Maryja. Biblijna przewodniczka po Adwencie

Relacje nasycone niezrozumieniem, słowa pełne nieumiejętności opowiedzenia wszystkiego, ciągłe natrafianie w sobie i w innych na nieznane ziemie — czy to wystarczające argumenty przemawiające za porzuceniem syzyfowej pracy szukania innych? Słów kilka o kontaktach międzyludzkich z perspektywy Maryi.

Zuzanna
Marek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nasza codzienność przeniknięta jest tajemnicą. Tajemnicza jest otaczająca nas natura, tajemniczy jest rozciągnięty nad nami kosmos, tajemnicze są głębiny ziemi bulgoczące lawą i dna oceanów rozsadzane ciśnieniem. Tajemniczy jest też w końcu człowiek, który stoi obok nas — jego ciało i dusza, jego myśli, wyobraźnia, uczucia i emocje, tajemniczy jest też ten człowiek, którym my sami dla siebie jesteśmy. Łatwo się więc domyślić (co też z pewnością znamy z własnych doświadczeń), że relacje, które budujemy, nasycone są niezrozumieniem i niemożnością opowiedzenia wszystkiego, co chciałoby się wyrazić i nazwać. Nawet, jeśli jesteśmy z kimś bardzo blisko, intymnie i przyjacielsko, to i tak dochodzimy w różnych momentach budowania tej więzi do granicy „niewyrażalności”, ponieważ trudno nam opowiedzieć o tym, co czujemy, co myślimy, jak wyobrażamy sobie pewne rzeczy, co w nas rodzi to czy inne wydarzenie i skąd się biorą nasze spontaniczne reakcje. Co więcej, poznając innych (szczerze i uczciwie), ucząc się ich, ciągle natrafiamy na coś niespodziewanego, odmiennego od naszych myśli, innego od naszych dróg. Czy jednak jest to argument za tym, by porzucić tę syzyfową pracę szukania innych? Czy w związku z tym, że i tak nigdy do końca nie poznamy drugiego człowieka, że ktoś „mój” i tak na zawsze pozostanie „nie-mój”, trzeba przestać być z ludźmi?

 

Poplątane życie

Bardzo konkretną odpowiedź na te pytania można znaleźć w życiorysie kobiety, która doświadczyła „niewyrażalności” chyba w każdej możliwej odsłonie życia — od Maryi. Choć ewangelie podają wiele faktów z jej życia, to o jej narodzinach i śmierci nie mówią ani słowa. Jak widać, te podstawowe informacje o Maryi, dla ewangelistów wcale nie były jednak takie ważne. Apokryfy, pobudzające wyobraźnię, ale stawiające umysł w stan gotowości do krytyki i zaprzeczeń, próbują wypełnić owe „luki” kronikarskie, opowiadając na przykład o jej niepokalanym poczęciu, o ofiarowaniu Bogu na własność jeszcze w dzieciństwie lub zaśnięciu zamiast śmierci. Na szczęście Kościół nie boi się tajemnic i próbując uwierzyć w to, co niezrozumiałe, ostatecznie dostaje z nieba łaskę wiary, a razem z nią dar poznania części prawdy o tajemnicach Boga.

Nie tylko jednak biblijni i starożytni skrybowie mieli problem w opowiedzeniu tajemniczego życia Maryi. Z pewnością i ona sama czuła niewyrażalność tego, co ją spotyka. Po zwiastowaniu, a raczej cudownym poczęciu się Mesjasza w jej łonie, z pewnością nie była w stanie znaleźć takich słów, którymi dałoby się tak opowiedzieć komuś to wydarzenie, by pojął nie tyle, czym ono w ogóle było, ale czym było dla niej. Pewnie nawet bliski jej Józef, który przez prostotę i prawość docierał w swym sercu do Bożych tajemnic, słuchając relacji Maryi, patrzył na nią z miłością, ale i z lekkim zakłopotaniem. A jej relacja z Jezusem? Teoretycznie prosta, bo ona matką, a On synem, ale w praktyce zupełnie skomplikowana, bo splatająca w sobie więzi mistrza i uczennicy, Boga i człowieka. Choć Maryja najbardziej z nas wszystkich miała prawo powiedzieć o Jezusie „mój”, to jednak nigdy On nie był całkiem jej (choć ciało wziął z Maryi), a raczej ona była kawałkiem Niego. Czego więc można się nauczyć od Miriam, Matki Jezusa, która całe życie tkwiła w tajemnicy, jednocześnie będąc przeźroczystą? Jak spojrzeć na nią w kontekście adwentowego szukania bliskości z Bogiem?

 

Słowa wrośnięte w życie

Maryja sama wyśpiewała odpowiedź na to pytanie kiedyś w Ein Karem, gdy po kilku dniach wędrówki dotarła do domu swojej kuzynki Elżbiety — z jednej strony tryskającej radością żony milczącego męża, z drugiej starej matki rozwijającego się pod jej sercem syna. Modlitwa Maryi, zwana dziś Magnificatem i codziennie wieczorem śpiewana w liturgii godzin, to jednak nic innego jak kolaż cytatów z Biblii, które z pewnością były dla niej ważne albo które po prostu lubiła. Czy nie jest tak i z nami, że to, co nas wewnętrznie porusza, wpada w naszą pamięć, a potem tak silnie kształtuje myśli, że po jakimś czasie nie jesteśmy w stanie odróżnić tego, co przyswojone, od tego, co przez nas wyprodukowane w procesie trawienia duchowego pokarmu? Prawdopodobnie i Maryja w ten sposób ułożyła swój hymn uwielbienia i być może, śpiewając go Bogu, poruszała w sobie wszystkie struny, które wcześniej On sam w niej nastroił różnymi wydarzeniami oraz usłyszanymi słowami.

Sam początek pieśni Magnificat to sparafrazowane słowa Anny, żony Elkany, których losy opisane są w Pierwszej Księdze Samuela. Może Maryja czuła więź z matką Samuela, ponieważ jej własna mama nosiła to imię i (jak podają apokryficzne źródła) Maryja sama była długo wyczekiwanym dzieckiem swoich rodziców. Być może Joachim i Anna w szabatowe wieczory i poranki, gdy zawieszano codzienną pracę, by uczestniczyć w Bożym zachwycie nad pięknem stworzenia, opowiadali swojej córce o niezwykłej imienniczce jej mamy, która choć była bardzo umiłowana przez męża, długo nie mogła cieszyć się potomstwem. Anna, nigdy nie zwątpiwszy w to, że Bóg jest panem życia, wylała przed Nim swą duszę tak obficie, że poruszyła Jego serce i uzyskała łaskę macierzyństwa. Mama Samuela śpiewała swój hymn uwielbienia, gdy oddawała syna na służbę do świątyni, wołała pełna wdzięczności i radości, mimo, że na zawsze traciła syna. Z pewnością i Maryja, w progach Elżbiety czując i radość narodzin Syna Bożego i konieczność oddania Go w końcu sprawom Jego Ojca, śpiewała podwójny hymn — wesela i straty, pieśń przyjęcia tego niezwykłego Daru i oddania Go, nawet jeszcze nie mając Jezusa w swoich rękach.

Czym jeszcze wybrzmiewa Magnificat, czyli jakie jeszcze Boże słowa kształtowały wnętrze Maryi? Całe mnóstwo myśli proroków. Od Izajasza zaczerpnęła krzyk entuzjazmu z powodu tego, że Bóg przyodziewa swój lud w szaty zbawienia i zakłada klejnoty tym, którzy choć często nie wiedzą, to są Jego wybranymi (por. Iz 61,10). Od Habakuka usłyszała i wzięła sobie mocno do serca, że choć pozornie nic nie widać, nic nie wskazuje na dobro i błogosławieństwo, choć winnice nie wydają plonów, owce znikają z owczarni, a oliwki marnieją, to jest się z czego cieszyć, bo Bóg nie zapomniał i Jego siła objawi się w stosownym czasie (por. Ha 3, 18). Od króla Dawida, najsłynniejszego pieśniarza i lutnisty Starego Testamentu, nauczyła się żyć pomiędzy „już” i „jeszcze nie”, a co za tym idzie być wdzięczną za odkupienie, które jednocześnie przychodzi i już jest dostępne, za wierność Boga z pokolenia na pokolenie i za łaskawość Bożą nad synami synów, a także za troskliwość Wszechmocnego dotykającą wszystkich bez wyjątków, która głodnych syci, bogaczy uniża, a łaknących napełnia dobrami (por. Ps 111,9; Ps 103,17; Ps 89,11; Ps 107,9). Od swojej praprapra…babki Lei, żony patriarchy Jakuba, Maryja nauczyła się być prawdziwie szczęśliwą, żyjąc w cieniu i w drugim rzędzie. Inaczej nie posłużyłaby się w swojej modlitwie słowami kobiety, która choć pierwsza zaślubiona, to mniej kochana, a mimo to wierna i bliska, i nie wołałaby: Odtąd będą zwać mnie szczęśliwą wszystkie pokolenia (por. Łk 1,48; Rdz 30,13).

 

Osobność rozdana

Przy tym pięknie Maryi, przy jej niezwykłym oddaniu Bogu i przy cnotach będących dla niej czymś niemalże naturalnym można zwiesić głowę, smutno spojrzeć na swoje życie i pomyśleć: „To nie dla mnie”. To jednak nie jest myśl, za którą warto pójść. I choć oczywiście faktem jest, że Maryja miała bardzo osobną, wyjątkową i niepowtarzalną drogę, której (to pewne!) nikt z nas nie powtórzy, to jednak ona sama nie była osobna. Nie odcinała się od ludzi i ich spraw. Żyła zawsze z kimś, mając go albo na wyciągnięcie ręki albo na odległość myśli lecącej przyjaźnie do jego spraw i trosk. Nawet, gdy modliła się na osobności to nie była w tym osobna, bo jej modlitwy roiły się od ludzi.

Może zatem w ten grudniowy czas niesprzyjający wychodzeniu z domów przez marznące ręce i czerwieniejące od mrozu policzki warto jednak trochę się przełamać i jak Maryja być blisko ludzi, ich trosk, spraw i codzienności, mimo, że zawsze gdzieś między nami pojawią się punkty „niewyrażalności” i „nieopisywalności”. Miriam w swej tajemniczości ciągle powierzała się innym i jednocześnie nieustannie brała pod swój dach (ten dosłowny i ten wewnętrzny) ludzi, z którymi się spotykała. Czy zatem nie jest dobrym pomysłem adwentowo oddać trochę siebie innym? Czy nie warto wypić z kimś te (dostępne w kawiarniach tylko w grudniu) piernikowe i cynamonowe kawy? Czy nie czas zawiesić modlitwę za siebie i swoje sprawy, a stawać przed Bogiem choć samemu to jednak wspólnie — ze wszystkimi ludźmi wokół nas? Do tego nie potrzeba wiele, tylko odrobiny myśli, skrawka chęci i wiary niczym ziarnko, a także miłości dodanej do tych naszych okruchów przez samego Boga.

 

Zuzanna Marek

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Zuzanna
Marek
zobacz artykuly tego autora >

Biblijni przewodnicy po Adwencie. Jan Chrzciciel

Zaangażowanie czy obojętność? Powszechnie ceniona empatia czy zdrowy dystans? Czy istnieje radykalizm, którego nie trzeba się bać? Tak, a jego uosobieniem jest ktoś, kto na adwentowej mapie pojawia się bardzo konkretnie i wyraziście. Jan, syn Zachariasza i Elżbiety, zwany zwykle Chrzcicielem.

Zuzanna
Marek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nie lubimy skrajności. Cenimy niewpadanie ani w przesadny entuzjazm ani w głęboką rozpacz. Chłodne podejście do zmienności świata i mnogości bodźców nie wydaje nam się (i słusznie!) bezduszną obojętnością, ale wypracowaną dojrzałością, którą uparcie chronimy, gdyż pomaga nam funkcjonować, a także wspierać tych, którzy jeszcze do niej nie doszli. Zdrowo jest przecież żyć zasadą „złotego środka”, ale jednocześnie uczciwie trzeba przyznać, że są w życiu takie momenty, gdy dobrze jest pozwolić sobie na bycie zimnym lub gorącym. Te chwile zaangażowania myśli, emocji, ciała i duszy są często czymś, czego się wstydzimy, bo odsłaniają naszą wewnętrzną siłę, łamaną przez dzikość, która stoi już o krok od ziemi o nazwie „radykalizm”, który wśród słów nazywających postawy życiowe nie cieszy się popularnością.

Czy istnieje jednak radykalizm, którego nie trzeba się bać? Tak, a jego uosobieniem jest ktoś, kto na adwentowej mapie pojawia się bardzo konkretnie i wyraziście. Jan, syn Zachariasza i Elżbiety, zwany zwykle Chrzcicielem, prowadził na ziemi właśnie takie życie — życie obfitujące w skrajności. Nie był jednak wyznawcą tylko jednej odsłony rzeczywistości: radosnej lub smutnej, rozkosznej lub szorstkiej, ale mieszały się w nim przeciwieństwa, które przedziwnie się w nim zgrywały, a nie wykluczały. Jan Chrzciciel doświadczył niemalże tyle samo cudownych rzeczy co „twardych” faktów, niemalże tyle samo nadzwyczajnych ingerencji Boga, co uziemiających go wydarzeń. Jego radykalizm polegał więc głównie na tym, że owe skrajności przyjął, a także dostrzegł w nich coś więcej, zobaczył to, czego inni nie widzieli lub nie potrafili nazwać. A do tego miał odwagę być inny, ale nie dla inności samej w sobie, ale dla „nowości”, którą odkrył w Panu Bogu i o której odważył się opowiedzieć światu.

 

Wszystko jest znakiem?

Nowość, którą wydobył z siebie Pan Bóg, objawiała się najpierw w różnych faktach życia Jana Chrzciciela. Przyglądając się jego biografii, warto jednak na chwilę odłożyć najbardziej oczywiste i spektakularne wydarzenia, by zauważyć te dziejące się pomiędzy, a co za tym idzie z niemałym zaskoczeniem dostrzec, że i Pan Bóg może tkwić w szczegółach. Czym jest zaś to „pomiędzy” w życiu Jana? A chociażby na przykład tym, że skoro Jan cudownie narodził się już bardzo podeszłym w latach Zachariaszowi i Elżbiecie, to na nim zamknął się jego ród. Jan był jedynym i ostatnim synem pobożnego Żyda Zachariasza, co symbolicznie domknęło dzieje ich rodziny, a w szerszej perspektywie także dzieje starotestamentalnego bycia z Bogiem. Co więcej, według tradycji po śmierci rodziców Jan udał się na Pustynię Judzką i tam w postach oraz modlitwach poznawał Boga. Jak widać, milczenie w życiu tej rodziny było nie tylko znakiem kary za niewiarę Zachariasza w słowa Archanioła Gabriela, ale stało się drogą Jana, aż do dnia stanięcia nad brzegami Jordanu. Może więc najpierw czuł się wybrany do bycia pustelnikiem, a potem nagle zauważył, że Bóg „zmienił zdanie” i z człowieka milczenia zrobił go człowiekiem głosu? Jeśli tak było, to kolejnym faktem „pomiędzy” jest Janowe słuchanie głosu Boga mimo pewności, że już coś o Nim wie.

W życiu Jana wydarzyło się wiele rzeczy, których sam nie wybrał albo o których pojawienie się wcale nie zabiegał. Za wiele z nich, między innymi: niezwykłe poczęcie się z niemłodych już rodziców, doświadczenie zesłania Ducha Świętego w okresie płodowym, czy wreszcie bycie kuzynem Mesjasza, mógł być naprawdę szczerze wdzięczny. Inne mógł zaś jedynie pokornie przyjąć jako niezawinione ale nieuniknione, jak w przypadku jego śmierci wynikającej z zachcianki dziewczyny dziwnie uwikłanej w relację ze swoją matką. Mimo to Jan Chrzciciel nie jest postacią rzucaną falami dnia codziennego, ale człowiekiem wyborów. Świadczą o tym cztery wyrażenia odmieniane przez przypadki w jego biografiach — ubranie z sierści wielbłąda, miód, pustynia i Słowo, które mogą być obrazami odsłaniającymi to, co swoim życiem Jan Chrzciciel chciał powiedzieć o przychodzącym Bogu. Przyjrzyjmy się im zatem.

Pierwsze: Jan, mieszkając na pustyni, chodził ubrany w sierści wielbłądów. Pewnie, że historycznie da się wyjaśnić, dlaczego zakładał taki a nie inny strój, ale skanując Biblię w poszukiwaniu oczywisto-nieoczywistych wyjaśnień, nietrudno połączyć jego historię z losami patriarchy Jakuba, który przebrał się za swojego brata Ezawa, obwiązując się skórami zwierząt, by uzyskać błogosławieństwo ojca. Może więc i Jan tym sposobem gdzieś w tle komunikuje: „Uwaga! Uwaga! Szykuje się szwindel na miarę wszechświata. Bóg ubierze się w ludzkie ciało, by będąc dalej sobą, uzyskać dla ludzi śmiały przystęp do Ojca”.

Drugie: Jan żywił się miodem i szarańczą. Jeśli chodzi o latające robaki, to wszystko w porządku, ale jaki z niego asceta i pustelnik, skoro zajada się miodem? Czymś, co Samson wydobył z wnętrza zabitego przez siebie lwa, a co w żydowskiej symbolice jest znamieniem dobrobytu czasów Mesjasza, znakiem pokonania śmierci przypominającej lwa pożerającego ofiarę przez nowe życie, owoc pracy pszczelego roju?

Trzecie: pustynia. Świetnie znającemu Pisma Janowi z pewnością nie raz, gdy patrzył na rozciągające się po horyzont piaski, przypominał się Abraham liczący gwiazdy na niebie i ziarna piasku na pustyni. Syn Zachariasza pewnie dobrze wiedział, że jego naród jest właśnie jak ta pustynia — raz zimna, raz upalna, raz spokojna, raz targana burzą. I może wtedy, siedząc na wydmach, „na sucho” uczył się kochać w modlitwie zmienność, niestałość i niewierność tych, do których Bóg go pośle.

Czwarte: Słowo. To ono tak naprawdę uczyniło Jana tym, kim był. Ono jak srogi wojownik runęło pośrodku zatraconej ziemi (por. Mdr 18,15), by nauczyć Jana, jak Bóg chce się przez niego objawić. Ono opowiedziało Janowi o jego sercu, o tym, jak Bóg je ukształtował i do czego zaprosił: Głos się rozlega: «Drogę dla Pana przygotujcie na pustyni, wyrównajcie na pustkowiu gościniec naszemu Bogu! Niech się podniosą wszystkie doliny, a wszystkie góry i wzgórza obniżą; równiną niechaj się staną urwiska, a strome zbocza niziną gładką (Iz 40,3-4). Jan więc od razu zrozumiał, że nie był Światłością, ale tym, który ma o niej zaświadczyć. Szybko się zorientował, że to on sam ma być ową burzą pustynną, która wyrównuje ścieżki jego narodu posłuszeństwem Słowu Boga. Bo przecież posłuszeństwo to pokora, a pokora to bycie ani nie za dużo ani nie za mało, ani za wysoko ani za nisko, to przyjęcie miary Boga o sobie i o świecie, to zobaczenie w sobie grzechu, ale i spoczywającego na nas nieustannie Bożego wybrania oraz błogosławieństwa. Jan działał więc dynamicznie, bo mówiąc: Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie (J 1, 26), wiedział, że Mesjasz jest już pośród swojego ludu, że nie trzeba na Niego czekać, ale wytężyć słuch, bo dzięki miłosierdziu Wszechmocnego już nas nawiedziło z wysoka wschodzące Słońce (por. Łk 1, 78).

 

Ożywić w sobie Ducha

Wbrew pozorom nasze współczesne warunki życia podobne są do pustyni, na której żył Jan. I my nieustannie zmagamy się z burzami piaskowymi różnych spraw, próbujemy ujść z zasadzek szakali i skorpionów pokus, wiatr słabości cały czas wieje mocno w nasze oczy, a skwar pożądań i namiętności wyciska z nas niemiłosiernie ostatnie poty. Także do nas, w czasie i miejscu, w którym żyjemy, Bóg kieruje swoje Słowo. Brakuje nam tylko pustynnej ciszy — ale nie tylko tej zewnętrznej dudniącej w uszach po wyłączeniu prądu, ale tej, która jest przestrzenią wewnętrzną, pustym miejscem, które ożywić może jedynie Bóg.

Może zatem warto w mijających grudniowych porankach i zmrokach poszukać tego pustego miejsca, w które będzie miało prawo wejść tylko Słowo Boże. Jeśli nie ma w nas tego miejsca, to je zwyczajnie przygotujmy, jak to robimy, szykując stół na wieczerzę wigilijną z jednym pustym talerzem. Do tego nie potrzeba znać zasad medytacji, ani wypożyczać z biblioteki dzieł Ojców Kościoła czy posiłkować się trzema różnymi tłumaczeniami Biblii. Wystarczy wziąć do ręki Pismo Święte, otworzyć je na przykład na fragmencie Ewangelii z danego dnia i postawić Bogu proste pytanie: czy to jest o mnie? Jeśli będziemy wiernie pytać, to w końcu usłyszymy odpowiedź, i jak w Janie tak i w nas po wielu latach milczenia Słowo ożyje z wielką siłą.

Według żydowskich intuicji po proroku Malachiaszu zanikł w Izraelu duch proroczy, który miał się odrodzić dopiero w czasach mesjańskich. Jan Chrzciciel, choć był ostatnim rozdziałem Starego Przymierza, był także pierwszym Nowego. W nim Bóg poruszał się tak swobodnie jak w swoich dawnych prorokach. Jeśli więc jak Jan znajdziemy na pustyni naszego życia miejsce dla Słowa, to wierzę i ufam, że i w nas odżyje prawdziwie duch proroczy, czyli umiejętność czytania rzeczywistości przez słowa i myśli Pana Boga.

 

Reklama
Reklama

Zuzanna Marek

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Zuzanna
Marek
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap