HISTORIA

Rzeź Woli. “Dwa najczarniejsze dni Warszawy”

Rzeź Woli była punktem szczytowym masakry, która była efektem rozkazu Adolfa Hitlera. Nakazał on zburzyć Warszawę i wymordować wszystkich jej mieszkańców. 5, 6 i 7 sierpnia wymordowano od 30 do być może nawet 65 tys. cywilnych mieszkańców Woli. Była to największa jednorazowa eksterminacja ludności cywilnej dokonana w Europie w czasie II wojny światowej.

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

5 sierpnia 1944 od godzin porannych na Woli trwała rzeź polskiej ludności cywilnej. Wypełniając rozkaz Hitlera esesmani i policjanci mordowali bez względu na wiek i płeć każdego schwytanego Polaka. Masowo rozstrzeliwano mieszkańców zdobytych kwartałów. Zbiorowym egzekucjom towarzyszyły gwałty na kobietach oraz masowa grabież. Cywilów, których nie zamordowano od razu, pędzono w charakterze „żywych tarcz” na powstańcze barykady. Dzień ten przeszedł do historii Woli jako „czarna sobota”.

Początkowo ludność Woli mordowano w sposób chaotyczny i bezładny – w mieszkaniach, w piwnicach, na podwórzach kamienic, na ulicach. Szereg domów podpalono, a uciekającą w panice ludność ostrzeliwano z broni maszynowej. Ukrywających się w piwnicach cywilów zabijano przy użyciu granatów. Dochodziło także do zakłuwania bezbronnych bagnetami, zakopywania rannych żywcem, roztrzaskiwania głów niemowlętom, czy wrzucania małych dzieci wraz z matkami do płonących budynków.

W drugiej połowie dnia ludność dzielnicy w bardziej zorganizowany sposób spędzano do kilku wyselekcjonowanych miejsc egzekucji przy ulicach Wolskiej i Górczewskiej, gdzie ich mordowano zazwyczaj strzałem w tył głowy lub przy użyciu broni maszynowej. Nierzadko prowadzeni na stracenie ludzie byli zmuszani do wspinania się na stos ciał osób zamordowanych przed nimi. Świadkowie wspominali, że w takich miejscach zwały trupów sięgały niekiedy ok. 25-35 metrów długości, 15-20 metrów szerokości i 2 metrów wysokości.

5 sierpnia ofiarą rzezi padli także pacjenci i personel wolskich szpitali. W godzinach popołudniowych żołnierze niemieccy wkroczyli na teren Szpitala Wolskiego przy ul. Płockiej. Likwidacja Szpitala Wolskiego przyniosła ponad 360 ofiar. W gronie zamordowanych znalazło się 60 pracowników, w tym sześciu lekarzy, oraz 300 pacjentów.

W ręce Niemców wpadł też kompleks budynków Szpitala św. Łazarza. Żołnierze podpalili szpital, a większość przebywających w nim Polaków rozstrzelali lub wymordowali za pomocą granatów. Liczba ofiar masakry dokonanej przez Niemców w Szpitalu św. Łazarza jest szacowana na ok. 1200, gdyż schroniło się tam wielu mieszkańców. W gronie zamordowanych znalazło się m.in. jedenaście sanitariuszek z patrolu sanitarnego Obwodu AK „Wola” (w tym dziesięć nastoletnich harcerek z drużyny im. Emilii Plater), a także siedem sióstr benedyktynek.

W nocy z 5 na 6 sierpnia Niemcy otrzymali znaczne posiłki. W myśl rozkazu von dem Bacha mieli oszczędzać kobiety i dzieci, nadal obowiązywał ich rozkaz rozstrzeliwania wziętych do niewoli powstańców oraz polskich mężczyzn-cywilów. 6 sierpnia zamordowano na Woli około 10 tys. Polaków. Ofiarą masakry padli m.in. mieszkańcy zdobytych tego dnia domów przy ulicach Chłodnej, Leszno, Towarowej i Żelaznej. Kontynuowano także masowe rozstrzeliwanie cywilów w opanowanych uprzednio kwartałach. Zbiorowym egzekucjom nadal towarzyszyły gwałty, grabieże i palenie domów.

