Apostoła potrzebuję od zaraz

Od dwóch tysięcy lat potrzeba nam w Kościele tego samego – namaszczonego Duchem człowieka, który ogłosi nam Chrystusa tak, że chorzy będą zdrowieć, złe duchy uciekać gdzie pieprz rośnie, który będzie mówił tak, że każdy zdumiony odkryje, że mówi w jego własnym języku. Idealizm?

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Apostoła potrzebuję od zaraz

Od kilku dni siedzę w moim afrykańskim domu, gdzie łączę się w bólu z tymi, którzy cierpią z powodu zbliżającej się zimy (wieczorem i rano temperatura spada do dziesięciu stopni, na szczęście w dzień wciąż jest trzydzieści).

Dziś na śniadaniu był przełożony tutejszej jezuickiej misji, który odprawiał ranną mszę dla dzieciaków. W każdy weekend on i jego współpracownicy oprócz dwóch mszy na miejscu objeżdżają dwadzieścia dziewięć „outstations”, kaplic w buszu, jedynych okien na wiarę dla mieszkających tam ludzi.

Jezuitów jest tu tylko kilku, nie są więc rzecz jasna w stanie „obrobić“ wszystkich kaplic, każda z nich może więc liczyć na mszę świętą mniej więcej raz w miesiącu.

Gdy tu, w Kasisi, akurat jest pielęgniarka, wybiera się z księdzem, robi opatrunki, podaje leki, wyłapuje tych, którzy natychmiast potrzebują lekarza. Czasem ojcowie zabierają do buszu jakieś jedzenie. Dwadzieścia dziewięć to nie żaden rekord, jedna z jezuickich misji na północy obsługuje blisko pięćdziesiąt takich punktów.

Jezuita, pracujący tu od kilkudziesięciu lat, wyjaśnia mi, czym różni się europejski model duszpasterstwa od afrykańskiego.

W Europie (przynajmniej w naszej jej części), ksiądz siedzi na miejscu, przy parafii i tu pracuje z przychodzącymi ludźmi, w Afryce do kościoła nikt nie przyjdzie, jeśli się najpierw po niego nie pójdzie, albo wręcz nie przyniesie mu kościoła pod nos.

Cały czas jeździ się więc po wioskach, po domach, rozmawia, modli się, tylko w ten sposób jest się w stanie zyskać jako takie pojęcie o tym, co naprawdę dzieje się w życiu ludzi.

Nie tylko dowiedzieć się, że człowiek, który właśnie dał na zapowiedzi ma już jedną żonę, ale tak dawno jej już nie widział, że w zasadzie to już nie jest jego żoną, albo że katechista którego się zostawiło w danym miejscu parę tygodni wcześniej zorganizował kukurydziane piwo i ewangelizacja zmieniła się w balangę.

Czasami parafianie dzielą się takimi historiami, że nie trzeba już innego dowodu, że czas to pojęcie względne – w XXI wieku cierpienie jest dokładnie takie samo jak było w X, nawet okoliczności, sposoby w jaki ludzie je sobie zadają nie różnią się specjalnie od siebie.

Apostoła potrzebuję od zaraz

Mamy teraz w domu dwudziestojednolatkę, ma na imię Precious. Wychowała się w Kasisi, później wróciła do rodziny do buszu, jakiś czas temu trafiła do szpitala w stanie agonalnym.

Przestała brać leki na AIDS, zaraziła się szalejącą w jej domu gruźlicą. Waży niespełnia trzydzieści kilogramów. Ze szpitala wypisano ją, żeby umarła w domu.

Pojechaliśmy po nią w czwartek, ledwo przeżyła podróż (nie mamy ambulansu, wieźliśmy ją na leżąco na fotelach). Od tych kilku dni siostry stają na głowie, żeby zatrzymać ją przy życiu. Karmią, przewijają, udzielają komunii. Wczoraj została wykąpana, wyczesana. Puszczamy jej muzykę, którą lubi, regularnie podajemy leki.

W piątek Preciuos pokazywała, gdzie w jej izolatce siedzą duchy. Były wszędzie – na krzesłach, na łóżkach.  Pomodliliśmy się nad nią modlitwą o uwolnienie.

To nie jest pierwszy raz, kiedy modlę się tu z umierającym dzieciakiem czy młodym dorosłym. Gdy zadajesz mu pytania: czy chce być ochrzczony, albo: czy wierzy, czy przebacza tym, którzy skrzywdzili bijąc, wyrzekając się, ściągając czary, czy wyrzeka się wszelkiego zła i słyszy się to wypowiadane z wysiłkiem „yes“, ma się wrażenie, że moje recytowane każdej niedzieli Credo to przy tym suche formalności.

Precious nie widzi już duchów. Nadal jest jednak bardzo słaba. Czy Pan Bóg zechce ją uzdrowić? Czy będzie miała na tej ziemi jeszcze jakiś czas przyszły? Wyjdzie na słońce? Zatańczy do ulubionego przeboju Rihanny? Zakocha się? Będzie miała dzieci?

Może to dziwne skojarzenie, ale w takich momentach strasznie brakuje mi biskupa. Biskupa Kościół nie święci na HR-owca, PR-owca, koordynatora budów czy publicystę, który musi powiedzieć coś o złych mediach albo o liberalizmie, gdy tylko zobaczy wycelowany w siebie mikrofon.

Biskup to następca apostoła – ma przekazywać ludziom Ewangelię Jezusa Chrystusa, którego sam spotkał. A jeśli będzie głosił jak trzeba, jego nauka będzie potwierdzana znakami. Wyrzucaniem złych duchów, uzdrowieniami.

To jest wyraźnie napisane w Piśmie Świętym.

Apostołowie, którzy to robili nie mieli innego Ducha Świętego niż dzisiejsi biskupi.

Miewali chyba jednak ciut inne priorytety. Biskup to nie biuralista, wykładowca, czy szef proboszczów.

Biskup to świadek, nauczyciel, egzorcysta.

Biskupi nieraz wyśmiewali moje pięknoduchostwo, gdy pisałem, że marzy mi się zobaczyć kiedyś mojego biskupa w kościele, gdy przejeżdżając „wpada“ na adorację. Że co by szkodziło, żeby polski biskup zamiast odprawiać mszę w kaplicy z sekretarzem odprawiał ją codziennie ze swoimi wiernymi w katedrze. Że byłoby świetnie, gdyby zechciał raz czy dwa przejść się po kolędzie wraz z katedralnym (a może nie tylko) proboszczem.

Apostoła potrzebuję od zaraz

Papież Franciszek zdaje się praktykował ten model w Buenos Aires i osiągnął to, co osiągnąć należy – wierni (i niewierni) wiedzieli jak się nazywa, gdzie można go spotkać (kardynał Dolan robi to i dziś w Nowym Jorku, pewnie i w Polsce są przykłady, tylko ja ich nie znam).

Takie postulaty to nie naiwniactwo człowieka, który nie wie jak ciężko jest zarządzać organizacją. Powtórzę – zarządzanie (podobnie jak uprawianie bieżącej publicystyki) nie jest istotą biskupiego charyzmatu. Jego istotą jest to, o czym teraz słyszymy w Dziejach Apostolskich – nauka i znaki, które jej towarzyszą.

Miejsce biskupa jest dzisiaj przy Precious, która bardzo potrzebuje danych mu i tylko mu przez Kościół darów. Ale go tu nie ma. Bo on pewnie nie ma nawet pojęcia, że ona istnieje. A ona nie wie, że jest on.

Jak ma brać odpowiedzialność za owczarnię, skoro nie zna owiec po imieniu? Czy to wystarczy, że tylko niektórzy z jego ludzi znają?

Nie chodzi o to, by wyżywać się na biskupach, wielu z nich staje na rzęsach by obrobić działkę, którą im powierzono. Przeciwnie, trzeba im pomóc.

Widziałem gdzieś w necie akcję duchowej adopcji kleryków. Zróbmy duchową adopcję biskupa. Każdy, kto teraz czyta ten tekst niech wybierze sobie jednego hierarchę (a jak nie wie którego, niech wejdzie na catholic-hierarchy.org, pomodli się chwilę i wylosuje) i przez miesiąc codziennie się za niego pomodli. I wyśle mu majla, że będzie się starał go wspierać. Nie pouczać, wspierać.

Niechby Bóg dał mu, żeby znaleźli się ludzie, którzy odpowiedzialnie zrobią to, czego biskup robić nie musi. A on będzie miał siłę, czas i natchnienie by żyć tym, co jest istotą jego życia.

Ja zajmę się publicystyką, znajdą się tacy, co zajmą się finansami, kadrami, budownictwem i polityką. Jak w Dziejach – gdzie do innej roboty wyznaczono diakonów, bo „nie jest rzeczą słuszną, żebyśmy zaniedbywali Słowo Boże a obsługiwali stoły”.

Od dwóch tysięcy lat potrzeba nam w Kościele tego samego – namaszczonego Duchem człowieka, który ogłosi nam Chrystusa tak, że chorzy będą zdrowieć, złe duchy uciekać gdzie pieprz rośnie, który będzie mówił tak, że każdy zdumiony odkryje, że mówi w jego własnym języku. Idealizm?

Ja przy nim zostanę. Bo ilu ludzi, takich jak Precious, mogłoby jutro wstać ze swoich łóżek, gdyby padł na nich choć wzrok współczesnych następców apostołów?

Pomódlcie się za nią, proszę.

Apostoła potrzebuję od zaraz

Update z 7.05.2013

Precious walczy bardzo dzielnie. Dzis rano byl krwotok, ale teraz zebrala sily i wciaz chce siedziec na powietrzu. Trustina (siostra Bestiny i Lastiny) urzadza jej beauty session :) Modlitwa wciaz potrzebna i wskazana

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Uczeń wziął ją do siebie

Szukam jej. Choć nigdy nie byłem pielgrzymkowym typem.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >
Uczeń wziął ją do siebie

Matka Boska Ostrobramska

Maryja to dla wielu brakujący kobiecy pierwiastek Trójcy Świętej. Zmiękczający męskie kanty trójjedynego Boga. Bóg od razu będzie sądził, stawiał wszystko w kosmicznym świetle, a Maryja wysłucha, przytuli, jej można powiedzieć na ucho, niejako "przefiltrować" przez nią wszystko o czym nie chcielibyśmy, żeby Bóg dowiedział się tak wprost. 

Daliśmy się uwięzić w ziemskich pojęciach "matka" oraz "ojciec". Z tożsamości, relacji Osób Trójcy Świętej i Maryi zrobiliśmy państwa Kowalskich, tylko, że z innej planety.

A przecież Bogu nic nie brakuje, nikt nie musi go niczym dopełniać. Jest i Ojcem i Matką. Na Jego obraz i podobieństwo zostali stworzeni i mężczyzna i kobieta (czyli razem: człowiek). Ma w sobie i sprawiedliwość i czułość.

Maryja to naprawdę nie płyn zmiękczający, dzięki któremu duchowe pranie będzie się na tej ziemi jakoś przyjemniej nosić.

Proponowałbym zamiast się nad Maryją w majowe wieczory roztkliwiać, dostrzec jak nieprawdopodobnie trudne miała życie. Jak bohatersko, jak mądrze i bezkompromisowo je przeżyła.

Kocham nasze nabożeństwa majowe (zostało mi z czasów młodości, gdy chodzili na nie nawet najwięksi żule, bo na majowym były zawsze najfajniejsze dziewczyny, a w klasie maturalnej – pod białostocką katedrą – giełda  tematów), maj od jakiegoś czasu jest jednak dla mnie miesiącem, w którym zamiast tylko śpiewać o „wieżach z kości słoniowej”, próbuję też zrozumieć.

Jak to się stało, że ona w tym wieku, bez całej teologicznej wiedzy, którą później na niej zbudowano, bez wiedzy o tym jak to wszystko będzie wyglądało, początkowo przestraszona przez anioła nie grzeszącego zresztą (jak to anioł) wielomówstwem, podejmuje decyzję, która zmieni jej życie i świat.

Przecież on z nią nie podpisał kontraktu z milionem klauzul, nie wyjaśnił, nie zapytał o zgodę na to i na tamto. Wystarczyło parę zdań. Po których było trzydzieści lat zastanawiania się, o co mogło chodzić. Wdowieństwo, odejście Syna z domu, egzekucja, grób.

Uczeń wziął ją do siebie

Matka Boża z Aparecida w Brazylii

Maryja dlatego jest tak ważna w życiu każdego, kto poważnie chce żyć wiarą, że jej życie w całości było jedną wielką wiarą, niczym więcej. Zaufaniem Bogu, a nie stawianiem ultimatum: pozwól się zrozumieć, wyjaśnij co planujesz, wtedy pogadamy.

Ona mówi jedno zdanie i to wystarcza, nie znika nawet gdy ze wszystkich wyparowało pod krzyżem.

To dlatego Kościół mówi tyle o Maryi – żyła dokładnie tak, jak powinien żyć człowiek, żeby być szczęśliwym i spełnionym (choć pewnie nie zawsze zadowolonym i radosnym).

To dlatego miażdży głowę złego ducha – on wprowadził nieufność, ona przywraca zaufanie.

Nie napisała traktatów (nie wiadomo, czy umiała pisać), nie zostawiła duchowych dzienników.

Ogłosiła zbawienie sobą. Powtórzę myśl, którą już tu kiedyś zapisałem: pod krzyżem, gdy wszyscy poza nią stracą wiarę, okaże się, że trzydzieści lat bycia z Nim jest dużo ważniejsze niż półtora roku robienia z Nim i gadania.

Szukam jej. Choć nigdy nie byłem pielgrzymkowym typem.

W sanktuariach dość przeraża mnie cały ten kod, w który zaraz trzeba się wpisać: tu obchodzimy cudowne źródełko, tu figura lub obraz, tu zeszyt na cuda, hurtowe spowiedzi z całego życia i autokary, budki z hotdogiem, świecące różańce i znów autokary.

Wiele razy toczyłem boje z moimi bardziej oświeconym kolegami, przekonującymi mnie, że te wszystkie rozliczne sanktuaria Matki Bożej Takiej oraz Innej to w głowach ludzi po prostu wyłażące z nas pogaństwo, maryjnie uzasadniona tęsknota za kultem lokalnych boginek. Takie bzdury można powielać do momentu, w którym samemu się w tym nie zanurzy.

Polubiłem odwiedzanie sanktuariów, gdy nie ma tam wielkich pomp. Nawet wtedy, gdy w kościele otwarty jest tylko przedsionek. Czuję się wtedy jakbym znajdował w zakamarkach świata różne zdjęcia bliskiej mi osoby. Każde z nich wydobywa jakąś cechę, coś otwiera, przypomina, coś innego buduje.

Uczeń wziął ją do siebie

Uczeń wziął ją do siebie

Ostra Brama w Wilnie

Wyjątkowym miejscem zawsze będzie dla mnie Guadalupe.

Za każdym razem jadę tam napompowany oczekiwaniami, a wychodzę potraktowany "po Maryjowemu" – jednym, prostym zdaniem. Takim, że idzie w pięty, ale bez oczekiwanych girland, fanfar i wirującego słońca.

Nigdy nie byłem w Medjugorje, ale nie ciągnie mnie tam, bo mam wrażenie, że to jakoś nie w stylu Maryi – tyle gadać. Znam ludzi, którzy przeżyli tam swoje nawrócenia, szanuję, podziwiam, może to nie teologia, może po prostu mam inną wrażliwość.

Maryjność wpisuje się w geografię każdego Polaka, również w moją, nie ma rady.

Gdy jestem w Białymstoku modlę się w katedrze przed kopią obrazu Matki Bożej Ostrobramskiej, w Wilnie modliła się przed nią moja pochodząca stamtąd rodzina.

Odwiedzam Różanystok.

To moje strony, niedaleko mam dom. Omijam wielkie imprezy. Napatrzyłem się na nie przekłuwając bąble jako obstawa medyczna na różanostockich pielgrzymkach. Wpadam tam czasem w środku dnia, po drodze. Ostatnio  uklęknąłem w przedsionku, za mną wszedł człowiek, w gumiakach, ubarbrany, prosto z pola. Uklęknął obok i rozpłakał się tak, że nikt, ze wszystkimi świętymi, nie był chyba w stanie już myśleć o niczym więcej. Twardy, prosty człowiek szlochał jak dziecko, łkał.

Jak już człowiek nie ma siły ufać, ona zaufa za niego. Po co słowa?

W Różanymstoku jest dziś namalowany w 1929. obraz, wcześniej – od XVII wieku była ikona, którą rodzina Tyszkiewiczów trzymała w domowej kaplicy, ale odkąd zaczęły dziać się przy niej cuda, stała się własnością Kościoła.

Uczeń wziął ją do siebie

Uczeń wziął ją do siebie

Ikona Pantanassa (Wsieceryca, Wszechwładczyni)

Gdy Różanystok znalazł się w zaborze rosyjskim a katolickie zakony skasowano, kościół z ikoną przejęły prawosławne mniszki, które uciekając przed I. wojną zabrały ją na Wschód. Po wojnie nie wpuściliśmy ich z powrotem, ikona została w Połocku, jej kopia (mocno już obmodlona i okopcona dymem świec) jest dziś w monastyrze w Zwierkach, który kontynuuje tradycje tego krasnostockiego (bo tak nazywali go prawosławni).Mniszki nie są niczemu winne, jak wszyscy padły ofiarą wielkiej polityki. A co car podzielił, Maryja znów łączy, bo serce mam dziś i tu i tu. I w Różanymstoku i w Zwierkach, gdzie mają jeszcze jeden skarb.

Przywiezioną z Atosu kopię cudownej ikony Pantanassa (Wsieceryca, Wszechwładczyni). Przepiękna, ludzie modlą się przed nią o zdrowie.

Magia? A to magia, że światło wpada przez okno i ogrzewa ludzi? Ikona to okno, a to jest pierwszej przejrzystości.

Mam pewne maryjoznawcze plany.

Uczeń wziął ją do siebie

Obraz Matki Bożej w sanktuarium w Ngome

W planach mam wyjazd do sanktuarium w Ngome w RPA.

W Hondurasie, przed kilkucentymetrową figurką Matki Bożej z Suyapa kardynał Maradiaga tłumaczył mi jeszcze inny wymiar maryjnej pobożności – ludzie, których życie to czasem jedna droga przez mękę, potrzebują chwili radości i święta.

Słyszałem wiele o sanktuarium w Aparecida, gdy następny raz będę w Ziemi Świętej chciałbym wybrać się do Deir Rafat, może ktoś tam był, może podzielić się wspomnieniem?

Boję się jechać do Lourdes, Fatimy, Częstochowę szanuję, ale chyba wciąż jeszcze do niej nie dorosłem.

Szukam jej, ale pielgrzyma już chyba ze mnie nie będzie. Jakoś zafiksowało mi się w głowie, że uczeń nie tyle ma ganiać po świecie za Matką, ale ma wziąć ją do siebie. Żeby codzienne bycie z nią nauczyło go jak być z Nim.

 

 
Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >