video-jav.net
FELIETONY

Po tragedii w Nicei Kraków musi dać świadectwo męstwa

W dzisiejszych czasach odpowiedź na radykalny terroryzm może być tylko równie radykalna. A nie ma do tego lepszej drogi niż wiara i dwie z cnót kardynalnych: roztropność i męstwo. Na Światowych Dniach Młodzieży dajmy zatem świadectwo ich obu.

Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dwa lata temu byłem z przyjaciółmi na obchodach Dnia Bastylii w nadmorskiej Marsylii. Podobna jak w Nicei promenada, podobna wakacyjna atmosfera, taki sam tłum ludzi i festyn. Ale działo się to jeszcze przed Paryżem, Brukselą, San Bernardino, Ankarą… Jakby inna epoka, ale przecież już wtedy wiedzieliśmy jak wygląda współczesny terroryzm. Mimo wszystko nie czuliśmy strachu. Dzisiaj powrót na francuskie południowe wybrzeże, chyba nie tylko dla mnie, byłby czymś niepokojącym. Coś się zmieniło, jakby nagle do milionów ludzi na świecie powoli docierała świadomość, że beztroska się skończyła. Nie ma miejsca, które wydaje się bezpieczne. Terroryści przebierają się za turystów, wchodzą na plaże i do kawiarni. Wjeżdżają w tłum ludzi tłumacząc wcześniej policji, że rozwożą lody.

Nie ma jednej odpowiedzi na przyczyny takiego stanu rzeczy. Prawica obwinia poprawność polityczną i błędną politykę migracyjną Francji, wzywają do radykalnych działań. Lewica szuka rozwiązań w nierównościach społecznych i radykalizujących się środowiskach ksenofobicznych, napędzających spiralę nienawiści. Myślę, że w sensie ideowym winę za zakrzewienie się radykalnego islamu we Francji ponosi Wielka Rewolucja. A właściwie jej spuścizna, o której ojciec współczesnego konserwatyzmu Edmund Burke napisał już w XVIII wieku, że burząc stary porządek, nie zastąpiła go nowym. W tę pustkę wkradła się natomiast przemoc, która rozlała się po społeczeństwie. Obalenie judeochrześcijańskiego systemu wartości było aktem finalnym rewolucji francuskiego, która nie zastąpiła go żadną trwałą alternatywą. Tym bardziej paradoksalny wydaje się fakt, że zamachowiec wjechał w tłum ludzi świętujących zdobycze krwawej rewolty społecznej XVIII-wieku.

Można tak filozofować bez końca, mówiąc o upadku europejskich wartości, kryzysie imigracyjnym, bierności lewicowych decydentów. I z pewnością będzie się miało sporo racji, jednak bez względu na diagnozy, musimy się zmierzyć z jednym faktem: terror nie ma już oblicza konkretnych grup, siatek, narodowości. Nie trzeba wielomiesięcznych skomplikowanych przygotowań, aby dokonać zamachu na wielką skalę. Robią to zarówno emigranci z Bliskiego Wschodu jak i Francuzi – wydawać by się mogło dobrze zasymilowani z tamtejszą kulturą. Żyjący na co dzień pośród ludzi, których zabijali. Współczesny zamachowiec często działa samotnie, nie można go namierzyć, impulsy do działania czerpie z internetu. W takiej sytuacji, bez względu na wyznawany światopogląd, jedyna odpowiedź, która może mieć jakikolwiek sens na przyszłość to również zmiana naszego sposobu życia. Adekwatna to tego, jak ewoluowało źródło przemocy. Być może bezpowrotna i nieodwołalna, ale innej alternatywy nie mamy.

 

Zamach w nicei

fot. EastNews

 

Trzeba się będzie przyzwyczaić, że podobnie jak w Izraelu, do codzienności przejdą kontrole w bramkach wykrywających metal przed wejściem do kina. Trzeba się będzie oswoić z wojskiem na dworcach, zaostrzeniem rygoru imprez masowych. W sytuacjach podwyższonego ryzyka, nawet z godziną policyjną. Niestety, na radykalny terror odpowiedź musi być równie radykalna i kompletna. Inaczej będziemy skazani na życie w strachu i kompletnym paraliżu, a na to nie możemy sobie pozwolić. Na to nie pozwala nam również nasza chrześcijańska tożsamość, która nakazuje wychodzić złu na przeciw, walczyć z nim jak Archanioł Michał ze Smokiem.

Właśnie tak musimy po Nicei podejść do Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Męstwo powinno iść w parze z drugą z cnót kardynalnych – roztropnością. Należy w takim przypadku podobnie jak w Rio (co zasugerował Jakub Szymczuk), wyprowadzić wojsko na ulice. Nie tylko 25 tys. członków służb mundurowych, ale również uzbrojonych żołnierzy, którzy samym swoim widokiem będą odstraszać potencjalnych napastników. Oprócz nich, tłumnie musimy wyjść my. Bez bojaźni, gotowi dać świadectwo swojej wiary, która przekracza granice śmierci. Inaczej pozwolimy tym, którym zależy na pogrzebaniu Europy odnieść finalny sukces. Bądźmy silni jednością.

 

Marcin Makowski

Marcin Makowski

Dziennikarz tygodnika "Do Rzeczy", publicysta Wirtualnej Polski, współpracownik "Dziennika Gazety Prawnej" - wcześniej wydawca w portalu Deon. Pisał do Onetu, Forward, "Rzeczpospolitej", "Tygodnika Powszechnego" i Stacji7. Prowadzi program "Nocna Zmiana" w Radiu Kraków. Laureat nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich im. Adolfa Bocheńskiego (2016) oraz Stefana Myczkowskiego (2017) nominowany do nagrody im. Kazimierza Dziewanowskiego (2016) oraz Stefana Żeromskiego (2017).

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >

Amoris Laetitia. Adhortacja mediów

Ogromna siła oddziaływania mediów na poszczególne społeczeństwa to niepodlegający dyskusji truizm. Nie jest to mechanizm całkowicie pozbawiony zalet, ale zdarza się, że owa siła wykorzystywana jest raczej w służbie dezinformacji niż rzetelnego dziennikarstwa. A wtedy konsekwencje bywają opłakane

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W kontekście Soboru Watykańskiego II głośnym echem długo rezonował komentarz Benedykta XVI, który zestawił ze sobą dwie rzeczywistości: Sobór Ojców, ilustrujący intencje uczestników soboru i jego ustalenia oraz Sobór Mediów, czyli wypadkową wszystkich stereotypów i doniesień komentatorów, która znacznie różniła się od tego, co postanowiono za Spiżową Bramą, a która – co w tym wszystkim najistotniejsze! – dla przeciętnego odbiorcy stanowiła niemal nowy dogmat. Ta papieska diagnoza naświetlała jeden z większych problemów, z jakimi mierzy się Kościół współcześnie – powszechność przekłamań co do autentycznej nauki Kościoła.

 

Słuszność tego komentarza i wciąż trwające skutki mechanizmu zakłamań łatwo dostrzec również dziś i to niekoniecznie w perspektywie dokumentów Soboru Watykańskiego II. Analogiczny proces widać bowiem np. w przypadku ostatniej adhortacji papieża Franciszka – Amoris Laetitia.

 

Kard. Antonio Cañizares Llovera, arcybiskup metropolita Walencji, były prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, w zeszłym miesiącu wygłosił kazanie broniące tradycyjnych wartości. Oprócz pochwały rodziny mówił także o zagrożeniu, jakie stanowi dla niej “ideologia gender”, co spowodowało w Hiszpanii reakcje medialne graniczące z furią. I nie byłaby to historia warta szczegółowego prześledzenia, gdyby nie argumentacja związana z kwietniowym dokumentem podsumowującym ostatnie synody o rodzinie.

 

Okazuje się bowiem, że część hiszpańskich komentatorów w swojej krytyce kardynała odwołuje się do nauczania i “niepotępiającej” postawy papieża. Przesłanką jest tu nauczanie Kościoła za sprawą Franciszka rzekomo ewoluujące od hermetycznie zamkniętego, doktrynalnego formalizmu do troskliwej, duszpasterskiej wyrozumiałości, która z perspektywy tego, co Kościół głosi od zarania, przybiera formę raczej indyferentyzmu niż troski. Jak się okazuje, opinia publiczna przekonana jest o słuszności takiego postawienia sprawy i domaga się odwołania “kontrowersyjnego” – tak, na takie miano można zasłużyć prezentując jako biskup nauczanie Kościoła – hierarchy.

 

Pope Francis leads the morning session of the Synod

 

Choć absurdalność tego zjawiska nie przestaje zadziwiać, dla człowieka obserwującego polską debatę nad sprawami okołokościelnymi nie jest to mechanizm nowy. Aby nie być gołosłownym wystarczy przypomnieć, że podobne głosy podnosiły się w Polsce przeciwko biskupom i księżom, tłumaczącym, że wystosowany we wrześniu papieski apel o przyjmowanie uchodźców przez parafie nie jest kategorycznym rozkazem i podlega dyskusji. Wtedy dla statystycznego odbiorcy medialnych komentarzy sprawa wydawała się prosta: papież Franciszek kierowany miłosierdziem apeluje do katolików, a polscy biskupi i konserwatywni politycy są mu nieposłuszni. Taka narracja funkcjonuje do dziś, mimo, że w zeszłym miesiącu papież Franciszek w wywiadzie dla francuskiej agencji La Croix dookreślił swoje stanowisko, przestrzegając przed “nierozważnym otwieraniem drzwi za szeroko”.

 

Podobnie jest zatem w sprawie kard. Llovery. Wystąpienie przeciwko dogmatyzowaniu kulturowości płci i prezentowanie tego zjawiska w charakterze zagrożenia dla współczesnej rodziny ściąga czarne chmury nad głowę hierarchy, którego chłosta się papieżem Franciszkiem, mającego na ten temat identyczne zdanie! “Inne wyzwanie wyłania się z różnych form ideologii, ogólnie zwanej „gender”, która „zaprzecza różnicy i naturalnej komplementarności mężczyzny i kobiety. Ukazuje ona społeczeństwo bez różnic płciowych i banalizuje podstawy antropologiczne rodziny” (AL 56) – pisze Wikariusz Chrystusa w dokumencie podsumowującym synodalne dyskusje.

 

Rzecz w tym, że dla zwykłego obserwatora, który ostatnie kościelne wydarzenia oraz prezentację adhortacji śledził za pośrednictwem mediów, temat “gender” nie pojawia się w dokumencie w tonie innym niż aprobujący. A jest tak dlatego, że wśród wszystkich treści, które pojawiają się w ramach wniosków po biskupich i eksperckich dyskusjach nagłaśniany był jedynie margines dotyczący sytuacji nieuregulowanych.

 

Trudno o większą skalę dezinformacji.

 

Problem, zasygnalizowany we wspomnianym już wyżej komentarzu Benedykta XVI, nie jest ani nowy, ani prosty do zażegnania. W życiu przeciętnego Kowalskiego na jedno niedzielne kazanie przypada bowiem kilka dni na lekturę nierzetelnych komentarzy, zakłamujących rzeczywistość. Jednak przypadek hiszpańskiego kardynała pokazuje, że warto znaleźć zaufane źródło informacji o Kościele – w przeciwnym wypadku można nieświadomie długo żyć w mydlanej bańce niedoinformowania.

 

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >