Nasze projekty
Piotr Legutko

„Wojenne siostry”. Scenariusz napisany życiem

W samym środku piekła na ziemi one były znakiem nieba.

Reklama

Gotowy scenariusz na serial sensacyjny… Tego typu recenzja książki nie jest specjalnie oryginalna. Nasza najnowsza historia wprost roi się od niezwykłych zdarzeń, fascynujących, wciąż nieodkrytych biografii. „Wojenne siostry” Agaty Puścikowskiej to także gotowy scenariusz, najlepiej na serial złożony z 19 odcinków (w sam raz na telewizyjny sezon), ale zarazem coś więcej.

Książka ma kilkanaście bohaterek indywidualnych i jednego bohatera zbiorowego. Jest opowieścią o siostrach zakonnych, które w chwilach najtrudniejszej próby nie tylko nie zawiodły, ale dały przykład niezwykłego heroizmu. Nie ma „grupy zawodowej”, która w czasie okupacji hitlerowskiej przyczyniła się do uratowania większej liczby Żydów. I nie ma społeczności, która boleśniej doświadczyła kontaktu z „wyzwolicielską” Armią Czerwoną. Bez względu na zgromadzenie, siostry stanowiły w czasie wojny prawdziwą opokę: ratowały, żywiły, leczyły, udzielały schronienia, ale także pracowały w wywiadzie, a nawet rozbrajały miny. Jeśli dodamy do tego bardzo istotne uściślenie, że Autorka musiała dokonać ostrej selekcji wybierając akurat te, a nie inne, równie niesamowite losy sióstr zakonnych, uświadomimy sobie, z jak niezwykłym reporterskim odkryciem mamy do czynienia.

Pierwsze pytanie, jakie się nasuwa jest oczywiste: dlaczego dopiero teraz? Odpowiedź jest bardzo złożona. Nie chodzi bowiem (jedynie) o grzech zaniechania. To nie jest tak, że temat leżał na ulicy, a nikt nie był zainteresowany jego podjęciem. Zdecydowana większość tych historii przez siedem dekad pozostawała ukryta, znana tylko w zgromadzeniach, albo wśród rodzin i bliskich. Nawet siostry ratujące setki istnień ludzkich, bardzo długo musiały czekać na słowo wdzięczności, na jakiś symboliczny znak pamięci. Cecylia Roszak, dominikanka, która ukrywała w wileńskim klasztorze pod zakonnym habitem nie tylko kobiety, ale i mężczyzn, swoje drzewko w Yad Vashem otrzymała mając 101 lat. Inna sprawa, że cieszyła się nim przez kolejne dziewięć wiosen, bo była najdłużej żyjącą na tym łez padole zakonnicą.

Reklama
Reklama

Siostra Cecylia większość swoich dni spędziła za klauzurą. To także miało znaczenie w braku rozgłosu jakim (nie) była otoczona. Uznała, że właśnie ukryte życie jest sensem istnienia. Jak wiele innych bohaterek Agaty Puścikowskiej. Czekały, aż ktoś je odkryje, wcale o to nie zabiegając. Scena, gdy do krakowskiego klasztoru na Gródku przybywa Matylda, jedna z uratowanych przez Cecylię Roszak dzieci, już jako dorosła kobieta i ma ze swoją wybawicielką kontakt tylko „przez kratkę” jest więcej niż symboliczna.

Nawet jeśli siostry uczestniczyły aktywnie w życiu publicznym, czy wręcz pozostawiły po sobie spisane wspomnienia – jak Matylda Getter (700 uratowanych istnień) – nie znajdziemy tam opisów wojennych przewag. O tym, że Józefa Kozieł, szarytka opiekująca się w chorobie prymasem Stefanem Wyszyńskim (mówił o niej „siostra Józefka”), była komendantem AK na powiat sandomierski (pseudonim „Erna”) oraz szefem wywiadu na tym terenie (pseudonim „Tamara”) nie wiedział praktycznie nikt, nawet z jej najbliższego otoczenia. Sama nie wspomniała o tym w krótkim życiorysie, spisanym już w 1975 roku na użytek pracodawcy. „Taki konspiracyjny nawyk, nie mówić o sobie zbyt dużo i szczegółowo” – komentuje pół żartem, pół serio autorka, dodając, że dopiero po 1981 roku „Józefka” ów nawyk zarzuciła.

 

Reklama
Reklama

Swoją drogą jest jakieś napięcie między charyzmatem, pokorną służbą Bogu i ludziom, a tym, co wiele sióstr dokonywało w czasie okupacji. Ukrywanie broni, praca dla AK, konieczność oszukiwania wroga, by ratować życie innych… Niełatwo o tym mówić kobietom, które sytuacja nadzwyczajna zmusiła do zachowań tak sprzecznych z ich naturą i powołaniem. Jeszcze trudniej mówić o męczeństwie, związanym z okrutnym zbrukaniem czystości. Gwałty dokonywane na siostrach zakonnych przez całe dekady otaczała zmowa milczenia. Oprawcy pilnie jej strzegli, ofiarom wcale nie było spieszno, by świat się o ich cierpieniach dowiadywał.

Być może doczekają się one swojej patronki. Adelgund Tumińska, franciszkanka, poniosła męczeńską śmierć już po „wyzwoleniu”, z rąk sołdatów polujących w lutym 1945 roku na „monaszki”. Mogła uciec, ale wróciła do chojnickiego szpitala w którym pracowała, by ratować przed agresorami pomagające w kuchni trzy młode dziewczyny. Im udało się zbiec, jej już nie. Nie znamy nawet dokładnego przebiegu tamtego dramatu. Żadna z uratowanych dziewcząt nie odważyła się do końca swego życia opowiedzieć co się w podziemiach szpitala wydarzyło. Zostały skutecznie zastraszone. Ale dziś nadszedł już czas właściwy by o poświęceniu Adelgund głośno mówić.

Nie jest to jedyny w książce przypadek takiej ofiary. Autorka wydobywa z zapomnienia także siostry chóru drugiego, urszulanki, Marię Akwilę Podskarbi oraz Marię Kajusę Trznadel. Proste dziewczyny, bez wykształcenia, ani specjalnej formacji, praczki. Niemcy zabronili im nosić habitów, ubrały je dopiero w styczniu 1945, ciesząc się z końca wojny. W nich poniosły śmierć ratując młodsze siostry.

Reklama

 

Agata Puścikowska nie poprzestaje na opisywaniu dramatycznych śmierci i heroicznych czynów. Docieka, co za nimi stało, jaka motywacja sprawiła, że np. Iwona Król, „siostra saper”, potrafiła bez lęku przeciwstawiać się sołdatom czy wynosić z kościoła tykającą bombę. Dlatego poznajemy wszystkie bohaterki bliżej, ich drogę do powołania, rodzinne losy, sprawdzamy jakie były zanim „to” się stało. Dopiero w takim rzeczy porządku wszystko wydaje się bardziej zrozumiałe. Heroizm jest konsekwencją silnej wiary, męczeństwo naturalnym wyborem. Siostra Kajusa przed śmiercią z rąk oprawcy miała modlić się „Jezu ufam Tobie”. W samym środku piekła na ziemi one były znakiem nieba.

Jest więc jeszcze jedna odpowiedź na pytanie „dlaczego dopiero teraz”. Być może wojenne siostry czekały na taką właśnie, a nie inną autorkę ich biografii. Agata Puścikowska faktycznie jest przypadkiem szczególnym, gatunkiem ginącym w swoim zawodzie. Przede wszystkim ma powołanie do pisania o ludziach. Jest reporterem, który potrafi szukać, pytać, dociekać. A szuka w ludziach dobra, zaprzeczając powszechnie uznawanemu dogmatowi, iż tylko zła wiadomość, to dobra (dla mediów) wiadomość. Nie traktuje przy tym swoich bohaterów instrumentalnie, jako barwnego tematu, jest z nimi także długo po napisaniu tekstu, nawiązuje głębokie relacje. Widać to było choćby podczas warszawskiej premiery „Wojennych sióstr” – na sali po brzegi wypełnionej, także siostrami z wielu zgromadzeń, które Agata odwiedzała zbierając materiał do swojej książki.

Mamy więc gotowy scenariusz na fascynujący serial. I mamy zarazem twardy dowód na to, że warto być dobrym dziennikarzem – idącym śladem dobra, które znaleźć można nawet w najciemniejszej godzinie. 

Bohaterki Agaty Puścikowskiej w dobrych zawodach wystartowały, wiary ustrzegły, mimo prześladowań. Były i takie, które śluby złożyły właśnie po traumatycznych przeżyciach, na przekór panującym wokół trendom. „Wojenne siostry” to naprawdę budująca lektura.


„Wojenne siostry”
Agata Puścikowska

Agata Puścikowska opisuje historie niezwykłych, bohaterskich kobiet. Sióstr, które nie chowały się przed wojną i okupacją w zakonach, ale niosły pomoc wszystkim, którzy tego potrzebowali. Pomagały ukrywać się partyzantom, dostarczały żywność, oddawały własne życie za często zupełnie obcych sobie ludzi, czasem chwytały nawet za broń. Również po wojnie niektóre z nich walczyły z komunistami. O ich bohaterstwie do dziś mówi się niewiele. Stanowczo za mało!

KSIĄŻKA DOSTĘPNA NA DOBROCI.PL >>>

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite