Nasze projekty
Tomasz Adamski

Komu służą „Minionki”?

Nie należę do tych, którym zależy, by antykościelna strona barykady chwaliła na każdym kroku katolików za rozsądek czy umiarkowanie, bo póki trwa atak, póty wiem, że katolicyzm coś znaczy i może jeszcze komuś pomóc. Ale czasami przestaję się dziwić, że Kościół jest powszechnie uznanym synonimem palenia na stosach, ostracyzmu i opresyjności

Reklama

Posłużę się tu przykładem z pozoru błahym, ale obnażającym dość dokładnie genezę tego myślenia. Niedawno na ekrany polskich kin wyszedł nieszczególny, choć dzięki porządnym akcjom marketingowym często oglądany film pt. Minionki o małych, żółtych, niezidentyfikowanych stworkach. Wydawałoby się, że z katolickiego punktu widzenia film jest równie znaczący jak pochwały Krytyki Politycznej dla papieża Franciszka. Ale to błędne myślenie.

 

Nie jest moim zamiarem obrona filmu. Osobiście wynudziłem się jak mops, pod nosem uśmiechałem się może raz na kwadrans i jeśli miałbym atakować film, robiłbym to właśnie z perspektywy zwykłego niedomagania amerykańskiej produkcji. Ale w Polsce krytyka musi wskoczyć poziom wyżej. Otóż, ponoć tkwi w tym filmie drugie lub trzecie ideologiczne dno, które całkiem rozsądne do niedawna media postanowiły zdemaskować.

Reklama

 

Komu służą minionki? – zapytuje jeden z portali co najmniej jakby chodziło o uśpionych agentów z czasów zimnej wojny. Inny nazywa film amoralną, gejowską propagandą, a gdy dochodzi do zobrazowania przykładu ręce mi opadają jak powieki przy skrajnym zmęczeniu.

 

Reklama

W skrócie: film niszczy hierarchię wartości zachodniej cywilizacji, ponieważ stara się przekonać małych chłopców do powielania, w ramach zabaw, zachowań homoseksualnych. Tym samym propaguje wzorce odległe od chrześcijańskich korzeni. Skąd taki pomysł? Ano, fryzjer jest zniewieściały, policjant piszczy jak dziewczyna, a kilku zahipnotyzowanych, skąpo ubranych strażników rytmicznie się buja w stylu plasującym się pomiędzy konwulsjami a tradycyjnym hawajskim tańcem hula.

 

Komu służą

Reklama

Zacznijmy od tego, że jeśli mamy wobec współczesnego kina wymagać bliskości chrześcijańskich korzeni, to wizyty w multipleksach uczciwy katolik powinien wykreślić z listy opcji spędzania wolnego czasu pozwalając sobie na wyjątek średnio raz na półtorej dekady. Druga sprawa jest taka, że jeżeli obawiamy się, iż nawet taki film może przeszkodzić w kształtowaniu się dziecięcego spojrzenia na płciowość, to pozostaje nam zamknięcie go w złotej klatce i ograniczenie jego obcowania ze światem zewnętrznym do internetowych grafik z tekstami z Pisma św. Jednak rozsądek podpowiada, że mądremu (!) rodzicowi obejrzenie z dzieckiem Minionków nie jest w stanie zakłócić wychowania zgodnego z jego systemem wartości.

 

Prawdą jest, że antykultura zadomowiła się w przestrzeni publicznej jako jej istotny składnik i bliska jest osiągnięcia statusu wszechobecności. Ale właśnie dlatego chrześcijański obowiązek brania się z nią za bary musi być przemyślany i nie może przybierać kształtów opresyjnego chowania się przed wszystkim, co choćby pozornie jest nieprzystające do wartości ewangelicznych. Taka postawa – a wypowiadanie wojny Minionkom jest jej jaskrawym przykładem – sprowadzi nas do katakumb i uczyni pośmiewiskiem. W imię Jezusa można i trzeba to z dumą przyjąć, ale w imię ideologicznych wojenek zwyczajnie nie warto.

 

Tym bardziej, że gdyby bajki mogły wśród kilkulatków wywoływać takie efekty, o jakie obawiają się cytowane portale, ja akceptowałbym poligamię (Bolek i Lolek), poliamorię (Smerfetka), publiczną nagość (Kaczor Donald) i substancje psychoaktywne (Muminki). Ale nie akceptuję. Miejmy nadzieję, że dzieci młodsze o dwie dekady oraz ich rodzice nie są ode mnie głupsi.

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite