3 powody, dla których jestem przeciwnikiem szkolnej katechezy

Katecheza to przekazywanie wiary. Dlatego jestem gorącym przeciwnikiem katechizacji szkolnej w ramach zajęć dydaktycznych. Bo to po prostu nie działa. Dlaczego? Powodów jest kilka.

Mateusz Ochman
Mateusz
Ochman
zobacz artykuly tego autora >

1. Uczniowie nie są zainteresowani katechezą

Oczywiście, w przytłaczającej większości nie są również zainteresowani matematyką czy historią. Jednak katolicka katecheza tym się różni od innych przedmiotów nauczania ogólnego, że powinna być dobrowolna (co prawda dobrowolność ta ma być wyrażona przez rodziców ucznia, nie przez niego samego). Na siłę nikogo nie nawrócimy, na siłę nikogo nie przekonamy, na siłę nie zaszczepimy w nim tego wspaniałego daru, jakim jest wiara. Brak zainteresowania katechezą skutkuje niewłaściwym – skandalicznym wręcz niekiedy – zachowaniem uczniów. I oczywiście nie jest to zarzut do katechezy jako takiej, tylko do uczniów. Niemniej faktem wynikającym z moich obserwacji jest brak stanowczych reakcji nauczycieli. A jak uczniowie mają zainteresować się katechezą, skoro…

3 powody, dla których jestem przeciwnikiem szkolnej katechezy

2. Katecheci nie traktują lekcji religii poważnie

Proszę mi wybaczyć tak ciężki zarzut, ale przez 12 lat mojej edukacji w szkole podstawowowej, gimnazjum czy liceum nie byłem traktowany poważnie na katechezie. No, może z wyjątkiem tej szkoły podstawowej, gdzie kolorowanki były dostosowane do ogólnego poziomu możliwości ucznia. Ale gimnazjum i liceum? No przepraszam bardzo, ale miałem wrażenie, że biorę udział raczej w kółku filmowym niż w zajęciach religii. Dlaczego zamiast realizować konspekt katecheta serwuje uczniom kolejny seans “Shreka” czy “Epoki lodowcowej”? Konspekt może być beznadziejny – OK, ale dlaczego zatem nie porozmawiać z niemal dorosłymi już uczniami liceum o Bogu, o Jego Kościele, o miłości jaką razem żywią do człowieka? A zamiast tego wyciąga się gitarę z futerału i pyta: “to co sobie dzisiaj pośpiewamy?”. To jest niepoważne traktowanie człowieka, które skutkuje niepoważnym traktowaniem katechezy, co z kolei skutkuje niepoważnym traktowaniem wiary.

3 powody, dla których jestem przeciwnikiem szkolnej katechezy

3. Z czego tu oceniać?

Odwieczny problem szkolnej katechezy: z czego by tu wystawić ocenę na półrocze albo koniec roku? W ciągu całej swojej edukacji miałem może pięć kartkówek “z wiedzy”. Jasne, nie da się ocenić w skali szkolnej czyjejś wiary, więc wystawmy ocenę z materiału, który – daj Boże – wykładany był na lekcjach. To zrozumiałe. Ale gdy do oceny semestralnej lub całorocznej dochodzą aspekty pozaszkolne czy pozadydaktyczne, to rączki mogą opaść. Ocena za zeszyt? Uczniom szkoły średniej? Podkreślenia tematów? Zaangażowanie w służbę liturgiczną albo scholę szkolną/parafialną? To tak, jakby ocenę z matematyki wystawiać na podstawie dobrze wyliczonej reszty, którą otrzymało się w sklepie. Nie tędy droga.

Proszę nie zrozumieć mnie źle. Nie krytykuję katechezy w szkole dla samego krytykowania – tym zajmują się różne wybryki polityczne, nieszczególnie zaprzyjaźnione z Kościołem. Ja natomiast Kościół kocham i chcę dla niego jak najlepiej. Dlatego postulowałbym powrót katechezy do domów i parafii, ponieważ to przede wszystkim rodzina i parafia powinny być głównym katalizatorem nauki i wzrostu wiary. Nie potrzebujemy przecież cyferek w ładnie wyglądających statystykach, ale dojrzałych i świadomych wyznawanej wiary ludzi.

Zachęcamy do zapoznania się z innymi blogerskimi głosami na temat szkolnej katechezy:


Religia w szkole



Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Mateusz Ochman

Mateusz Ochman

Specjalista ds. social media. Autor bloga "Bóg, honor & rock`n`roll" oraz programu "Brzytwa Ochmana".

Zobacz inne artykuły tego autora >
Mateusz Ochman
Mateusz
Ochman
zobacz artykuly tego autora >

Globalizacja obojętności

Tak ostrych słów w ustach Papieża Franciszka jeszcze nie słyszeliśmy. Wstrząsał naszymi zobojętniałymi na los drugiego człowieka sumieniami, ukazując jednocześnie niesamowitą wrażliwość na cierpienie. Nie krył bólu słuchając dramatycznych opowieści afrykańskich emigrantów. Lampedusa była celem pierwszej podróży tego pontyfikatu i była to wyprawa na prawdziwe peryferie świata

Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >

Zatopiony w modlitwie Franciszek wrzucający do morza wieniec biało-żółtych chryzantem – ten obraz bez wątpienia zapisze się w naszych sercach. Kwiaty spadły kilka metrów od miejsca, gdzie w czerwcu zginęli Afrykanie zdążający przeładowaną łodzią ku lepszemu życiu. Uciekinierom nie udało się dotrzeć do brzegu wyspy. Taki sam los spotkał w ostatnich latach ponad 20 tys. uchodźców. Zamiast ziemi obiecanej znaleźli śmierć w otchłani morza. Wśród nich byli starcy, kobiety, dzieci…

Papież rzucał kwiaty ze statku patrolowego, który w ciągu ostatnich ośmiu lat wziął na swój pokład 30 tys. rozbitków wyłowionych z morza. Za suchymi liczbami stoi dramat Afryki oraz trawiących ten kontynent problemów. Problemów, o których – jak mówił Papież – nie chcemy słyszeć, bo w ten sposób wydaje się nam, że nie istnieją i nas nie dotyczą.

Już sama  zapowiedź, że Ojciec Święty odwiedzi Lampedusę wywołała ogromne poruszenie nie tylko świata mediów, ale włoskich i europejskich polityków. Franciszek nie pozwolił jednak zawłaszczyć tego wyjątkowego momentu spotkania. Miał być on, uchodźcy i ludzie na co dzień niosący im pomoc. Tak też się stało. Jedynym  ustępstwem było skorzystanie z rządowego samolotu, a nie lot rejsowym, jak to pierwotnie miał w zamyśle. Jednak już przewiezienie na wyspę papamobile spotkało się ze sprzeciwem. Od Mediolańczyka, który na Lampedusie ma letni dom pożyczono więc wysłużonego fiata campagnolę. Takim samochodem do zamachu posługiwał się Jan Paweł II.

Globalizacja obojętności

„Imigranci, którzy zginęli w morzu, z owych łodzi, które zamiast być drogą nadziei stały się drogą śmierci”… Taki tytuł pojawił się w gazetach! Kiedy przed kilku tygodniami doszła do mnie ta wiadomość, niestety tyle razy się powtarzająca, wciąż wracała mi myśl, jak cierń boleśnie kłujący serce. Poczułem wtedy, że muszę tu przybyć dzisiaj, by się modlić, by okazać bliskość, ale także, by obudzić nasze sumienia, żeby to, co się stało, już się nie powtórzyło. Niech się już nie powtórzy, bardzo proszę!”.

W ten sposób Papież sam wyjaśnił dlaczego postanowił odwiedzić tę wyspę. Jak trudna panuje na niej sytuacja może świadczyć fakt, że na kilka godzin przed przybyciem Franciszka straż nabrzeżna przechwyciła łódź ze 166 uciekinierami na pokładzie. Lampedusa należy wprawdzie do Italii, ale bliżej z niej do Afryki niż na Stary Kontynent. Zwana jest popularnie Wrotami Europy lub Wyspą Łez. O tym też usłyszał Papież.

Kiedy Papież schodził z łodzi na molo portowe i spotkał się z uchodźcami, którzy w ostatnim czasie dotarli na Lampedusę. Młody Erytrejczyk opowiedział mu o dramacie, który stał się ich udziałem. Drugi uchodźca łamaną włoszczyzną tłumaczył: padły słowa o porwaniach, gwałtach, przemytnikach ludzi i długu, który pozostał do spłacenia za ich podróż ku nadziei. Prosili o pomoc, o wsparcie. Franciszek kilkakrotnie wyszeptał: „Jak wiele cierpienia, jak wiele cierpienia…”.

Globalizacja obojętności

Awas uciekł z Somalii: „By tu dotrzeć, musiałem opłacić przemytników, ale ci nie zawsze oferują prawdziwą pomoc uciekinierom, nieraz nas oszukują. Najpierw przez Sudan dotarłem do Libii. By pokonać ten etap musieliśmy przejść przez pustynię. Maszerowaliśmy 24 dni, a jedzenia i wody mieliśmy tylko na cztery. Było nas jedenastu Somalijczyków, dziewięciu zmarło po drodze. Tylko dwaj przeżyliśmy. Potem czterometrową łodzią w 45 osób – dzieci, kobiet, mężczyzn – dotarliśmy na Lampedusę”.

Punktem centralnym papieskiej pielgrzymki na peryferie świata była Eucharystia. Podstawę ołtarza stanowiła drewniana rybacka łódź, taka sama, jak wiele z tych, które ratują życie rozbitków, wyławiając ich z morza.

Pastorał zrobiono z drewna pochodzącego z łodzi emigrantów. Podobnie kielich, w który ponadto wbito gwóźdź taki, jak ten przybijający Jezusa do Krzyża.

Liturgia miała charakter pokutny. Ktoś z obecnych patrząc na skupioną twarz Papieża szepnął: „On wszystkie te niewinne ofiary oddaje teraz Bogu”. Większość z tych, którzy zginęli w wodach Morza Śródziemnego nie miała przecież nigdy pogrzebu. Co więcej nie znamy nawet ich imion.

„Gdzie jest twój brat? Głos jego krwi woła ku Mnie» – mówi Bóg. To nie jest pytanie do innych, ono jest do mnie, do ciebie, do każdego z nas – mówił Ojciec Święty. – Ci nasi bracia i siostry usiłowali wyjść z trudnych sytuacji, by znaleźć trochę wytchnienia i pokoju. Szukali lepszego miejsca dla siebie i swych rodzin, a znaleźli śmierć. Ileż razy ci, którzy tego szukają, nie znajdują zrozumienia, przyjęcia, solidarności! A ich głosy wznoszą się ku Bogu! Jeszcze raz dziękuję wam, mieszkańcy Lampedusy, za solidarność! Słyszałem dopiero co, jednego z tych braci. Zanim tu dotarli, przeszli przez ręce handlarzy, tych, którzy wykorzystują ubóstwo innych i dla których jest ono źródłem zysku. Ileż wycierpieli! A niektórzy nie zdołali dotrzeć!”.

Globalizacja obojętności

Franciszek zwrócił uwagę na powszechny dziś zanik poczucia odpowiedzialności. Patrzymy na wpół umarłego brata leżącego na skraju drogi, myślimy: „biedaczek", i idziemy dalej, bo to nie jest nasza sprawa, i czujemy, że jesteśmy w porządku – mówił Franciszek podkreślając, że globalizacja obojętności odebrała nam zdolność do płaczu.

„To kultura dobrobytu prowadzi nas do myślenia o sobie samych, znieczula nas na wołanie innych. Sprawia, że żyjemy w mydlanych bańkach, które są ładne, ale są niczym, są złudzeniem tego, co próżne, tymczasowe, co prowadzi do obojętności na innych, co więcej, do globalizacji obojętności.

W tym zglobalizowanym świecie popadliśmy w globalizację obojętności! Przyzwyczailiśmy się do cierpienia innych. Nas ono nie dotyczy, nie interesuje. To nie nasza sprawa!

Chciałbym, żebyśmy sobie zadali jeszcze jedno pytanie: «Ktoś z nas płakał z powodu tego faktu i innych podobnych? Kto opłakiwał śmierć tych braci i sióstr? Kto płakał za tych, co byli na łodzi? Za młode matki z dziećmi? Za tych mężczyzn, którzy pragnęli czegoś na utrzymanie swych rodzin?». Jesteśmy społeczeństwem, które zapomniało, jak płakać, jak współczuć. Globalizacja obojętności odebrała nam zdolność do płaczu».

Franciszek od początku swego pontyfikatu mówi o konieczności docierania na peryferie egzystencji człowieka, o Kościele dla ubogich. W tej wizycie było jednak jeszcze coś więcej. Papież Bergoglio jest przecież synem włoskich emigrantów, którzy zostawili swą ojczyznę w poszukiwaniu lepszego życia. Z ust dziadków usłyszał opowieść o tym jak cudem uszli z życiem, gdyż okoliczności zmusiły ich do zmiany datę wypłynięcia z Genui do Argentyny. Statek, którym pierwotnie mieli podróżować zatonął u wybrzeży Brazylii. Zginęły setki ludzi. W rodzinnych rozmowach często pojawiał się też temat nostalgii. „Niektórzy mówią, że Buenos Aires nie jest zwrócone przodem do rzeki, bo miasto w dużej mierze zostało wybudowane przez imigrantów, którzy przeżyli rozdarcie związane z wyjazdem oraz wykorzenieniem ze swej ojczyzny. Woleli skierować miasto w stronę pampy, to bowiem oznaczało dla nich przyszłość” – wspomina kard. Bergoglio w wywiadzie rzeka „Jezuita. Papież Franciszek”.

„Ta wizyta to wezwanie do rachunku sumienia dla każdego z nas z tego jak traktujemy napotykanych na co dzień ludzi” – powiedział po powrocie z Lampedusy jeden z włoskich dziennikarzy. Ktoś inny dodał, że Papież pokazał nam czym różni się filantropia od chrześcijaństwa. Trudno się z tym nie zgodzić. Lampedusa obecna jest przecież w naszym codziennym życiu, gdy nie chcemy słyszeć i widzieć problemów ludzi, których Bóg stawia na naszej drodze. Globalizacji obojętności Papież sprzeciwił się pełną prostoty solidarnością.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas

Beata Zajączkowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >