„Świecka szkoła”. Kilka złudzeń i podszewka

Staję się czujna, gdy lewica zaczyna urządzać życie katolikom i wtrącać się w sprawy Kościoła, dla jego dobra, rzecz jasna. Obecnie moją czujność wzmogła akcja „Świecka szkoła”

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Nic nie jest takie, jakie się wydaje lub za jakie chce uchodzić. Od kilku miesięcy trwa akcja “Świecka szkoła”. Organizatorzy, skupieni wokół lewicowego czasopisma “Liberte” twierdzą, że lekcje religii owszem, nadal mają odbywać się w szkole, ale powinny być finansowane przez wierzących rodziców, a nie z budżetu państwa, zaś zaoszczędzone pieniądze powinny być przekazane na inne cele. Zwracają uwagę, że pod ich projektem podpisało się bardzo wielu, jeśli nie większość katolików, więc przemawiają w ich imieniu. Dodatkowo przytaczają opinie o niskim poziomie tych lekcji, krytykują, że przeznacza się na nie dwie godziny tygodniowo. Zebrali już 150 tys. podpisów pod projektem obywatelskim, który złożyli do Sejmu. Zapewniają, że ich akcja nie jest wymierzona w Kościół, który szanują i że chodzi im o tę jedną jedyną sprawę – by wierzący rodzice płacili za te lekcje.

Tak argumentują organizatorzy akcji mocno nagłośnionej w mediach, dyskutowanej przez polityków, specjalistów i publicystów. Gdyby jednak przyjrzeć się tym argumentom z łatwością można zauważyć, że jej składniki i chwytliwe hasło nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, ale tworzą wizję, która działa na wielu odbiorców. Pieniądze z budżetu pochodzą od podatników, więc dodatkowe opłaty za lekcje religii byłyby dodatkowym opodatkowaniem rodziców i karą za wyznawaną przez nich wiarę.

Pieniądze z budżetu pochodzą od podatników, więc dodatkowe opłaty za lekcje religii byłyby dodatkowym opodatkowaniem rodziców i karą za wyznawaną przez nich wiarę.

Mało prawdopodobne jest też, a wynika to z obserwacji jakości życia politycznego, że zaoszczędzone pieniądze zostaną przeznaczone akurat na dokształcanie uczniów. Sporym nadużyciem jest twierdzenie, że lewicowi organizatorzy reprezentują rodziców – katolików.

 

Wreszcie sama nazwa akcji – „Świecka szkoła” – jest zmyłką, bo sugeruje, że obecnie mamy w Polsce wyłącznie szkoły wyznaniowe, a dopiero wprowadzenie opłat za religię uczyni je szkołami świeckimi.

 

Czy gdy lekcje będą opłacane bezpośrednio przez rodziców, szkoła będzie już świecka? Czy teraz, gdy idą na to pieniądze z ich podatków jest wyznaniowa?

 

pencil-918449_1920

 

Staję się czujna, gdy lewica zaczyna urządzać życie katolikom i wtrącać się w sprawy Kościoła, dla jego dobra, rzecz jasna. Od wielu lat realizuje ten sam scenariusz. Został on już szczegółowo opisany, ale przypomnę – wprowadzając zmiany aktywiści stawiają najpierw małe wymagania, mówią o niesprawiedliwości, cierpieniu, fatalnych rozwiązaniach, grają na emocjach. Po osiągnięciu celu następuje kolejny krok – w tym wypadku będzie to wyprowadzenie religii ze szkół. W związku z tym okaże się konieczne zerwanie Konkordatu, gdyż to on normuje obecność tych lekcji w placówkach publicznych. Taka jest ta taktyka, ukryta podszewka. Nikt przecież nie powie: zrywamy Konkordat. Opór byłby zbyt duży. Ale gdy małymi kroczkami oswaja się opinię publiczną, działa długofalowo i sugeruje taką możliwość, a w końcu wpływa na polityków, żeby przycisnęli odpowiedni guzik w konkretnym głosowaniu… w końcu może się udać. I się udaje. W obecnej kampanii wyborczej objawiła się partia, której liderka otwarcie deklaruje, że wyprowadzenie religii ze szkół jest głównym celem jej ugrupowania.

 

Akcja „Świecka szkoła” jest więc fragmentem większej całości. Oczywiście, nie ma pewności, czy ten kolejny krok będzie postawiony, za to nie ma wątpliwości, że Sejm po wyborach będzie musiał się zając obywatelskim projektem i zastanowić, czy postulaty środowiska Liberte zostaną uwzględnione.

 

Ale nim to nastąpi warto zastanowić się nad najważniejszą sprawą – nad wartościami, tą niewidoczną podszewką każdej kultury. Nie ma wychowania bez wpajania wartości. Można bardzo starannie oczyścić teren z wartości chrześcijańskich i wielu narodom już się to udało.

Nie ma wychowania bez wpajania wartości. Można bardzo starannie oczyścić teren z wartości chrześcijańskich i wielu narodom już się to udało.

Środowisko Liberte nie wypowie się, na razie, co zaproponuje w zamian.

Można snuć domysły czerpiąc z doświadczeń bardziej zaawansowanych w czyszczeniu albo po prostu opisać, jak to wygląda u innych.

 

Po wyrugowaniu wartości, które wyłoniło chrześcijaństwo, gdyż ciężko jest żyć z nieprzebaczonym grzechem i nie wiadomo co zrobić ze swoją nieograniczoną wolnością, która wreszcie nadeszła po obaleniu wszystkich tabu.

 

Co inteligentniejsi i głębiej myślący twórcy opisują ludzi, którzy nie mają pary ani pomysłu, jak ruszyć dalej i czy w ogóle gdzieś iść. Nie ma porywających eposów, miłości aż do śmierci, piękna, na widok którego cierpnie skóra.

Efekt tej pustki dociera wszędzie. Kościół jest jedyną instytucją, która nie boi się mówić o dobru i złu, niebie i piekle, o patriotyzmie, celu życia i losie po śmierci.

Kościół jest jedyną instytucją, która nie boi się mówić o dobru i złu, niebie i piekle, o patriotyzmie, celu życia i losie po śmierci.

 

I dlatego będę bronić religii w szkołach. Mimo wszystkich uwag krytycznych, problemów, pytań, jak robić to lepiej. Można kwestionować poziom wykładów w konkretnych placówkach. Może jesteśmy mało bystrymi i nieporadnymi Forestami Gumpami. Ale mamy jeden atut: trzymamy się dobrych zasad, których uczy nas już tylko Kościół.

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
--> Show comments
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Franciszek. Papież od A do Z

Papieża Franciszka cytuje się bardzo łatwo. Jest mówcą innego rodzaju, niż jego poprzednicy, których koniecznie trzeba przytaczać akapitami. Argentyńczyk to chodzący bon mot, człowiek-hasło

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

I byłoby to plusem wyłącznie dodatnim, gdyby nie miało – jak niemal wszystko – swojej drugiej, ciemniejszej strony. Trudno tu obarczać jakąkolwiek winą papieża, ale ten styl wypowiedzi to woda na młyn mediów, które za punkt honoru przyjęły sobie dezinformowanie czytelników (swoją drogą brak słów komentarza na ten proceder). Warto zdawać sobie z tego sprawę.

Teksty internetowe “czyta się” najczęściej poprzestając na tytule. Właśnie dlatego ich przekaz rzadko jest w pełni zgodny z treścią tekstu. Zainteresowani tytułem czytają pierwszy, czasem ostatni akapit, ale tylko nieliczni zadają sobie trud przeczytania więcej niż 500 słów i inwestują w nieznaną treść cenne minuty swojego życia. Trudno szacować, jaki odsetek czytelników uległ już skrajnej manipulacji w sprawie nauczania papieża Franciszka na podstawie tytułów, ale to bardzo dobry temat na osobne badanie.

W każdym razie można bezpiecznie przyjąć, że ta metoda jest skuteczna. Przeinaczyć w artykule słowa Wikariusza Chrystusa i dodatkowo zniekształcić sam artykuł tytułem można bardzo łatwo.

Wszyscy znamy słowa papieża mówiącego o bólu, jaki sprawia mu widok księdza w najnowszym modelu samochodu. Ten apel o świadome zubożenie i obniżenie rozbuchanych standardów życia wśród duchownych obiegł media w tempie ekspresowym i przez długie miesiące funkcjonował jako definicja nowego papieża. Papieża ubogiego. W równie błyskawicznym czasie (w tytułach aspirujących do poważnych, choć niektóre dawno przestały nimi być) dopisano do tych słów narrację, że księża mają przestać się wozić samochodami i powinni je oddać biednym. Gazeta Wyborcza przytoczyła nawet – dla wzmocnienia przekazu – papieski żart, że duchowni powinni poruszać się rowerem. Na podstawie jednego hasła, którego wcale nie trzeba było przekłamywać, zbudowano prawdziwą legendę.

Pope_Francis_Malacanang_7

Problem w tym, że Franciszka – jak to zwykle – zacytowano tylko do połowy. Część wypowiedzi nadająca się do szczucia i utylitarnego wykorzystania została łatwo przemielona. O dalszej zapomniano.

A przecież kolejnym zdaniem papieża było jasne stwierdzenie, że samochody mieć można i że są potrzebne. Można by napisać, że media nie potrafią przytaczać słów w kontekście, gdyby nie to, że doskonale wiedzą, co robią. Świadomie cytują papieża od A do M, może w przypływie dobroci do O. Nigdy do Z.

Dosłownie kilka dni temu papież zaapelował o przyjęcie rodzin uchodźców przez każdą z parafii. Gazety, które z przymiotnika parafialny czyniły przez lata synonim żenady i zaściankowości prześcigały się w owacjach, zaczęły rozliczać biskupów z dekalogu i znajomości dogmatu o papieskiej nieomylności. Słowa klucze, czyli rodzina i uchodźcy, zostały sprowadzone do postulatu niekontrolowanego otwarcia granic imigrantom i stworzenia im kulturowych i religijnych enklaw, co – jak można się domyśleć – stoi na antypodach intencji Franciszka. Ta manipulacja nie byłaby aż tak prosta, gdyby 10 miesięcy temu papież został przez niekatolickie media rzetelnie zacytowany po przemówieniu w Parlamencie Europejskim, w którym głosił transcendentalną godność człowieka i zaproponowanie imigrantom własnej tradycji kulturowej, a co za tym idzie chrześcijaństwa. Niestety z półgodzinnego przemówienia w mediach pozostało tylko hasło porównujące Europę do bezpłodnej babci. Papież znów godny cytowania tylko wyrywkowo, od A do K.

Ale gdyby apel o przyjęcie uchodźców przez parafie został przeczytany w kontekście tego przemówienia, szumu by nie było. A jak wiemy, nie chodzi o informację, a o szum.

Zresztą zupełnie podobną sytuację mieliśmy dosłownie chwilę później. Papież w Roku Miłosierdzia pozwolił – przepraszam za słowo – szeregowym duchownym na rozgrzeszanie winnych aborcji i ten wyjątkowy, ale prosty w interpretacji komunikat przerósł poziom rzetelności dziennikarzy piszących o reformie, prawdziwej bombie i bardziej ludzkiej twarzy Kościoła, co z rzeczywistością miało wspólnego – przyznajmy – niewiele.

Swoją drogą ciekawe, że bardziej ludzka twarz Kościoła zawsze okazuje się być twarzą relatywizującą wszelkie zło i skandującą niczym kibic: nic się nie stało! Jeżeli Kościół będzie bardziej ludzki tylko wtedy, gdy zacznie kibicować grzechowi, trzeba go koniecznie odczłowieczyć.

Papież swoją decyzją nie stworzył precedensu, nie zrewolucjonizował konfesjonałów, nie ominął przepisów, ale… zrealizował je. Podobnie jak proboszcz lub biskup udzielający dyspensy nie wyraża pogardy dla prawa kościelnego, ale je urzeczywistnia. Tymczasem decyzja Franciszka znów odczytana została tylko do losowo wybranej litery alfabetu, bez kontekstu, tworząc dezinformacyjną wydmuszkę. Celowo.

I tak dzień po dniu niczego nieświadomy papież jest coraz to większym rewolucjonistą. Historia będzie się kiedyś z tego śmiać.

Oby.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >