LUDZIE

Abp Fulton J. Sheen. Między wiarą a humorem

- O ludziach pozbawionych poczucia humoru mówi się czasami, że są „ciężcy”. Moim zdaniem można ich porównać do cegły, przez którą nic nie widać. Poczucie humoru jest natomiast zdolnością „widzenia na wylot”, jak przez szybę - napisał Abp Fulton J. Sheen w swojej autobiografii "Skarb w glinianym naczyniu".

Polub nas na Facebooku!

Papież Pius XII nazwał go kiedyś prorokiem swoich czasów. Sheen zadziwiająco umiejętnie posługiwał się wszystkimi aspektami kultury. Jako felietonista i autor ponad sześćdziesięciu książek, wykorzystywał swoje wykształcenie, aby docierać do zwykłych ludzi. Głosił Ewangelię w prawdziwie nowatorski sposób. Dbając o to, aby przekaz trafiał do odbiorcy, często odwoływał się do poezji, filozofii, historii, architektury, muzyki i sztuki. W ciągu szesnastu lat pełnienia funkcji dyrektora amerykańskiego oddziału Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary zebrał setki milionów dolarów na potrzeby ubogich.

Przeznaczył również około dziesięciu milionów dolarów ze swoich zarobków na cele misyjne. Budował kościoły i szpitale dla biednych czarnoskórych mieszkańców stanu Alabama. Niestrudzenie głosił rekolekcje, odwiedzał uwięzionych i chorych, prowadził zajęcia dla konwertytów oraz odprawiał Msze Święte w parafiach na całym świecie.

Jednak chyba najbardziej znany jest ze swojej działalności w mediach. Nie było jeszcze Matki Angeliki, Pata Robertsona ani Joela Osteena, kiedy bp Fulton Sheen – w piusce i fioletowej pelerynie – przecierał telewizyjne szlaki, niejednokrotnie zajmując w rankingach popularności wyższe miejsce niż Milton Berle czy Frank Sinatra. Przez ponad pół wieku wykorzystywał radio, a następnie telewizję, aby nieść przesłanie nadziei ludziom wszelkich wyznań, jak również tym, którzy nie wyznawali żadnej wiary. Tym samym sprawił, że hermetyczny język teologii stał się dostępny dla szerokich mas.

Jednym z charakterystycznych cech arcybiskupa Sheena było poczucie humoru. Myśli i anegdoty z życia zapisał on w swojej autobiografii “Skarb w glinianym naczyniu”. Publikujemy niektóre z nich.

 

Jezus tylko jedną rzecz traktował na serio

Materialiści, humaniści i ateiści traktują ten świat bardzo poważnie, ponieważ innego nigdy nie będą mieli. Człowiek wierzący wie, że ten świat nie jest jedynym światem, więc nie trzeba go traktować całkiem na serio: „ziemię jak cacko plotłem” (F. Thompson, Chart gończy niebios, tłum. S. Helsztyński, „Verbum” 1937, z. 4.). Dla ateisty złoto to złoto, woda to woda, a pieniądze to pieniądze. Dla człowieka wierzącego każda rzecz na tym świecie wskazuje na coś innego. Gór nie należy traktować na serio. One są manifestacją potęgi Boga; zachody słońca są przejawami Jego piękna; nawet deszcz może być znakiem Jego delikatnego miłosierdzia.

Wszystkie przypowieści naszego Pana, Jezusa Chrystusa, są odniesieniami do wieczności. Wielbłądy, ucho igielne, łaty na ubraniu, ziarno na drodze, błyskawica, czerwień nieba – to wszystko przypominało mu o duchowych i moralnych naukach na temat królestwa Bożego. Dlatego każdą przypowieść zaczynał od słów: „Królestwo Boże podobne jest do…”. Jedyną rzeczą, którą Jezus traktował naprawdę poważnie, była ludzka dusza. Nawet śmierci nie brał na serio, ponieważ śmierć jest elementem życia.

 

“Mam dokładnie takie same uczucia wobec dr. Sheena”

We wczesnym okresie mojej pracy w ogólnokrajowej stacji radiowej, pewnego poniedziałkowego ranka, w katedrze św. Patryka podszedł do mnie mężczyzna. Najwyraźniej nie rozpoznając mnie, powiedział:

– Ojcze, chciałbym się wyspowiadać. Codziennie przyjeżdżam tu z Westchester. Podróżowałem z trzema znajomymi protestantami. Bardzo się zdenerwowałem i z lekceważeniem i rozgoryczeniem mówiłem o tym młodym księdzu, który występuje w radiu. Nazywa się Fulton Sheen. Nie mogę go znieść, po prostu doprowadza mnie do szału. Prawdopodobnie byłem zgorszeniem dla tych ludzi przez to, w jaki sposób wypowiadałem się na temat księdza. Może mnie więc ojciec
wyspowiadać?

– Dobry człowieku – odpowiedziałem. – Nie wydaje mi się, że popełniłeś poważny grzech. Są w moim życiu chwile, kiedy mam dokładnie takie same uczucia wobec dr. Sheena. Proszę przystąpić do komunii, a wyspowiada się pan przy innej okazji.

Odszedł bardzo zadowolony, mówiąc:

– To cudownie spotkać takiego miłego księdza.

 

“Chciałbym podziękować czterem autorom moich tekstów”

Pewnego razu, podróżując pociągiem z Nowego Jorku do Bostonu, siedziałem obok duchownego Kościoła episkopalnego. Rozpoczęliśmy przyjacielską dyskusję na temat ważności anglikańskich święceń. Mój towarzysz podróży utrzymywał, że jest takim samym księdzem jak ja. Może sprawować ofiarę Mszy Świętej i odpuszczać grzechy. Dobrze znał historię i teologię, a nasza rozmowa okazała się tak interesująca, że wielu pasażerów zgromadziło się wokół nas, aby posłuchać przyjacielskiej debaty. Duchowny wysiadł na stacji Providence. Przeszedł kilka kroków, po czym odwrócił się twarzą do publiczności, której obecność cieszyła nas obu, i uznał, że po raz
ostatni rzuci mi wyzwanie:

– Proszę sobie zapamiętać, biskupie Sheen, nie ma rzeczy, którą ty mógłbyś zrobić, a ja nie.

Zdążyłem tylko odpowiedzieć:

– Nieprawda, ja mogę pocałować twoją żonę, a ty mojej nie.

Przy okazji rozdawania nagród Emmy, każdy laureat dziękował producentom, reżyserom, przyjaciołom, znajomym i asystentom. Kiedy wywołano mnie do odbioru nagrody, przez krótką chwilę nie wiedziałem, co powiedzieć, ale zaraz przyszło mi do głowy, że skoro wszyscy komuś dziękowali, ja również powinienem wyrazić swoją wdzięczność:

– Chciałbym podziękować czterem autorom moich tekstów – powiedziałem – Mateuszowi, Markowi, Łukaszowi i Janowi.

Później Milton Berle przypisał sobie autorstwo tych słów. Zrehabilitował się jednak, niejednokrotnie podając mnie jako autora żartobliwych powiedzonek, których z powodu braku talentu nie potrafiłbym wymyślić.

 

Cięta riposta i barwne anegdoty

Cięta riposta zawsze jest dobrze przyjmowana przez publiczność. Jednej z najgenialniejszych odpowiedzi, jakie pamiętam, udzielił wielki metodystyczny kaznodzieja, John Wesley. W jednym ze swoich kazań, chcąc wyjaśnić jakiś fragment z Biblii, przytoczył najpierw termin grecki, a następnie hebrajski. Ktoś z publiczności zawołał:

– Bóg nie potrzebuje twojej wiedzy.
– Nie potrzebuje też twojej ignorancji – odparł Wesley.

Ta anegdota przywodzi mi na myśl wykład, jaki dawałem grupie studentów na pewnym uniwersytecie w Minnesocie. Po wykładzie był czas na zadawanie pytań. Jeden ze studentów zapytał, w jaki sposób Jonasz przetrwał trzy dni w brzuchu wieloryba.

– Nie mam zielonego pojęcia – odpowiedziałem. – Ale kiedy pójdę do nieba, to go o to zapytam.
– A jeśli Jonasza nie będzie w niebie? – krzyknął student w odpowiedzi.
– Wtedy ty będziesz miał go okazję zapytać – odparłem.

Wygłosiłem w życiu setki wykładów na różne tematy. Kiedy publiczność słucha cię już przez godzinę, to nawet jeśli nie używasz notatek (a ja nigdy tego nie robiłem), słuchacze w sposób naturalny zaczynają odczuwać znużenie. Zawsze uważałem więc, że dobrze mieć w zanadrzu jakieś anegdoty, które pozwolą zmienić rytm wykładu i dadzą publiczności moment wytchnienia, a może nawet pozwolą przez chwilę się uśmiechnąć.

Poniższą anegdotkę opowiadałem zawsze na długo przed końcem wykładu, aby utrzymać zainteresowanie słuchaczy: 

Pewna rodzina przeprowadziła się z Dublina do Bostonu. Po pewnym czasie jeden z synów przeniósł się do Chicago. Ojciec umarł w Bostonie. Syn, który mieszkał w Chicago, wysłał do brata telegram z pytaniem: „Jakie były ostatnie słowa taty?”. Otrzymał następującą odpowiedź: „Tata nie powiedział ostatnich słów – mama była przy nim do samego końca”.

 

Fragment pochodzi z książki “Skarb w glinianym naczyniu” abp. Fultona J. Sheena – jednego z najwybitniejszych ludzi Kościoła XX wieku

 

Abp Fulton Sheen

Skarb w glinianym naczyniu
Autobiografia

Arcybiskup Fulton J. Sheen to jeden z najbardziej znanych hierarchów XX wieku. Jego niezwykła charyzma każdego tygodnia gromadziła przed odbiornikami radiowymi i te­lewizyjnymi trzydzieści milionów ludzi. Był pierwszym biskupem, który otrzymał nagrodę Emmy, autorem po­ nad sześćdziesięciu książek, cenionym kapłanem i wy­ bitnym intelektualistą. 

Skarb w glinianym naczyniu to autobiograficzna opo­wieść, w której znajdziemy zabawne i poruszające anegdo­ty z długiego życia abp. Sheena: z dzieciństwa spędzone­ go na farmie, powołania do kapłaństwa oraz wieloletniej posługi duszpasterskiej. Wszystkie wspomnienia opatrzo­ne są osobistymi refleksjami ukazującymi prawdę o by­ciu prawdziwym świadkiem Chrystusa. Nie jest to jednak tylko opowieść o życiowej drodze współczesnego aposto­ła, lecz także ważna interpretacja historii Kościoła kato­lickiego w XX wieku.

KUP KSIĄŻKĘ>>>

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Bóg chce, żebym była szczera

Przestępstwa seksualne dokonywane przez osoby duchowne, szczególnie te, których ofiarą padają dzieci, pozostawiają po sobie ogromne spustoszenie. Rzadko chyba mówi się jednak, jak druzgocące konsekwencje wywierają na duchową sferę człowieka. Po spotkaniu z kapłanem - oprawcą, trudno jest trwać przy Bogu. Swoją historią podzieliła się Katarzyna, która powoli odnajduje na nowo swoje miejsce w Kościele.

Polub nas na Facebooku!

Ksiądz wykorzystał mnie, kiedy byłam sześcioletnią dziewczynką. Chodziłam wtedy do pierwszej klasy. Nie byłam jedyna – ten kapłan molestował także inne dziewczynki ze szkoły.

Ani rodzice, ani nauczyciele nie stanęli na wysokości zadania. Owszem, uwierzyli – przypadków było za dużo, żeby nie wierzyć – ale nikt nie zrobił nic, żeby pomóc mi poradzić sobie z tą sytuacją. Wydawało im się, że najlepszym sposobem jest nic nie mówić, wtedy zapomnę. Ale ja nie zapomniałam…

Pochodzę z rodziny wierzącej i po tej tragedii cały czas chodziłam do kościoła. Ale tak bardzo trudno było mi tam być! Molestowanie sprawiło, że bardzo wcześnie rozbudziła się moja sfera seksualna. Miałam ogromne problemy ze swoją seksualnością, a tymczasem w kościele słyszałam, że mam żyć w czystości i że Pan Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze. Rodzice również nie pomagali mi stworzyć dobrego obrazu Boga, powtarzając ciągle, że “Bóg wszystko widzi”. Doszłam wtedy do wniosku, że widzi też moje grzechy seksualne i na pewno mnie za to ukarze piekłem. W moim wyobrażeniu zaczął więc powstawać zafałszowany obraz Boga: myślałam o Nim jako o Kimś, kto tylko wymaga i jest bardzo surowy, chce mnie ukarać. Nie potrafiłam pogodzić swojej kompulsywnej seksualności z wezwaniem do życia w czystości, żyłam w ciągłym konflikcie. Tego, co się ze mną działo, nie łączyłam z molestowaniem – byłam przekonana, że to z własnej winy jestem grzeszna, brudna… Poczucie winy było jak moje drugie imię. Dochodziło do tego, że gdy siedziałam w kościele, w mojej wyobraźni powstawały obrazy seksualne, zdarzało się, że w czasie mszy dostawałam ataków paniki. Ogromnym problemem było dla mnie przyjmowanie komunii. Ten moment, kiedy palce kapłana są tak blisko, a ja mam w głowie, że te ręce nie są czyste… Samo bycie w budynku kościoła było dla mnie bardzo trudne – dawałam radę, kiedy było tam dużo ludzi, ale w innych sytuacjach nie potrafiłam się przemóc. Po latach jednym z etapów terapii było wejście do pustego kościoła. Zrobiłam to z wysiłkiem, ale kiedy już weszłam i zobaczyłam wielki krzyż, stanęłam jak sparaliżowana. Chciałam uciekać, ale nie potrafiłam… Wykorzystanie otworzyło mnie również na kolejne nadużycia ze strony mężczyzn. Po latach pojawiły się koszmary o przerażającej treści – dużo było w nich przemocy seksualnej, ciągłych prób ucieczki oraz niemocy.

Na skutek konfliktu, w którym żyłam, wykształciła się u mnie potężna nerwica na tle religijnym. Bardzo chciałam być blisko Pana Boga, ale nie potrafiłam Mu zaufać. Z jednej strony panicznie bałam się popełnienia grzechu, co prowadziło do stanu zbliżonego do hibernacji – bałam się zrobić cokolwiek, żeby tylko nie zgrzeszyć. Miałam obsesję na punkcie piekła, opętania, kary Bożej. Z drugiej strony pojawiał się lęk, że skoro wykorzystał mnie kapłan, to Pan Bóg też może to zrobić. Nie umiałam też przyjąć, że o Jezusie mówi się „Najwyższy kapłan”. On mógł być dla mnie Zbawicielem, Odkupicielem – ale nie kapłanem. Chciałam być przy Bogu, ale przy tym wszystkim, co działo się we mnie, trwanie w Kościele zakrawało o heroizm.

Przez lata nie potrafiłam wyjść z roli ofiary. Wchodziłam w trudne relacje z mężczyznami: wybierałam na partnerów ludzi, którzy mnie krzywdzili. Przez cały czas myślałam, że to moja wina, że to ja jestem taka zła, grzeszna. Dopiero kiedy w wieku 28 lat trafiłam na terapię, specjalista uświadomił mi, że to, co stało się, gdy miałam 6 lat, determinuje moje obecne życie. Wtedy zaczęłam zdawać sobie sprawę z konsekwencji jakie wywołało we mnie wykorzystanie seksualne.

Moje duchowe zdrowienie miało trzy punkty zwrotne. Pierwszym, niezwykle ważnym, było wejście na drogę sprawiedliwości – zdecydowałam się zeznawać w procesie kanonicznym, który doprowadził wydalenia sprawcy ze stanu duchownego. To był moment zwrotny w moim życiu. Pierwszy raz wyszłam z roli ofiary. Po wielu latach pierwszy raz stanęłam po swojej stronie i zawalczyłam o siebie. Pan Bóg postawił na mojej drodze osobę świecką, dobrze uformowaną duchowo, która towarzyszyła mi i pomogła podjąć decyzję, żeby zawalczyć o sprawiedliwość. Wtedy nie mówiło się jeszcze, że zgłaszanie takich spraw jest dla Kościoła dobre. Dopiero kiedy ta sprawa była zakończona, mogłam starać się przebaczyć temu – byłemu już – księdzu.

Drugim przełomowym momentem było wejście do wspólnoty, w której powoli zaczął się zmieniać mój obraz Boga. Podobała mi się w tych ludziach ich radość wiary, to, jak uwielbiali Boga. To było tak bardzo inne od mojego doświadczenia… Zaczęłam się z nimi spotykać, oni przyjęli mnie z całą moją historią, zaakceptowali mnie. We wspólnocie – tej pierwszej i tej, w której obecnie się formuję – zaczęło się też zmieniać moje myślenie o księżach. Tak samo, jak jeden kapłan może zburzyć świątynię Ducha Świętego w nas, tak Pan Bóg może odbudować ją przez innych kapłanów. Zobaczyłam, że nie wszyscy są źli – wielu z nich jest naprawdę pełnych Bożego ducha. Wtedy tez zaakceptowałam Jezusa jako kapłana.

Szukam również stałego spowiednika. Wcześniej przypadkowi kapłani nie raz poranili mnie w konfesjonale – jeden stwierdził, że jestem zboczona, gdy usłyszał ze mam problemy z popędem seksualnym. Inny dokładnie wypytał, co, gdzie i jak się stało, po czym zapytał, czemu się nie broniłam podczas wykorzystania. A ja przecież miałam sześć lat! Teraz mam kierownika duchowego, przy którym czuję się bezpiecznie i terapeutę, który też jest osobą wierzącą. Nie znają się, a oboje prowadzą mnie w tym samym kierunku. W tym też widzę działanie Bożej łaski. Czuje jak razem wyprowadzają mnie po wielu latach z więzienia własnych emocji i zranień.

Najważniejsze w mojej relacji z Bogiem wydarzyło się całkiem niedawno. Pierwszy raz w życiu stanęłam przed Nim w całej prawdzie, ze swoim sercem wypełnionym uczuciami. Wcześniej byłam bardzo akuratna na modlitwie, to było takie „lukrowanie” Pana Boga. Wyklękiwałam godziny, ale nie było między nami spotkania serca. Nie potrafiłam Mu powiedzieć, co tak naprawdę do Niego czuję. Aż przyszedł moment, kiedy powiedziałam Mu wszystko. Wylałam całą swoją złość na Niego, moją wobec Niego nienawiść, bunt i pytania: „gdzie byłeś? Dlaczego pozwoliłeś, żeby spotkało mnie to wszystko? Gdzie jest Twoja wszechmoc?”. Dopiero kiedy to wszystko ze mnie wypłynęło, kiedy wyrzuciłam wszystkie emocje, poczułam, że Pan Bóg jest dobry, że jestem przez Niego akceptowana i przyjęta taka jaka jestem, że On chce, żebym była przy Nim zupełnie szczera. Zaczęłam budować z Nim prawdziwą relację. Pierwszy raz nie boję się Go, jest mi bliski i coraz wyraźniej dostrzegam jego prowadzenie. Czuje jak Bóg przywraca mi poczucie wartości i godności kobiecej, staje się coraz bardziej asertywna ucząc się chronić swoje granice. Powoli mijają tez koszmary nocne, które były dla mnie bardzo trudne. Coś musiało się wylać, żeby mogło wlać się coś nowego. Nie przeszłabym tej drogi gdyby nie kierownik duchowy i terapeuta. Samotnie nikt nie może sobie z tym poradzić.

Mój proces zdrowienia trwa. Wierzę, że teraz, kiedy wszystkie skrywane uczucia oddałam Bogu, przyjdzie czas, ze całe moje serce przyjmie prawdę o Bogu, który jest Miłością i że przyjmę, że od Niego pochodzi tylko dobro. Wierzę też, że kiedyś nadejdzie dzień kiedy z serca powiem Mu że Go kocham, a póki co proszę Go, aby kochał mnie za nas dwoje. Nie tylko mój obraz Boga się zmienia, ale zmieniam się też cała ja, w moim życiu pojawia się więcej radości, wdzięczności i pokoju serca, którego tak bardzo całe życie szukałam.

 

Przeczytaj reportaż o pomocy pokrzywdzonym w Kościele>>>

 


Imię pokrzywdzonej zostało zmienione


 

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Copy link
Powered by Social Snap