waldemar Chmielewski i Leszek Pękala. Jechali za nim służbowym samochodem Fiat 125p. Jak się potem okazało, mieli ze sobą: 2 łopaty, 3 torby turystyczne, narzutę na tapczan, 2 worki jutowe i 2 worki z tworzywa sztucznego, 3 kominiarki, 2 pary rękawiczek i litr wódki. Przygotowali też plastry, nóż, kamienie do obciążenia worków, skarpety napełnione piaskiem. Piotrowski zaopatrzył się w służbową przepustkę, która zwalniała go z kontroli drogowej MO. W pewnym momencie jeden z nich rzucił kamieniem w przednią szybę samochodu, w którym siedział ks. Jerzy. Ale kierowca Waldemar Chrostowski gwałtownie skręcił. I kamień nie trafił w samochód. Pierwszy zamach na życie Popiełuszki nie powiódł się. Ale on już wtedy spodziewał się najgorszego.

 

3 dni przed porwaniem, we wtorek 16 października, ks. Popiełuszko zjawił się w kurii warszawskiej. Wtedy też po raz pierwszy opowiedział kolegom księżom o niedawnym zamachu, jaki szykowano na niego, gdy jechał z Gdańska. Nigdy dotąd o podobnych wydarzeniach nie wspominał. Podobnie jak o przesłuchaniach Służby Bezpieczeństwa i pobycie w więzieniu. Mówił o tym wszystkim spokojnie, bez przerażenia, wydawało się, z dużą swobodą. W pewnym momencie popłynęły mu jednak z oczu łzy.

 

Piątek 19 października 1984 r. był podobny do innych dni. Ciepło, słonecznie, choć powietrze już wyraźnie jesienne. Nic nie zapowiadało tragedii. Tylko ks. Jerzy od rana był jakiś nieswój.

W Bydgoszczy zjawił się sporo przed mszą św., na bydgoskich Wyżynach tłumy czekały już na jego przyjazd. Kiedy wybiła 18.00 i ks. Popiełuszko rozpoczął mszę, zapadła cisza. W powietrzu unosiła się atmosfera wielkiego misterium.

 

Ostatnie publicznie powiedziane przez ks. Jerzego słowa to: – Módlmy się, byśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy.


Fragment książki autorstwa Mileny Kindziuk “Błogosławiony ks. Jerzy Popiełuszko” wydanej przez Axel Springer Polska sp. z o.o.

 

Miłosierdzie z życia wzięte. Strapionych pocieszać

Kiedy odwiedzałam Panią Stasię pierwszy raz, byłam zapewniana, że jest osobą pogodną i niczego jej nie potrzeba, tylko czyjejś obecności. I tak rzeczywiście było.

Polub nas na Facebooku!

Znana dzielnica, duży blok, pierwsze piętro. Pani Stasia mieszka tutaj zupełnie sama. Jej mąż zmarł kilka lat temu, dzieci zabrała choroba. Nie ma wnuków. Na co dzień Pani Stasia walczy z wieloma chorobami, porusza się również o kulach. Zaproponowała mi herbatę, bo powiedziała, że niewiele ma. Jedną sprawną ręką postawiła czajnik na gazie.

Utrzymuje się tylko z renty. W pierwszej kolejności regularnie opłaca z niej czynsz i rachunki, bo – jak sama mówi – bardzo boi się eksmisji. Każdego miesiąca musi zdecydować, z których leków zrezygnować, żeby zostawić sobie choć trochę pieniędzy na jedzenie. Mimo to Pani Stasia zadziwia pogodą ducha. Nie marudzi, nie użala się nad sobą i z widocznym wzruszeniem opowiada o opiekujących się nią wspaniałych lekarzach i pielęgniarkach.

Gdy pytałam, czy jej czegoś nie potrzeba, może zrobić jej zakupy – nie chciała nic. Powiedziała, że najbardziej ją cieszy, że przyszłam i chciałam jej posłuchać. I wypić herbatę, – mówi, że bardzo lubi częstować herbatą, bo mało kto jej wtedy odmawia – a uwielbia ludziom sprawiać radość.

Wychodziłam z poczuciem, że te odwiedziny dały więcej mnie samej niż pani Stasi. Myślałam, że to  ja jej sprawiłam radość tym spotkaniem. A to ona podniosła mnie na duchu tym, że mając niewiele mogę wiele dać. Wystarczyła jedynie obecność.

 

franciszek_Milosierdzie_500pcxPolecamy książkę “Miłosierdzie to imię Boga” – wywiad z papieżem Franciszkiem!

Papież Franciszek w prostych i bezpośrednich słowach zwraca się do każdego człowieka, budując z nim osobisty, braterski dialog. Na każdej stronie książki wyczuwalne jest jego pragnienie dotarcia do osób, które szukają sensu życia, uleczenia ran. Do niespokojnych i cierpiących, do tych, którzy proszą o przyjęcie, do biednych i wykluczonych, do więźniów i prostytutek, lecz również do zdezorientowanych i dalekich od wiary.

W rozmowie z watykanistą Andreą Torniellim Franciszek wyjaśnia – poprzez wspomnienia młodości i poruszające historie ze swojego doświadczenia duszpasterskiego – powody ogłoszenia Nadzwyczajnego Roku Świętego Miłosierdzia, którego tak pragnął.