Nasze projekty
Marcin Makowski

Gorzka niepodległość. Zmarnowaliśmy szansę

Gorzej rocznicy 100-lecia uczcić się nie dało. Będziemy się za to wstydzić przed naszymi wnukami.

Reklama

Gdy piszę te słowa, trwa 71. posiedzenie Sejmu, podczas którego odbywa się burzliwa dyskusja na temat ustanowienia 12 listopada dniem wolnym od pracy. Przez salę Parlamentu przetacza się równocześnie szmer posłów, którzy dowiadują się z mediów, że ostatnią decyzją odchodzącej z urzędu prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz, było zdelegalizowanie Marszu Niepodległości. Gorzej rocznicy 100-lecia uczcić się nie dało. Będziemy się za to wstydzić przed naszymi wnukami.

Niepodległość ma się jedną. Żyje ona tak długo, jak długo umiemy każdego dnia budzić się jako jeden naród, który pomimo sporów potrafi znaleźć wspólny mianownik w kwestii racji stanu. Swoisty warunek minimum, który gwarantuje przetrwanie państwa i narodu. Można go uprościć do kilku zmiennych, a właściwie odpowiedzi na podstawowe pytania. Kto jest naszym wrogiem, a kto sojusznikiem? W którym kierunku chcemy budować politykę zagraniczną? W jaki sposób rozwijać armię oraz suwerenność gospodarczo-energetyczną?

Kiedy traciliśmy niepodległość w procesie rozbiorów rozpoczętych w 1772 r., odpowiedzi na te – i zapewne wiele innych pytań – były skrajnie różne. Do tego stopnia, że własnej suwerenności nasi przodkowie byli skłonni szukać w sile militarnej ościennych państw, które ochoczo zaangażowały się w rozgrywki polsko-polskie, wiedząc, że finał tego sporu może być tylko jeden. Rozgrabienie tego, co z niegdyś wielkiej Rzeczpospolitej pozostało. Kiedy po 123 latach niewoli, w wyniku własnej pracy oraz korzystnego układu geopolitycznego po zakończeniu I wojny światowej znowu mogliśmy decydować o własnym losie, właściwie nie było czasu, aby ten fakt uczcić. Inwazja bolszewicka w 1920 roku, niepokoje etniczne i świat zmierzający do kolejnej wojny nie nastrajały pozytywnie. To, co wydarzyło się później – w toku niewyobrażalnego cierpienia przyniesionego na bagnetach z niemieckiej III Rzeszy i rosyjskiej ZSRR – przechodzi ludzkie pojęcie. A jednak Polska, choć podległa komunistom, przetrwała, aby w wyniku częściowo wolnych wyborów 1989 r. znowu wrócić na mapy Europy jako Rzeczpospolita. Miejsce wspólne Polaków. To, w którym „nic o nas, bez nas”.

Reklama
Reklama

I tak minęło 29 lat – być może najspokojniejszych w historii naszego państwa, podczas których mieliśmy wszelkie narzędzia i sposobności, aby godnie przygotować się i uczcić 100. rocznicę odzyskania niepodległości. Wyciągnąć wnioski z błędów przodków, i choć na ten jeden dzień, 11 listopada naiwnie zapomnieć o różnicach. Nie wyszło.

Choć ostra polaryzacja polityczna nie jest dzisiaj domeną wybitnie Polską (wystarczy spojrzeć na wybory środka elekcji w USA, udaremnioną próbę zamachu na prezydenta Francji, ostre podziały we Włoszech, zmierzch epoki Angeli Merkel w Niemczech, itd.), właśnie w tym momencie w naszej ojczyźnie to pęknięcie boli najbardziej. Trudno, aby było inaczej, gdy rzecz idzie o rządy tej czy innej partii, ale o pryncypia. Symbolem konfliktu może być choćby spór o umieszczenie niewielkiego hasła „Bóg, Honor, Ojczyzna” na ostatniej stronie nowo zaprojektowanego paszportu. – Paszport to nie legitymacja grupy rekonstrukcyjnej – stwierdził publicysta Jakub Majmurek. Z kolei byłemu dziennikarzowi Krzysztofowi Luftowi, hasło wywodzące się z tradycji niepodległościowej nie przypadło do gustu, ponieważ dzisiaj kojarzy się raczej z „hordą stadionowych chuliganów i nacjonalistów, którzy pod tym hasłem maszerują wznosząc rasistowskie okrzyki”. Portal NaTemat użył nawet terminu, że owo hasło „wyklucza część społeczeństwa” w partycypowaniu we wspólnocie narodowej. W takim punkcie znaleźliśmy się u progu rocznicy, organizowanej przez rząd na ostatnią chwilę, w aurze niedoróbek, braku wspólnego marszu w Warszawie i wizyt zagranicznych głów państw.

A propos marszów, w ostatniej możliwej chwili, bez żadnych konsultacji z mieszkańcami i realnej możliwości odwołania się od decyzji, Hanna Gronkiewicz-Waltz ogłosiła wszem i wobec, że zgłoszony już dawno temu i zarejestrowany legalnie jako wydarzenie cykliczne Marsz Niepodległości po prostu się nie odbędzie. Powód? Napisane na szybko uzasadnienie o niemożliwości zapewnienia bezpieczeństwa uczestnikom, które przecież spoczywa na barkach władz miasta. W 11 listopada wchodzimy zatem nie tylko jako naród skonfliktowany, ale również jako naród, który nie szanuje idei prawa do demonstracji. Nawet, jeśli się z głoszonymi ideami nie utożsamiamy. Dopóki Marsz się nie odbędzie i nie stwierdzi się naruszenia prawa, obecności rasistowskich haseł czy nielegalnej pirotechniki, dopóty cała reszta jest laniem benzyny na ognisko, licząc, że zgaśnie.

Reklama
Reklama

Wierzę, że nie jest jeszcze za późno, abyśmy my, zwykli Polacy, w jakimś sensie w kontrze do polityków, pokazali im nie tylko w stolicy, ale również we wszystkich wsiach, miastach i miasteczkach, że nie chcemy wpisywać się w armie walczące na froncie wojny polsko-polskiej. Uczcijmy ten dzień godnie, będąc obecnymi na lokalnych obchodach, wywieszając flagi, śpiewając hymn, myśląc o przodkach, którzy oddali życie, abyśmy mogli to robić. W przeciwnym razie nie wiem, co będziemy opowiadać naszym wnukom, które zapytają, jak mogliśmy podobną szansę zmarnować. Następna dopiero za sto lat.

Reklama
Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite