Nasze projekty

Czułość wśród kotletów

Kiedy nasze życie erotyczne obumiera, nie uczmy się nowych technik miłosnych, nie czytajmy poradników spod znaku „Jak podkręcić atmosferę w sypialni”, ale inwestujmy w nieśmiertelność, inwestujmy w odwieczną miłość, a nasza sypialnia zapłonie ogniem, o jakim nam się nie śniło.

Reklama

Ojciec bierze trzech dorastających synów w góry. Podczas wędrówki wypowiada niespodziewanie kilka zdań, które synowie zapamiętają do końca życia: „Wiecie chłopaki czego najbardziej żałuję? Że nie przeżyjecie tego, co ja. Bo ja w noc poślubną naprawdę zobaczyłem po raz pierwszy nagie ciało kobiety. Zobaczyłem i umarłem z zachwytu”.

Niewinność, niepewność, pragnienie, tęsknota, wielka niewiadoma. Ilu z nas chciałoby wejść do małżeńskiej sypialni tylko z takim posagiem? Ile byśmy oddali za to, by nie mieć nadmiernych, często kompletnie nieprawdziwych oczekiwań i wyobrażeń którymi, w czasach pornokultury, chcąc nie chcąc, przesiąkamy? Siadamy w końcu zdumieni i rozczarowani na skraju łóżka, patrzymy na śpiącego (lub udającego sen) współmałżonka, a przez głowę przebiega nam tylko jedno pytanie: „JAK TO „COŚ” MA NAS ZBLIŻAĆ?!”.

Często zostajemy z tym bolesnym pytaniem sami. Jeszcze nie umiemy rozmawiać ze współmałżonkiem o naszych zbliżeniach, zwierzanie się spowiednikowi jakoś nie mieści się nam w głowach, a już tym bardziej telefon do znajomego. A miało być tak pięknie, przecież tak czekaliśmy, tak walczyliśmy…

Reklama
Reklama

Gdybym miała napisać tekst pt. „10 rzeczy, których nie usłyszysz na kursie przedmałżeńskim, a które prawdopodobnie uratują ci małżeństwo”, to pierwsze miejsce bezapelacyjnie zajęłoby zdanie, jakie przed ślubem usłyszałam od śp. o. Karola Meissnera OSB. Taka scenka: młoda, naiwna istota prosi benedyktyńskiego mnicha o najważniejszą radę dla małżeństwa. Ojciec Karol bez chwili zastanowienia mówi: „Nie ma na ziemi małżeństwa, które na jakimś etapie swojej drogi nie przeżywałoby trudności w sferze seksualnej”. Wyraźnie zmieszana odpowiadam półgłosem: „Ojcze, przecież to tylko seks”, a Ojciec kręci wymownie głową i odpowiada stanowczo: „To nigdy nie jest „tylko” seks”.

Reklama
Reklama

„Nie ma na ziemi małżeństwa, które na jakimś etapie swojej drogi, nie przeżywałoby trudności w sferze seksualnej”. Kochany ojciec Karol! Tylko człowiek, który przez ponad 50 lat towarzyszył – jako lekarz seksuolog – tysiącom par, mógł wypowiedzieć takie zdanie. Wcale nie jest w naszej sypialni tak wzniośle, intensywnie i bajkowo jak w kultowej scenie z Titanica? Czasem jest wspaniale, a czasem tak nie do końca? Albo w ogóle nie jest wspaniale, bo działa paskudna pamięć pierwszego – pozamałżeńskiego – razu i chociaż bardzo chcielibyśmy czuć dotyk współmałżonka nie jesteśmy do tego zdolni? I jeszcze nagość nas zaskakująco deprymuje i chociaż wciągamy mocno brzuchy, nie możemy uwolnić myśli od tych części ciała, których niestety nijak wciągnąć nie możemy… Nim zaczniemy na serio wątpić w sens czystości przedmałżeńskiej, nim zaleje nas gorycz zawodu, a przez nasze głowy będą coraz częściej przebiegać myśli o jakże bzdurnym „niedopasowaniu seksualnym”, weźmy głęboki oddech i jeszcze raz przeczytajmy na spokojnie zdanie ojca Karola. Nie ma małżeństwa, które nie musiałoby się zmagać! Spokojnie, naprawdę nie jesteśmy trefną parą! Szczyty przed nami! Jeszcze zrozumiemy o czym śpiewała Urszula siedząc w dmuchawcach.

W tym zdaniu o. Karola jest jedno słowo, które szczególnie lubię: DROGA. Często mówiąc o drodze, jaką rozpoczynają nowożeńcy w pierwszym odruchu myślimy o trudnej sztuce miłości, która ma wreszcie przestać już szukać swego, przestać oceniać, przestać wątpić. A przecież małżeńska bliskość nie powstanie na zawołanie, z mocy urzędu. Ona, jak wszystko, co cenne w naszym życiu, jest procesem. To przecież nie jest „tylko” seks, ale najprawdziwsze i najgłębsze wyznanie miłości, które – jako małżonkowie – składamy sobie nie tylko sercem, ale i ciałem. To jest urzekająca rzeczywistość nad którą trzeba pracować, która domaga się uzdrowienia, oczyszczenia, która potrzebuje zwyczajnie czasu, by dojrzewać, by stawać się autentycznym – nie, nie seksem – ale spotkaniem. Jak genialną intuicję miał Szekspir, kiedy pisał, że „kresem podróży jest spotkanie kochanków”. Kresem podróży, nie początkiem! Jakkolwiek to brzmi, nasza małżeńska sypialnia jest barometrem jakości naszej relacji. Jest jej uwieńczeniem, nie zaczynem! Świat stanął na głowie i macha zdziwiony nogami, kiedy kolejne związki wśród potężnego cierpienia rozpadają się, ale nie znajdzie się nikt, kto by powiedział: „Zostawcie wreszcie ten seks w spokoju! Skupcie się na sobie, na waszej zdolności do przekraczania własnego egoizmu, a sypialnia sama się wam ułoży”, ale jakież to mało hollywoodzkie…

Reklama

Miłość afirmująca, taka, która kocha bez zastrzeżeń, kocha ze słabością i grzechem jest niezwykle trudna. Bądźmy szczerzy – po ludzku jest to miłość niemożliwa. Wymaga od nas odwagi krzyża i wiary, że jeśli uśmiercę moje ego, to nie stracę, a zmartwychwstanę. Ale to właśnie taka miłość, określana w Ewangeliach terminem AGAPE jest naszym chrześcijańskim powołaniem. Agape jest niezbędnym i nieodzownym krokiem ku prawdziwej bliskości. Jeszcze raz warto powtórzyć – kiedy nasze życie erotyczne obumiera, nie uczmy się nowych technik miłosnych, nie czytajmy poradników spod znaku „Jak podkręcić atmosferę w sypialni”, ale inwestujmy w nieśmiertelność, inwestujmy w miłość, a nasza sypialnia zapłonie ogniem, o jakim nam się nie śniło.

Ale to nie wystarczy! To tylko połowa sukcesu. Istnieje encyklika, którą wielu z nas czytało szczypiąc się raz po raz po rękach, lub przecierając oczy ze zdumienia. Bo wiele się można było spodziewać po papieżu Benedykcie, ale mało chyba kto wpadłby na to, że swoją pierwszą encyklikę były prefekt Kongregacji Nauki Wiary, wielki teolog naszych czasów poświęci miłości. Mało tego! „Deus caritas est” to wielkie upomnienie się papieża o… o erosa właśnie, o miłość erotyczną między małżonkami. I to jest druga połowa sukcesu. Papież Benedykt XVI pisze, że „Człowiek staje się naprawdę sobą, kiedy ciało i dusza odnajdują się w wewnętrznej jedności (…). Jeżeli człowiek dąży do tego, by być jedynie duchem i chce odrzucić ciało jako dziedzictwo tylko zwierzęce, wówczas duch i ciało tracą swoją godność”. Zatem nie tylko agape, nie tylko umieranie dla siebie, ale też oczyszczony i uzdrowiony eros! Dopiero kiedy spotkają się te dwa oblicza miłości, małżeństwo będzie mogło poczuć przedsmak Nieba. Tylko jak ujarzmić erosa?

Na naszej lodówce wisi już chyba dziesiąty rok krótka modlitwa z prawosławnego rytuału ślubnego. Wśród jej licznych, pięknych wezwań jest też takie: „Daj czułość wzajemną nam i naszym dzieciom”. Czułość wzajemna. Ta urzekająca prośba jest dla mnie kwintesencją miłości erotycznej, do której jako małżonkowie jesteśmy powołani. Jeżeli chcemy zabierać siebie w najwyższe szczyty, nie wolno nam więzić erosa tylko w sypialni. Prośba o wzajemną czułość, to wezwanie do tego, aby eros przeniknął także naszą codzienność.

Jacek Pulikowski mówi, że istnieją dwa warunki szczęśliwego małżeństwa: ona musi czuć, że jest kochana, a on musi wiedzieć, że jest podziwiany. I to jest właściwy poligon dla naszej pracy z erosem. Pieszczoty w sypialni przychodzą bez trudu, ale uśmiech po zbyt krótkiej nocy do żony, która z atawizmem na głowie szykuje dzieciakom śniadanie – już tak. Nikt nie musiał nas zachęcać do obdarowywania narzeczonego spojrzeniem pełnym podziwu, gdy zdobywał pierwszy etat, ale wyrażenie mężowi uznania, kiedy pokonuje swój gniew i nie wybucha na dzieci jest o wiele, wiele ważniejsze. Te wszystkie muśnięcia dłoni przy trzaskaniu kotletów, ta wspólnie załadowywana wśród żartów zmywarka, ta kochana kanapa po męczącym dniu i ukradkiem jedzone przed dziećmi resztki lodów w spiżarni. I jeszcze ten zwykły niezwykły telefon „Co u Ciebie?” i to brzmiące prawie jak przepustka do Nieba w środku nocy: „– Nie śpisz? – Nie… patrzę sobie na ciebie” – to  subtelna, czuła miłość, która jest tak naprawdę nieustanną i najpiękniejszą grą wstępną.

Szokuje mnie sakramentalna obecność Boga w małżeństwie. Jeśli sakrament jest widzialnym znakiem niewidzialnej łaski, to mój mąż i ja jesteśmy w jakiś przedziwny sposób żywą monstrancją, w której można ujrzeć twarz Boga. Jak bardzo do tego nie dorastamy! Ale kiedy tylko starcza nam sił, by walczyć o prawdziwą, kochaną codzienną miłość, jeżeli nie odpuszczamy sobie i zaciskając zęby przekraczamy nasze słabości i ograniczenia, wtedy zaczyna płonąć w nas i przez nas taki ogień przy którym ogrzewają się nie tylko nasze dzieci, ale i wszyscy, którzy przechodzą przez nasz dom. Dlatego ukradziona codzienności randka, kanapa, Netflix i dobre wino, kurs tańca w co drugi piątek – to nie tylko nasz przywilej, ale wręcz obowiązek. Miejmy odwagę trwonić na siebie czas! Nie bójmy się tego! To właśnie my – małżonkowie jesteśmy wielkim wybuchem, godziną zero naszej rodziny. To w nas jest początek, w nas jest źródło najpierw naszego szczęścia, a potem też szczęścia naszych dzieci. Tak wielu ludziom wydaje się, że po pewnym czasie życie małżeńskie jest tylko rutyną, zbiorem przyzwyczajeń. Nic nas już tu nie zaskoczy, nic nas tu już wielkiego nie czeka. Ale przecież każdy z nas jest utkany z nieskończoności Boga! Jeżeli tylko nauczymy się siebie naprawdę słuchać odkryjemy, że małżeństwo to nieustanna podróż ku sobie, która wcale nie skończy się ze śmiercią. Tam, gdzie głębia przyzywa głębię, miłość nie ma granic.

Na tej samej lodówce od kilku tygodni wisi nowa karta. Nabazgrana przeze mnie w pośpiechu z cytatem z „Amoris Laetitia” papieża Franciszka: „Wspólny taniec z energią młodej miłości, taniec z tymi oczarowanymi oczyma, ku nadziei, nie może ustawać”. Najpiękniejsza definicja małżeństwa, jaką kiedykolwiek czytałam.

Kochany, zatańczysz?

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę