Uzdrowiona. Przed i po chorobie

Wyszli ze szpitala i w milczeniu skierowali się do samochodu. Zamieszanie na chodnikach prowadzących w stronę parkingów, na których panowali uliczni sprzedawcy ubrań, kobiety handlujące owocami, żebracy wołający o jałmużnę – to wszystko działo się jakby obok. Oni byli ogłuszeni obrazem cierpienia matki. Od tego dnia codziennie wieczorem modlili się razem o zdrowie dla Floribeth. Zwoływał ich ojciec, odmawiali Różaniec i prosili o pomoc Jana Pawła II.

fot. Elżbieta Ruman

Dokumenty procesowe


Fragment pochodzi z książki Elżbiety Ruman „Uzdrowiona. Kostarykański cud Jana Pawła II”,Znak 2014.


– To był rytuał każdego wieczoru. Moje małe córeczki przychodziły razem ze mną – wspomina Edwin junior. – Do tej pory modliliśmy się z nimi wieczorem, przed zaśnięciem, i robiła to głównie żona. Jednak kiedy patrzyłem na ojca modlącego się na kolanach o zdrowie dla swojej żony, dotarło do mnie, jakie ważne jest to, żeby dzieci widziały modlącego się ojca. Więc przychodziłem na modlitwę, często też w ciągu dnia zatrzymywałem się przy wizerunku Jana Pawła II i prosiłem, żeby pomógł mamie.

Edwin pracuje w firmie ojca. Ten szczupły czarnooki młody ojciec bardzo poważnie traktuje swoje obowiązki. Rozbudował rodzinny dom, dodając do jego parterowej części sypialnię i pokoik dla dzieci, a więc codzienność jego nowej rodziny splata się z życiem domu dziadków. Kuchnia jest tu wspólna dla wszystkich, ze względu na jej niewielkie rozmiary mama, córki i synowa muszą żyć tutaj bardzo zgodnie.

Monika, najstarsza z rodzeństwa, nie wyszła jeszcze za mąż, jednak ma narzeczonego. Od kilku miesięcy rodzina spodziewa się wyznaczenia daty ślubu. Jednak Monika ma inne zmartwienie: po rutynowych badaniach okazało się, że może mieć trudności z zajściem w ciążę, że może nie mieć dzieci.

Na początku XX wieku w Kostaryce szalała epidemia malarii. Z jej powodu umierały głównie dzieci. Zmarły ich wtedy dziesiątki tysięcy. Te straszne lata zostawiły trwały ślad w społeczeństwie tego niewielkiego kraju – stosunek do dzieci. Są one w Kostaryce skarbem. Rzadko widać, żeby były strofowane. Są bardzo oczekiwane i przyjmowane z wielką miłością. Nie ma tu myślenia, że „pojawiło się nie w tym momencie” albo że „najpierw się dorobię, a później postaram się o dziecko”. Nawet jeśli bardzo młode dziewczyny rodzą dzieci, są one przyjmowane z ogromną radością. Ale w kwietniu 2011 roku dla Moniki ważne było tylko jedno – mama.

– Byłam przyzwyczajona do widoku mojego ojca modlącego się – mówi dziewczyna. – Niekiedy na różaniec zapraszał osoby z sąsiedztwa. Kiedy powstała u nas kapliczka, wszyscy siadali na werandzie i stamtąd słyszałam „zdrowaśki”. Nie potrzebowałam zachęty, żeby do nich dołączać. Modliliśmy się do Jana Pawła II, do Matki Bożej Fatimskiej. Wpływało to także dobrze na ojca. Lubił, kiedy na modlitwie nikogo z jego dzieci nie brakowało.

W piątek 29 kwietnia czuła się bardzo źle. Nie chciała nic jeść, cały czas spała. Sobotni poranek był bardzo słoneczny. Floribeth poprosiła Edwina:

– Zasuń, proszę, szczelnie zasłony, od tego światła bolą mnie oczy.

Zmartwiony, zaciemnił okno najlepiej, jak się dało. Półmrok w pokoju był ciężki, jak jego dusza.

– Przyniosę ci herbatę.

– Dziękuję, kochany, ale wolę coś zimnego.

Floribeth była bardzo słaba, dodatkowo jakieś wewnętrzne gorąco sprawiało wrażenie, jakby wszystkiego w środku miała za dużo. Chwilami bolało ją nawet oddychanie.

– Zjedz choć troszkę ryżu z fasolką – Edwin wrócił do niej ze śniadaniem.

Przełykanie wydawało się Flori zupełnie niepotrzebną czynnością, nie czuła głodu, ale nie chcąc robić przykrości mężowi, zgodziła się zjeść maleńką porcję. Edwin chciał ją nakarmić, ale wolała jeść sama.

– Prawą ręką jeszcze ruszam – próbowała zażartować, jednak wypadło to blado. Na twarzy Edwina nie pojawił się nawet ślad uśmiechu.

(…)

Uzdrowiona. Przed i po chorobie

Edwin przygotował porcję leków, które żona brała przed południem.

– Proszę, kochanie, te dwie i jeszcze trzecia, troszkę większa.

Floribeth nie lubiła połykać tabletek, ale posłusznie przyjmowała je według zaleceń doktora Vargasa. Ich działanie przeciwbólowe było błogosławieństwem. Jednak dziś chciała coś zmienić.

– Edwinie, drugą, wieczorną porcję leków przyjmę dopiero jutro rano, dobrze? Chciałabym obejrzeć transmisję z beatyfikacji naszego Jana Pawła II zaczynającą się w nocy.

– Nie, Flori – odpowiedział zdecydowanie mężczyzna.

– To może ci zaszkodzić, leki działają nie tylko przeciwbólowo, ale też przeciwzakrzepowo i wzmacniają serce.

– Ale one mnie usypiają, a kiedy zasnę twardo, nie dam rady się obudzić i oglądać uroczystości.

Mąż był w tej sprawie nieustępliwy. Lęk o żonę sprawiał, że chwytał się wszystkiego, co budziło nadzieję.  (…)

*

1 maja 2011 roku był pięknym pogodnym dniem zarówno w Rzymie, jak i w Kostaryce. Różnica czasu sprawiała, że kiedy papież Benedykt XVI rozpoczynał uroczystości beatyfikacyjne na placu Świętego Piotra w Rzymie, tu panowała jeszcze noc.

– To były najważniejsze godziny mojego życia – Floribeth ze spokojem podjęła dalszą opowieść. – W sobotę wieczorem rozpoczęło się czuwanie tysięcy osób na naszym Stadionie Narodowym. Trwały modlitwy, śpiewy. Księża opowiadali o Janie Pawle II, na telebimach pokazywane były zdjęcia z jego pielgrzymek. Nasza telewizja pokazywała fragmenty tego czuwania, ale około drugiej w nocy miała się rozpocząć transmisja z Rzymu. Z oczywistych względów nie mogłam tam być, ale były tam moje siostry, bratankowie i trwali na modlitwie. Powiedziałam raz jeszcze mojemu mężowi, żeby nie dawał mi leków. Mąż odparł: „Nie, musisz je wziąć”. Zwykle po nich od razu zasypiałam. Ale pamiętam, że tej nocy w niewyjaśniony sposób, pomimo że wzięłam leki, udało mi się obudzić. Nie wiem, jak to się stało. Obudziłam się, kiedy uroczystość się zaczynała, i ze swojego łóżka mogłam oglądać beatyfikację.

Pamiętam bardzo dobrze, jak Jego Świątobliwość Benedykt XVI wygłaszał kazanie, pamiętam siostrę zakonną niosącą relikwiarz. Mogłam to wszystko zobaczyć. To było coś niesamowitego, że w takim stanie udało mi się to zobaczyć. Potem zasnęłam.

– Pamiętam, że byłem obok niej w łóżku – opowiada Edwin. – Zapadła już noc, ale ja nie mogłem zasnąć, prawie w ogóle wtedy nie sypiałem. Ona oglądała. W końcu udało mi się zasnąć. Widziałem tylko krótkie fragmenty uroczystości. Kiedy rano wstawałem, żeby zrobić śniadanie Keynnarowi, ona jeszcze oglądała.

– Po obejrzeniu beatyfikacji zapadłam w sen – mówi dalej Floribeth. – Kiedy się obudziłam po kilku godzinach, byłam sama w pokoju. Przez zasłonięte okno wpadało niewiele światła, panował półmrok.

Wtedy usłyszałam głos: „Wstań!”. Bardzo zaskoczona rozejrzałam się po pokoju, ale byłam sama. Moje oczy zatrzymały się na gazetowej wkładce ze zdjęciem Jana Pawła II. To był dodatek, który został wydany przez jeden z periodyków tu, w Kostaryce, z okazji beatyfikacji Jana Pawła II. Ktoś przyniósł mi go w prezencie. Na zdjęciu Jan Paweł II ma wzniesione obie ręce. – Kobieta podniosła obie ręce w charakterystyczny dla Jana Pawła II sposób. Tym gestem rozpromieniał tysiące wpatrzonych w niego twarzy. To było pozdrowienie i błogosławieństwo. – I znów usłyszałam głos, który powiedział: „Wstań, nie bój się!”. I od razu te dwie ręce jakby wysunęły się ze zdjęcia i zobaczyłam, jak odkrywają mnie i podnoszą z łóżka. Wstałam, otworzyłam drzwi i poszłam do kuchni.

Uzdrowiona. Przed i po chorobie

*

Edwin przygotowywał mięso na obiad. Odkąd Floribeth zachorowała, polubił kuchenne zajęcia. To pozwalało mu choć na chwilę oderwać się od smutnych myśli. Usłyszał dźwięk otwierających się drzwi sypialni. Odwrócił się zaskoczony i podbiegł do żony.

– Flori, co ty tu robisz? Jak wstałaś? – Nie bardzo wiedział, co ma mówić i myśleć. Przecież przez ostatnie dwa tygodnie leżałaś sparaliżowana.

– Czuję się dobrze! – odpowiedziała kobieta. – Czuję się dobrze – potwierdziła z uśmiechem. Edwin usiadł przy stole, wpatrując się w żonę.

Minęło kilka godzin, a ona jest jakaś inna. Pełna radości. Floribeth weszła do kuchni i zobaczyła dwa kubeczki zostawione po śniadaniu. Podeszła do zlewozmywaka i odkręciła wodę.

(…)

Ten dzień, pierwszy po beatyfikacji Jana Pawła II, był dla rodziny Edwina jak cudowny sen. Floribeth poruszała się samodzielnie, choć lewą rękę nadal miała bezwładną, a lewą nogę nie w pełni sprawną. Jednak twarz Flori była promienna, jakby we wnętrzu kobiety ktoś zapalił światło. Pomogła mężowi przygotowywać obiad, chciała sama pokroić łodyżki selera. Z wysiłkiem położyła lewą dłoń na desce, prawą zręcznie pokroiła roślinę.

– To nie było tak, że moje ciało tego samego dnia było zdrowe. Powrót sił następował stopniowo. Najpierw Bóg uzdrowił mojego ducha. Dał mi pokój. Miałam w sobie pokój, który trudno sobie wyobrazić. Nie byłam już w agonii. I co najważniejsze, nie było już we mnie lęku. Edwin tego dnia nie spuszczał Floribeth z oczu.

– Najważniejszą zmianą, jaką w niej tego dnia zobaczyłem, była radość i chęć życia.

(…)

Floribeth nie tłumaczyła rodzinie tego, jak to się stało. A oni – szczęśliwi, że ukochana „mamita” nie umarła, tylko po prostu gotuje olla del carne – nie pytali dlaczego ani jak to się stało. Pura vida – życie się dzieje.

– To był czwarty dzień po beatyfikacji papieża

Jana Pawła II – Floribeth teraz dzieli swoje życie na lata przed i po tej wielkiej uroczystości.

Uzdrowiona. Przed i po chorobie

– Do tej pory nie mówiłam mężowi, że słyszałam „głos”. Bałam się, iż pomyśli, że postradałam zmysły albo że to było działanie silnych lekarstw, które brałam. Myślałam, że mi nie uwierzy. Ten głos sprawił, że przestałam się bać, i dał mi siłę do życia. Byłam pewna, że to było działanie Jana Pawła II, ale nie wiedziałam, jak to przedstawić mojej rodzinie. Wiedziałam, bo Bóg dał mi pewność tego, że jestem zdrowa, choć przez pierwsze dni moje ciało było jeszcze częściowo sparaliżowane. Siła, która podniosła Floribeth z łóżka, powoli wypełniała jej chore członki. Bezwładne ręka i noga jakby dostawały nowe życie. Ona czuła je od chwili, kiedy podniosła się z łóżka, ale to nowe życie powoli i stopniowo ogarniało całe jej ciało.

– Najpierw opowiedziałam wszystko mojemu mężowi. Poprosiłam, żeby usiadł ze mną przy stole. „Chcę ci o czymś opowiedzieć, ale proszę, nie myśl, że jestem wariatką”. Powiedziałam o tym, że kiedy się obudziłam, usłyszałam „głos” (…).

– Pamiętam, że usiedliśmy razem przy śniadaniu i ona powiedziała mi: „Kochanie, chcę ci coś opowiedzieć, ale nie chcę, żebyś uważał, że jestem wariatką”. Ja na nią popatrzyłem i mówię: „Ależ nie, kochanie! Czemu miałbym myśleć, że jesteś wariatką”. I kiedy ona zaczęła mi opowiadać, poczułem dreszcze, takie jakie ma człowiek bardzo przestraszony. Byłem pewny, że to prawda! Więc kiedy skończyła opowiadać, powiedziałem: „Nie, kochanie, jeśli ty jesteś wariatką, to i ja jestem wariatem, bo coś podobnego przytrafiło mi się w szpitalu”, i zacząłem jej opowiadać.

– Kiedy Edwin zdesperowany nie chciał się zgodzić na to, żeby mnie wypisano, zrozpaczony prosił Jana Pawła II, Karola Wojtyłę o pomoc. I wtedy usłyszał głos, który mu powiedział: „Zabierz ją! Nie lękaj się”. Miodowe oczy Floribeth niebezpiecznie wilgotnieją, to już nie są łzy smutku. Twarz kobiety promienieje szczęściem.

– Pamiętam, że siedzieliśmy tak we dwoje, płacząc, opowiadając jedno drugiemu, i od tej pory dzieliliśmy ze sobą tajemnicę. Wiedzieliśmy, że wydarzył się cud. To było coś niezwykłego.

– Tak, to był cud. Nie zdawałem sobie jeszcze sprawy z tego, jak wielkie jest to wydarzenie i jak zmieni nasze życie. Każdego dnia widziałem postępy. Floribeth nie brała już żadnych leków. Chodziła samodzielnie. Na początku bałem się mówić o tym innym, rodzinie, sąsiadom, ale wszyscy wiedzieli, że była umierająca, a teraz widzieli nas razem, pracujących, spacerujących. Więc mówiłem, że to zrobił dla nas Jan Paweł II, że wyjednał dla nas łaskę u Boga, że to cud.

Polecamy fragment wywiadu z Floribeth Mora Diaz:


Uzdrowiona Floribeth Mora Diaz: Usłyszałam „Wstań, nie bój się”

Byłam już sparaliżowana. A lekarze dawali mi miesiąc życia. Gdy się obudziłam, usłyszałam głos: „Podnieś się. Nie lękaj się” – mówi w rozmowie z korespondentem RMF FM Pawłem Żuchowskim Floribeth Mora Diaz z Kostaryki



Polecamy książkę autorstwa Elżbiety Ruman:

"Uzdrowiona. Kostarykański cud Jana Pawła II"


Wesprzyj nas
KUP Z RABATEM! - 52 furtki do nieba

Uzdrowiona Floribeth Mora Diaz: Usłyszałam „Wstań, nie bój się”

Byłam już sparaliżowana. A lekarze dawali mi miesiąc życia. Gdy się obudziłam, usłyszałam głos: „Podnieś się. Nie lękaj się” – mówi w rozmowie z korespondentem RMF FM Pawłem Żuchowskim Floribeth Mora Diaz z Kostaryki.

Floribeth Mora Diaz opowiada o tym, jak bardzo Jan Paweł II zmienił jej życie.

Czy zadaje sobie pani pytanie: dlaczego ja?

– …Na to pytanie może odpowiedzieć jedynie Bóg. Bóg, który mieszka we mnie i mnie wybrał. I na to pytanie, tylko może odpowiedzieć Stwórca. Nie ja.


 

Czytaj cały wywiad Pawła Żuchowskiego na rmf24.pl


Polecamy również książkę autorstwa Elżbiety Ruman:

"Uzdrowiona. Kostarykański cud Jana Pawła II"


Wesprzyj nas
KUP Z RABATEM! - 52 furtki do nieba