 

Dzień Zaduszny na Woli, rok 1945. / fot. wikimedia commons

 

6 sierpnia głównym miejscem kaźni stał się skład maszyn rolniczych fabryki Kirchmajera i Marczewskiego na Wolskiej. W gronie ofiar znaleźli się m.in. mieszkańcy domów przy ulicach Krochmalnej, Płockiej i Towarowej oraz około 50 Żydów greckich, węgierskich i rumuńskich z obozu KL Warschau przy ul. Gęsiej, uwolnionych dzień wcześniej przez AK. W nocy 5/6 sierpnia na terenie składu zamordowano także ponad 20 redemptorystów przyprowadzonych z klasztoru przy ul. Karolkowej. Łącznie w czasie rzezi Woli zginęło 30 redemptorystów z tego klasztoru – w tym 15 ojców, 9 braci koadiutorów, 5 kleryków i 1 nowicjusz.

Masowe egzekucje mieszkańców Woli były przeprowadzane przez Niemców również w fabryce Franaszka, gdzie zginął m. in. ojciec i inni członkowie rodziny abp. Henryka Hosera. Po południu Niemcy oraz żołnierze jednego z batalionów azerbejdżańskich wtargnęli do Szpitala Karola i Marii przy ul. Leszno 136. Szpital został spalony, a od 100 do 200 ciężko rannych i chorych zostało zamordowanych.

Z kościoła św. Wojciecha skierowano pierwszy transport do obozu przejściowego w Pruszkowie. Znalazło się w nim około 5 tys. ocalałych z rzezi mieszkańców Woli, którzy pieszo musieli pokonać blisko piętnastokilometrową trasę. Transport dotarł do obozu 7 sierpnia w godzinach porannych. Tego dnia pognano również do Pruszkowa kilka tysięcy polskich cywilów przetrzymywanych dotąd w halach warsztatów kolejowych na Moczydle. Po drodze Niemcy wyciągali z tłumu młodych mężczyzn, których rozstrzeliwali na miejscu.

 

7 sierpnia Niemcy zdobyli gmach sądów na Lesznie, a także opanowali rejon ulic Chłodnej i Elektoralnej oraz Hale Mirowskie i plac Żelaznej Bramy, gdzie oddziały niemieckie dopuściły się szeregu mordów. Jednym z głównych miejsc kaźni stały się Hale Mirowskie, gdzie między 7 a 8 sierpnia rozstrzelano ok. 700 osób. Niemcy kontynuowali także egzekucje na opanowanych w poprzednich dniach terenach Woli – m.in. w okolicach kościoła św. Wawrzyńca. 7 sierpnia zamordowano na Woli w sumie ok. 3800 Polaków.

Trwało jednocześnie wysiedlanie ludności stolicy. Płonącymi ulicami, wśród stosów trupów, tysiące mieszkańców Woli, Powiśla i Śródmieścia Północnego pognano do kościoła św. Wojciecha, a stamtąd na Dworzec Zachodni lub do Włoch, skąd wysiedleńcy byli następnie wywożeni do obozu w Pruszkowie. Towarzyszyła temu masowa grabież oraz gwałty na kobietach. Prawdopodobnie 7 sierpnia zginął na terenie Woli ks. płk Tadeusz Jachimowski ps. „Budwicz”, naczelny kapelan Armii Krajowej. Nagminnie mordowano także osoby ranne, chore i niedołężne, które opóźniały marsz lub nie miały siły iść dalej.

Począwszy od 8 sierpnia tempo akcji eksterminacyjnej ludności cywilnej na Woli wyraźnie zmalało.

 

Pomnik ofiar Rzezi woli, który się na skwerze u zbiegu Alei Solidarności i ulicy Leszno / fot. Szczebrzeszynski, wikimedia commons

 

Po wojnie zinwentaryzowano miejsca straceń na Woli, oznaczając je w większości wypadków piaskowcowymi tablicami. Przez długi czas nie podejmowano jednak innych działań na rzecz uczczenia ofiar ludobójstwa. Co więcej, w czasach PRL zlikwidowano wiele stawianych oddolnie znaków pamięci, w szczególności zawierających elementy symboliki religijnej.

Działania na rzecz upamiętnienia dokonanego na Woli ludobójstwa nabrały intensywności na początku XXI wieku. Obecnie zamordowanych mieszkańców dzielnicy upamiętniają, m. in.: pomnik Ofiar Rzezi Woli dłuta Ryszarda Stryjeckiego, odsłonięty w 2004 r. przy rozwidleniu ulic Leszno i al. „Solidarności”; plac Męczenników Warszawskiej Woli – niewielki ogrodzony placyk przylegający do kościoła i klasztoru oo. redemptorystów przy ul. Karolkowej, poświęcony w sierpniu 2000 r. oraz ośmiometrowy stalowy krzyż przy Górczewskiej 32. Osobna ekspozycja nt. Rzezi Woli obecna jest w Muzeum Powstania Warszawskiego. Rzeź Woli upamiętnia też 49 piaskowych tablic, umieszczonych na murach budynków w różnych punktach dzielnicy.

W 2010 roku Rada m.st. Warszawy ustanowiła 5 sierpnia Dniem Pamięci Mieszkańców Woli.

Historyk Norman Davies uznał 5 i 6 sierpnia 1944 r. za „dwa najczarniejsze dni w historii Warszawy”. Żaden ze sprawców ludobójstwa dokonanego na Woli nie został po wojnie pociągnięty do odpowiedzialności karnej.

W 76. rocznicę wymordowania 50 tys. cywilnych mieszkańców Woli przez Niemców w trakcie Powstania Warszawskiego odbędzie się Marsz Pamięci. Rozpocznie się on dziś, 5 sierpnia, o godz. 19.00, u zbiegu ul. Leszno i al. Solidarności

 

os, KAI/Stacja7

 

Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Cicha walka w habicie

Gotowały posiłki, opatrywały rannych, dodawały otuchy, modliły się. Siostry zakonne ze wszystkich warszawskich klasztorów włączały się w powstanie warszawskie. Niektóre były na nie przygotowane, ale były też i te, które spontanicznie stanęły przed egzaminem z ofiarności i bohaterstwa.

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Hoża. Kuchnia, szpital i powstańcze śluby

Do tych, które w sposób planowy i systematyczny przygotowały się do walk, należał klasztor sióstr Zgromadzenia Franciszkanek Rodziny Maryi. Wszystko dzięki ówczesnej przełożonej prowincjalnej, matce Matyldzie Getter, zwanej potocznie Matusią. Była to legendarna postać. W czasie okupacji ukryła w prowadzonych przez Zgromadzenie placówkach i u zaprzyjaźnionych rodzin ok. siedmiuset Żydów, zwłaszcza dzieci. Jak zanotowano w klasztornej kronice, kiedy wybuchło powstanie, Matusia miała 74 lata i była niedługo po zawale, więc lekarze zalecali jej całkowity wypoczynek i ograniczenie ruchu do godziny dziennie. Przez chwilę była na rekonwalescencji w Ulanówku pod Warszawą, ale w lipcu przyjechała na Hożą, by przygotować placówkę do walk. Jako żołnierz podziemia wiedziała o planowanym Powstaniu. W pierwszej kolejności zajęła się dziećmi, które były na Hożej. Odesłała je do rodzin lub innych placówek zgromadzenia.

W tym czasie s. Marcela Bobińska mimo niemieckiego zakazu, w całkowitej tajemnicy, etapami, zaopatrywała klasztor w żywność. Nikt z domowników nie wiedział, w jakim celu to robi, a Kronika wspomina, że dzięki temu “nie było niepotrzebnej paniki i zamieszania”. Gdy wybuchło powstanie, przy Hożej powstała kuchnia dla cywilów, a „Matusia wraz z siedmioma zakonnicami stanęła na czele pracy”. Zorganizowano też szpital z około setką miejsc dla rannych, a siostry pod gradem kul roznosiły posiłki chorym i ubogim z okolicznych domów. Siostra Benigna Skórska od rana do nocy wypiekała chleb. Matusia dodawała otuchy i odwagi walczącym, a miała kogo wspierać, ponieważ na Hożej stacjonowało dowództwo VII obwodu okręgu warszawskiego AK „Obroża”. Poległych chowano na klasztornym podwórzu w zaimprowizowanym cmentarzyku.

„Specjalnością” klasztoru na Hożej były powstańcze śluby – było ich kilkanaście. Pary błogosławił ks. kapelan Adam Śniechowski, a Matusia nawet w tak ekstremalnych warunkach potrafiła zorganizować nowożeńcom przyjęcia, na których gości podejmowano kanapkami z cieniutki plastrami pomidora lub pąkami nasturcji. Gdy wyczerpały się zapasy żywności robiono sałatki, które okazały się bardzo smaczne – przyrządzano je z wszelkiej zieleniny – liści buraków, naci marchewki i pietruszki, wszystkiego, co jeszcze pozostało w przyklasztornym ogrodzie. A gdy upadek Powstania stał się oczywisty, m. Getter kazała zabić klasztorną świnię. Każdy z udających się do niewoli żołnierzy otrzymał kawałek chleba i boczku na drogę.

7 września Niemcy nakazali ewakuację całego klasztoru. Jak mówi Kronika, siostry z „ciężkim sercem” opuszczały dom. Matusia poleciła idealnie posprzątać klasztor i całe obejście. Nie zamknęła domu na klucz. Może chciała, by zamków nie rozbili grasujący po mieście szabrownicy. Cała grupa – siostry, osoby świeckie, w tym trzy Żydówki, potykając się o gruzy i barykady zrujnowanego miasta, udała się na zachód, do obozu w Pruszkowie. „Matusia do Okęcia szła piechotą. Wszyscy podziwiali Matusi siłę i energię. Cudownie wprost, zaraz po takiej ciężkiej chorobie, przebyła Powstanie, a i teraz zachowywała się dzielnie” – notuje kronikarka. Dopiero za Okęciem dr Kwieciński zmusił ją w końcu, aby wsiadła na jego rykszę. Do Pruszkowa jednak siostry nie dotarły – udały się do Brwinowa, gdzie Rodzina Maryi prowadziła sierociniec, założony przez Matusię w czasie okupacji. Matka Getter została zabrana przez współsiostry do Kostowca. Tam także Zgromadzenie prowadziło zakład wychowawczy.

„Bóg okazał swoje Miłosierdzie nad tymi, którzy byli w Imię Jego miłości miłosiernymi dla wszelkiej ludzkiej nędzy. Wszyscy przypisują to ocalenie łasce Bożej, udzielonej dla zasług Matusi” – notuje Kronika. Rzeczywiście, nikt z zespołu, który wspierał powstańców przy ul. Hożej, nie zginął. Tylko jedna siostra samarytanka, którą Powstanie zaskoczyło w Warszawie, została ranna.

Na początku lutego 1945 r. trzy siostry udały się na Hożą. Dom był całkowicie rozgrabiony, musiały znów porządkować klasztor. Mieszkańcy, którzy też wracali na ruiny swoich spalonych i zdewastowanych domów, pospieszyli im z pomocą. Z inicjatywy Matusi niezwłocznie powstała w klasztorze kuchnia dla biednych, karmiąc codziennie ok. 200 osób. Na Hożej zorganizowano też punkt rozdzielania odzieży, kierowany przez pracowników świeckich.

Na Wielkanoc 1945 wszystkie siostry wróciły na Hożą i „radośnie obchodziły dzień powrotu i ocalenia”. Całe lato siostry porządkowały dom, by doprowadzić go do normalnego stanu.

 

Powiśle. Urszulanki – pierwsze ofiary Powstania

Dramatyczne wydarzenia w klasztorze sióstr Zgromadzenia Urszulanek Serca Jezusa Konającego opisała s. Stanisława Czekanowska już 14 września w Milanówku. Tam siostry schroniły się po wygnaniu ich z placówki na Powiślu.

Cztery zakonnice z klasztoru urszulanek na Powiślu były chyba jednymi z pierwszych ofiar po wybuchu Powstania. Siostry Teresa Bagińska, Amelia Ostoja-Chodakowska, Dolores Husmu Deymer (była pół-Turczynką) i postulantka Jadwiga Frankowska. Miały od 23 i 39 lat. 1 sierpnia wybiegły z noszami w pierwszych godzinach walk, żeby nieść pomoc rannym cywilom. Niemcy prowadzili wtedy ostrzał z budynków Uniwersytetu Warszawskiego. Siostry już nie wróciły do klasztoru a towarzysząca im s. Jana Płaska została ranna. W tym samym dniu zastrzelony został także ks. Tadeusz Burzyński, który pełnił wtedy w klasztorze funkcję kapelana. W komży i stule wybiegł na ulicę, wezwany do konającego. Był pierwszym kapelanem Powstania, który zginął po rozpoczęciu walk. Siostry zostały odznaczone Krzyżami Walecznych, a od 2003 roku toczy się także proces beatyfikacyjny ks. Bagińskiego, który jest jednym z grona 122 męczenników II wojny światowej.

W kolejnych dniach sierpnia klasztor sióstr, nazywany potocznie “szarym domem”, zmienił się z klasztoru, akadmenika i przedszkola w jadłodajnię, szpital polowy i miejsce schronienia dla ok. tysiąca cywili. Od rana do wieczora urszulanki wypiekały chleb, (ktoś nawet ustawił tabliczkę z napisem “Do urszulanek po chleb”), rozdawały codziennie 1,5 tys. porcji zupy i blisko tysiąc śniadań i kolacji. Opatrywały wszystkich rannych, również wrogów, m.in. służącego w formacji niemieckiej Kałmuka, który po tygodniu zbiegł do „swoich”. “Szary dom” był punktem łączników i łączniczek, miejscem wytchnienia dla żołnierzy z terenu, którym dowodził “Kazik” – Jan Grodzicki. Codziennie też ks. kanonik Mikołaj Biernacki i trzech salezjanów z pobliskiego klasztoru odprawiali tutaj Mszę św.

Wszystko to działo się pod nieustającym ostrzałem z pocisków burzących i podpalających – Niemcy atakowali ze strony leżących na skarpie budynków Uniwersytetu Warszawskiego. „Szary dom” był burzony kawałek po kawałku, poczynając od najwyższych pięter. – Pociski, naloty, było tego coraz więcej, ale duch panował dobry. Czytało się liczne prawdziwie polskie dzienniki, przeżywało powodzenie, milczało na niepowodzenia, czekało się Bożej, ale i ludzkiej pomocy, choć o tej ostatniej można było już dawno zwątpić – notowała s. Czekanowska.

Co można było zrobić więcej? Sięgnąć po broń najsłabszych, modlitwę. Jak czytamy w kronice “siostry skupiły się w kuchni, kredensie, spiżarni, piwnicy – gromadka sióstr z ks. kan. Biernackim śpiewała Godzinki w kaplicy”. – Była to cała nasza obecna broń i dobrze nam służyła. Mocy Godzinek ku czci NMP doświadczyłyśmy w 1939 r. i również teraz – pisała kronikarka.

Na początku września stało się oczywiste, że klęska jest nieunikniona. 4 września do klasztoru wkroczyli uzbrojeni Niemcy i kazali wszystkim się pakować, ustawić na ulicy i rozkazali w kolumnie ruszyć w kierunku zachodnich dzielnic miasta. Matka Pia Leśniewska – ówczesna przełożona generalna Zgromadzenia, wspominała, że przez całe Powstanie, a zwłaszcza pod koniec, kiedy jego upadek był już pewny, “siostry starały się tym bardziej o wielkie opanowanie. Nie mówiły o swych obawach ani między sobą, a tym bardziej z mieszkańcami. Usiłowałyśmy nie dopuścić do paniki. Żyłyśmy jak żołnierze na froncie, nie dopuszczając myśli o przegranej”.

Po wygnaniu z Powiśla siostry trafiły do obozu w Pruszkowie, a stamtąd do domu Zgromadzenia w Milanówku. W sumie różnymi drogami dotarło tu 116 urszulanek. Matka generalna poleciła odtworzenie zniszczonej kroniki. Później zakonnice wróciły na gruzy i rozpoczęły odbudowę zrujnowanego klasztoru, w którym całkowicie zachowała się jedynie cela Założycielki, św. Urszuli Ledóchowskiej.

 

Żelazna.

Klasztor sióstr Zgromadzenia Franciszkanek Rodziny Maryi w pierwszych dniach po wybuchu Powstania stał się punktem wypadowym dla walczących. Za udział, odegrany w Powstaniu, zakonnice zapłaciły straszną cenę – 44 siostry, w tym nowicjuszki, zostały wywiezione do obozu koncentracyjnego w Ravensbruck. W tym roku w Płudach zmarła s. Laurencja Stanisława Adamiec, ostatnia z więźniarek, która doświadczyła obozowego piekła.

W chwili wybuchu Powstania przełożoną placówki była s. Teresa Stępówna, pełniła tę funkcję od roku. Doświadczona zakonnica, organizatorka doskonale funkcjonujących placówek, odpowiadała na Żelaznej za nowicjat, internat dla dziewcząt, sierociniec. Po latach napisała wspomnienia, które oddają grozę i heroizm tamtych dni.

Po wybuchu walk szpital św. Zofii, który leżał naprzeciwko klasztoru, został przejęty przez gestapowców. Z wyższych pięter budynku ostrzeliwali oni powstańców, więc jedynym rozwiązaniem w tej sytuacji było schronienie się na terenie klasztoru. S. Stępówna zwróciła uwagę jednemu z dowodzących, że Niemcy z zemsty spalą ich klasztor. W odpowiedzi usłyszała, że tak się stanie, ale nie ma innego wyjścia. Mówiąc to porucznik nie zdawał sobie sprawy, że zakonnice zapłacą dodatkową, dramatycznie wysoką cenę – uznane przez Niemców za współwinne, trafią do obozu koncentracyjnego.

Kolejne dni walk upływały więc na chronieniu się w piwnicach przed ostrzałem niemieckich kul. Siostry były bezsilne widząc, jak Niemcy palili całe ulice, mordują, wyłapują mieszkańców Woli na wywózkę do Niemiec. Całkowite zniszczenie klasztoru nastąpiło 6 sierpnia, po godzinie 13, jak pisze we wspomnieniach s. Stępówna. Wszystkie budynki klasztorne zostały zbombardowane. Trzy siostry zostały ranne, ale szczęśliwie przeżyły i dalej posługiwały w Zgromadzeniu.

Historyk Zgromadzenia, s. Antonietta Frącek RM wylicza straty, które wpisują się na nieskończenie długą listę bezpowrotnie zniszczonego polskiego dziedzictwa kultury. Były wśród nich prywatne listy Założyciela Zgromadzenia sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi abp Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, w tym listy Juliusza Słowackiego, z którym się przyjaźnił i był obecny przy śmierci Wieszcza, fotografie i rzeczy osobiste. Spłonął pałacyk, wybudowany przez ojca teatru polskiego Wojciecha Bogusławskiego, który abp Feliński odkupił od spadkobierców i ulokował w nim siostry ze Zgromadzenia.

Jakie ciężkie było przeżycie na widok ukochanej kolebki zgromadzenia, gdzie tyle pamiątek drogich sercu każdej z nas, pielęgnowanych po naszym Założycielu, jak biblioteka, obrazy i całe urządzenie salonu, to wszystko spłonęło. Trudno, Pan dał, Pan wziął. Tak widocznie w wyrokach Bożych było postanowione.

Trzy dni później Niemcy wydali siostrom rozkaz opuszczenia klasztoru. Przez kościół św. Wojciecha dotarły, głodne i wynędzniałe, do obozu w Pruszkowie. Przez kilka dni trwały próby uwolnienia sióstr z obozu – Niemcy stosowali zasadę, że zakonnice są zwalniane, ale akurat te zaangażowały się we współpracę z powstańcami. Transport z 44 siostrami wyruszył na zachód, by 24 sierpnia dotrzeć do obozu w Ravensbruck. – Nikt nie potrafi opowiedzieć, ile siły trzeba było, by z ręki Boga krzyż ten z godnością podźwignąć, straszna to była chwila – wspominała s. Stępówna. Współsiostry, które dzieliły ten sam los, opowiadały później o niezłomnej postawie przełożonej – umacniała, podnosiła na duchu, pocieszała innych. Dawała przykład jak znosić upokorzenia i zachowywać ludzką godność w ekstremalnych warunkach.

W obozie zakonnice przeżyły wszystkie udręki, jakie były udziałem więźniarek – głód, brud, choroby, pracę ponad siły, brutalne traktowanie, kilkugodzinne apele, w trakcie których trzeba było stać bez ruchu. Paradoksalnie apele stawały się dla zakonnic chwilami wytchnienia i gorliwej modlitwy, doświadczania obecności Boga. – Nigdy się tak nie potrafiłam modlić, tak gorliwie z wiarą i ufnością, z różańcem w ręku, chociaż i z tym trzeba było się kryć, bo nie wolno było mieć różańca, obrazka ani książeczki. (…) Wielka ufność mnie ogarnęła, zdawało mi się, że jestem coraz bliżej Boga i lżej mi było to wszystko znosić – pisała później s. Stępówna. W znoszeniu obozowego koszmaru pomagały także modlitwy z innymi Polkami, dzielenie się informacjami, a także jedzeniem, przysyłanym w paczkach. Mimo tragicznych warunków przełożona kategorycznie odmówiła komendantowi obozu, który zaproponował wolność i przyzwoite wyżywienia w zamian za pracę sióstr w fabryce zbrojeniowej.

Zakonnice przeżyły obóz i zostały z niego zwolnione 21 lutego 1945 r. Był to efekt wstawiennictwa bp Józefa Kolba z Bambergu. Siostry trafiły do klasztoru franciszkanek w Vierzenheiligen, a później pracowały w licznych placówkach i po zakończeniu wojny zatrudniły się m.in. w obozie dla Polaków w Coburgu, gdzie zajmowały się katechezą i pomocą w szpitalach, ponieważ wiele z nich skończyło kursy dla pielęgniarek. Ich poświęcenie dla chorych zostało tak wysoko ocenione, że zaproponowano im nawet wyjazd do pracy w Afryce Południowej. Zrujnowana Polska oraz licznie zniszczone klasztory czekały jednak na odbudowę. Przede wszystkim jednak na siostry czekali ludzie, którzy potrzebowali ich pomocy. Siostry grupami wracały do kraju.

 

os, KAI/Stacja7

 


Siostry z powstania
Agata Puścikowska

Agata Puścikowska opisuje nieznane dotąd dramatyczne historie zakonnic, które brały udział w powstaniu warszawskim. Niektóre z sióstr były sanitariuszkami, inne wspierały powstańców, leczyły cywili i żołnierzy, przygarniały tysiące dzieci – sierot wojennych, organizowały modlitwy i duchowo wspierały złamanych ludzi. Do tej pory o zaangażowaniu warszawskich klasztorów niewiele się mówiło, tymczasem skala pomocy niesionej przez zakonnice skrwawionej Warszawie była ogromna i trudno ją przecenić. Książka zawiera portrety bohaterek, ale zarazem kobiet z krwi i kości.

KUP KSIĄŻKĘ NA DOBROCI.PL >>>

 

Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap