video-jav.net

Smrodek dydaktyczny i wychowanie

Smrodek dydaktyczny. Kto jest autorem tej frazy? Melchior Wańkowicz? A może Boy Żeleński? W każdym razie prawa autorskie należą z pewnością do autorytetów, które już w międzywojniu uprawiały szyderę, a do worka wyśmiewanych osób i wartości wrzucili, chyba bez zastanowienia, także żmudny proces kształcenia

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Takie były miłe złego początki, ale czy owi ironiści przeczuwali, że to, co im zaświtało, stanie się kiedyś ciałem zwanym „bezstresowe wychowanie”?

Nasza rodzima, krajowa szydera niestety współgrała z globalną, a efekt jest taki, że rodzice, nauczyciele, wszelkiego rodzaju wychowawcy od kilku dziesięcioleci boją się owego smrodu, jak zarazy. I mają problem, jak wychowywać? Bo z jednej strony wskazówki i pouczenia są nieodzowne, z drugiej, jak miecz wisi owo oskarżenie, które jest przedstawiane w kategorii ciężkiego występku. Słyszałam nieraz, że trzeba uważać, bo jeśli nie, wychowawcy podpadną…

fot. frwl

Co to były za czasy?

Patrząc wstecz, łatwo zauważyć, że w przeszłości musiało strasznie śmierdzieć. Szczególnie musiało cuchnąć w pałacach i dworach, bo wyższe warstwy zatrudniały całe rzesze preceptorów, guwernerów i guwernantki, posyłały swoją młodzież do elitarnych szkół i spodziewały się jak najlepszych wyników. Ale podobnie postępowało mieszczaństwo i chłopi, po prostu wszystkim zależało na dobrym wychowaniu dzieci i nie myśleli tylko o czytaniu, pisaniu czy rachunkach, ale o kształtowaniu charakterów i w ogóle, żeby potomstwo „wyszło na ludzi”, przeżyło życie z sensem.

Nasi mądrzy przodkowie wiedzieli doskonale, jak ważne jest to działanie, że trzeba zacząć jak najwcześniej i że potrzeba wielu lat, aby osiągnąć konkretne efekty. Stąd polskie powiedzenie, że „czego Jasia nie nauczysz, tego Jan nie będzie umiał”, czy angielskie przeświadczenie, że aby wychować prawdziwą lady, trzeba zacząć od wychowania jej babki.

Jak metr w Sevre stawiano wychowankom przed oczyma wzorce świętego, rycerza, kupca, ojca rodziny, pisano o nich traktaty i trzeba było do tego ideału dorosnąć, bo były one dobre, zapewniały życiowy sukces, miłość rodziny, szacunek sąsiadów i znajomych. Było w tym także ćwiczenie szacunku do innych, umiejętność dostrzeżenia bliźniego, samoograniczenia egoizmu i bezwzględności, czyli odgłos Dekalogu zastosowanego w codzienności.

Emitowany obecnie w TV serial „Downton Abbey” pokazuje ten poukładany świat sprzed rozwałki, w którym mężczyźni są odpowiedzialni i płacą długi, kobiety są cnotliwe i miłosierne, a jeśli komuś zdarzy się zejść z prostej drogi ma tego świadomość i nie dorabia do swoich słabości teorii, po prostu przyznaje się do winy.

Dziecko musi siedzieć!

Tak więc całe pokolenia kształtowały charaktery, ćwiczyły cnoty, przekazywały wiedzę i umiejętności młodzieży, jednym słowem – mądrzejsi uczyli głupszych, aż tu pojawili się szydercy i obśmiali to wszystko, męstwo i cnotę i same cele, a do tego metody, stwierdzając, że to jeden wielki smrodek, prawienie kazań i stawianie się ponad słabszym człowiekiem, demonstracja wyższości i siły, a w ogóle skąd wiadomo, co jest dobre a co złe i jak to jest z prawdą?

Smrodek dydaktyczny i wychowanie

Był to czarny przełom dla pedagogów, ale prawdę mówiąc, jego skutki trwają nadal. Bo nadal „smrodek dydaktyczny” jest tępiony, a biedny rodzic, nauczyciel czy inny wychowawca, ma przed sobą karkołomne zadanie: wychować nie moralizując, bez instrukcji i głoszenia kazań.

Osobnik, który uważa, że wie, co jest dobre a co złe, jest przecież totalitarystą zagrażającym ładowi społecznemu. Jest to taka kwadratura koła, że wielu „wymiękło”. No bo jak osiągnąć efekty, jeśli zrezygnuje się z tych poleceń i instrukcji wydawanych setki, tysiące razy, z tych wszystkich: ustąp starszej pani, mów ciszej, nie mlaszcz, trzymaj łokcie przy sobie? A jeśli dodać do tego ćwiczenie charakteru, naukę odkrywania rzeczy dobrych i złych? Tu dopiero potrzeba dydaktyki, nie mówiąc o przykładzie własnym, zwłaszcza wówczas, gdy krytycyzm u młodych wzrasta? Nie, tego się nie da zrobić, nawet jeśli ktoś stanie na głowie, więc mamy do czynienia z masową abdykacją, bo to zadanie nierealne. A poza tym… co tu dużo mówić, to wygodniejsze wyjście, bo nie wymaga tyle zachodu i stałej uwagi, skupionej na małym człowieku, potrzebującym naszej pomocy. Poza tym skąd wiadomo, co jest dobre, a co złe? Prawdę mówiąc bezstresowe wychowanie (jest od niego podobno odwrót, ale efektów zmiany trendu wciąż nie widać), jest bezstresowe dla wychowawców (w pierwszej fazie, bo później przychodzi powracająca fala, czyli efekt zaniechań).

Jakie są skutki można przekonać się wchodząc do pierwszej lepszej szkoły, jadąc komunikacją miejską, gdy na „smrodliwą uwagę”, skierowaną do siedmiolatka „Może ustąpisz starszej pani?”, rzuca się nauczycielka z wrzaskiem, że dziecko musi siedzieć, bo jazda tramwajem jest niebezpieczna. Ale przynajmniej powietrze jest czyste, pachnące. Boy czy inny szyderca byliby zachwyceni.

Miasta, miasteczka i wioski zaludniły masy luzaków, którzy po prostu nie odnotowali, że nie są zupełnie sami na świecie a ich egzystencja to jeden totalny spontan.

A my, dorośli, możemy z satysfakcją stwierdzić, że nikt niczego na pewno nie będzie młodych uczył, nikt nie moralizuje i nie poucza.

fot. Dennis Jarvis

Wróćmy do smrodku

Nikt?… Otóż, wsiadłam pewnego dnia do tramwaju, którym dojeżdżam do pracy i… poczułam dydaktyczny smrodek. Bo na ekranie, na którym wyświetla się reklamy, mignęła sylwetka ciężarnej kobiety, a obok napis: Ustąp mi miejsca. Zaraz potem kobieta na wózku inwalidzkim kierowała komunikat: Dziękuję, że spytałeś, czy możesz mi pomóc. I jeszcze nadtytuł: W stronę życzliwości.

Okazuje się, że ktoś zabrał się za wychowywanie. Nie mam pojęcia, czemu to robi, bo przecież nikt nie wie, co jest dobre, a co złe. Nie wiadomo też, kto za tą akcją stoi. Władze miasta? Miejskie Zakłady Transportu? Organizacja pozarządowa? Nie wiem, ale widać ktoś uznał, iż chamstwo się panoszy i zdecydował coś z tym zrobić. Jakie mogą być skutki takiej akcji, gdy przemawia się do dorosłych, mało podatnych na tego typu komunikaty ludzi? Rzecz jasna, to łagodna perswazja, takie „mówimy, ale nie chcemy was denerwować”. Jaka jest gwarancja, że zmęczony po pracy młodzian zechce dostrzec słabszego? Jeśli nie jest dobrze, to może zacząć uczyć Jasia w domu i szkole, a nie wyświetlać Janowi w tramwaju stuprocentowo słuszne komunikaty i zachęty? Może trzeba zawrócić i coś zmienić? Może przestać się oszukiwać, że brak metody jest najlepszą metodą i zacząć rozróżniać natrętne ustawianie wychowanków od normalnego wychowywania, w którym mówi się, gdzie jest przód, gdzie jest tył, gdzie lewo i prawo?

Nikogo nie paraliżuje stwierdzenie, że starszą osobę należy dostrzec i jej pomóc, że dobre wychowanie to nie tylko ład, porządek, harmonia, ale też kwestia szacunku dla człowieka oraz estetyki, że dobro jest wynagradzane, a za zło się płaci, czasem bardzo, bardzo wysokie rachunki.

Nie zaliczam się ani do władz miasta, miejskiej komunikacji, jak też organizacji pozarządowych. Ale widzę to samo, co autorzy tego projektu i powiem otwartym tekstem:

Nie jest dobrze, trzeba wrócić do wychowywania, bo staczamy się w barbarzyństwo. Zaś dobre ukształtowanie człowieka jest ważniejsze od wyrafinowanych nozdrzy szyderców.

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Siódme: Nie kradnij

Co tak naprawdę wolno robić z utworami dostępnymi w Internecie?

Polub nas na Facebooku!

W ostatnim czasie wielu przerażonych internautów rozgłaszało, że otrzymali z pewnej kancelarii wezwania do zapłaty kwoty 550 zł w związku z naruszeniem autorskich praw majątkowych poprzez udostępnianie bez uprawnień wielu polskich filmów. Abstrahując od kwestii, czy takie działania kancelarii są prawidłowe (dokonanie zapłaty nie chroni użytkowników przed odpowiedzialnością karną), może warto uświadomić sobie, co tak naprawdę wolno robić z utworami dostępnymi w Internecie?

Myślę, że największy problem dotyczący wyznaczenia granicy, od której zaczyna się naruszenie praw autorskich polega na tym, że użytkownik nawet nie jest świadomy, że takiego naruszenia dokonał. W świecie realnym, gdy ktoś – na przykład – zje kawałek tortu, a drugim kawałkiem tegoż tortu podzieli się z kimś innym, to naruszenie tortu jako pewnej całości jest ewidentne. W świecie wirtualnym z kolei wiele osób może skopiować dany utwór, jak również udostępnić ten utwór innym osobom, a sam utwór nadal istnieje niejako nienaruszony.

Czy właściwie jest coś złego w tym, że w większym gronie obejrzę film? Że ściągnę sobie cały sezon mojego ulubionego serialu "House of Cards"? Że wrzucę na Facebooka zdjęcie koleżanki, na którym widnieje dodatkowo kilku naszych znajomych? Że ściągnę materiały do pracy magisterskiej z portalu chomikuj.pl?

Oczywiście, nie w każdej sytuacji dochodzi do naruszenia praw autorskich. Choć prawo autorskie ma za zadanie chronić "każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia" (art. 1 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych), to jednak umożliwia ono korzystanie z utworu już rozpowszechnionego w zakresie własnego użytku osobistego i to bez konieczności uzyskania zezwolenia twórcy. Jeśli więc zaproszę moich dobrych znajomych na noc filmową, w ramach której wyświetlę zakupione przeze mnie filmy DVD, to mogę potem spać spokojnie. Jeśli jednak byłaby to większa impreza, w gronie osób nieznajomych, należałoby takie wydarzenie zgłosić do właściwej organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi lub prawami pokrewnymi (np. słynny ZAIKS) w celu uiszczenia odpowiedniej opłaty za korzystanie z utworu. Co do publikowania w sieci cudzych materiałów, to zasadniczo nic nie stoi na przeszkodzie, aby wykorzystać na przykład na swoim profilu facebookowym zdjęcie wykonane przez koleżankę. Trudno sobie w relacjach koleżeńskich wyobrazić zawieranie w takiej sytuacji umowy licencyjnej (choć tak doradziłby prawnik), więc dobrze byłoby przynajmniej zapytać autora zdjęcia o jego zgodę na takie upublicznienie fotografii. Jeśli znajomi na umieszczonym przez nas zdjęciu są rozpoznawalni, to zgodnie z prawem należy zapytać ich o zgodę na rozpowszechnianie ich wizerunku. W odniesieniu z kolei do tzw. "chomika" – jeśli pobierzemy materiały od ich rzeczywistego autora, który wyraził zgodę na ich udostępnianie, również nie musimy obawiać się wizyty policji. To właśnie podstawowe zasady prawa autorskiego w dużym uproszczeniu.

Siódme: Nie kradnij

Zostaje nam nasz ulubiony serial. W powszechnym obrocie funkcjonuje taka złota zasada: "Jeśli już ściągasz filmy, to ich nie udostępniaj, za samo bowiem ściąganie nic ci nie grozi, ale za ich udostępnianie – już tak". Jest w tym sformułowaniu ziarnko prawdy, bowiem odpowiedzialność karną na podstawie art. 116 ustawy ponosi tylko osoba, która bez uprawnienia rozpowszechnia cudzy utwór. Czy jednak na pewno sposób zdobycia utworu, tj. legalność jego źródła, nie ma w ogóle znaczenia? Otóż w wyroku wydanym w kwietniu 2014 r. przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w ramach interpretacji jednej z dyrektyw prawnoautorskich, wskazano na brak możliwości równego traktowania legalnego i nielegalnego źródła służącego za podstawę sporządzenia kopii na użytek prywatny. Należy zatem przyjąć, że uzyskanie utworu z nielegalnego źródła sprawia, że nasze działania także stają się bezprawne.

Może się wydawać, że meandry prawa autorskiego są skomplikowane i niezrozumiałe dla przeciętnych użytkowników Internetu. Jednak tak jak w każdej życiowej sytuacji, przed podjęciem pewnych działań, trzeba zastanowić się po prostu nad tym, jak my chcielibyśmy, aby korzystano ze stworzonych przez nas utworów. Czy naprawdę potrzeba było orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości, aby móc dokonać moralnej oceny pobierania plików z nielegalnego źródła?

Katarzyna Leśko

(aplikant radcowski w Przybycień i Mioduszewski Adwokaci i Radcowie Prawni s.c.)