video-jav.net

W objęciach fotoradaru

Przekaz jest jasny: zapłać 100 złotych więcej i nie przejmuj się punktami karnymi. Ważne, żeby zrealizować plan przychodów budżetu państwa.

Jakub Kuza
Jakub
Kuza
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Otrzymałem niedawno przesyłkę z Inspekcji Transportu Drogowego. Podobno zdarzyło mi się przekroczyć dozwoloną prędkość, co zanotował czujny fotoradar. Podobno. Nie byłem (i nie jestem) w stanie tego zweryfikować, bo ku mojemu zdziwieniu przesyłka nie zawierała, jak to się przyjęło, zdjęcia. Jak mi (zresztą fałszywie) objaśniono – ze względu na obowiązujący stan prawny, zdjęcie dokumentujące moje ewentualne wykroczenie może zostać mi okazane dopiero podczas rozprawy sądowej. 400 kilometrów od mojego miejsca zamieszkania. W Warszawie.

Stróże prawa z ITD są jednak na tyle łaskawi, że dają mi wybór. Dopuszczają możliwość, że nie będę sobie w stanie przypomnieć kto kilka tygodni temu w wiosce, której nazwa nic mi nie mówi, przekroczył moim samochodem dozwoloną prędkość.

Jeśli nie będę w stanie wskazać kto kierował – zostanę ukarany mandatem karnym opiewającym na kwotę o 100 złotych większą, za to, nie otrzymam w takim wariancie punktów karnych.

Trzykrotne powtórzenie tej informacji w pouczeniu, pogrubioną i podkreśloną czcionką, nie pozostawia złudzeń, że taki jest postulowany dalszy bieg wypadków.

Dlaczego Inspekcja Transportu Drogowego nie udostępnia zdjęć z fotoradarów? Ministerstwo Transportu w oficjalnym piśmie tłumaczy to w sposób zaiste kuriozalny: przesyłanie fotografii “z automatu” byłoby sprzeczne z interesami organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Kierowca otrzymywał na przykład zdjęcie, na którym sfotografowane były dwa samochody i odmawiał przyjęcia mandatu. W normalnym, demokratycznym państwie prawa do interesów organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości należy karanie winnych i tylko winnych. W razie wątpliwości, kto popełnił wykroczenie, nie kara się nikogo. Ale my żyjemy w Polsce.

W Polsce organy ścigania i wymiar sprawiedliwości mają niestety inne interesy. Budżetowe.

Minister Rostowski zaplanował w 2013 roku półtora miliarda złotych wpływów z samych mandatów. To cel, zadanie do realizacji przez Inspekcję Transportu Drogowego. Nie chodzi o poprawę bezpieczeństwa czy o wykluczenie z ruchu piratów drogowych. Przekaz jest jasny: zapłać 100 złotych więcej i nie przejmuj się punktami karnymi. Ważne, żeby zrealizować plan przychodów budżetu państwa.

W objęciach fotoradaru

W odpowiedzi na tak bezczelną hipokryzję ze strony naszej władzy pojawiły się liczne inicjatywy obywatelskiego sprzeciwu, zazwyczaj nawołujące do włoskiego strajku polskich kierowców tj. jeżdżenia zgodnie z wszystkimi ograniczeniami. W ten sposób wszystkie fotoradary i wideorejestratory miałyby stać się zbędne.

Problem tylko w tym, DODAŁABYM że chcąc być zgodnym w 100% z przepisami w Polsce jeździć się nie da. Ograniczenia prędkości w naszym kraju bardzo często są po prostu absurdalne. Nie zapłacę. Niech mnie wsadzą do więzienia albo skażą na prace społeczne – zadeklarował Władysław Frasyniuk otrzymując kolejny mandat z fotoradaru za przekroczenie dozwolonej, kosmicznej prędkości 40 km/h na jednej z dwupasmowych wrocławskich ulic. Nierzadko wprowadzenie ograniczenia prędkości jest tylko alibi dla inercji, nieudolności i nieodpowiedzialności odpowiednich służb. Przykład z Gdańska: na wiadukcie jednej z najważniejszych tras wylotowych przez wiele lat obowiązywało ograniczenie prędkości do 30 km/h. Powód – brak energochłonnych barierek.

Łatwiej zmusić codziennie kilkadziesiąt tysięcy kierowców do zwalniania do prędkości wozu drabiniastego niż po prostu za kilkadziesiąt tysięcy złotych wymienić same barierki. A jaki był koszt zmarnowanego czasu osób dojeżdżających tamtędy codziennie do pracy?

Ograniczenie prędkości rozstrzyga zarazem kwestię odpowiedzialności w razie wypadku. Samochód nie spada z wiaduktu z powodu pamiętających Wolne Miasto Gdańsk barierek, a z powodu nie dochowania bezpiecznej prędkości. Proste? Przychodzi w tym miejscu do głowy rozwiązanie jeszcze genialniejsze w swojej rewolucyjnej prostocie – a dlaczego nie wprowadzić generalnego ograniczenia maksymalnej prędkości do 30 km/h na terenie całego kraju? Czy tak nie byłoby najbezpieczniej? Nie tak dawno pokonanie 350 kilometrowej trasy z Wrocławia do Warszawy przy jeździe zgodnie z wszystkimi ograniczeniami prędkości zajmowało ponad 8 godzin. Średnia prędkość – nieco ponad 40 km/h. Zbliżamy się do optimum dla kraju w środku Europy?

Moje państwo ze mnie kpi. Niewiarygodna inflacja znaków nie pozwala mi skupić się na tych, które są naprawdę ważne. Irracjonalne ograniczenia prędkości powodują, że nie traktuję poważnie nawet tych które są naprawdę potrzebne. Mrugnięcie okiem – zapłać sto złotych więcej i nie przejmuj się punktami karnymi uczą mnie cwaniactwa.

Dość tego. Czekam cierpliwie na wezwanie do sądu. Wezmę dzień wolny, pojadę na własny koszt do Warszawy. Nie będziecie ze mnie kpić. To ja was utrzymuję. 

PS. A na koniec, ponieważ jeden obraz wart więcej niż tysiąc słów – tablica witająca przekraczających granicę naszego kraju i dla porównania Niemiec i Francji. A to Polska właśnie.

W objęciach fotoradaru

Jakub Kuza

Jakub Kuza

Zobacz inne artykuły tego autora >
Jakub Kuza
Jakub
Kuza
zobacz artykuly tego autora >

Niedziela zaczyna się w środę

Co to w ogóle znaczy - święto? Bo to jednak coś więcej niż totalny chillout po masakrycznym tygodniu. Nie będzie dobrego święta bez odpoczynku, ale święto to jednak też wyjście ze swojego barłogu, to otwarcie się na innych, na coś więcej, to włączenie się w tajemnicę, wystawienie się na nie nasze Światło.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

To zaprawdę niezwyczajne uczucie pisać, że list pasterski polskiego Episkopatu był dobry, ale cóż począć – ostatni list polskiego Episkopatu był dobry. Traktował o tym, jak powinno się przeżywać niedzielę, żeby nie była wyłącznie weekendem i dlaczego warto zauważyć coś, co umknęło nam w pędzie z komunistycznego Egiptu do kapitalistycznej Ziemi Obiecanej. Czas pracy, czas wolny i czas święta to trzy zupełnie różne rzeczy. Niektórzy z nas może i umieją odpoczywać, ale czy umiemy świętować?

Niedziela zaczyna się w środę

I co to w ogóle znaczy – święto? Bo to jednak coś więcej niż totalny chillout po masakrycznym tygodniu. Nie będzie dobrego święta bez odpoczynku, ale święto to jednak też wyjście ze swojego barłogu, to otwarcie się na innych, na coś więcej, to włączenie się w tajemnicę, wystawienie się na nie nasze Światło. Ile razy słyszałem zarzuty, że katolicka niedziela to kolejna gimnastyka artystyczna, którą trzeba wykonać przed Panem Bogiem żeby udzielił nam łaski stosownie do objętości wylanego przez nas potu, północnokoreański balet, jaki wyznawcy muszą co tydzień wykonać przed swoim przywódcą, żeby nasycić jego oczy i żeby jednak ich za coś nie ukarał.

Biskupi tłumaczą wyraźnie: święto to nie tyle wysiłek, co postawa. Weźmy niedzielny obiad. Przecież tu nie ma jakiegoś ekstra zmagania – obiad i tak trzeba przygotować. Chodzi o to z jakim nastawieniem się w ten specjalny dzień, w niedzielę do niego siądzie.

Czy będzie tylko prostym “zapodaniem” składników odżywczych w wolniejszym tempie niż w czwartek, czy stanie się okazją do zanurzenia się w tym wszystkim co poza ekonomią, bieżącymi sporami, przypomni nam, że głowę powinniśmy jednak mieć w górze.

Dlatego jestem skłonny zweryfikować swój sąd odnośnie otwartych w niedzielę galerii, wspólnych rodzinnych zakupów. Do tej pory byłem zdania, że nie ma w tym nic strasznego, bo skoro ludzie w ten właśnie sposób chcą spędzić ze sobą czas, którego nie mają w tygodniu – dobre i to. Dziś myślę, że jeśli tak robią, tragedii wprawdzie nie ma, ale można by chyba pokusić się o coś więcej. Nie chodzi o to by ludzi wyganiać ze sklepów i pędzić do kościołów. Ale żeby raz w tygodniu nie popłynęli z prądem, trochę na siłę wyrwali się z kontekstu załatwiania spraw. Biskupi nie byliby biskupami, gdyby nie podali uprzejmie jako wzorca przykładu z dzieciństwa papieża Benedykta: wieczorne czytanie Biblii w sobotę, w niedzielę kościół, obiad, wspólne śpiewy i wypoczynek na powietrzu. Kopiowanie jeden do jednego zachowań niemieckiego mieszczaństwa sprzed kilkudziesięciu lat nie ma sensu, warto jednak zejść głębiej, na poziom motywacji i zobaczyć – o czym biskupi też mówią – że rytualne spełnienie religijnych obowiązków to też nie wszystko, o co chodzi.

Niedziela, święto, ma być czasem otwarcia się na prawdę o tym, że człowiek spełnia się tylko i wyłącznie w relacji. Z Bogiem i z ludźmi, w których Bóg też się objawia. Gdy nauczysz się tego w niedzielę, będziesz “zasilał” się z dwóch źródeł przez całą resztę życia.

Niedziela zaczyna się w środę

Ten mechanizm działa też jednak w drugą stronę. Dobre przeżywanie niedzieli zaczyna się w sobotę. Oraz w piątek. I w czwartek. Nie będzie dobrej niedzieli bez dobrego poniedziałku, wtorku, środy. To dokładnie tak samo jak z modlitwą.

Ludzie mówią: modlę się, żeby życie było dobre. Ale jest też dokładnie odwrotnie – nie będzie modlitwy, jeśli nie będziesz żyć tak, żebyś był w stanie się modlić. Nie jesteś w stanie sześć dni słuchać gangsta rapu, by siódmego płynnie zanurzyć się w operę.

Nie możesz oczekiwać, że gdy przez sześć dni biegasz w wywieszonym jęzorem, siódmego będziesz świeży i zdolny do twórczego spotkania. Niedziela to nie listek figowy, to proces. Może żeby dobrze ją przeżyć, trzeba spróbować wysypiać się jednak dobrze przez cały tydzień, zakupy zrobić w piątek, osobisty chillout w sobotę? Sporo zachodu?

Ale tak przygotowana niedziela jest chyba w stanie dać dużo więcej. Zmienić wszystkie siedem dni tygodnia z pogoni za własnym ogonem, w życie.

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >