Nasze projekty
Szymon Hołownia

Studia w Polsce. Spełnione marzenie Jamesa

James jest przykładem, że każdy może osiągnąć wszystko. Jeśli tylko będzie się pilnie uczył, może marzyć o najlepszych uczelniach na świecie. Wszystko jest możliwe!

Reklama

W Fundacji Kasisi mieliśmy już parę projektów, przy których realizacji czułem, że dzieje się coś niesamowitego, że to nie tylko kolejne przedsięwzięcia, ale ludzkie życie, w które (dzięki Bogu i dobrym ludziom) możemy wejść i bardzo konkretnie je zmienić.

 

Nigdy jednak chyba nie odczułem tej łaski "współtworzenia" tak mocno, jak asystując w podróży z Lusaki do Gdańska "absolwentowi" kasiskiego sierocińca, Jamesowi, który dzięki wsparciu darczyńców Fundacji, spełnia właśnie swoje największe marzenie – zaczyna studia medyczne w Polsce.

Reklama
Reklama

 

James ma 22 lata, w Kasisi był od dziesiątego roku życia. Trafił tu wraz z braćmi, starszym Cosmasem, dziś pracującym jako księgowy, i młodszym, Suwilanjim, niezwykle utalentowanym plastycznie – jego obrazy to przebój kasiskiego sklepiku z pamiątkami. Po ukończeniu liceum, przez dwa lata pracował jako pięlgniarz i instrumentariusz w Szpitalu Koptyjskim w Lusace. Lekarze nie mogli się nachwalić jego obowiązkowości, dyspozycyjności i fachowości. Mnie James od samego początku ujął swoją dyskretną skromnością i oddaniem, jakie okazywał chorym. Nigdy o nic nie prosił, stale dziękował, każdą kopertę z pensją oddawał nienaruszoną kierującej sierocińcem siostrze Marioli.

 

Reklama
Reklama

Gdy kiedyś rzuciłem pomysł, że może Fundacja spróbowałaby zebrać środki na stypendium dla któregoś z dzieciaków, James pierwszy przyszedł nam do głowy.

 

Studia w Polsce. Spełnione marzenie Jamesa

Reklama

Podczas pożegnania zorganizowanego mu kilka dni temu w dużej jadalni kasiskiego sierocińca, Siostra Mariola mówiła wszystkim lokatorom Kasisi:

 

"James jest dla was przykładem, że każdy z was może osiągnąć wszystko. Jeśli tylko będzie się pilnie uczył, może marzyć o najlepszych uczelniach na świecie. Wszystko jest możliwe. Nie jesteście jakimiś sierotkami, jesteście ludźmi w których Pan Bóg złożył wielkie talenty i to wy możecie któregoś dnia być wielkimi naukowcami, aktorami, kim zechcecie".

 

Tych słów słuchały dzieci, które naprawdę przeszły w życiu sporo, które zło chciało często po prostu wdeptać w ziemię. I które traktowane są dziś często przez "pierwszy świat" jako dzieci trzeciej kategorii, które powinny skakać pod niebiosa ze szczęścia, że w ogóle mają co jeść i w co się ubrać.

 

Nigeryjczycy, Zambijczycy, Botswańczycy widzą jednak coś, na co Europejczycy są dziś ślepi – dla nich edukacja, studia, to drzwi do tego, by rzeczywiście doświadczyć, że są ludźmi, którzy mogą zmieniać świat, a nie tylko być przedmiotem zmian, które na tym świecie zachodzą.

 

To przejście do dojrzałości, do tego etapu życia, w którym zaczynasz odkrywać, że dawanie czegoś z siebie bywa dużo bardziej ekscytujące niż dziecięce branie.

Nie chcę przez to powiedzieć, że ludzie niewykształceni nie przeżywają życia w pełni – przeciwnie: oni czasem zawstydzają tych, co porobili doktoraty tym, jak fantastycznie świat wokół siebie zmieniają. Na wschodzących afrykańskich rynkach pełno jest młodych ludzi, którzy osiągają nieprawdopodobne sukcesy nie dlatego, że mieli dyplomy albo kasę, ale że mieli genialny pomysł (w który – jak to zwykle bywa – na pocżątku nikt nie wierzył) i po prostu byli mu wierni.

 

Chciałbym jedynie na przykładzie Jamesa i naszych kasiskich studentów przypomnieć wszystkim tym, dla których studia to należąca się im oczywistość, po której kolejną oczywistością będzie znakomita praca, że to, co mają szansę w życiu zrobić to błogosławieństwo, za które codziennie powinni na kolanach dziękować. W niczym nie są w końcu lepsi od swoich dużo biedniejszych rówieśników w Afryce, czy w Azji, mieli po prostu więcej szczęścia, że urodzili się w zamożnej Europie i mają sto razy łatwiejszy dostęp do tego, co dla tamtych jest jak podróż na księżyc.

Studia w Polsce. Spełnione marzenie Jamesa

Gdy patrzę czasem na polskich licealistów, którzy przez całą szkołę średnią z arcypoważnymi minami analizują, który kierunek studiów najbardziej im się przez kolejnych trzydzieści lat życia opłaci, mam wrażenie, że widzę ludzi, którzy dobrowolnie zgodzili się, że sensem ich istnienia jest zrobienie możliwie najbardziej pokupnych przetworów z samych siebie.

 

Nie wiem wiele o tym, jak wygląda dziś od środka atmosfera w polskich przybytkach ponadlicealnej edukacji, gdy jednak spotykam studentów, oni często mają w głowie tylko jedno: lęk o przyszłość. Z drugiej strony mam choćby właśnie Jamesa, człowieka tak przejętego tym, że choćby na rok (zbieramy teraz na drugi rok jego studiów, Gdański Uniwersytet Medyczny udziela nam zniżek, ale to i tak bardzo dużo pieniędzy) dano mu szansę uczyć się od najlepszych fachowców jak skutecznie pomagać innym ludziom.

Który do swojej polskiej edukacji, na którą jego rówieśnicy będą pewnie nierzadko psioczyć i olewać, podchodzi jak do nabożeństwa. Który po prostu cieszy się tym, że będzie mógł się czegoś nauczyć.

 

Słowo daję, modlę się, żeby po studiach został w Polsce (choć korzystniejsze dla nas byłoby rzecz jasna, by wrócił do Zambii) – chciałbym leczyć się kiedyś u człowieka, który tak właśnie podchodzi do wiedzy, a nie u kogoś kto od początku studiów pilnie wybiera specjalizację, która się później "opyli" i dzięki której będzie mógł spłacić sto dwudziestu siódmy kredyt.

 

Że o takie, pełne zachwytu i wdzięczności podejście jest łatwiej, gdy ktoś za twoje studia zapłaci? W Polsce (21. na liście najbogatszych krajów świata) za znaczną część studiów płaci przecież państwo. W Zambii (117. pozycja na wspomnianej liście), gdzie dwóch naszych kasiskich absolewentów dostało się właśnie na państwowy uniwersytet w Lusace na wydział Natural Science, każdy musi zapłacić ok. 4 tys. dolarów za semestr.

 

Bywa, że znajdzie się jakiś dobry człowiek, który zafunduje stypendium jednemu z dzieciaków (jeden z naszych absolwentów, Nena, studiuje prawo w Denver, Tamara – dwa kierunki w Bostonie), walczymy też o każde możliwe stypendium od organizacji i rządów (w tej chwili kilkoro "kasisjan“ jest w programie prowadzonym przez amerykańską ambasadę w Lusace, ciężko pracują, ślęcząc nad komputerami i książkami, a amerykanie za kilka miesięcy wybiorą sobie z grupy kilkudziesięciu młodych ludzi z całej Zambii, kilku stypendystów na swoje uczelnie).

 

Studia w Polsce. Spełnione marzenie Jamesa

Pilnie obserwujemy talenty naszych podopiecznych, by – jeśli tylko zechcą – proponować im, by się kształcili. Przykład z ostatnich tygodni: trzymiesięczną pracę w Kasisi kończy właśnie Valentina, genialna fizjoterapeutka, wykładowczyni z Włoch i Szwajcarii, która starała się przyuczyć do wykonywania stałych ćwiczeń z chorymi dzieciakami pracujące w Kasisi opiekunki. Jedna z nich, Ester, wykazywała przy tym takie wyczucie i oddanie, że chcemy teraz wysłać ją do specjalistycznej szkoły, a jeśli będzie trzeba – zafundować kursy w Europie.

 

Powtarzam: opisując kasiskie przygody z edukacją naszych podopiecznych, nie mam wcale intencji zawstydzania polskich studentów. Spotykając się z nimi często na różnego typu wykładach czy debatach, marzę jednak o tym, by zobaczyć w nich więcej radości i wdzięczności, zamiast przygniatającego pytania: co to będzie, czy znajdę pracę, czy świat zmierza w dobrym kierunku etc.

 

Wszystko będzie dobrze, świat zmierza w dobrym kierunku, jak nie znajdziesz tej pracy, to znajdziesz inną. Przede wszystkim jednak nie ulegaj stadnym odruchom pójścia na prawo czy na medycynę (tak jak za moich czasów masowo wybierało się kierunek "marketing i zarządzanie"), znajdź w sobie swoją wyjątkowość, dar i smykałkę, której nie ma nikt inny.

 

Bądź wierny swoim pragnieniom, a nie wyliczeniom.

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite