„Wojenne siostry”. Scenariusz napisany życiem

W samym środku piekła na ziemi one były znakiem nieba.

Piotr Legutko
Piotr
Legutko
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

„Wojenne siostry”. Scenariusz napisany życiem
W samym środku piekła na ziemi one były znakiem nieba.

Gotowy scenariusz na serial sensacyjny… Tego typu recenzja książki nie jest specjalnie oryginalna. Nasza najnowsza historia wprost roi się od niezwykłych zdarzeń, fascynujących, wciąż nieodkrytych biografii. „Wojenne siostry” Agaty Puścikowskiej to także gotowy scenariusz, najlepiej na serial złożony z 19 odcinków (w sam raz na telewizyjny sezon), ale zarazem coś więcej.

Książka ma kilkanaście bohaterek indywidualnych i jednego bohatera zbiorowego. Jest opowieścią o siostrach zakonnych, które w chwilach najtrudniejszej próby nie tylko nie zawiodły, ale dały przykład niezwykłego heroizmu. Nie ma „grupy zawodowej”, która w czasie okupacji hitlerowskiej przyczyniła się do uratowania większej liczby Żydów. I nie ma społeczności, która boleśniej doświadczyła kontaktu z “wyzwolicielską” Armią Czerwoną. Bez względu na zgromadzenie, siostry stanowiły w czasie wojny prawdziwą opokę: ratowały, żywiły, leczyły, udzielały schronienia, ale także pracowały w wywiadzie, a nawet rozbrajały miny. Jeśli dodamy do tego bardzo istotne uściślenie, że Autorka musiała dokonać ostrej selekcji wybierając akurat te, a nie inne, równie niesamowite losy sióstr zakonnych, uświadomimy sobie, z jak niezwykłym reporterskim odkryciem mamy do czynienia.

Pierwsze pytanie, jakie się nasuwa jest oczywiste: dlaczego dopiero teraz? Odpowiedź jest bardzo złożona. Nie chodzi bowiem (jedynie) o grzech zaniechania. To nie jest tak, że temat leżał na ulicy, a nikt nie był zainteresowany jego podjęciem. Zdecydowana większość tych historii przez siedem dekad pozostawała ukryta, znana tylko w zgromadzeniach, albo wśród rodzin i bliskich. Nawet siostry ratujące setki istnień ludzkich, bardzo długo musiały czekać na słowo wdzięczności, na jakiś symboliczny znak pamięci. Cecylia Roszak, dominikanka, która ukrywała w wileńskim klasztorze pod zakonnym habitem nie tylko kobiety, ale i mężczyzn, swoje drzewko w Yad Vashem otrzymała mając 101 lat. Inna sprawa, że cieszyła się nim przez kolejne dziewięć wiosen, bo była najdłużej żyjącą na tym łez padole zakonnicą.

Siostra Cecylia większość swoich dni spędziła za klauzurą. To także miało znaczenie w braku rozgłosu jakim (nie) była otoczona. Uznała, że właśnie ukryte życie jest sensem istnienia. Jak wiele innych bohaterek Agaty Puścikowskiej. Czekały, aż ktoś je odkryje, wcale o to nie zabiegając. Scena, gdy do krakowskiego klasztoru na Gródku przybywa Matylda, jedna z uratowanych przez Cecylię Roszak dzieci, już jako dorosła kobieta i ma ze swoją wybawicielką kontakt tylko „przez kratkę” jest więcej niż symboliczna.

Nawet jeśli siostry uczestniczyły aktywnie w życiu publicznym, czy wręcz pozostawiły po sobie spisane wspomnienia – jak Matylda Getter (700 uratowanych istnień) – nie znajdziemy tam opisów wojennych przewag. O tym, że Józefa Kozieł, szarytka opiekująca się w chorobie prymasem Stefanem Wyszyńskim (mówił o niej „siostra Józefka”), była komendantem AK na powiat sandomierski (pseudonim „Erna”) oraz szefem wywiadu na tym terenie (pseudonim „Tamara”) nie wiedział praktycznie nikt, nawet z jej najbliższego otoczenia. Sama nie wspomniała o tym w krótkim życiorysie, spisanym już w 1975 roku na użytek pracodawcy. „Taki konspiracyjny nawyk, nie mówić o sobie zbyt dużo i szczegółowo” – komentuje pół żartem, pół serio autorka, dodając, że dopiero po 1981 roku „Józefka” ów nawyk zarzuciła.

 

Swoją drogą jest jakieś napięcie między charyzmatem, pokorną służbą Bogu i ludziom, a tym, co wiele sióstr dokonywało w czasie okupacji. Ukrywanie broni, praca dla AK, konieczność oszukiwania wroga, by ratować życie innych… Niełatwo o tym mówić kobietom, które sytuacja nadzwyczajna zmusiła do zachowań tak sprzecznych z ich naturą i powołaniem. Jeszcze trudniej mówić o męczeństwie, związanym z okrutnym zbrukaniem czystości. Gwałty dokonywane na siostrach zakonnych przez całe dekady otaczała zmowa milczenia. Oprawcy pilnie jej strzegli, ofiarom wcale nie było spieszno, by świat się o ich cierpieniach dowiadywał.

Być może doczekają się one swojej patronki. Adelgund Tumińska, franciszkanka, poniosła męczeńską śmierć już po „wyzwoleniu”, z rąk sołdatów polujących w lutym 1945 roku na „monaszki”. Mogła uciec, ale wróciła do chojnickiego szpitala w którym pracowała, by ratować przed agresorami pomagające w kuchni trzy młode dziewczyny. Im udało się zbiec, jej już nie. Nie znamy nawet dokładnego przebiegu tamtego dramatu. Żadna z uratowanych dziewcząt nie odważyła się do końca swego życia opowiedzieć co się w podziemiach szpitala wydarzyło. Zostały skutecznie zastraszone. Ale dziś nadszedł już czas właściwy by o poświęceniu Adelgund głośno mówić.

Nie jest to jedyny w książce przypadek takiej ofiary. Autorka wydobywa z zapomnienia także siostry chóru drugiego, urszulanki, Marię Akwilę Podskarbi oraz Marię Kajusę Trznadel. Proste dziewczyny, bez wykształcenia, ani specjalnej formacji, praczki. Niemcy zabronili im nosić habitów, ubrały je dopiero w styczniu 1945, ciesząc się z końca wojny. W nich poniosły śmierć ratując młodsze siostry.

 

Agata Puścikowska nie poprzestaje na opisywaniu dramatycznych śmierci i heroicznych czynów. Docieka, co za nimi stało, jaka motywacja sprawiła, że np. Iwona Król, „siostra saper”, potrafiła bez lęku przeciwstawiać się sołdatom czy wynosić z kościoła tykającą bombę. Dlatego poznajemy wszystkie bohaterki bliżej, ich drogę do powołania, rodzinne losy, sprawdzamy jakie były zanim „to” się stało. Dopiero w takim rzeczy porządku wszystko wydaje się bardziej zrozumiałe. Heroizm jest konsekwencją silnej wiary, męczeństwo naturalnym wyborem. Siostra Kajusa przed śmiercią z rąk oprawcy miała modlić się „Jezu ufam Tobie”. W samym środku piekła na ziemi one były znakiem nieba.

Jest więc jeszcze jedna odpowiedź na pytanie „dlaczego dopiero teraz”. Być może wojenne siostry czekały na taką właśnie, a nie inną autorkę ich biografii. Agata Puścikowska faktycznie jest przypadkiem szczególnym, gatunkiem ginącym w swoim zawodzie. Przede wszystkim ma powołanie do pisania o ludziach. Jest reporterem, który potrafi szukać, pytać, dociekać. A szuka w ludziach dobra, zaprzeczając powszechnie uznawanemu dogmatowi, iż tylko zła wiadomość, to dobra (dla mediów) wiadomość. Nie traktuje przy tym swoich bohaterów instrumentalnie, jako barwnego tematu, jest z nimi także długo po napisaniu tekstu, nawiązuje głębokie relacje. Widać to było choćby podczas warszawskiej premiery „Wojennych sióstr” – na sali po brzegi wypełnionej, także siostrami z wielu zgromadzeń, które Agata odwiedzała zbierając materiał do swojej książki.

Mamy więc gotowy scenariusz na fascynujący serial. I mamy zarazem twardy dowód na to, że warto być dobrym dziennikarzem – idącym śladem dobra, które znaleźć można nawet w najciemniejszej godzinie. 

Bohaterki Agaty Puścikowskiej w dobrych zawodach wystartowały, wiary ustrzegły, mimo prześladowań. Były i takie, które śluby złożyły właśnie po traumatycznych przeżyciach, na przekór panującym wokół trendom. „Wojenne siostry” to naprawdę budująca lektura.

 


„Wojenne siostry”
Agata Puścikowska

Agata Puścikowska opisuje historie niezwykłych, bohaterskich kobiet. Sióstr, które nie chowały się przed wojną i okupacją w zakonach, ale niosły pomoc wszystkim, którzy tego potrzebowali. Pomagały ukrywać się partyzantom, dostarczały żywność, oddawały własne życie za często zupełnie obcych sobie ludzi, czasem chwytały nawet za broń. Również po wojnie niektóre z nich walczyły z komunistami. O ich bohaterstwie do dziś mówi się niewiele. Stanowczo za mało!

KSIĄŻKA DOSTĘPNA NA DOBROCI.PL >>>

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Piotr Legutko

Piotr Legutko

Zobacz inne artykuły tego autora >
Piotr Legutko
Piotr
Legutko
zobacz artykuly tego autora >

„Dziadek Franek”, czyli piękna książeczka o… umieraniu

Po kilku dniach od skończenia książki patrzyłam jak moje dzieci spokojnie rysują domek Dziadka Franka i nagle przeszył mnie dreszcz. Zdałam sobie sprawę, że dr Grabowski zdołał sportretować rodziców, którzy, dzięki swojej ufnej i wolnej od rozpaczy postawie, zdołali przenieść dzieci przez bodaj najtrudniejsze z ludzkich doświadczeń.

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

„Dziadek Franek”, czyli piękna książeczka o... umieraniu
Po kilku dniach od skończenia książki patrzyłam jak moje dzieci spokojnie rysują domek Dziadka Franka i nagle przeszył mnie dreszcz. Zdałam sobie sprawę, że dr Grabowski zdołał sportretować rodziców, którzy, dzięki swojej ufnej i wolnej od rozpaczy postawie, zdołali przenieść dzieci przez bodaj najtrudniejsze z ludzkich doświadczeń.

Zastanawia was czasem fenomen popularności rodzicielskiego coachingu? Jak to się dzieje, że wiedza, która jeszcze kilkanaście lat temu była przedmiotem dociekań wąskiej grupy specjalistów od psychologii i pedagogiki dziecięcej, obecnie przelewa się szerokim strumieniem przez cały Internet? Pośród wielu dobrych powodów, jest też jeden trochę mniej oczywisty. Wielu z nas – współczesnych, wielkomiejskich rodziców realizuje model „zatomizowanego rodzicielstwa”. Wyjeżdżamy na studia do wielkich miast, często już nigdy nie wracając z powrotem. W tych dużych miastach zakładamy rodziny, tam rodzą się nasze dzieci i tam – w oddaleniu od naszych rodziców, ciotek, kuzynostwa i rodzeństwa – je wychowujemy. Tak jest w mojej rodzinie. Od moich rodziców i rodzeństwa dzieli mnie ponad 100 km, mojego męża od „swoich” ponad 300. Przebiegam szybciutko w głowie moich znajomych i widzę u większości podobny wzorzec. Pustkę, którą kiedyś w naturalny sposób wypełniało doświadczenie wielopokoleniowej rodziny, musimy w jakiś sposób zapełniać sami. Czasem lubię sobie marzyć, że w momencie, w którym przegrzewają się wszystkie moje macierzyńskie kontrolki bezpieczeństwa, skaczę z dzieciakami przez płot do ogródka mojej mamy i pozwalam by jej cierpliwość i serdeczność przejęły choć na chwilę dowodzenie. Ale skoro do płota ciut za daleko, pozostaje rodzicielski coaching. A w nim trendów i porad bez liku. Bardzo trudno jest zorientować się którą ścieżkę wybrać, kogo przede wszystkim słuchać. W tym całym kosmosie porad, książek, webinariów i warsztatów można jednak znaleźć prawdziwe perły. Jedną z nich jest malutka książeczka dr. Pawła Grabowskiego pt. „Dziadek Franek”.

 

Pomyślałam, że będzie to historia pełna bólu, trudnych prawd, będzie próbą wytłumaczenia niewytłumaczalnego. Jak bardzo się myliłam! Bo jeśli książka dr Pawła Grabowskiego jest czegoś pełna to… życia.

Kiedy redakcja poprosiła mnie o recenzję książki dla dzieci o umieraniu pomyślałam, że będzie to historia pełna bólu, trudnych prawd, będzie próbą wytłumaczenia niewytłumaczalnego. Jak bardzo się myliłam! Bo jeśli książka dr Pawła Grabowskiego jest czegoś pełna to… życia.

Autor jest twórcą domowego Hospicjum Proroka Eliasza na Podlasiu. Codziennie przemierza setki kilometrów niosąc ulgę umierającym. Domy, które odwiedza różnią się od naszych wielkomiejskich najbardziej w jednym aspekcie: są to zwykle domy wielopokoleniowe. I to do takiego świata zabiera autor swoich czytelników. Opowiada historię umierania nestora rodu – tytułowego dziadka Franka. Poznajemy córkę dziadka, jej męża, wreszcie ich dzieci: Grusię i Antka, którego autor czyni narratorem. I to właśnie ta wyjątkowa, dziecięca perspektywa jest w tej niewielkiej książeczce najcenniejsza. Dr Grabowski, głosem siedmioletniego chłopca opowiada nam o kolejnych etapach śmiertelnej choroby. O operacji, wizytach w szpitalu, o trudnym powrocie do domu, o tym czym jest stomia, o domowym hospicjum, o złości i lęku umierającego, a nawet o jego marzeniach. Nie znajdziemy w tej książce patosu – ten jest przecież obcy dzieciom. Nie znajdziemy też filozoficznych myśli, ani teologicznych wypraw w nieznane. Nie będzie też ani jednej porady. Będzie za to piękna historia o odwiecznych prawach życia, które przyjmuje się spokojnie, bez rozpaczy.

„Dziadek Franek” to opis pięknej, kochającej i wspierającej się rodziny, której znakiem rozpoznawczym jest serdeczna obecność. Najpierw ukochanego dziadka w życiu wnucząt, a potem całej rodziny przy umierającym dziadku. Rodzice Antka, w spokojny i naturalny sposób wprowadzają dzieci w tajemnicę umierania; przede wszystkim przez sam fakt włączenia ich w to trudne rodzinne wydarzenie. Antek i Grusia są od początku przy odchodzącym dziadku. Nikomu nie przeszkadzają, wręcz przeciwnie – ich obecność jest dla umierającego bardzo ważna. 

 

 

Rodzice Antka, w spokojny i naturalny sposób wprowadzają dzieci w tajemnicę umierania. Antek i Grusia są od początku przy odchodzącym dziadku. Nikomu nie przeszkadzają, wręcz przeciwnie – ich obecność jest dla umierającego bardzo ważna.

Najbardziej uderzający jest opis samej śmierci. Gdyby nie wyróżniona czcionka, nieuważny czytelnik mógłby go zwyczajnie przegapić. Zdecydowanie więcej miejsca autor poświęca rozmowom Antka z gośćmi przybyłymi na pogrzeb. Rozmowom pełnym ciepłych i serdecznych słów o zmarłym. I znowu miałam wrażenie, że doktor, który pewnie mógłby z zegarmistrzowską precyzją opisać ostatnie minuty człowieka na ziemi, nie zatrzymuje nas na niej, ale z uporem popycha swoich małych i dużych czytelników ku życiu.

Kiedy czytałam tę książkę moim dziewczynkom zauważyłam, że wzruszały się dokładnie w tych momentach, w których wzruszali się rodzice Antka. Tuliły się do mnie dokładnie w tych momentach, w których książkowi rodzice tulili swoje książkowe dzieci. I podobnie jak Antek płynnie przeszły od przeżyć pogrzebowych do troski o ukochanego kundelka Dziadka Franka.

Po kilku dniach od skończenia książki patrzyłam jak spokojnie rysują domek Dziadka Franka i nagle przeszył mnie dreszcz. Zdałam sobie sprawę, że dr Grabowski zdołał sportretować rodziców, którzy, dzięki swojej ufnej i wolnej od rozpaczy postawie, zdołali przenieść dzieci przez bodaj najtrudniejsze z ludzkich doświadczeń. Zawahałam się przez moment czy przypadkiem nie powinnam usiąść gdzieś w kącie i zadumać się nad ciężarem rodzicielskiej odpowiedzialności, nad przemożną siłą naszego przykładu, gdy nagle przypomniałam sobie, że miałam na niedzielę upiec z dziewczynkami szarlotkę na kruchym spodzie.

Właśnie studzi się na blacie. Zaraz ją pokroimy, zapakujemy w pudełko i pojedziemy z niespodziewaną wizytą… do naszych dziadków.  

 

Ilustracje pochodzą z książki “Dziadek Franek” autorstwa dr Pawła Grabowskiego, wydanej przez Wydawnictwo Edycja Świętego Pawła

 


WSPOMÓŻ BUDOWĘ HOSPICJUM PROROKA ELIASZA

W Fundacji Hospicjum Proroka Eliasza lekarze, pielęgniarki, fizjoterapeuci i psycholog dojeżdżają tam, gdzie „nikt inny nie dojeżdża”. Działają w ramach Hospicjum Domowego. Od samego początku marzą o zbudowaniu pierwszego na terenach wiejskich Podlasia hospicjum stacjonarnego, świadczącego całodobową opiekę.

Hospicjum Proroka Eliasza będzie zapewniało całodobową opiekę nieuleczalnie chorym u kresu życia. Będzie także przestrzeń edukacyjna, gdzie odbywać się będą szkolenia i warsztaty dla dzieci, młodzieży, osób dorosłych a także dla profesjonalistów.

Więcej o idei hospicjum oraz zbiórce można przeczytać TUTAJ.

Nr konta: 52 8060 0004 0551 0139 2000 0010
Bank Spółdzielczy w Białymstoku, Oddział w Michałowie


 

Dziadek Franek
dr Paweł Grabowski

Antek ma 7 lat. Mieszka w bloku z rodzicami i siostrą. Ma też ukochanego dziadka, Frania, który mieszka za miastem w drewnianym domu. Któregoś dnia okazuje się, że dziadek jest chory i musi przejść operację. Rodzina krok po kroku towarzyszy mu w chorobie i odchodzeniu z tego świata. Historia dziadka Franka to ciepła, mądra i refleksyjna opowieść o relacjach rodzinnych, o potrzebie szczerej rozmowy nawet na najtrudniejsze tematy, o tym, jak wspólnie z dziećmi dzielić radości życia i jego smutki. Pokazuje, że przemijanie i spotkanie ze śmiercią są wpisane w ludzkie życie, że to nie temat tabu, przed którym należałoby chronić dzieci. Do przeczytania zarówno przez dzieci, jak i dorosłych, będzie szczególnie pomocna rodzinom z małymi dziećmi, doświadczającym bólu rozstania z bliską osobą.

KSIĄŻKA DOSTĘPNA NA DOBROCI.PL>>>
ORAZ W SKLEPIE WYDAWNICTWA EDYCJI ŚW. PAWŁA>>>

Dochód z książki przeznaczony jest na budowę Hospicjum Proroka Eliasza.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki - prawnik, z naprawionego błędu - dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap