video-jav.net
KS. JERZY POPIEŁUSZKO

Zniszczyć Kościół. 7 księży, którzy zginęli za wiarę

Odważni, konsekwentni i świadomi zagrożenia życia pozostawali niezłomni do końca, często: męczeńskiej śmierci. Warto o nich pamiętać. Warto o nich mówić i wspominać szczególnie z tego powodu, że oddali swoje życie za sprawy, którym służyli: Prawdę, Wolność, Odwagę i życie według zasad

Piotr Litka
Piotr
Litka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Od lipca 1963 roku w ramach walki z Kościołem katolickim komunistyczna bezpieka w Polsce inwigilowała wszystkich, bez wyjątku, duchownych katolickich. Uzyskiwane informacje, których podstawowym źródłem byli tajni współpracownicy, gromadzono w tak zwanych „teczkach ewidencji operacyjnej na księdza” (w skrócie: TEOK). Masowo zaczęto je niszczyć w 1989 roku.

Ks. Michał Pilipiec, pierwszy duchowny zamordowany przez komunistyczny system PRL poza działaniami wojennymi, żołnierz AK, zamordowany 8 grudnia 1944 r.

Walka komunistów z Kościołem w Polsce zaczęła się zaraz po wojnie. Ten pierwszy okres nazywany przez historyka Jana Żaryna – „najtrudniejszą dekadą” wyznaczały z jednej strony dobre choć drobne gesty ludowej władzy w postaci pozwoleń na działalność charytatywną; z drugiej zabójstwa kapłanów dokonywane najczęściej przez „nieznanych sprawców”. Wystarczy przywołać w tym miejscu zamordowanego 8 grudnia 1944 roku żołnierza AK księdza Michała Pilipca czy zakatowanego i dobitego kilkoma strzałami w głowę księdza Michała Rapacza (12 maja 1946 r.). Apogeum prześladowań Kościoła w Polsce w latach 50. było aresztowanie Prymasa Kardynała Stefana Wyszyńskiego (25 września 1953) i jego paroletnie internowanie.

 

Ks. Michał Rapacz zamordowany w nocy z 11 na 12 maja 1946 roku przez bojówkę działaczy komunistycznych

Komunistyczne władze w sposób jawny dążyły też od zakończenia wojny do rozdziału Kościoła od państwa. Zerwano konkordat (wrzesień 1945), zaczęto ograniczać naukę religii w szkołach i rozpoczęto konsekwentne upaństwowienie kościelnych majątków. Wszystko to służyło – w rozumieniu komunistów – osłabieniu Kościoła w Polsce. Wzmocnieniem swoiście rozumianej „ofensywy antykościelnej” okazały się lata 60. i 70. Na ogromną skalę ruszyła wtedy inwigilacja.

Stosowano różne techniki: od bezpośredniego śledzenia, podsłuchów czy obserwacji, poprzez prowokacje i działania realizowane według przygotowanego wcześniej scenariusza. Bezpieka bezwględnie wykorzystywała konflikty: rozpuszczając plotki i obraźliwe pomówienia. Pomocni w tych działaniach byli Tajni Współpracownicy. Niestety: również w sutannach. Wg różnego rodzaju niepełnych danych, zwerbowanych przez bezpiekę kapłanów było w Polsce nie więcej niż 10 procent. Jak ich zmuszano do współpracy? Najczęściej przez szantaż ale też przez obietnicę zawodowego rozwoju. Dziś trudno to sobie wyobrazić ale na przykład kuszono kapłanów paszportem, który mógł być wstępem do studiów zagranicznych w Rzymie i początkiem naukowej kariery…

Jeśli ktoś odmawiał współpracy i nie udzielał informacji bezpiece, stawał się dla niej celem. W języku resortowym nazywano to niewinnie: rozpracowaniem a zebrane w ten sposób informacje mogły posłużyć do ograniczenia działalności duszpasterskiej danego kapłana, złamania jego kariery, zastraszenia go i pobicia przez „nieznanych sprawców” a w niektórych przypadkach nawet do śmierci.

 

Artykuł szkalujący ks. Jerzego Popiełuszkę napisany pod pseudonimem przez Jerzego Urbana opublikowany we wrześniu 1984 w “Tu i teraz” | Materiały autora artykułu zgromadzone w IPN

 

Ksiądz Roman Kotlarz, przeszedł tzw. “ścieżki zdrowia”, kilkukrotnie pobity, zasłabł podczas prowadzonego nabożeństwa, zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach w szpitalu psychiatrycznym w Krychnowicach

Początkiem działań, które doprowadziły do serii skrytobójczych mordów na kapłanach w latach 80. ubiegłego wieku była śmierć księdza Romana Kotlarza 18 sierpnia 1976 r. Mówił on w swoich kazaniach o ludzkiej godności deptanej przez komunistyczne władze, wspierał protestujących w czerwcu 1976 roku w Radomiu robotników. Jego publiczne wystąpienia nagrywano i pisano z nich drobiazgowe analizy. Na kilka dni przed śmiercią księdza Kotlarza kilkakrotnie pobili „nieznani sprawcy.”

Rok później w kilkunastu komendach wojewódzkich na terenie całego kraju powstały komórki słynnej sekcji „D”, która w zamyśle jej twórców miała zajmować się działaniami dezinformacyjnym i dezintegracyjnymi. Poza opozycjonistami funkcjonariusze sekcji „D” zajmowali się także ludźmi Kościoła. W jaki sposób? Chodzili na przykład na pielgrzymki do Częstochowy: wywoływali skandale, zatruwali wodę i żywność, która była przygotowywana dla pielgrzymów. Czasami doprowadzali do bijatyk, żeby skompromitować pątników. Z czasem tak zwane działania „D” przybrały na sile: tworzono fałszywe dokumenty, podrzucano do mieszkań kapłanów „kompromaty”: ulotki a nawet materiały wybuchowe. Wreszcie przechodzono do działań bezpośrednich: fingowanych wypadków drogowych oraz pobić.

 

Worek z kamieniami przywiązany do ciała ks. Jerzego Popiełuszki | Materiały autora artykułu zgromadzone w IPN

Wybór Karola Wojtyły na papieża (16 październik 1978) dał sygnał do wzmożenia działań wymierzonych w polski Kościół i jego kapłanów. Wykorzystywano każdy element życiorysu, który mógł posłużyć do szantażu, stosowano też coraz doskonalsze technicznie podsłuchy. Robiono zdjęcia i filmy z obserwacji. Nad rozpracowaniem jednego kapłana pracował zespół od kilkunastu do nawet kilkuset ludzi. Sama jednak inwigilacja czy działania dezintegracyjne nie wystarczały.

Ks. Jerzy Popiełuszko, zamordowany 19 października 1984 roku. Funkcjonariusze PRL: Kpt. Grzegorz Piotrowski, por. Leszek Pękala i por. Waldemar Chmielewski, po porwaniu i torturach wrzucili go związanego do Zalewu Wiślanego przy Zaporze Wodnej we Włocławku

Znakomicie pokazuje to los Bł. Księdza Jerzego Popiełuszki, który trafił do warszawskiej parafii pod wezwaniem Św. Stanisława Kostki jako rezydent. Jednakże odprawiona przez niego w czasie strajku w Hucie Warszawa Msza św. i późniejsze wspólne działania jednoczące różne środowiska stolicy i innych polskich miast sprawiły, że od roku 1982 Ksiądz Jerzy stał się dla komunistów wrogiem numer jeden. W tym czasie założono podsłuch na plebanii gdzie mieszkał. Nagrywano jego wszystkie rozmowy telefonicznie; sporządzając z nich stenogramy. Ksiądz nie mógł też wyjeżdżać za granicę a kiedy wybierał się do innych parafii na terenie kraju, miał zazwyczaj „ogon” w postaci śledzących go funkcjonariuszy „z centrali” lub też „z terenu”. Kilkakrotnie próbowano zorganizować na niego zamach. Zamierzano wypchnąć go z pociągu (8 października 1984), uderzyć kamieniem w przednią szybę samochodu, którym podróżował i podpalić (13 października 1984) by wreszcie uprowadzić go (19 października 1984) i zamordować. Dlaczego Ksiądz Popiełuszko był dla komunistów tak niewygodny? Z jednej strony integrował różne środowiska ale najbardziej niebezpieczne okazywały się jego wyjazdy poza Warszawę.

 

Ks. Stanisław Suchowolec, zamordowany na plebanii 30 stycznia 1989 roku, sprawcy nie zostali wykryci

Kapłanem, którego los tragicznie splótł się z życiem i męczeńską śmiercią księdza Popiełuszki był urodzony w Białymstoku w roku 1958 ks. Stanisław Suchowolec. Przeżył zaledwie 31 lat. Tak samo jak Popiełuszko, ksiądz Suchowolec integrował różne środowiska opozycyjne. Wielokrotnie odważnie mówił w płomiennych kazaniach o „panach ze Służby Bezpieczeństwa”, przeżył też kilka zamachów na swoje życie. Zginął w niewyjaśnionym do dziś „dziwnym” pożarze w styczniu 1989 roku, na kilka dni przed rozpoczęciem obrad Okrągłego Stołu.

 

Górsk. Miejsce uprowadzenia księdza Popiełuszki | Materiały autora artykułu zgromadzone w IPN

 

Ks. Stefan Niedzielak, zamordowany w niewyjaśnionych okolicznościach w nocy z 20 na 21 stycznia 1989 roku.

Do drugiego niewyjaśnionego do dziś zabójstwa kapłana doszło także w styczniu 1989 roku w Warszawie. Ciało blisko 75-letniego księdza Stefana Niedzielaka znaleziono w jego mieszkaniu niedaleko Cmentarza Powązkowskiego w Warszawie nad ranem 21 stycznia 1989 roku. Przed śmiercią ksiądz Niedzielak otrzymywał anonimy i telefoniczne pogróżki. Został też pobity. Do swojej śmierci przypominał i chronił pamięć o zbrodni katyńskiej i Polakach poległych na Wschodzie.

 

Ks. Leon Błaszczak, uduszony w nocy z 26 na 27 grudnia 1982 roku na plebanii

Wśród kapłanów, którzy w latach 80. ubiegłego wieku stracili swoje życie w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach warto wymienić jeszcze m.in. księdza Leona Błaszczaka, który nocą z 26 na 27 grudnia 1982 roku został uduszony na plebanii koło Częstochowy oraz księdza Stanisława Palimąkę, którego ciało znaleziono 27 lutego 1985 roku w garażu.

Wg oficjalnej wersji miał na niego najechać staczający się samochód. Sekcja zwłok wykazała obażenia, które wskazywały na pobicie (m.in. złamanie podstawy czaszki). Śledztwo jednak umorzono. Sprawców nie wskazano do dziś…

Ks. Stanisław Palimąka, zginął w niewyjaśnionych okolicznościach 27 lutego 1985 roku

 

Wielu kapłanów prowadzących działalność duszpasterską w PRL przeżyło pobicia i zamachy na swoje życie. Podpalano też plebanie, w których mieszkali, prowokowano pobicia przez „nieznanych sprawców”. Na szczęście niewielu kapłanów próbowało się z władzami układać. Jednostki: odważni, konsekwentni i świadomi zagrożenia życia pozostawali niezłomni do końca, często: męczeńskiej śmierci. Warto o nich pamiętać. Warto o nich mówić i wspominać szczególnie z tego powodu, że oddali swoje życie za sprawy, którym służyli: Prawdę, Wolność, Odwagę i życie według zasad.

 


Wydanie o ks. Jerzym Popiełuszce tworzymy dzięki współpracy z Jego muzeum w Warszawie


Piotr Litka

Piotr Litka

Zobacz inne artykuły tego autora >
Piotr Litka
Piotr
Litka
zobacz artykuly tego autora >

Fenomen Mszy za Ojczyznę

To dzięki nim ks. Jerzy stał się słynny w całej Polsce, a stopniowo także i za granicą. Właśnie Msze w intencji Ojczyzny okazały się swoistym fenomenem, ale też jego wielkim powołaniem. One też stały się przyczyną późniejszych prześladowań ks. Popiełuszki, nagonki w prasie, oskarżeń władz, a w konsekwencji jego męczeńskiej śmierci

Milena Kindziuk
Milena
Kindziuk
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Zaczął je odprawiać na samym początku stanu wojennego, w styczniu 1982 roku. Kontynuując ideę podjętą przez ks. Teofila Boguckiego, ówczesnego proboszcza parafii św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu, odnosił się do tradycji historycznej, znanej jeszcze w Polsce średniowiecznej, kiedy to modlono się za króla i wojsko, a w późniejszych wiekach o wolność i niepodległość kraju.

W każdą ostatnią niedzielę miesiąca, ks. Jerzy Popiełuszko stawał przy ołtarzu już nie tylko przed hutnikami, studentami czy lekarzami, ale przed całą Polską. Na Msze za Ojczyznę przybywało tak wielu ludzi, że świątynia nie mogła ich zmieścić. Gromadzili się w pobliskim parku, na ulicy, wokół parkanu. Przyjeżdżali nie tylko z Warszawy i okolic, ale także z najdalszych zakątków Polski.

Co decydowało o tak wielkiej popularności tych Mszy?

 

 

Niepowtarzalna oprawa

Jak wspominają ich uczestnicy, największe wrażenie robiła na nich atmosfera. Z jednej strony ponury czas stanu wojennego, wokoło budy milicyjne i spacerujący po ulicach żołnierze z pałkami i bronią w rękach, z drugiej zaś kawałek wolnej Polski, kiedy to wszyscy byli po jednej stronie, wsłuchani w słowa ks. Jerzego.  Do tego – niepowtarzalna oprawa: dekoracja kościoła korelowała z czytaniami i z Ewangelią, musiała pasować do treści kazania i sprzyjała modlitwie. Ks. Popiełuszko wciągał też do współpracy znanych aktorów: Maję Komorowską, Annę Nehrebecką, Kazimierza Kaczora, Marię Homerską, Romę Szczepkowską, Leona Łochowskiego, Krzysztofa Kolbergera, Andrzeja Łapickiego, Jerzego Zelnika, i wielu innych. Prosił, by ktoś z nich przeczytał fragment Pisma Świętego lub psalmu oraz tekst modlitwy wiernych. Wybierał też dla nich fragmenty najbardziej znanych utworów klasyki literackiej.

 

 

Modlitwę za Ojczyznę łączył z obchodami rocznic narodowych powstań czy innych ważnych dat w naszych dziejach. Także do swoich homilii wplatał rozważania na temat patriotyzmu zaczerpnięte z nauczania Jana Pawła II bądź Prymasa Wyszyńskiego.

Na tych Mszach z miesiąca na miesiąc pojawiało się coraz więcej transparentów, które wołały o ludzką godność, poszanowanie wolności, o prawdę. Niekiedy unoszono w górę krzyże albo tylko ręce z palcami ułożonymi w kształcie litery „V” – na znak zwycięstwa. To robiło duże wrażenie. Na zakończenie Mszy za Ojczyznę zaś Polacy śpiewali zawsze tę samą pieśń: Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana. Ta pieśń, intonowana przez niedawno zmarłego Leona Łochowskiego, stała się swoistym hymnem tych Mszy Popiełuszkowych.

 

 

Odchodziła nienawiść, wracała nadzieja

Ale Msze za Ojczyznę przede wszystkim były dla Polaków miejscem wyciszenia i głębokiej modlitwy. Także czasem wielu powrotów do wiary i do Kościoła. Nawróceń i spowiedzi po kilkunastu, a nawet po kilkudziesięciu latach.

Te właśnie spowiedzi świadczyły o tym, że ksiądz Jerzy  miał w sobie jakąś wewnętrzną siłę, by zawładnąć tłumem, by człowieka przyciągnąć – do Boga i do Kościoła.

Tak jak aktor na scenie, tak on stawał przy ołtarzu – choć nie był przecież artystą, nie robił niczego na pokaz, nie wykonywał spektakularnych gestów. A ludzie, jak dzieci, z ufnością wpatrywali się w ołtarz. Przestawali się śpieszyć, narzekać, złorzeczyć. I zaczynali się modlić.

Uczył Polaków trudnej modlitwy. Opartej o przykazanie miłości nieprzyjaciół. Na przykład wtedy, gdy głośno zwracał się do Boga słowami: „Chcemy wszystkim naszym winowajcom przebaczać, jak Ty przebaczasz nam nasze winy…”. W sercach wielu ludzi pojawiała się konsternacja. Nie bardzo potrafili pogodzić konieczność przebaczania w zestawieniu z krzywdami, których doznawali od przedstawicieli władzy. Ale w końcu klękali przy kratkach konfesjonału, wyzbywając się z serc nienawiści.

 

 

Wdzięczni za odzyskaną nadzieję, zaczynali też masowo przysyłać do ks. Jerzego listy (wysyłane pocztą, internetu wtedy nie było). Były to listy z podziękowaniami. Na przykład: “W okresie psychicznego załamania z powodu ciężkich warunków życia, uczestniczenie w każdej Mszy świętej w intencji Ojczyzny dodaje mi siły, przynosi uspokojenie, budzi nadzieję na lepsze jutro”. Ktoś inny pisał: “Dziękuję za homilie, które wzmacniają moją wiarę, pomagają żyć, wychowywać dzieci”; „Nie umiem zamknąć w słowach swej wdzięczności do Księdza, że pomógł mi usłyszeć Boga, ale chciałabym, żeby Ksiądz wiedział, że teraz dźwigam swój krzyż z wdzięcznością i nadzieją na lepsze jutro i zwycięstwo prawdy – a prawdą jest Bóg”.

W podobnym tonie były inne listy: „Serdeczne Bóg zapłać za wszystko, co Ksiądz dla nas, zwykłych ludzi, robi. Homilie Księdza wypełnione są nieraz cierpką, gorzką, a przede wszystkim smutną Prawdą. Prawdą, której tak nam brakowało i nadal brakuje. Ale zawierają także Nadzieję”.

Ludzie pisali o swojej przemianie duchowej, nawróceniu, dziękowali za słowa otuchy, za wsparcie:

“Piszę ten list z potrzeby serca. Chciałabym podziękować księdzu za piękne nabożeństwa i modlitwy, które co miesiąc napełniają moje serce otuchą, nadzieją i wiarą. Sprawy i fakty nabierają ponownie właściwych proporcji. Dzięki nim czuję, że nasze problemy, lęki, ból i niepokój możemy tylko powierzyć Bogu i głęboko ufając w Jego dobroć i sprawiedliwość przetrwać ten ciężki okres. Serdeczne Bóg zapłać”;

“Jesteśmy pod głębokim wrażeniem przepięknych Mszy świętych odbywających się w parafii św. Stanisława Kostki. Przychodzimy na nie z całymi rodzinami. Umacniają one nas w wierze”.

Treść tych listów mówi sama za siebie.

 

 

Charyzma

W kazaniach podczas Mszy za Ojczyznę ks. Jerzy często przywoływał słowa św. Jana Pawła II. Niekiedy wręcz trawestował jego przemówienia: „Nie możesz zrozumieć sam siebie, sensu swojego istnienia bez Chrystusa”. Było to nawiązanie do słów Ojca Świętego wypowiedzianych w czasie pierwszej pielgrzymki do ojczyzny w 1979 roku na placu Zwycięstwa w Warszawie. Przywoływał też fragmenty dzieł literackich. Ale nie wygłaszał nigdy wielkich rozpraw teologicznych albo filozoficznych. Mówił jasnym, prostym językiem, dalekim od patosu i egzaltacji. „Jak zrozumieją mnie robotnicy, to zrozumieją także profesorowie” – wyznał kiedyś jednemu z przyjaciół.

– Miał niezwykły talent: skupiał wokół siebie nie tylko ludzi prostych, ale i wykształconych – podkreślał biskup Zbigniew Kraszewski.

Każde kazanie dojrzewało w jego umyśle bardzo powoli. Gdy je napisał, dawał do przeczytania różnym ludziom, prosił o oceny, sugestie.  Chętnie słuchał, co inni mają na ten temat do powiedzenia. Oczekiwał też słów krytyki. Przyjmował ją od najbliższych, tych, którym ufał, licząc na szczerość intencji.

 

 

O ocenę swych kazań prosił często księdza Zdzisława Króla z warszawskiej kurii. – Jurek przychodził do mnie z napisanym tekstem, czasami o coś pytał, prosił o radę, był otwarty na wszelkie sugestie. Później dowiedziałem się, że konsultował kazania także z innymi. Wielu ludziom czytał je po prostu przed wygłoszeniem. Bardzo zależało mu, aby jego słowa odbierane były jako niosące otuchę, nadzieję, by dodawały siły. Ludzie chyba to wyczuwali i dlatego się do niego garnęli. Niewątpliwie miał jakąś charyzmę – mówi ks. Król.

Nikogo też w kazaniach bezpośrednio nie atakował. Mówił o tym, czym ludzie żyli na co dzień, o czym rozmawiali przy stole, w kolejce czy autobusie. Po prostu o aktualnych ludzkich problemach, troskach i cierpieniach. I choć kazania pozornie pozbawione były emocji, w jego ciepłym głosie i charakterystycznym sposobie mówienia było coś, co sprawiało, że te słowa trafiały prosto do serca. Czuło się, że mówi ktoś, kogo bardzo bolą krzywdy wyrządzane innym, kto chce być z ludźmi w trudnych chwilach, by podtrzymać ich na duchu.

– Nie mówił rzeczy rewelacyjnych. A jednak budziło to podziw i szacunek. Często kazania przerywano mu oklaskami. Był człowiekiem, który mówił prawdę i który nie bał się mówić prawdy. Przestrzegał, że jednego się należy obawiać: zdrady Chrystusa za kilka srebrników jałowego spokoju – wspomina biskup Zbigniew Kraszewski.

 

 

Właściwie nie wiadomo, jak to się stało, że ten młody, 35-letni zaledwie kapłan, fizycznie słaby, mizerny i schorowany, o ascetycznych rysach twarzy, zgromadził wokół ołtarza tak ogromne tłumy. Słusznie ks. Andrzej Santorski określił, że jest to po prostu charyzma: “Miał charyzmat mobilizowania ludzi do wiary, nadziei i miłości”.  Polacy wsłuchiwali się w treść tych kazań z jakimś niewytłumaczalnym namaszczeniem, a później prosili ks. Jerzego o tekst i powielali go rozdając sobie nawzajem.

Msze za Ojczyznę naprawdę zrodziły swoisty fenomen.

 


Wydanie o ks. Jerzym Popiełuszce tworzymy dzięki współpracy z Jego muzeum w Warszawie


Milena Kindziuk

Milena Kindziuk

Zobacz inne artykuły tego autora >
Milena Kindziuk
Milena
Kindziuk
zobacz artykuly tego autora >