video-jav.net

Komu służą “Minionki”?

Nie należę do tych, którym zależy, by antykościelna strona barykady chwaliła na każdym kroku katolików za rozsądek czy umiarkowanie, bo póki trwa atak, póty wiem, że katolicyzm coś znaczy i może jeszcze komuś pomóc. Ale czasami przestaję się dziwić, że Kościół jest powszechnie uznanym synonimem palenia na stosach, ostracyzmu i opresyjności

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Posłużę się tu przykładem z pozoru błahym, ale obnażającym dość dokładnie genezę tego myślenia. Niedawno na ekrany polskich kin wyszedł nieszczególny, choć dzięki porządnym akcjom marketingowym często oglądany film pt. Minionki o małych, żółtych, niezidentyfikowanych stworkach. Wydawałoby się, że z katolickiego punktu widzenia film jest równie znaczący jak pochwały Krytyki Politycznej dla papieża Franciszka. Ale to błędne myślenie.

Nie jest moim zamiarem obrona filmu. Osobiście wynudziłem się jak mops, pod nosem uśmiechałem się może raz na kwadrans i jeśli miałbym atakować film, robiłbym to właśnie z perspektywy zwykłego niedomagania amerykańskiej produkcji. Ale w Polsce krytyka musi wskoczyć poziom wyżej. Otóż, ponoć tkwi w tym filmie drugie lub trzecie ideologiczne dno, które całkiem rozsądne do niedawna media postanowiły zdemaskować.

Komu służą minionki? – zapytuje jeden z portali co najmniej jakby chodziło o uśpionych agentów z czasów zimnej wojny. Inny nazywa film amoralną, gejowską propagandą, a gdy dochodzi do zobrazowania przykładu ręce mi opadają jak powieki przy skrajnym zmęczeniu.

W skrócie: film niszczy hierarchię wartości zachodniej cywilizacji, ponieważ stara się przekonać małych chłopców do powielania, w ramach zabaw, zachowań homoseksualnych. Tym samym propaguje wzorce odległe od chrześcijańskich korzeni. Skąd taki pomysł? Ano, fryzjer jest zniewieściały, policjant piszczy jak dziewczyna, a kilku zahipnotyzowanych, skąpo ubranych strażników rytmicznie się buja w stylu plasującym się pomiędzy konwulsjami a tradycyjnym hawajskim tańcem hula.

Komu służą

Zacznijmy od tego, że jeśli mamy wobec współczesnego kina wymagać bliskości chrześcijańskich korzeni, to wizyty w multipleksach uczciwy katolik powinien wykreślić z listy opcji spędzania wolnego czasu pozwalając sobie na wyjątek średnio raz na półtorej dekady. Druga sprawa jest taka, że jeżeli obawiamy się, iż nawet taki film może przeszkodzić w kształtowaniu się dziecięcego spojrzenia na płciowość, to pozostaje nam zamknięcie go w złotej klatce i ograniczenie jego obcowania ze światem zewnętrznym do internetowych grafik z tekstami z Pisma św. Jednak rozsądek podpowiada, że mądremu (!) rodzicowi obejrzenie z dzieckiem Minionków nie jest w stanie zakłócić wychowania zgodnego z jego systemem wartości.

Prawdą jest, że antykultura zadomowiła się w przestrzeni publicznej jako jej istotny składnik i bliska jest osiągnięcia statusu wszechobecności. Ale właśnie dlatego chrześcijański obowiązek brania się z nią za bary musi być przemyślany i nie może przybierać kształtów opresyjnego chowania się przed wszystkim, co choćby pozornie jest nieprzystające do wartości ewangelicznych. Taka postawa – a wypowiadanie wojny Minionkom jest jej jaskrawym przykładem – sprowadzi nas do katakumb i uczyni pośmiewiskiem. W imię Jezusa można i trzeba to z dumą przyjąć, ale w imię ideologicznych wojenek zwyczajnie nie warto.

Tym bardziej, że gdyby bajki mogły wśród kilkulatków wywoływać takie efekty, o jakie obawiają się cytowane portale, ja akceptowałbym poligamię (Bolek i Lolek), poliamorię (Smerfetka), publiczną nagość (Kaczor Donald) i substancje psychoaktywne (Muminki). Ale nie akceptuję. Miejmy nadzieję, że dzieci młodsze o dwie dekady oraz ich rodzice nie są ode mnie głupsi.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Kościół wyśniony, czyli dyktatura postępu

Kościół musi się unowocześnić, Kościół musi zacząć mówić dzisiejszym językiem, Kościół musi zrozumieć, że czasy się zmieniły. I tak w kółko. Trudno oprzeć się wrażeniu, że postęp polega na tym, by jak najwięcej Kościół musiał...

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Tymczasem nie jest on ani pastelowym stowarzyszeniem miłośników Jezusa, ani jego utopijną polityczną partią rybackich proletariuszy, ani też fundacją na rzecz zbawienia, aby musieć takim romantycznie życzeniowym myśleniem zaprzątać sobie głowę. Kościół jest Kościołem – instytucją jedyną w swoim rodzaju z zasadami jedynymi w swoim rodzaju. Sensem jego istnienia nie jest wiecznie spóźnione zabieganie za duchem czasu, gdyż – zgodnie z przegenialną diagnozą Chestertona – duch czasu zmierza donikąd. Sensem istnienia Kościoła jest zasada definiująca ostatni przepis w Kodeksie Prawa Kanonicznego: jest nią zbawienie. I jeśli karykaturalne ubóstwienie postępu na kształt okołomarksistowskich agitek, w których Kościół zawsze był jego hamulcowym, miałoby w tym zbawieniu komukolwiek przeszkodzić, Kościół nie chce i nie ma prawa podążać za jego zmiennymi zachciankami. Kropka.

To jedna sprawa. Druga to prosta obserwacja, że oto są tacy, którzy na nienowoczesność Kościoła narzekaliby nawet, gdyby kardynałowie głosowanie podczas konklawe przenieśli na Twittera pod odpowiedni hashtag. Pozostaje trzecia – apoteoza postępu.

Logika podpowiada, że rozwój może się odbywać zasadniczo w dwie strony: w tył i w przód jako regres i progres. Pozytywnie oceniać wypada tylko ten drugi. Człowiek, który zapomina przyswojoną dawniej ortografię, gubi swoje oczytanie, przestaje radzić sobie z liczeniem bez kalkulatora – oto człowiek, który się zmienia, rozwija, ale bynajmniej nie w dobrym kierunku. Tymczasem ubóstwienie postępu zdaje się mieć głęboko w nosie kierunek zmian, byle ta zmiana nastąpiła. Bo zmiana jest dla samej zmiany warunkiem istnienia.

Trudno o bardziej wyraźne zdefinowanie samej siebie jako symbolu bezcelowości. To dlatego medialne rady dla Kościoła przybierają tak chaotyczny charakter. Niezadowolenie z jego nieprzystawalności do czasów współczesnych, z jego stereotypowo kulawego pościgu za nowoczesnością bierze się z tego, że media same nie wiedzą w którym kierunku ten wózek, a właściwie łódź Kościoła pociągnąć. Już w przedbiegach widać, że rada medialnych ekspertów nie wytrzymuje porównania z jednym papieżem.

Żeby nie pozostać gołosłownym: mamy to szczęście, że Duch Święty postawił obok siebie w ciągu jednej epoki dwóch bardzo różnych od siebie papieży: Benedykta XVI i Franciszka. Jaka jest główna oś, wokół której buduje się zarzuty (dla pierwszego) i pochwały (dla drugiego)? Jest nią właśnie postęp. Nikt w mediach tzw. głównego nurtu nie zadaje sobie uczciwych pytań o jego kierunek i perspektywiczne efekty, podobnie jak dziecko przy odpustowym straganie nie przejmuje się potencjalnym bólem zęba, tylko wymaga od rodziców kolejnej porcji lodów.

Benedykt XVI choć słowami Anglicanorum Coetibus poczynił krok milowy w dialogu ekumenicznym, zmienił zasady przebiegu konklawe, wprowadził zewnętrzną inspekcję do Banku Watykańskiego i przekroczył Rubikon mediów społecznościowych, a był pancernym, czarno-białym jak stary film hamulcowym postępu. Franciszek, choć przez ostatnie miesiące pontyfikatu nie uczynił niczego bardziej znaczącego – jest tego postępu mesjaszem, upragnionym kontestatorem zastanego kształtu Kościoła, a jego encyklikę bez standardowego oburzenia publikuje nawet Krytyka Polityczna. Czym zatem jest postęp?

Odpowiedź na to pytanie nie wydaje się zbytnio zaprzątać głowy zasypanej stereotypami. Wystarczy tylko, że sam termin kojarzy się pozytywnie i że bycie postępowym otwiera wszystkie ważne drzwi dzisiejszego świata. A do czego prowadzi? Nieważne.

Ale tym bardziej warto w zaciszu własnego rozumu zadać sobie to pytanie i być o krok przed dziennikarzami, którzy lada moment zaserwują nam kolejny tekst o potrzebie zmiany Kościoła.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >