video-jav.net

Czułość wśród kotletów

Kiedy nasze życie erotyczne obumiera, nie uczmy się nowych technik miłosnych, nie czytajmy poradników spod znaku „Jak podkręcić atmosferę w sypialni”, ale inwestujmy w nieśmiertelność, inwestujmy w odwieczną miłość, a nasza sypialnia zapłonie ogniem, o jakim nam się nie śniło.

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Ojciec bierze trzech dorastających synów w góry. Podczas wędrówki wypowiada niespodziewanie kilka zdań, które synowie zapamiętają do końca życia: „Wiecie chłopaki czego najbardziej żałuję? Że nie przeżyjecie tego, co ja. Bo ja w noc poślubną naprawdę zobaczyłem po raz pierwszy nagie ciało kobiety. Zobaczyłem i umarłem z zachwytu”.

Niewinność, niepewność, pragnienie, tęsknota, wielka niewiadoma. Ilu z nas chciałoby wejść do małżeńskiej sypialni tylko z takim posagiem? Ile byśmy oddali za to, by nie mieć nadmiernych, często kompletnie nieprawdziwych oczekiwań i wyobrażeń którymi, w czasach pornokultury, chcąc nie chcąc, przesiąkamy? Siadamy w końcu zdumieni i rozczarowani na skraju łóżka, patrzymy na śpiącego (lub udającego sen) współmałżonka, a przez głowę przebiega nam tylko jedno pytanie: „JAK TO „COŚ” MA NAS ZBLIŻAĆ?!”.

Często zostajemy z tym bolesnym pytaniem sami. Jeszcze nie umiemy rozmawiać ze współmałżonkiem o naszych zbliżeniach, zwierzanie się spowiednikowi jakoś nie mieści się nam w głowach, a już tym bardziej telefon do znajomego. A miało być tak pięknie, przecież tak czekaliśmy, tak walczyliśmy…

Gdybym miała napisać tekst pt. „10 rzeczy, których nie usłyszysz na kursie przedmałżeńskim, a które prawdopodobnie uratują ci małżeństwo”, to pierwsze miejsce bezapelacyjnie zajęłoby zdanie, jakie przed ślubem usłyszałam od śp. o. Karola Meissnera OSB. Taka scenka: młoda, naiwna istota prosi benedyktyńskiego mnicha o najważniejszą radę dla małżeństwa. Ojciec Karol bez chwili zastanowienia mówi: „Nie ma na ziemi małżeństwa, które na jakimś etapie swojej drogi nie przeżywałoby trudności w sferze seksualnej”. Wyraźnie zmieszana odpowiadam półgłosem: „Ojcze, przecież to tylko seks”, a Ojciec kręci wymownie głową i odpowiada stanowczo: „To nigdy nie jest „tylko” seks”.

 

 

„Nie ma na ziemi małżeństwa, które na jakimś etapie swojej drogi, nie przeżywałoby trudności w sferze seksualnej”. Kochany ojciec Karol! Tylko człowiek, który przez ponad 50 lat towarzyszył – jako lekarz seksuolog – tysiącom par, mógł wypowiedzieć takie zdanie. Wcale nie jest w naszej sypialni tak wzniośle, intensywnie i bajkowo jak w kultowej scenie z Titanica? Czasem jest wspaniale, a czasem tak nie do końca? Albo w ogóle nie jest wspaniale, bo działa paskudna pamięć pierwszego – pozamałżeńskiego – razu i chociaż bardzo chcielibyśmy czuć dotyk współmałżonka nie jesteśmy do tego zdolni? I jeszcze nagość nas zaskakująco deprymuje i chociaż wciągamy mocno brzuchy, nie możemy uwolnić myśli od tych części ciała, których niestety nijak wciągnąć nie możemy… Nim zaczniemy na serio wątpić w sens czystości przedmałżeńskiej, nim zaleje nas gorycz zawodu, a przez nasze głowy będą coraz częściej przebiegać myśli o jakże bzdurnym „niedopasowaniu seksualnym”, weźmy głęboki oddech i jeszcze raz przeczytajmy na spokojnie zdanie ojca Karola. Nie ma małżeństwa, które nie musiałoby się zmagać! Spokojnie, naprawdę nie jesteśmy trefną parą! Szczyty przed nami! Jeszcze zrozumiemy o czym śpiewała Urszula siedząc w dmuchawcach.

W tym zdaniu o. Karola jest jedno słowo, które szczególnie lubię: DROGA. Często mówiąc o drodze, jaką rozpoczynają nowożeńcy w pierwszym odruchu myślimy o trudnej sztuce miłości, która ma wreszcie przestać już szukać swego, przestać oceniać, przestać wątpić. A przecież małżeńska bliskość nie powstanie na zawołanie, z mocy urzędu. Ona, jak wszystko, co cenne w naszym życiu, jest procesem. To przecież nie jest „tylko” seks, ale najprawdziwsze i najgłębsze wyznanie miłości, które – jako małżonkowie – składamy sobie nie tylko sercem, ale i ciałem. To jest urzekająca rzeczywistość nad którą trzeba pracować, która domaga się uzdrowienia, oczyszczenia, która potrzebuje zwyczajnie czasu, by dojrzewać, by stawać się autentycznym – nie, nie seksem – ale spotkaniem. Jak genialną intuicję miał Szekspir, kiedy pisał, że „kresem podróży jest spotkanie kochanków”. Kresem podróży, nie początkiem! Jakkolwiek to brzmi, nasza małżeńska sypialnia jest barometrem jakości naszej relacji. Jest jej uwieńczeniem, nie zaczynem! Świat stanął na głowie i macha zdziwiony nogami, kiedy kolejne związki wśród potężnego cierpienia rozpadają się, ale nie znajdzie się nikt, kto by powiedział: „Zostawcie wreszcie ten seks w spokoju! Skupcie się na sobie, na waszej zdolności do przekraczania własnego egoizmu, a sypialnia sama się wam ułoży”, ale jakież to mało hollywoodzkie…

Miłość afirmująca, taka, która kocha bez zastrzeżeń, kocha ze słabością i grzechem jest niezwykle trudna. Bądźmy szczerzy – po ludzku jest to miłość niemożliwa. Wymaga od nas odwagi krzyża i wiary, że jeśli uśmiercę moje ego, to nie stracę, a zmartwychwstanę. Ale to właśnie taka miłość, określana w Ewangeliach terminem AGAPE jest naszym chrześcijańskim powołaniem. Agape jest niezbędnym i nieodzownym krokiem ku prawdziwej bliskości. Jeszcze raz warto powtórzyć – kiedy nasze życie erotyczne obumiera, nie uczmy się nowych technik miłosnych, nie czytajmy poradników spod znaku „Jak podkręcić atmosferę w sypialni”, ale inwestujmy w nieśmiertelność, inwestujmy w miłość, a nasza sypialnia zapłonie ogniem, o jakim nam się nie śniło.

Ale to nie wystarczy! To tylko połowa sukcesu. Istnieje encyklika, którą wielu z nas czytało szczypiąc się raz po raz po rękach, lub przecierając oczy ze zdumienia. Bo wiele się można było spodziewać po papieżu Benedykcie, ale mało chyba kto wpadłby na to, że swoją pierwszą encyklikę były prefekt Kongregacji Nauki Wiary, wielki teolog naszych czasów poświęci miłości. Mało tego! „Deus caritas est” to wielkie upomnienie się papieża o… o erosa właśnie, o miłość erotyczną między małżonkami. I to jest druga połowa sukcesu. Papież Benedykt XVI pisze, że „Człowiek staje się naprawdę sobą, kiedy ciało i dusza odnajdują się w wewnętrznej jedności (…). Jeżeli człowiek dąży do tego, by być jedynie duchem i chce odrzucić ciało jako dziedzictwo tylko zwierzęce, wówczas duch i ciało tracą swoją godność”. Zatem nie tylko agape, nie tylko umieranie dla siebie, ale też oczyszczony i uzdrowiony eros! Dopiero kiedy spotkają się te dwa oblicza miłości, małżeństwo będzie mogło poczuć przedsmak Nieba. Tylko jak ujarzmić erosa?

 

 

Na naszej lodówce wisi już chyba dziesiąty rok krótka modlitwa z prawosławnego rytuału ślubnego. Wśród jej licznych, pięknych wezwań jest też takie: „Daj czułość wzajemną nam i naszym dzieciom”. Czułość wzajemna. Ta urzekająca prośba jest dla mnie kwintesencją miłości erotycznej, do której jako małżonkowie jesteśmy powołani. Jeżeli chcemy zabierać siebie w najwyższe szczyty, nie wolno nam więzić erosa tylko w sypialni. Prośba o wzajemną czułość, to wezwanie do tego, aby eros przeniknął także naszą codzienność.

Jacek Pulikowski mówi, że istnieją dwa warunki szczęśliwego małżeństwa: ona musi czuć, że jest kochana, a on musi wiedzieć, że jest podziwiany. I to jest właściwy poligon dla naszej pracy z erosem. Pieszczoty w sypialni przychodzą bez trudu, ale uśmiech po zbyt krótkiej nocy do żony, która z atawizmem na głowie szykuje dzieciakom śniadanie – już tak. Nikt nie musiał nas zachęcać do obdarowywania narzeczonego spojrzeniem pełnym podziwu, gdy zdobywał pierwszy etat, ale wyrażenie mężowi uznania, kiedy pokonuje swój gniew i nie wybucha na dzieci jest o wiele, wiele ważniejsze. Te wszystkie muśnięcia dłoni przy trzaskaniu kotletów, ta wspólnie załadowywana wśród żartów zmywarka, ta kochana kanapa po męczącym dniu i ukradkiem jedzone przed dziećmi resztki lodów w spiżarni. I jeszcze ten zwykły niezwykły telefon „Co u Ciebie?” i to brzmiące prawie jak przepustka do Nieba w środku nocy: „– Nie śpisz? – Nie… patrzę sobie na ciebie” – to  subtelna, czuła miłość, która jest tak naprawdę nieustanną i najpiękniejszą grą wstępną.

Szokuje mnie sakramentalna obecność Boga w małżeństwie. Jeśli sakrament jest widzialnym znakiem niewidzialnej łaski, to mój mąż i ja jesteśmy w jakiś przedziwny sposób żywą monstrancją, w której można ujrzeć twarz Boga. Jak bardzo do tego nie dorastamy! Ale kiedy tylko starcza nam sił, by walczyć o prawdziwą, kochaną codzienną miłość, jeżeli nie odpuszczamy sobie i zaciskając zęby przekraczamy nasze słabości i ograniczenia, wtedy zaczyna płonąć w nas i przez nas taki ogień przy którym ogrzewają się nie tylko nasze dzieci, ale i wszyscy, którzy przechodzą przez nasz dom. Dlatego ukradziona codzienności randka, kanapa, Netflix i dobre wino, kurs tańca w co drugi piątek – to nie tylko nasz przywilej, ale wręcz obowiązek. Miejmy odwagę trwonić na siebie czas! Nie bójmy się tego! To właśnie my – małżonkowie jesteśmy wielkim wybuchem, godziną zero naszej rodziny. To w nas jest początek, w nas jest źródło najpierw naszego szczęścia, a potem też szczęścia naszych dzieci. Tak wielu ludziom wydaje się, że po pewnym czasie życie małżeńskie jest tylko rutyną, zbiorem przyzwyczajeń. Nic nas już tu nie zaskoczy, nic nas tu już wielkiego nie czeka. Ale przecież każdy z nas jest utkany z nieskończoności Boga! Jeżeli tylko nauczymy się siebie naprawdę słuchać odkryjemy, że małżeństwo to nieustanna podróż ku sobie, która wcale nie skończy się ze śmiercią. Tam, gdzie głębia przyzywa głębię, miłość nie ma granic.

Na tej samej lodówce od kilku tygodni wisi nowa karta. Nabazgrana przeze mnie w pośpiechu z cytatem z „Amoris Laetitia” papieża Franciszka: „Wspólny taniec z energią młodej miłości, taniec z tymi oczarowanymi oczyma, ku nadziei, nie może ustawać”. Najpiękniejsza definicja małżeństwa, jaką kiedykolwiek czytałam.

Kochany, zatańczysz?

Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki - prawnik, z naprawionego błędu - dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa i autorka bloga budujemymosty.pl

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >
RODZINA

Wczesna Komunia Święta. Co dzieci z tego zrozumieją?

Nie ze wszystkich moich pomysłów wychowawczych jestem dumna. Wiele rzeczy chciałabym zmienić. Ale są i takie, których słuszności jestem absolutnie pewna, a jedną z gich jest posłanie trojga naszych dzieci do wczesnej Komunii Świętej.

Marcelina Metera
Marcelina
Metera
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Baranki młode

Nie ze wszystkich moich pomysłów wychowawczych jestem dumna. Wiele rzeczy chciałabym zmienić, poprawić, z perspektywy czasu wiem, że mogliśmy postąpić inaczej – wszyscy rodzice wiedzą, o czym mówię. Jest też na szczęście konkretny pakiecik decyzji, których słuszności jestem absolutnie pewna, i jedną z nich jest posłanie trojga naszych dzieci do wczesnej Komunii Świętej (dwie najmłodsze jeszcze za małe). Dwoje przygotowaliśmy indywidualnie, z pomocą zaprzyjaźnionego wikarego krakowskiej parafii (synek miał niespełna siedem lat, córka skończone sześć). Z trzecim korzystaliśmy z cudnego programu przygotowań komunijnych dla dzieci z edukacji domowej, opracowanego przez Olę Sawicką i ojca Przemka Ciesielskiego OP. Każda Msza komunijna wyglądała zupełnie inaczej – skupiony i szczęśliwy F. przyjmował Pana Jezusa w Wielki Czwartek, w zapełnionym kościele. Malutka, bielutka Ł. biegła do ołtarza w ciepły dzień czerwcowy, na kameralnej Mszy tylko dla niej i jej gości. A nasz J., szczerbaty zadymiarz, maszerował w czterdziestoosobowej grupie uradowanych „Baranków”, z których najmniejsi nie skończyli jeszcze sześciu lat.

 

Dlaczego?

Dlaczego to robimy? Bo jesteśmy przekonani, że małe dzieci też potrzebują wsparcia Łaski.  Bo pragną bliskiej i osobistej relacji z Panem Bogiem. Bo mają wspaniałą intuicję wiary i zadają pytania godne mistyków. Bo lepiej je umocnić do mierzenia się z pokusami tego świata na samym początku świadomego życia, żeby rosły już karmione Ciałem Pańskim i w jakiś sposób – z Niego były budowane.

Robimy to też po to, żeby zapewnić naszym dzieciom piękne, spokojne doświadczenie pierwszej Spowiedzi. Bez nerwowych kolejeczek, karteczek, rubryczek. Nie etap do odfajkowania na parę tygodni przed Komunią i potem do powtórzenia w przeddzień (swoją drogą, jak się tłumaczy tym dzieciom po pierwszej Spowiedzi a przed drugą, że nie mogą iść po Pana Jezusa na najbliższej Mszy św? Przecież mogłyby!) Nie stres i broń Boże nie trauma.

Starsi spowiadali się bezpośrednio przed Mszą komunijną, pamiętam zwłaszcza wracającą od konfesjonału Ł, maleńką, ubraną na biało, roześmianą blondyneczkę – i idącego tuż za nią wielkiego, czarnobrodego i odzianego w czarną sutannę księdza Łukasza, z którego widać było tylko białe zęby. Tak sobie szli i się radowali.

Ale tak zupełnie na świeżo mam w pamięci dreszcz mistyczny przy tegorocznej Spowiedzi naszego J. Najświętszy Sakrament na ołtarzu, w tle spokojny śpiew adoracyjny, w prezbiterium dwaj Ojcowie Dominikanie. Klęczeliśmy w nawie głównej, całymi rodzinami. Dzieci podchodziły do spowiedników, siadały obok nich, chowały się w cieniu ołtarza. Po rozgrzeszeniu Ojcowie podnosili je, przytulali i odprowadzali albo odnosili na rękach do rodziców, a rodzice nakładali białą szatę, przygotowaną dla Zaproszonych na Ucztę. Klęczałam i patrzyłam, jak mały, ubrany w ciemne kolory synek siedzi obok białego zakonnika, opowiada z powagą i obaj machają sobie odruchowo stopą. A potem Ojciec przyniósł mi go, roześmiany – obraz Boga Miłosiernego, który się nie posiada z radości, że człowiek do niego wrócił. Nakładałam białą szatę i sobie myślałam, że te niecałe siedem lat wcześniej oddano mi na ręce syneczka ochrzczonego, a teraz przyniesiono takiego odświeżonego po spowiedzi – oto chrześcijanin przywrócony do ustawień fabrycznych. Znowu cały na biało.

To nie jest tak, że na takie doświadczenia zasługują tylko wyjątkowe dzieci z wyjątkowo świątobliwych rodzin wyłonionych w specjalnym konkursie. Czy coś. Każde dziecko zasługuje na dobre, radosne i głębokie przeżycie pierwszej Spowiedzi i Komunii. To jest fundament życia chrześcijańskiego, to ma być początek zaangażowanego uczestnictwa w życiu religijnym, a nie koniec (… jak już człowiek wypełni te wszystkie rubryczki z Różańca, Drogi Krzyżowej, Rorat i czego tam jeszcze, to w nagrodę pójdzie do Komunii i już nie będzie musiał więcej na to wszystko uczęszczać, aż do Bierzmowania…).

 

Czy to trudne?

Czy przygotowanie dziecka do wczesnej Komunii jest trudne? Nie bardziej niż normalne wychowanie w katolickim domu. Zasadniczo robimy to co zwykle, chodzimy do kościoła, modlimy się, rozmawiamy dużo i odpowiadamy na pytania. Wykorzystujemy okazje, takie „korytarze transferowe” zainteresowania jakimś tematem, do hojnego szuflowania wiedzy religijnej, ale katechizmu na pamięć nie zakuwamy. Efekty są, z Bożą pomocą, widoczne. Tak w ogóle to uważam, że przygotowań, takich specjalnych – spotkań, konferencji i rekolekcji – potrzebują przede wszystkim rodzice, bo to oni są głównymi „tubami” Dobrej Nowiny dla swoich dzieci, i często przydałyby im się narzędzia skutecznego przekazywania wiedzy religijnej i doświadczenia wiary. Zastosują je skuteczniej niż jakikolwiek katecheta. Myślę sobie po cichutku, że naprawdę warto zrewidować przyjęty od lat w polskim Kościele system masowych przygotowań rocznikowych. Będzie to trudne, ale konieczne – i bezcenne dla przyszłości całej wspólnoty wierzących.

 

Tytułowe pytanie to Argument Argumentów, Gruba Berta i Wunderwaffe, wyciągana w dyskusjach przez rozmaite osoby postronne (niestety również duchowne): CO TE DZIECI Z TEGO ROZUMIEJĄ?

Odpowiadam: a ciocia/pani/ksiądz – co z tego rozumie? Bo ja nie rozumiem. Ja tylko wierzę. Nasze dzieci, z całą siłą swoich niespaskudzonych serduszek, też wierzą.

Marcelina Metera

Marcelina Metera

Żona, matka pięciorga, po godzinach tłumaczka i redaktorka. Nieuleczalna entuzjastka pracy społecznej, dużo gada i szybko czyta

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcelina Metera
Marcelina
Metera
zobacz artykuly tego autora >