fot. BP KEP/Canva Pro
#DEBATA: Weronika: Nie zabolała mnie piuska
Byłam na spotkaniu w kurii sosnowieckiej. Jestem osobą skrzywdzoną w Kościele. Wiem, co znaczy nosić w sobie ból, którego nie widać.
Znam ciemność i pustkę po doświadczeniu zranienia przez tych, którzy mieli chronić i kochać. Ale dziś, po tym spotkaniu – i po tym, jak przedstawiane jest ono w mediach – chcę powiedzieć coś, co może niektórym się nie spodoba.
Nie zabolała mnie piuska.
Zabolała mnie nasza postawa — nas, skrzywdzonych. Nie wszystkich. Ale często pojawiająca się postawa, w której to my zaczynamy wyznaczać granice innym, jakby nasz ból dawał nam nieograniczone prawo do tego, by dyktować, jak mają się zachowywać ci, którzy próbują nas wysłuchać.
Zapraszamy do debaty na temat komisji historycznej Episkopatu. W najbliższych dniach opublikujemy kolejne teksty, które pozwolą zaprezentować różne stanowiska, opinie i odczucia w tej sprawie. Temat wywołał duże emocje po tym, gdy w czerwcu Konferencja Episkopatu Polski zdecydowała, że za tworzenie komisji nie będzie już odpowiedzialny Prymas Polski, abp Wojciech Polak. Jego miejsce zajął biskup gliwicki Sławomir Oder, co spotkało się z niezadowoleniem części komentatorów i środowisk, które odebrały tę zmianę jako osłabienie niezależności i wiarygodności powstającej komisji.
Gdzie są granice innych, gdy my stawiamy swoje?
Podczas spotkania padła prośba o zdjęcie piuski przez biskupa. Rozumiem emocje tej osoby. Naprawdę. Nie oceniam, bo nie wiem, co symbolika piuski uruchomiła w jej pamięci. Ale czy zastanawiamy się czasem, gdzie kończy się granica naszego cierpienia, a zaczyna granica drugiego człowieka?
Przeczytaj również
WIĘCEJ>>> Bp Ważny spotkał się ze skrzywdzonymi. Otwarte spotkanie odbyło się w sosnowieckiej kurii
Czy kobieta po bolesnym rozwodzie, widząc mężczyznę z obrączką, ma prawo zażądać, by ją zdjął, bo ją to boli? To pytanie, które stawiam nie z braku empatii, ale z głębokiej troski o prawdziwe spotkanie. Spotkanie, w którym moje cierpienie nie zagłusza człowieczeństwa drugiego.
W medialnej relacji z naszego spotkania stworzono prostą opowieść: dwóch biskupów, dwie postawy, dwa oblicza Kościoła. Jeden – dobry, słuchający. Drugi – sztywny, zamknięty, raniący. Tylko że rzeczywistość była bardziej złożona.
Sama obecność biskupa Sławomira Odera na tym spotkaniu była już jakimś znakiem otwarcia. Przecież mógł nie przyjść. A jednak przyszedł. Wszedł w przestrzeń trudną, naładowaną emocjami, oczekiwaniami, frustracją – i mimo potknięć, nie odwrócił się od nas. Tak, jego słowa były niefortunne. Tak, można było je wypowiedzieć inaczej. Ale czy naprawdę odmawiamy mu prawa do godności i własnych granic tylko dlatego, że to „biskup”?
Mam wrażenie, że oberwał przede wszystkim za to, że to on „zabrał” funkcję prymasowi Polakowi. Ale przecież to nie on podjął taką decyzję. Wszedł w rolę, którą wyznaczył mu episkopat. I wyszedł do ludzi. W moim odczuciu – nie jako „reprezentant oprawców”, ale jako człowiek próbujący słuchać.
Trudna prawda o nas: nie jesteśmy tylko ofiarami
Bardzo trudno to powiedzieć, ale muszę: czasami osoby skrzywdzone potrafią ranić innych. Nierzadko cięcia, jakich dokonujemy słowem, tonem, gestem, są ostre jak żyletki. Rozumiem, że za tym stoi cierpienie, rozpacz, żal, bunt. Ale czy to daje nam prawo, by nie widzieć drugiego człowieka?
Mam wrażenie, że czasami widzimy tylko siebie, nasze cierpienie, naszą rację, nasze zranienia. A każdy, kto nie reaguje dokładnie tak, jak tego oczekujemy, zostaje oskarżony o „brak empatii”, o „pogwałcenie naszej tożsamości”, o bycie „złą twarzą Kościoła”.
Czy to jest droga do uzdrowienia?
Dajmy ludziom szansę się wsłuchać
Biskup Artur Ważny jest z nami od dawna. Jest szczery, dostępny, autentyczny. Wierzę mu. Ale nie zamykajmy się tylko na tych, którzy już zdobyli nasze zaufanie. Dajmy innym szansę. Dajmy się usłyszeć – ale też usłyszmy drugą stronę. Bo Kościół, który nie słucha ofiar, choruje. Ale i Kościół, który słucha wyłącznie ofiar, a innych traktuje jak wrogów – może umrzeć z braku dialogu.
Nasze rany nie powinny być mieczem, który tnie wszystkich wokół. One mają szansę stać się przestrzenią spotkania. Ale to wymaga pokory – nie tylko od biskupów, ale też od nas.
Nie chcę zamienić się w krzyk. Chcę dialogu.
Tak – krzywda boli. Tak – zranienie w Kościele jest czymś, co zostaje na całe życie. Ale nie chcę już być tylko „ofiarą”. Chcę być człowiekiem, który także bierze odpowiedzialność za język, jaki wnosi do rozmowy. Który słucha, ale też umie milczeć, gdy trzeba. Który nie mierzy empatii innych tylko własną miarą bólu.
Nie chcę być tylko częścią ruchu sprzeciwu. Chcę być częścią ruchu uzdrowienia.
Przeczytaj też inne teksty, które ukazały się w ramach naszej debaty:
Ks. Piotr Kieniewicz: Komisja historyczna Episkopatu. Spór bez miejsca na zaufanie<<<PRZECZYTAJ
Tomasz Krzyżak: „Nie czas na nekrolog dla komisji historycznej Episkopatu” <<<PRZECZYTAJ
Tośka Szewczyk: „Gdyby decyzja biskupów była dobra… Czyli pytanie, które nie padło”<<<PRZECZYTAJ
Ks. Jan Dohnalik: Małe „non possumus”. Testament zespołu Prymasa<<<PRZECZYTAJ










