Słownik brzydkich słów

Spirydon - nowa definicja w słowniku Szymona Hołowni

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Słownik brzydkich słów

Spirydon – to nie nazwa lekarstwa na kaszel ani alkoholowego drinka, a imię świętego, jednego z najbardziej popularnych we wschodnim chrześcijaństwie, również tym pozostającym w unii z Rzymem.

Święty, żyjący na przełomie trzeciego i czwartego wieku, zrobił się dziś bardzo aktualny, wszak – jak głosi legenda – udało mu się uratować jego rodzinny Cypr od totalnej suszy (choć niektórzy twierdzą, że wymodliła to przy pomocy relikwii Krzyża Świętego odwiedzająca wyspę święta Helena).

Idę o zakład, że ikony świętego Spirydona będą teraz znikać z moskiewskich sklepów jak świeże bułeczki, jedynie cud jest wszak w stanie uratować przed ewaporacją zgromadzone na wyspiarskich kontach ciężko zapracowane rubelki (tym bardziej, że mówimy o świętym, który by ratować biednego rolnika miał zamienić żmiję w złoto, ale później – to ważne – gdy sytuacja finansowa rolnika się unormowała, złoto znów oddaliło się w krzaki w syczącej postaci).

Dwie takie ikony ostatnio oglądałem sam, zafascynowany charakterystyczną czapką świętego, która – jak się okazało po badaniach – była charakterystycznym wdziankiem cypryjskich pasterzy.

Spirydon z zawodu był bowiem pasterzem owiec i swoją robotę kochał. A ponieważ cieszył się wielkim szacunkiem ze względu na wrodzoną mądrość i ascetyczny tryb życia, zwierzaków zaś doglądał jak trzeba, uznano, że poradzi sobie świetnie również z obdarzonym duszą inwentarzem i uczyniono biskupem miejscowości Tremithus, a następnie prawdopodobnie także arcybiskupem całego Cypru (to pierwszy poświadczony źródłowo biskup na Cyprze).

Spirydon nie sądził, że awans w kościelnej hierarchii może stać w konflikcie z jego zamiłowaniem do prostego, pasterskiego życia, więc nadal wypasał swoje stado (podobny casus obserwujemy teraz w Gdańsku, gdzie metropolita prowadzi hodowlę drobiu, wcześniej prowadził ją przy kurii na warszawskiej Pradze).

Gdy czyta się opowieści z pierwszych wieków chrześcijaństwa, zazdrość bierze: jak ci ludzie potrafili spierać się o rzeczy, które dziś dla nas są już totalnie spowszedniałe. I jak się modlili, skoro ich modlitwa co chwila ściągała na ziemię niebywałe cuda. Istnieje też podwariant B zakładający, że jakaś część z tych cudów to z kolei efekt niezwykłych talentów pisarskich hagiografów, próbujących w ten sposób dowieść, że dany delikwent zasługuje na kult. Tak czy siak – w przypadku Spirydona tych doniesień jest tyle, że z pewnością można stwierdzić, że żył i że zapisał się w pamięci współczesnych jako Boży, święty, dobry człowiek.

Jedna z najpiękniejszych opowieści ze Spirydonowego życia dotyczy jego niewątpliwej  bytności na słynnym Soborze w Nicei (325 r.), gdzie próbujący sprytnie skleić państwo z religią Konstantyn (który chciał oczywiście tym konglomeratem rządzić), przystąpił do ostatecznej rozprawy z herezjami głoszonymi przez arian (z grubsza – twierdzili oni, że Bóg Ojciec stworzył Jezusa).

Słownik brzydkich słów

Niektórzy, jak Symeon Metaphrastes, twierdzą, że Spirydon miał wygłosić tam mocną mowę, inni że miał w ręku dzbanek (albo cegłę), z którego (lub której) buchnął nagle ogień, trysnęła woda a w ręku świętego pozostała glina. W ten sposób, pokazując współistnienie w jednym trzech żywiołów, dowiódł on obrazowo prawdziwości doktryny o Trójcy Świętej, istnienia trzech różnych Osób będących jedynym Bogiem.

Inne cuda Spirydona miały dotyczyć wskrzeszenia swojej osobistej córki, by powiedziała, gdzie schowała niezbędny komuś do życia klejnot, ale też np. niewytłumaczalnego skrępowania złodziei, którzy pod osłoną nocy chcieli Spirydonowi ukraść owieczki (a on gdy ich znalazł, nie dość że ich uwolnił, to jeszcze ze śmiechem podarował im jedną owcę, żeby nie wyszło że trudzili się na próżno).

Spirydon zmarł w 348. roku. Jego relikwie po dziejowych zawieruchach trafiły na wyspę Korfu, gdzie są otaczane do dziś obłędną wręcz czcią. „Localsi” szyją np. Spirydonowi jedwabne sandałki, a gdy je raz na jakiś czas zmieniają okazuje się, że są znoszone, święty wędruje bowiem po wyspie pomagając mieszkańcom.

Prawosławni bracia i siostry donoszą, że jest on niezwykle skuteczny we wspieraniu modlitw zanoszonych we wszelkich sprawach socjalno – bytowych, ze specjalnym uwzględnieniem kłopotów lokalowych i finansowych.

Zawsze kusi mnie by z wyższością patrzeć na takie załatwianie normalnych, codziennych spraw przez świętych, wielokrotnie musiałem też już jednak upokarzać swoją pseudointeligencką pychę stwierdzając, że wstawiennictwo tych, którzy są już „wklejeni w Boga” rzeczywiście działa. Może więc warto westchnąć do biskupa z dawnych wieków, o którym mówiono, że jego modlitwa ma moc, bo kto jak kto, ale on to umie porozmawiać z Bogiem tak, jak pasterz rozmawia z pasterzem.

Słownik brzydkich słów

Łampada – na chrześcijańskim Wschodzie – oliwna lampka, umieszczana najczęściej przed ikonami (jeśli się da – tak, żeby płomień znajdował się na wysokości twarzy przedstawianej postaci). Symboliki łampady nietrudno się domyśleć: ogień palimy po to, by zaznaczyć swoją obecność, pamięć, spalona oliwa to też składana Bogu symboliczna ofiara z nas samych, naszej pracy, dzięki której mogliśmy tę oliwę nabyć, ale i samego naszego istnienia (żeby powstała oliwa, trzeba zniszczyć oliwkę – wyniszczenie zmienia się w Światło, Chrystus jako pierwszy przeszedł tę drogę, my mamy iść za Nim). Dwa wymiary: płomień to ja przed Bogiem, ale też Bóg, który spala się dla mnie z miłości.

Łampady występują w tysiącu opcji, są stojące (na nóżce), wiszące (wyglądają jak koszyk, w którym spoczywa naczynie na płomień) , złote, srebrne, miedziane, metalowe, brązowe, mosiężne, emaliowane, z napisami, bez napisów, z rzeźbami aniołów, z wzorami roślinnymi itd. itp. Jeśli idzie o sam mechanizm palenia, zasadniczo dzielą się na dwa rodzaje. Jedne (tzw. rosyjskie) wyposażone są w specjalną blaszkę, przez którą przeprowadzamy knot, który zasysa paliwo z ozdobnego (najczęściej zrobionego z barwnego szkła) naczynia, w modelu greckim – króciutki knot osadzony jest w zrobionym z korka pływaku jednorazowego użytku, który w miarę wypalania się paliwa opada na dno naczynia. Osobiście preferuję tradycyjny model rosyjski, choć więcej tu zabawy z przycinaniem knota.

Jako wieloletni użytkownik łampad wiem też już jednak, że absolutnie kluczową kwestią jest dobór materiału palnego. Jeśli stawiamy na substancje naturalne – bezkonkurencyjny jest spożywczy olej marki "Olek". Po pirotechnicznych próbach z połową dostępnych w sklepach oliw extra virigine albo olejów sałatkowych, proponuję zainteresowanym by odpuścili sobie i uwierzyli mi na słowo: knot zassie tylko Olka. Na dłuższą metę można również stosować syntetyczną parafinę ciekłą (wtedy symbol robi się piętrowy: parafina symbolizuje oliwę, która symbolizuje to co wyżej), tu jednak ważna uwaga: nie należy kupować tej produkowanej we Włoszech i dostępnej w katolickich sklepach z dewocjonaliami, bo ona nadaje się chyba tylko do stojących czasem przy ołtarzach "niby – świeczek" (metalowa świeczkopodobna tuba ze zbiorniczkiem na paliwo) i wielkich kościelnych hal, śmierdzi bowiem przy spalaniu niemiłosiernie i wywołuje migreny (testowałem na sobie i na dwóch klasztorach żeńskich). Sensownym rozwiązaniem jest zaopatrzenie się w sprowadzaną ze Wschodu parafinę w sklepie cerkiew.pl, względnie załatwienie jej sobie własnymi kanałami.

Ktoś kto raz przekonał się, ile wnosi światło do modlitwy (i jak otoczenie staje się modlitwą, gdy wieczorem w domu palą się łampady, oczy człowieka modlą się wtedy same, bez udziału słów; mniej wierzącym niech wystarczy to, że łampady naprawdę "robią nastrój"), nie będzie ich pewnie gasił nawet na noc (i modlił się nawet gdy otworzy oko wpół do trzeciej, tuż przed fazą REM). Z pewnością zechce też przeczytać również hasło o woskowych (koniecznie woskowych i żadnych innych) świeczkach, które jednak napiszę tutaj kiedy indziej.

Słownik brzydkich słów

ks. dr Grzegorz Strzelczyk

Stuła – Od najwcześniejszych lat ministrantury wiedziałem, że stuła to barwna wstęga, oznaka kapłańskiej władzy, zakładana przez księdza na szyję, a przez diakona na ramię (lewe) i spinana na boku. Odprawiając mszę ksiądz ma stułę pod ornatem. Zakłada ją na komżę (czyli takie białe krótkie coś z rękawami lub długie białe coś przewiązywane sznurkiem, które nazywa się alba), gdy spowiada, gdy mówi kazanie albo udziela komunii. Stuły dzielą się na białe (np. do udzielania komunii albo błogosławienia małżeństwa poza mszą), zielone, czerwone i fioletowe (do spowiadania i pogrzebów). Gdy ksiądz rozdaję komunię na mszy może to jednak robić w stule odpowiadającej kolorowi danego dnia (czyli ornatu). Produkuje się je zwykle w wersjach dwustronnych, zdarza się więc, że ksiądz idąc z konfesjonału by pomóc w udzielaniu komunii po prostu przekłada fioletową stronę na białą, a czasem musi zboczyć do zakrystii by pobrać stułę dajmy na to zieloną (która z drugiej strony jest np. czerwona).

Moja pyszna pewność co do tego, że o stule wiem wszystko runęła w gruzy, gdy w ręce wpadła mi książka ks. Jarosława Supersona SAC "Historia stuły". Ksiądz Superson wskazuje, że stuła mogła pochodzić z Rzymu (gdzie coś na jej kształt nosiły najpierw kobiety, następnie – o masz ci los – "zniewieściali mężczyźni", a dopiero później prawdziwi macho), co z bizantyjskiego wschodu. Istnieje osiemset miliardów hipotez wyprowadzających historię stuły z tuniki, insygniów władzy świeckiej, chusteczek czy szali służących do ocierania ust, czy używanych w czasie przygotowania darów ręczników. Ksiądz Superson opisuje wnikliwie zmieniającą się (a konkretniej: pęczniejącą z wieku na wiek) symbolikę stuły, mi jednak najciekawsze wydają się ustalenia odnośnie jej obecnego statusu.

Otóż w posoborowej liturgii stuła nie jest już specjalnie umocowanym insygnium kapłańskiej władzy. To po prostu jedna z szat liturgicznych duchownego (uwaga: szaty liturgiczne, np. ornat, kapa, alba, to inna ranga niż tzw. strój chórowy – sutanna czy habit). Przepisy jasno stwierdzają też, że ksiądz nie powinien nadużywać noszenia stuły, nie powinien więc zakładać jej gdy zbiera tacę, albo męczy wiernych ogłoszeniami. Nie ma też żadnego powodu, by występował w stule uczestnicząc np. w Drodze Krzyżowej czy uczestnicząc w procesji (tu powinien wystarczyć strój chórowy i komża). Generalna zasada jest bowiem taka, że stułę ksiądz zakłada gdy sprawuje sakramenty lub sakramentalia, wykonuje swoją kapłańską władzę (czyli np. koncelebruje mszę, a procesji się przecież nie koncelebruje). Oficjalne regulacje tępią też bez litości zakładanie stuły bezpośrednio na sutannę czy habit, co w Polsce jest nagminne, zwłaszcza w konfesjonałach (pod stułą obowiązkowo powinna znaleźć się komża), albo – o zgrozo – na cywilne ubranie.

Po co więc dziś stuła, skoro nie ma już ani uroczystego obrzędu jej wręczenia, ani przymusu jej poświęcenia, ani specjalnych modlitw, które towarzyszyły kiedyś jej zakładaniu? Osłabiona formalnie nadal pozostaje mocnym znakiem przypominającym, że Kościół wybiera niektórych do tego by w naszym imieniu i z nami stawali przed Bogiem. Ksiądz wkładający stułę przypomina sobie i nam, że wierzymy w Boga, który chce żebyśmy mieli z Nim kontakt, żebyśmy do niego przychodzili, czerpali ze źródeł, które osobiście nam wykopał. Trzymając się tej metafory: stuła to mundur strażnika oligoceńskiego źródła, kogoś kto ma władzę udostępniania ich publiczności, ale spoczywa też na nim obowiązek ochrony zdroju przed różnej maści wodnymi skrytokradcami.

Słownik brzydkich słów

s. Judyta Pudełko PDDM

Siglaczyli po polsku: skróty. To kombinacje liter umieszczanych po nazwiskach zakonników, zakonnic i członków (i członkiń) tzw. instytutów życia konsekrowanego (świeccy żyjący „w świecie“, chodzący bez habitów, składający śluby biskupowi). Literki pozwalają rozpoznać do którego z setek istniejących w Kościele Katolickim zakonów czy zgromadzeń należy dana osoba. Używanie siglów nie jest regulowane formalnie, jako pierwsi zaczęli ich używać prawdopodobnie benedyktyni (skrót OSB) i franciszkanie (skrót OFM), na ślady tego ich zwyczaju trafiamy już w XIV wieku. W Annuario Pontificio, będącym podstawowym punktem odniesienia dla katolickich biuralistów oficjalnym kościelnym roczniku statystycznym sigla pojawiły się w 1928 r., gdy idzie o zakony męskie i dopiero w 1999, gdy idzie o zakony żeńskie.

Nigdy nie wszedłbym w posiadanie tej wysoce specjalistycznej wiedzy, niezbędnej jednak każdemu, kto przestaje z duchowieństwem, gdyby nie poświęcona siglom monografia ks. Mirosława Daniluka SCJ (czyli sercanina – sigla tworzy się od łacińskiej nazwy danej instytucji, w tym wypadku Congregatio Sacratissimi Cordis Jesu, czyli po naszemu Zgromadzenie Najświętszego Serca Jezusa). Ponad dwa tysiące skrótów – od skromnego CO (Księża Filipini), OH (Bonifratrzy), OT (Krzyżacy), po tak frapujące konstrukcje jak: OFMConv (czyli franciszkanie konwentualni), SOS (Siostry Służebne z Toronto albo Siostry Opieki Społecznej czyli tzw. antoninki), HHDD (dominikanki św. Róży z Limy), SVEGS (Siostry Żertwy Wynagradzające Jezusa w Najświętszym Sakramencie), SMACH (Służebnice Maryi Bolesnej), MSFSMG (Misjonarki Społeczne Franciszkanki Świętej Maryi z Guadalupe), OAntChald (Zakon Antonianów Chaldejskich św. Hormizdy), czy CSSBVMI (Siostry Służki Najświętszej Maryi Panny). Przy tej okazji można też zorientować się, że każdy zakon czy zgromadzenie ma nazwę oficjalną i kolokwialną. Np. Zakon Kaznodziejski (Ordo Praedicatorum – skrót: OP) to po prostu dominikanie, Towarzystwo Jezusowe (Societas Iesu – skrót: SI) to jezuici itd. 

Nieograniczona kreatywność Ducha Świętego (i ludzi) w fundowaniu Kościołowi coraz to nowych zakonnych charyzmatów (i wygaszaniu starych) pozwala jednak na przypuszczenie, że z czasem sigla w ogóle wyjdą z użycia. Może się bowiem coraz częściej zdarzać (już się zdarza), że symbol przynależności zakonnej zamiast pomocą stanie się zawadą, np. będzie dłuższy niż poprzedzające go nazwisko.

Słownik brzydkich słów

Balsam – uwaga – nie chodzi o mający (podobno) zbawienny wpływ na przemęczaną wątrobę "Balsam Kapucyński" ani też służące do jej męczenia wysokoprocentowe "Balsam Pomorski" czy "Balsam Kresowy".  Balsamu – wbrew pierwszym skojarzeniom – nie stosuje się też do balsamowania zwłok, dziś robi się to przy pomocy chemii, w starożytności stosowano w tym celu inne roślinne, żywicze substancje takie jak kadzidło i mirra.

Śledząc starożytną karierę wonnych żywic można odnieść wrażenie, że wszystko co ładnie pachniało miało wówczas trzy zastosowania – religijne, terapeutyczne i kosmetyczne. Miało uwznioślać ducha i podobnie "apgrejdować" ciało. Podobnie było z balsamem, który też jest rodzajem żywicy, ale "wysoko przetworzonej", naturalnie zmieszanej z olejkami eterycznymi. Żółta, aromatyczna ciecz wydobywa się z kory krzaku balsamowca spotykanego w północnej Afryce, na Bliskim Wschodzie a także w Indiach. Krzak dzieli się tą cudowną substancją oszczędnie, od starożytności praktykowano więc nacinanie go (nigdy jednak żelazem, można było np. kamieniem albo kością), tak by balsamu utoczyć nieco więcej, ale w zgodnej opinii zmuszanie krzaczka kończyło się uzyskiwaniem produktu niższej jakości.

W Biblii balsam pojawia się jako środek ułatwiający gojenie się ran, stąd później mawiano, że "krzak pozwala się ranić, żeby leczyć rany innych" (Konrad z Megenbergu). Ze względu na mocny (iście "maczystowski", a nie jakiś różany czy mydlany) zapach używany był też przez mężczyzn w charakterze w jakim dziś stosuje się wody toaletowe. Balsam miała przywieźć Salomonowi królowa Saby, bracia Jakuba którzy wieźli go na handel do Egiptu. Do balsamu porównywana jest Boża Mądrość, w kościelnych tekstach pojawia się on także, gdy mówi się o Maryi (że mianowicie pełna jest balsamu łaski, albo właśnie Mądrości Bożej). Ojcowie Kościoła do krzaku balsamowca, który ze swych ran toczy krew pełną cudownych właściwości porównywali też często Chrystusa. 

Oryginalny balsam powinien dziś w liturgii służyć do "produkcji" oleju służącego do chrztu, bierzmowania, udzielania święceń i konsekrowania kościołów, czyli tzw. krzyżma. Olej ten symbolizuje działanie Ducha Świętego i jest poświęcany przez biskupa raz w roku, na tzw. Mszy Krzyżma odprawianej w Wielki Czwartek (w Polsce – rano, zwykle w katedrze, z udziałem wszystkich lokalnych księży). Dziś – o zgrozo – zdarza się, że święcone jest tzw. krzyżmo bezzapachowe, brak danych w których diecezjach krzyżmo przygotowywane jest jak chce tradycja – biskup osobiście miesza olej z wonnościami.

Pięć razy intensywniej wszystko wygląda rzecz jasna u chrześcijan wschodnich, znacznie bardziej wyczulonych na symbolikę otaczającej nas, widzialnej (i dającej się powąchać) rzeczywistości. U nich proces przygotowania krzyżma zaczyna się długo przed Wielkanocą, do oleju dodaje się wonne trawy, kadzidło, wino. W Wielki Poniedziałek biskup rozpala ogień i aż do Wielkiej Środy diakoni odmawiają stosowne modlitwy, dodają kolejne składniki (wśród nich balsam) i mieszają, mieszają, mieszają. Później myrro (czyli krzyżmo) przelewa się do dwunastu naczyń i jest uroczyście święcone przez biskupa w Wielki Czwartek.

Balsam to jeden z dobrowolnie utraconych przez nasze zachodnie chrześcijaństwo łączników ze stworzonym przez Boga światem, przypomnienie o integralności duszy i ciała, o tym, że Bóg mówi do człowieka znacznie częściej przez otaczającą nas i rozpoznawaną również zmysłami rzeczywistość nie przez wypreparowane z cielesności cudowne objawienia. W kościołach wciąż odrobinę przypomina nam o tym światło (o ile woskowych świec nie zastępują tam lampki na syntetyczną parafinę) czy stosowane wciąż tu i ówdzie kadzidło (o ile nie jest jakąś przedziwną odmianą siana powodującą gryzące zadymienie, a prawdziwą żywicą). Balsam – wonny dar roślinki, która budzi nasze zmysły, leczy rany, a głowę każe wznieść ku górze, sam z siebie mógłby być balsamem dla wielu, których życie wiarą (albo same życie) boli. Ile można by nim opowiedzieć zamiast dajmy na to nakręcać duchową inflację dodając w kazaniach coraz więcej zer do wciąż tej samej jedynki? Nie wiem co się musi stać, by do pasetrzy dotarło, że obsesyjnie dbając o zbawienie moich uszu, zapomnieli że mój nos też może pomóc duszy we wskazaniu jej drogi do nieba.

Słownik brzydkich słów

Binacja – Każdy ksiądz zasadniczo uprawniony jest do odprawiania jednej mszy dziennie. Dwie może odprawić w wyjątkowych sytuacjach za zgodą biskupa (udzielaną zwykle danej parafii, gdzie jest za mało księży by – jak to się pięknie określa – zaspokoić duchowe potrzeby wiernych). Nie trzeba specjalnych zezwoleń na odprawianie dwóch mszy w Wielki Czwartek i w Wielkanoc.

Jeśli okoliczności są szczególnie trudne, biskup może pozwolić na trynację, czyli odprawienie przez jednego księdza trzech mszy dziennie (nawet z tym zezwoleniem dopuszczalne tylko w niedziele i święta nakazane). "Bez łaski" można odprawić trzy msze tylko 2. listopada, ale wtedy ksiądz tylko jedną mszę może odprawić w intencji, którą przyjął, pozostałe dwie musi ofiarować w intencjach proponowanych przez papieża i za wszystkich zmarłych (i za te dwie nie może pobrać wynagrodzenia, czyli tzw. stypendium). Kościół wprowadził takie restrykcje nie tylko dlatego, by księża nie dorabiali się na multiplikowaniu mszy, ale też przez szacunek dla Eucharystii, której nie można zmienić w taśmowo wytwarzany produkt.

Dlatego Kościół reglamentuje też postępowanie wiernych stojących z drugiej strony ołtarza. Przepisy mówią, że katolik – nie ksiądz może przyjąć komunię tylko dwa razy dziennie, pod warunkiem że przynajmniej raz przyjmuje ją na Mszy świętej (a nie np. na połączonym z komunią nabożeństwie).

Słownik brzydkich słów

Msza wieczorna – Jeszcze pół wieku temu naturalną porą odprawiania Mszy świętej były godziny poranne. Wynikało to ze starej tradycji i ze ścisłych reguł tzw. postu eucharystycznego (od północy w dniu, w którym miało się przyjąć komunię, nie można było jeść ani pić). Wieczorne msze pojawiły się w Kościele katolickim w czasie II wojny światowej w duszpasterstwie wojskowym. W 1953 roku papież Pius XII w encyklice Christus Dominus pozwolił na odprawianie wieczornych mszy w święta nakazane i pierwsze piątki, w 1955. na godziny wieczorne przesunięto Liturgię Wielkiego Czwartku, a w 1957. w motu proprio (czyli dekrecie) Sacram Communionem papież zezwolił na wieczorne msze każdego dnia, "kiedy wymaga tego potrzeba duszpasterska".

Dziś msze odprawiane są przez cały dzień, w zatłoczonych kościołach Azji od 4.00 nad ranem do późnego wieczora, w Polsce najpóźniej, o 21.30, niedzielne msze odprawiają dominikanie w swoich kościołach w Krakowie i w Warszawie (Nowe Miasto), w wielu miastach "uruchamia" się specjalne msze o 20.00 czy 20.30 zwłaszcza w okresie wakacyjnym.

Pierwsi chrześcijanie odprawiali zwykle Eucharystię raz w tygodniu, w nocy z soboty na niedzielę, z powodów praktycznych (prześladowania) i teologicznych (Chrystus wychodzi z grobu w nocy z soboty na niedzielę, a każda msza to pamiątka śmierci i zmartwychwstania). Dopiero za Konstantyna (IV w.) przeniesiono ją na niedzielny poranek.

Tu liturgiczna ciekawostka. W starożytności inaczej mierzono czas, kolejny dzień zaczynał się już po zachodzie słońca dnia poprzedniego. Kościół współczesny wrócił do tego tradycyjnego sposobu liczenia czasu i dziś obchody niedzieli albo innego święta zaczynają się zawsze wieczorem dnia poprzedniego. Nowy Kodeks Prawa Kanonicznego wprowadził więc także zasadę, że każdy kto uczestniczy w popołudniowej albo wieczornej Mszy świętej w sobotę, "ma zaliczony" obowiązek uczestnictwa we mszy niedzielnej. Księża z troski, żeby wierni nie uciekali z kościołów w niedzielę próbują wprowadzić tu różne ograniczenia, tłumacząc że msza sobotnia wtedy jest liczona jako niedzielna gdy odprawiana jest z niedzielnego formularza (czyli ma trzy czytania zamiast dwóch, odmawia się "Wierzę w Boga Ojca…" itd.), albo gdy odprawiana jest po 16. zimą i po 17. latem. Kanoniści tymczasem nie mają wątpliwości. KAŻDA msza odprawiana w sobotę popołudniu, niezależnie od tego czy w formularzu sobotnim, ślubna, czy pogrzebowa, jest mszą niedzielną. Z prawnego punktu widzenia jest bowiem sobotnią mszą wieczorną, a Kodeks Prawa Kanonicznego daje wszystkim wiernym prawo do uczestnictwa w niedzielnej liturgii wieczorem dnia poprzedniego, niezależnie od tego jaką formę przyjmie w danym kościele u danego proboszcza. Kropka.

Prawo jest, pytanie jak mądrze z niego korzystać. Msza niedzielna to przecież nie "zaliczenie" a spotkanie ze wspólnotą. Wyliczanie Panu Bogu: "sobota dla Ciebie, niedziela dla mnie", też nie wygląda najlepiej. Duszpasterze zamiast kopać się z koniem, powinni tłumaczyć w sobotnie wieczory przychodzącym do kościoła wiernym, że to w czym za chwilę będą uczestniczyć, to nie świetna okazja do "nie rozbijania" niedzieli albo wymysł kościelnych prawników, a okazja do zanurzenia się w tajemnicy, którą przeżywali nasi dalecy przodkowie w wierze, celebrujący zmartwychwstanie Pana wtedy, kiedy się faktycznie dokonało.

A żeby wierni poczuli, że to jednak Msza niedzielna można też zebrać tacę. Wtedy wszystko dotrze do nich na pewno.

Słownik brzydkich słów

Merrysłowo spotykane w panoszącej się u nas coraz częściej frazie "Merry Christmas", czyli: Wesołych Świąt Bożego Narodzenia. Nie chodzi tu jednak – jak wyjaśniał mi kiedyś pewien anglojęzyczny przedszkolak – o zdrobnienie imienia Matki Jezusa. Merry nie jest też, jak chcą dowcipnisie, imieniem małżonki świętego Mikołaja, bo o ewentualnej małżonce świętego Mikołaja, słynącego z dobroci biskupa Mirry, nic nam nie wiadomo. Podobnie zresztą jak o życiu osobistym wykreowanego w początkach XIX wieku jego śniegolubnego świeckiego odpowiednika, z czerwonym nosem, furą o mocy dwóch reniferów mechanicznych i komunikującego się ze światem przy użyciu monosylaby "Hooo". Ten drugi delikwent błyskawicznie stał się ikoną handlu i masowej kultury, dokumentnie przyćmiewając pierwszego, który wcale nie był słodkim dziaduniem, owszem, miał dobre serce, uratował mnóstwo ludzi z tarapatów (w Kościele Wschodnim ma przydomek "Cudotwórca"), ale jak trzeba to i przylać potrafił (co podobno spotkało modnego podówczas heretyka Ariusza). Język polski rozróżnia tych dwóch Mikołajów, zgodnie z wytycznymi Rady Języka Polskiego świętego Mikołaja z Mirry piszemy dużą literą, gdy zaś chodzi o sąsiada z doklejoną brodą i żenującą czapką wystarczy: "święty mikołaj".

Wracając jednak do "merry". Jak podaje niestrudzony badacz historii języka angielskiego David Crystal we wciągającej niczym rzeczny wir pozycji "The Story of English in 100 words", po raz pierwszy zapisano je w IX wieku w formie "myirge". Później słowo ewoluowało ("miri", '"myrie", "muri", "meri"), aż w XIII wieku zaczęło robić niesłychaną furorę w swoim obecnym kształcie. "Merry" oznacza coś, co sprawia (albo ma sprawiać) przyjemność. "Merry" może być wszystko: człowiek, dzień, zapach głos. "Merry – go – round" to karuzela, a "merry up" w niektórych rejonach świata oznacza "się rozweselić", "Wesołe kumoszki z Windsoru" były właśnie "merry" ("The Merry Wives of Windsor"). Życzenia "Merry Christmas!" pojawiły się w szesnastym wieku, kiedy też życzono sobie "Merry New Year", choć w tym akurat złożeniu merry zostało wyparte przez "happy". Czy słusznie? Osądzi historia.

W Polsce pod koniec roku życzmy sobie "Wesołych Świąt", choć w kręgach kościelnych coraz częściej słyszy się "Błogosławionych Świąt". Osobny kłopot sprawia chętnie stosowane w koszmarnie popularnych ostatnio okolicznościowych smsowych wierszykach staropolskie "Do siego roku", czyli składane sobie niegdyś przy Wigilii życzenie, żebyśmy doczekali w zdrowiu roku nowego (czyli "siego", czyli "tego"; stary zaimek "sie" czyli "ten", występuje dotąd we frazach takich jak "ni taki, ni siaki", "ni to, ni sio" itp.). We wschodniej Polsce często można usłyszeć życzenia w formie: "Ze Świętami!". To z kolei kalka z rosyjskiego, prawosławni we wszystkie święta kościelne pozdrawiają się krótkim, radosnym: "Z prazdnikom!".

O składaniu świątecznych życzeń wiemy więc już wszystko, teraz pozostaje zrobić rachunek sumienia: dlaczego gdy stoimy z opłatkiem przed bliskimi nam teoretycznie osobami, jedyne co jesteśmy w stanie z siebie oralnie wymęczyć, ogranicza się do "wszystkiego dobrego", albo absolutnego świątecznego bestselleru: "dużo zdrowia, bo zdrowie, wujku, najważniejsze, bo jak będzie zdrowie, to wszystko będzie…" Etc.

Słownik brzydkich słów

Embolizmprzedstawiciele świata medycyny mogą być zdumieni: co robi spolszczenie angielskiego określenia zatoru (embolism) w kościelnym słowniku? W Kościele embolizm to część mszy świętej, dzieląca ze swoim medycznym odpowiednikiem grecki źródłosłów (embolismos – wtrącony; zator też jest przecież wtrąceniem – skrzepu w światło naczynia).

Embolizm to liturgiczne maleństwo: dwa zdania padające po zakończeniu "Ojcze Nasz", zaczyna się od "Wybaw nas Panie od zła wszelkiego i obdarz nasze czasy pokojem. Wspomóż nas w swoim miłosierdziu, abyśmy zawsze wolni od grzechu i bezpieczni od wszelkiego zamętu, pełni nadziei oczekiwali przyjścia naszego Zbawiciela, Jezusa Chrystusa". To rozwinięcie ostatniej prośby z "Ojcze Nasz" ("ale nas zbaw ode złego"), ewoluujące podobno od V wieku (a nazwane embolizmem w wieku IX).

W 1970 r. zalecono by wierni po emboliźmie odpowiadali (tzw. doksologią): "Bo Twoje jest królestwo i potęga i chwała na wieki". Konia z rzędem temu, kto wie, że to cytat ze stareńkiej relikwii – Didache, chrześcijańskiej księgi starej jak Nowy Testament. Chwała temu, kto – gdy już to wie – obudzi się z automatyzmu, zda sobie sprawę, że mówiąc te słowa na każdej mszy świętej teleportuje się w tamte czasy (a tamte czasy teleportuje do naszych), by tu, w XXI wieku, bladym świtem, na jakimś polskim osiedlu stanąć przed Panem razem z milionami swoich pradziadków oraz prababć w wierze.

Słownik brzydkich słów

Quasimodo wymyślony przez Wiktora Hugo dzwonnik z paryskiej katedry Notre Dame, synonim koszmarnej brzydoty i ogromnej poczciwości. Tym, którzy nie gustują w twórczości Hugo (bo preferują np. Jean Claude Van Damme'a), przypominamy: bardzo brzydkie i zdeformowane dziecko zostało znalezione pod katedrą przez archidiakona Klaudiusza Frollo. Młody, ambitny duchowny przyposobił chłopca, po czym dał mu fuchę dzwonnika, od której Quasimodo ogłuchł. Nie przeszkodziło mu to jednak zakochać się w pięknej Cygance, Esmeraldzie, której jednak pożądał również arichdiakon, a gdy wychowanek nie pomógł mu zyskać jej względów, duchowny wkurzył się i załatwił jej wyrok śmierci za rzekome czarnoksięstwo. Za co Quasimodo zrzucił go śmiertelnie ze swego miejsca pracy na kościelnej wieży.Wzruszającą historię znają wszyscy (poza tymi, którzy od Balzaków woleli zawsze Jeanów Paulów Belmondów), mało kto wie jednak, jaką genezę ma imię przerażająco dobrego dzwonnika. Zastępczy tatuś znalazł go bowiem w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, która w starym rycie liturgicznym nosiła nazwę "Quasimodo" (w starym, trydenckim mszale każda świąteczna msza miała swój superprofesjonalnie brzmiący kryptonim (np. "Looquebar", "Si Diligis", "Laetabitur" etc), zaczynający się od pierwszych słów tzw. antyfony na wejście, czyli fragmentu Pisma Świętego czytanego na rozpoczęcie modlitw. W powielkanocną niedzielę owa antyfona wzięta była z Pierwszego Listu świętego Piotra i zaczynała się od słów: "Jako dopiero narodzone niemowlęta, pragnijcie duchowego, czystego mleka…", co po łacinie (w którym to języku jeszcze pół wieku temu odprawiano wszystkie msze na świecie) brzmiało: "Quasi modo geniti infantes…" itd.

Niedziela po Wielkanocy zawsze miała w liturgii Kościoła specjalne miejsce. Przez wieki nazywano ją Białą Niedzielą (a dokładniej: Niedzielą po zdjęciu białych szat). Nasi nowi bracia, ochrzczeni dokładnie w Wielką Noc (bo kiedyś chrzczono tylko w tracie tzw. Wigilii Paschalnej w nocy z Wielkiej Soboty na Wielką Niedzielę) tego dnia bowiem po raz pierwszy przychodzili do kościoła w normalnych ciuchach (w poprzednich dniach używali swoich białych szat chrzcielnych). W Kościołach Wschodnich nazywa się czasem ten dzień Niedzielą świętego Tomasza (bo wtedy czyta się Ewangelię o świętym Tomaszu i racjonalistycznych testach, jakie chciał wykonywać na zmartwychwstałym Jezusie). Od 2000 r. w Kościele Katolickim jest to Niedziela Miłosierdzia Bożego, którą Jan Paweł II ustanowił idąc za sugestiami wypływającymi z obajwień świętej Siostry Faustyny, żeby najmocniej jak się da przypomnieć światu, że Bóg kocha człowieka do granic, które nam wydają się szaleństwem. Troszczy się nie tyle o ludzkość, co o każdego człowieka. O każdego Quasimodo też.

Quasimodo

Słownik brzydkich słów

Nergalbóstwo świata podziemnego ("kraju zachodzącego słońca"), ale też wszelkich zaraz, chorób i epidemii oraz klęsk żywiołowych czczone w cywilizacji sumeryjskiej, ulokowanej w Mezopotamii (czyli na terenach dzisiejszego Iraku) – kolebce prawie wszystkiego, co się później na Bliskim Wschodzie i Europie wyrodziło, obecnej tam mniej więcej od wieku XLIII do wieku XV przed naszą erą. W pewnych okresach i opowieściach uznawany też za boga światła, który dostał bęcki od boga burzy i musiał zamieszkać w zaświatach wniesionych w posagu przez kochankę, "Władczynię Wielkiego Poniżej" (Eereszkigal), z którą według innych podań też walczył, zanim uległa jego wątpliwym wdziękom.

Nergal to nie jedyne dawno zakopane bóstwo, którego truchło zamienia obecnie w laleczkę współczesna popkultura. Pierwszą edycję programu "Mam Talent" wygrał akrobatyczny duet Melkart Ball, swoją nazwę zapożyczający od Melkarta, baala (czyli bóstwa) fenickiego portowego miasta Tyr, patrona żeglugi czczonego szeroko w całym fenickim świecie (w Kartaginie, Damaszku), który umierał jesienią, a wiosną się odradzał.

Nergal szukał pewnie czegoś, co pozwoliłoby mu nie nazwać się Hades (bo ta nazwa zajęta była przez dyskotekę disco polo w Juchnowcu koło Białegostoku), chłopcy z Melkart Ball zachowali się pewnie jak rodzice, którzy chcieli nazwać córkę Kurtyzana (które to słowo usłyszeli w telewizji i wydało im się ono eleganckie, autentyk z konsultującej takie przypadki Rady Języka Polskiego). Stęchłe gusła ożywające w erze podobno zimnego rozumu. Rozkoszne. Pozostaje wierzyć, że chociaż nasi restauratorzy z branży sushi najpierw siegną choć do Wikipedii, zanim nazwą restaurację dajmy na to Kanayamabiko.

Słownik brzydkich słów

Patena – pozłacany (albo posrebrzany) dysk, na którym kładzie się hostie, które w czasie mszy stają się ciałem Jezusa (występuje zwykle w komplecie z kielichem na wino/krew Pańską). Przepisy mówią, że patena powinna być wykonana z materiału, który na danym terenie uważa się za szalchetny, w grę wchodzi więc też dajmy na to masa perłowa albo kość słoniowa.

Wariacją na temat pateny jest tzw. patena komunijna, czyli coś podobnego, tyle że z uchwytem pozwalającym dzielnemu ministrantowi złapać na nią ewentualne okruchy komunii świętej, które w przeciwnym razie wylądowałyby na podłodze. Każdy ministrant wie, jak trudno wykonać to zadanie właściwie, tzn. bez tłuczenia księdza po palcach i poderżnięcia gardła wiernemu (zagrożenie hipotetyczne, patena ma zwykle tępe brzegi). Ministrant zwykle stara się, żeby osłona towarzyszyła komunikantowi na całej jego trasie z puszki do ust lub ręki przyjmującego, gdy jednak nie jest doświadczony bywa, że owo przyjęcie komunii swoimi niecelnymi ruchami skutecznie utrudnia. Największym komplementem dla takiego ministranta jest gdy po komunii na patenie znajdą się jednak okruchy ("zestukiwane" później, albo zdjemowane później do puszki przez księdza), największym bólem, gdy komunikat jednak poleci na ziemię albo – co zdarzyło mi się wiele lat temu – wprost w dekolt pewnej hojnie obdarzonej przez naturę pani. Tak potraktowane ciało Pańskie należy spożyć (robi to ksiądz), względnie wrzucić do wody, w której się rozpuści. W Sokółce się nie do końca rozpuścił, pozostawiając fragment tkanki, i stąd mamy cud eucharystyczny i wypełniony autokarami parking.

Słownik brzydkich słów

Woda święconasymbolika wody w chrześcijaństwie jest tak bogata, że można by o niej pisać habilitację. Woda to życie, śmierć, Duch, błogosławieństwo, oczyszczenie. Woda w liturgii, w czasie chrztu, to kopalnia sensów i znaczeń. A woda w zainstalowanym przy wyjściu z kościoła wiaderku, względnie kamiennej (lub dajmy na to – miedzianej) miniumywalce?

To nie tylko hodowla bakterii. Tak zwana woda święcona (właściwie: woda pobłogosławiona) służy do tego, by się nią kropić względnie czynić zamoczoną w niej ręką czynić znak krzyża (dotknąć czoła, piersi, ramion, rąk). To przypomnienie chrztu, ale też egzorcyzm, mający oczyścić nas i uwolnić od brudu zła, który się do nas przylepia. Nic rzecz jasna nie dzieje się tu magicznie ani cudownie – można wylać na siebie wiadro wody święconej i nadal pozostać satanistą (choć podobno prawdziwi sataniści i opętani są w stanie wyczuć nawet herbatkę gotowaną na święconej wodzie i reagują na nią mniej więcej tak jak przeciętny Europejczyk na meksykańską papryczkę jalapenio). Gdy jednak włączysz duchowy dekoder przekonasz się z czasem, że to nie autosugestia, a święcona woda ma w sobie coś więcej niż wodór i tlen, a dzieje się to na poziomie innym niż dostępny chemicznemu poznaniu.

Logika (i tradycja) podpowiadają, że przeżegnanie się święconą wodą dobrym pomysłem jest zawsze (dlatego warto mieć ją w domu), sensowne przed wejściem na mszę świętą, nie jest konieczne po mszy świętej, gdy zostaliśmy już zanurzeni w najbardziej oczyszczającej z tajemnic. Nie ma sensu myć zębów minutę po wyjściu od dentysty.

"Woda święcona" w polskiej tradycji ma jednak równie znaczenie metaforczyne. Określa się tak czasem kazania niektórych mijających się z treścią a pielęgnujących formę kapłanów. Niby dokładających starań by zanurzyć słuchaczy w nurcie Kościoła, zwykle robiących jednak tylko burzę w szklance wody. Temat znakomicie ujął Zbigniew Herbert w genialnym wierszu "Homilia". Moja ulubiona zwrotka:

płyną słowa nad głowami się unoszą

jaki dziwny ma ten kapłan głosu organ

ani żeński ani męski ni anielski

także woda z ust płynąca to nie Jordan

Cicha taca – określenie, które pojawiło się w polskim Kościele na początku drugiej dekady XXI wieku, pochodząc podobno od bliżej nieznanego proboszcza, który miał zachęcać wiernych by podczas zbiórki na tacę "nie ranili kapłańskich uszu brzękiem bilonu". Autentyczna historia czy "mit miejski (parafialny?)" – nie sposób ustalić. Wydaje się, że księża o naturze windykatorów nie uciekają się jednak do aż tak wzniosłych fraz. Zaś ci, którzy naprawdę potrzebują środków (bo dajmy na to wali im się kościół), są w stanie podać w prośbie znacznie bardziej konkretne argumenty. Badania terenowe wskazują, że "cicha taca" może jednak nie być tylko polskim fenomenem, doszły mnie słuchy o podobnym apelu (o "silent collection") w Irlandii.

Nie wiem jak jest na zielonej wyspie, u nas taca długo jeszcze będzie głośna. Uwzględniając wszystkie wariacje (w niektórych kościołach tacę zbiera się codziennie, w innych tylko w niedzielę, w jednych do koszyczka, w drugich na tackę, w jeszcze innych do podsuwanej na drągu "skarpety"; w Warszawie lecą tylko banknoty, na podkoszalińskiej nie leci nic) uśredniona ofiara chadzającego na niedzielne msze polskiego wiernego to obecnie, według kościelnych rachmistrzów, circa about jeden złoty.

Słownika nie byłoby gdyby nie:  

Leksykon Liturgii (Pallotinum), 

The Oxford Dictionary of The Christian Church (Oxford University Press, 2005), 

Religia. Encyklopedia PWN. Tomy 1 – 9. (PWN, 2003), 

Mszał Rzymski (Pallotinum, 1963)

The Anchor Yale Bible Dictionary (Yale University Press, 2009)

Dorothea Forstner OSB, Świat symboliki chrześcijańskiej, IW PAx, Warszawa 1990

ks. Mirosław Daniluk SCJ, Sigla. Zbiór skrótów nazw instytutów życia konsekrowanego, stowarzyszeń życia apostolskiego oraz innych instytucjo z nim związanych, Wydawnictwo KUL, Lublin 2002

Wesprzyj nas
KUP Z RABATEM! - 52 furtki do nieba
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Co wspólnego ma Google Translator z drugim przykazaniem?

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w 99 proc. sytuacji, w których mówię o Panu Jezusie, kompletnie nie uświadamiam sobie, co mówię i co wyznaję. Że mówiąc to daję Mu prawo do siebie, władzę nad sobą.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Pewien znajomy niezbyt biegle radzący sobie z językiem Szekspira, otrzymał polecenie przetłumaczenia listu do obcojęzycznego szefa, postanowił w akcie rozpaczy podeprzeć się tłumaczem Google. Każdy, kto korzystał z tego narzędzia wie jak podstępne potrafi ono być wobec tych, co nie znają choćby podstaw języka, na który tłumaczenie ma być dokonane (kto nie wie o czym mówię, niech weźmie z Internetu dowolny angielski tekst, wklei go do tłumacza Google każąc mu przełożyć to na polski, uprzednio przygotowawszy miękkie posłanie by nie skrzywdzić się gdy ogarną go paroskyzmy śmiechu). Tekst oryginalny brzmiał: „Drogi Panie, tak jak Pan prosił w załączniku przesyłam Panu plan współpracy“. Szef otrzymał zaś list, który zaczynał się tak: „Dear Lord, as the Lord asked the Lord attached the collaboration plan.“ Wszyscyśmy mieli dziś beczkę śmiechu, ale ja – znany z tego, że wszystko kojarzy mi się tylko z jednym – od razu zacząłem zastanawiać się nad tym dlaczego nas to śmieszy.

Durny automat użył zwrotu, który stosujemy tylko w okolicznościach religijnych. I to – mam wrażenie – najczęściej bezwiednie. Nie mając pewności, o co z tym Panem Jezusem chodzi, czy to bardziej – przechodząc znów na angielski – Mr. Jesus, czy Lord Jesus (gdybyśmy mieli tego świadomość, inaczej chyba akcentowalibyśmy ten zwrot, podobnie nierozumnie odczytujemy frazę „Abba, Ojcze“).

Tysiące razy wyjaśniano już nam, jak Adonai („Pan“ po hebrajsku“) stał się imieniem własnym boga Jahwe, którego świętego imienia nie wolno było wymawiać. Jak Kyrios („Pan“ po grecku) stał się synonimem Jezusa Chrystusa. Legendę zrobiłem z opowieści o moim oazowym animatorze, który nie chciał mnie puścić z fajnymi koleżankami na pobożne wakacje, dopóki nie odnotuję w stosownym formularzu: „przyjąłem Jezusa jako mojego Pana i Zbawiciela“. Teoretycznie wiem o co chodzi – do zbawienia wystarczy, że człowiek uzna, uwierzy w to, że Jezus jest Panem życia i śmierci, że jest Bogiem i Człowiekiem, który przyszedł naprawić błąd, który popełnił Adam. Dla chrześcijanina to jak podłączenie się do prądu, jak się nie podłączysz, trudno żebyś świecił, prąd nie wyjdzie z kontaktu i nie zaświeci cię na siłę. Ja nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że w 99 proc. sytuacji, w których mówię o Panu Jezusie, kompletnie nie uświadamiam sobie, co mówię i co wyznaję. Że mówiąc to daję Mu prawo do siebie, władzę nad sobą, robię to dobrowolnie, bo wiem, że nie jest tyranem, a kimś, komu zależy na tym, żebym był sobą – jak mawia młodzież – „na maksa“.

W „Bogu, Kasie…“ mówiłem o modlitwie Jezusowej, że w niej jest całe wyznanie wiary, cała teologia. Przecież ona zaczyna się od „Panie Jezu…“ właśnie. Chciałbym, żeby mój proboszcz zamiast podejmować przez godzinę w ramach Słowa Bożego dość rozpaczliwe próby zainteresowania mnie sposobem mocowania nowego żyrandola oraz jego kosztem, wyjaśnił mi co to znaczy gdy ganiamy za Jezusem chóralnie mówiąc mu: „Panie“. A może większym problemem, czymś co zagłusza nam tę całą sytuację niczym tort przyćmiewający smak wszystkich innych dań, jest słodkie zdrobnienie do „Jezu“? Dziś, na niedzielnej mszy u mnie w parafii ciąg dalszy betonowo – wylewkowo – tynkowego sprawozdania, będę miał więc dobre pół godziny by sobie nad tym pomyśleć…

Wesprzyj nas
KUP Z RABATEM! - 52 furtki do nieba
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >