video-jav.net

Gorzka niepodległość. Zmarnowaliśmy szansę

Gorzej rocznicy 100-lecia uczcić się nie dało. Będziemy się za to wstydzić przed naszymi wnukami.

Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Gdy piszę te słowa, trwa 71. posiedzenie Sejmu, podczas którego odbywa się burzliwa dyskusja na temat ustanowienia 12 listopada dniem wolnym od pracy. Przez salę Parlamentu przetacza się równocześnie szmer posłów, którzy dowiadują się z mediów, że ostatnią decyzją odchodzącej z urzędu prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz, było zdelegalizowanie Marszu Niepodległości. Gorzej rocznicy 100-lecia uczcić się nie dało. Będziemy się za to wstydzić przed naszymi wnukami.

Niepodległość ma się jedną. Żyje ona tak długo, jak długo umiemy każdego dnia budzić się jako jeden naród, który pomimo sporów potrafi znaleźć wspólny mianownik w kwestii racji stanu. Swoisty warunek minimum, który gwarantuje przetrwanie państwa i narodu. Można go uprościć do kilku zmiennych, a właściwie odpowiedzi na podstawowe pytania. Kto jest naszym wrogiem, a kto sojusznikiem? W którym kierunku chcemy budować politykę zagraniczną? W jaki sposób rozwijać armię oraz suwerenność gospodarczo-energetyczną?

Kiedy traciliśmy niepodległość w procesie rozbiorów rozpoczętych w 1772 r., odpowiedzi na te – i zapewne wiele innych pytań – były skrajnie różne. Do tego stopnia, że własnej suwerenności nasi przodkowie byli skłonni szukać w sile militarnej ościennych państw, które ochoczo zaangażowały się w rozgrywki polsko-polskie, wiedząc, że finał tego sporu może być tylko jeden. Rozgrabienie tego, co z niegdyś wielkiej Rzeczpospolitej pozostało. Kiedy po 123 latach niewoli, w wyniku własnej pracy oraz korzystnego układu geopolitycznego po zakończeniu I wojny światowej znowu mogliśmy decydować o własnym losie, właściwie nie było czasu, aby ten fakt uczcić. Inwazja bolszewicka w 1920 roku, niepokoje etniczne i świat zmierzający do kolejnej wojny nie nastrajały pozytywnie. To, co wydarzyło się później – w toku niewyobrażalnego cierpienia przyniesionego na bagnetach z niemieckiej III Rzeszy i rosyjskiej ZSRR – przechodzi ludzkie pojęcie. A jednak Polska, choć podległa komunistom, przetrwała, aby w wyniku częściowo wolnych wyborów 1989 r. znowu wrócić na mapy Europy jako Rzeczpospolita. Miejsce wspólne Polaków. To, w którym „nic o nas, bez nas”.

I tak minęło 29 lat – być może najspokojniejszych w historii naszego państwa, podczas których mieliśmy wszelkie narzędzia i sposobności, aby godnie przygotować się i uczcić 100. rocznicę odzyskania niepodległości. Wyciągnąć wnioski z błędów przodków, i choć na ten jeden dzień, 11 listopada naiwnie zapomnieć o różnicach. Nie wyszło.

Choć ostra polaryzacja polityczna nie jest dzisiaj domeną wybitnie Polską (wystarczy spojrzeć na wybory środka elekcji w USA, udaremnioną próbę zamachu na prezydenta Francji, ostre podziały we Włoszech, zmierzch epoki Angeli Merkel w Niemczech, itd.), właśnie w tym momencie w naszej ojczyźnie to pęknięcie boli najbardziej. Trudno, aby było inaczej, gdy rzecz idzie o rządy tej czy innej partii, ale o pryncypia. Symbolem konfliktu może być choćby spór o umieszczenie niewielkiego hasła „Bóg, Honor, Ojczyzna” na ostatniej stronie nowo zaprojektowanego paszportu. – Paszport to nie legitymacja grupy rekonstrukcyjnej – stwierdził publicysta Jakub Majmurek. Z kolei byłemu dziennikarzowi Krzysztofowi Luftowi, hasło wywodzące się z tradycji niepodległościowej nie przypadło do gustu, ponieważ dzisiaj kojarzy się raczej z „hordą stadionowych chuliganów i nacjonalistów, którzy pod tym hasłem maszerują wznosząc rasistowskie okrzyki”. Portal NaTemat użył nawet terminu, że owo hasło „wyklucza część społeczeństwa” w partycypowaniu we wspólnocie narodowej. W takim punkcie znaleźliśmy się u progu rocznicy, organizowanej przez rząd na ostatnią chwilę, w aurze niedoróbek, braku wspólnego marszu w Warszawie i wizyt zagranicznych głów państw.

A propos marszów, w ostatniej możliwej chwili, bez żadnych konsultacji z mieszkańcami i realnej możliwości odwołania się od decyzji, Hanna Gronkiewicz-Waltz ogłosiła wszem i wobec, że zgłoszony już dawno temu i zarejestrowany legalnie jako wydarzenie cykliczne Marsz Niepodległości po prostu się nie odbędzie. Powód? Napisane na szybko uzasadnienie o niemożliwości zapewnienia bezpieczeństwa uczestnikom, które przecież spoczywa na barkach władz miasta. W 11 listopada wchodzimy zatem nie tylko jako naród skonfliktowany, ale również jako naród, który nie szanuje idei prawa do demonstracji. Nawet, jeśli się z głoszonymi ideami nie utożsamiamy. Dopóki Marsz się nie odbędzie i nie stwierdzi się naruszenia prawa, obecności rasistowskich haseł czy nielegalnej pirotechniki, dopóty cała reszta jest laniem benzyny na ognisko, licząc, że zgaśnie.

Wierzę, że nie jest jeszcze za późno, abyśmy my, zwykli Polacy, w jakimś sensie w kontrze do polityków, pokazali im nie tylko w stolicy, ale również we wszystkich wsiach, miastach i miasteczkach, że nie chcemy wpisywać się w armie walczące na froncie wojny polsko-polskiej. Uczcijmy ten dzień godnie, będąc obecnymi na lokalnych obchodach, wywieszając flagi, śpiewając hymn, myśląc o przodkach, którzy oddali życie, abyśmy mogli to robić. W przeciwnym razie nie wiem, co będziemy opowiadać naszym wnukom, które zapytają, jak mogliśmy podobną szansę zmarnować. Następna dopiero za sto lat.

 

Marcin Makowski

Marcin Makowski

Dziennikarz tygodnika "Do Rzeczy", publicysta Wirtualnej Polski, współpracownik "Dziennika Gazety Prawnej" - wcześniej wydawca w portalu Deon. Pisał do Onetu, Forward, "Rzeczpospolitej", "Tygodnika Powszechnego" i Stacji7. Prowadzi program "Nocna Zmiana" w Radiu Kraków. Laureat nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich im. Adolfa Bocheńskiego (2016) oraz Stefana Myczkowskiego (2017) nominowany do nagrody im. Kazimierza Dziewanowskiego (2016) oraz Stefana Żeromskiego (2017).

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >

Influencer wszechczasów

Ilu fanów na Facebooku miałby Jezus z Nazaretu, gdyby w Jego czasach istniał internet? Użytkownicy nie mogliby nie zauważyć, że w Judei pojawił się ktoś wyjątkowy i z pewnością zaczęliby obserwować Jego działalność oraz lajkować

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Można przypuścić, że wiele by się zmieniło, na przykład kuszenie na pustyni podczas czterdziestodniowego postu Jezusa wyglądałoby inaczej. “Książę świata” mógłby Mu zaproponować miliony followersów oraz miliardy lajków, rzecz jasna pod pewnymi warunkami. Gdyby zgodził się na drobne modyfikacje, złagodzenie przekazu. Gdyby do swojego orędzia wprowadził więcej radości i optymizmu, jakąś ciekawszą ofertę i no i przede wszystkim postarał się, by oblicze Jego wspólnoty było bardziej uśmiechnięte i pogodne, a cierpiętnictwo zostało usunięte.

 

Trzeba byłoby przede wszystkim zrobić coś z krzyżem, bo tak ciągle mówić o cierpieniu i krzyżu nie przysparza naśladowców, więc gdyby trochę owinąć go w bawełnę, zdecydować się na jakąś korektę? Czy nie warto się zastanowić i to i owo poprawić, tyle miałby wówczas wyznawców, a przecież chce dotrzeć ze swoim przesłaniem na krańce świata?

 

Bogaty młodzieniec, wszyscy wołający „Twarda jest ta mowa”, o kupcach w Świątyni nie wspominając, też mieliby w ręku nowe środki sprzeciwu i przestaliby Go lajkować, a nawet obserwować. Niektórzy z nich wyprodukowaliby nawet rozmaite fake newsy, żeby Go zniesławić.

Mimo tego i tak osiągnąłby wielki sukces, można sobie wyobrazić, ile lajków otrzymałby, wjeżdżając jak prawdziwy król do Jerozolimy, pewnie setki tysięcy, przekazanych przez rozentuzjazmowanych wyznawców?

 

To pewne – na taki deal z “księciem świata” Jezus z Nazaretu nie mógłby się zgodzić – w świecie z internetem czy bez, wybrał krzyż i ponadto pokazał swoim followersom, że krzyż i cierpienie są nieuniknione, ale także zbawcze. I niezależnie od czasów, gdy prawda ta dociera do wypełnionych entuzjazmem wyznawców, następuje moment gwałtownego rozczarowania i masowego unfollow, bo ci, którzy spodziewają się, że pokona potęgę Rzymian i wyzwoli Izraela, nie mogą się pogodzić ze swoimi zawieszonymi na drzewie nadziejami. Więc, choć dobę wcześniej wołają „Hosanna” teraz krzyczą „Ukrzyżuj Go”! Nawet uczniowie, najbliżsi przyjaciele, rozbiegają się na wszystkie strony, też dając swoje unfollow, mimo że z taką pasją zapewniali, że nigdy nie zawiodą, że to niemożliwe…

 

Niezależnie od tego, czy internet zmierzy poziom entuzjazmu ilością lajków wiadomo, że Jezus z Nazaretu otrzymywał i otrzymuje nadal bardzo mało serduszek i w sytuacjach granicznych liczba Jego wyznawców topnieje, pozostaje ich garstka. Skarżył się na to ponad półtora tysiąca lat po Swojej śmierci umiłowanej przyjaciółce, że ma bardzo mało przyjaciół, a Teresa de Ahumada, z typową dla siebie swadą, odpaliła żeby się nie dziwił, skoro Jego przyjaciół spotyka tyle cierpień i marny los…

 

 

Inny Jego przyjaciel, Franciszek Bernardone, biegał jak wariat po okolicy swojego miasteczka i wołał, że Miłość nie jest kochana! I od czasów, gdy był na ziemi i nauczał, zawsze tak było i jest, że gdy ktoś zdecyduje się iść za Nim szybko się orientuje, że krzyż zawsze pojawi się na horyzoncie jak wtedy w Jerozolimie i że jest nieunikniony. Taki jest dylemat. Lajkujesz, chcesz naśladować, choć nie poprowadzi do przytulnych zaułków, ale w strefę cierpienia. Albo dajesz nogę, czyli unfollow? Decyzja należy do Ciebie.

 

Tak naprawdę nigdy nie było szczególnego tłoku ani gorączkowego lajkowania Jezusa z Nazaretu, sam o tym mówił. Możemy się domyślać, że po Golgocie nie znalazłoby się wielu chętnych reklamodawców, którzy uznaliby, że nie jest już influencerem. Oczywiście, były i są osoby, które były absolutnie konsekwentne, tak jak Jego Matka, która, gdy oddała Mu całe Swoje serce od pierwszej chwili Jego życia, była niezmienna, Ona i jeszcze sporo osób, które wzięły na barki twardą belkę cierpienia, w ciemno, mimo że przeczuwali zbliżające się wzgórze Golgoty. Ale było ich za mało, wciąż za mało by móc zaspokoić Jego głód miłości, a obojętność i odrzucona miłość boli szczególnie.

 

A ponieważ wszystko, co z Nim związane, jest paradoksalne, niepojętnym paradoksem jest także to, że mimo stałego unfollow, półcieni, półśrodków i rejterady, ludzie do Niego wciąż wracają. Bo instynkt życia jest w każdym z nas potężny i mimo że powrót oznacza wysoką cenę krzyża, ponownie próbują. Idą w stronę niepodrabialnego smaku gorzkawego szczęścia, które nadchodzi po przyjęciu wszystkich krzyży i brzemion, bo ze szczytu Golgota najwyraźniej widać Jego Oblicze. Dawcy życia. Influencera wszechczasów.

 

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >