Nasze projekty

Maryja. Biblijna przewodniczka po Adwencie

Relacje nasycone niezrozumieniem, słowa pełne nieumiejętności opowiedzenia wszystkiego, ciągłe natrafianie w sobie i w innych na nieznane ziemie — czy to wystarczające argumenty przemawiające za porzuceniem syzyfowej pracy szukania innych? Słów kilka o kontaktach międzyludzkich z perspektywy Maryi.

Reklama

Nasza codzienność przeniknięta jest tajemnicą. Tajemnicza jest otaczająca nas natura, tajemniczy jest rozciągnięty nad nami kosmos, tajemnicze są głębiny ziemi bulgoczące lawą i dna oceanów rozsadzane ciśnieniem. Tajemniczy jest też w końcu człowiek, który stoi obok nas — jego ciało i dusza, jego myśli, wyobraźnia, uczucia i emocje, tajemniczy jest też ten człowiek, którym my sami dla siebie jesteśmy. Łatwo się więc domyślić (co też z pewnością znamy z własnych doświadczeń), że relacje, które budujemy, nasycone są niezrozumieniem i niemożnością opowiedzenia wszystkiego, co chciałoby się wyrazić i nazwać. Nawet, jeśli jesteśmy z kimś bardzo blisko, intymnie i przyjacielsko, to i tak dochodzimy w różnych momentach budowania tej więzi do granicy „niewyrażalności”, ponieważ trudno nam opowiedzieć o tym, co czujemy, co myślimy, jak wyobrażamy sobie pewne rzeczy, co w nas rodzi to czy inne wydarzenie i skąd się biorą nasze spontaniczne reakcje. Co więcej, poznając innych (szczerze i uczciwie), ucząc się ich, ciągle natrafiamy na coś niespodziewanego, odmiennego od naszych myśli, innego od naszych dróg. Czy jednak jest to argument za tym, by porzucić tę syzyfową pracę szukania innych? Czy w związku z tym, że i tak nigdy do końca nie poznamy drugiego człowieka, że ktoś „mój” i tak na zawsze pozostanie „nie-mój”, trzeba przestać być z ludźmi?

Poplątane życie

Bardzo konkretną odpowiedź na te pytania można znaleźć w życiorysie kobiety, która doświadczyła „niewyrażalności” chyba w każdej możliwej odsłonie życia — od Maryi. Choć ewangelie podają wiele faktów z jej życia, to o jej narodzinach i śmierci nie mówią ani słowa. Jak widać, te podstawowe informacje o Maryi, dla ewangelistów wcale nie były jednak takie ważne. Apokryfy, pobudzające wyobraźnię, ale stawiające umysł w stan gotowości do krytyki i zaprzeczeń, próbują wypełnić owe „luki” kronikarskie, opowiadając na przykład o jej niepokalanym poczęciu, o ofiarowaniu Bogu na własność jeszcze w dzieciństwie lub zaśnięciu zamiast śmierci. Na szczęście Kościół nie boi się tajemnic i próbując uwierzyć w to, co niezrozumiałe, ostatecznie dostaje z nieba łaskę wiary, a razem z nią dar poznania części prawdy o tajemnicach Boga.

Reklama
Reklama

Nie tylko jednak biblijni i starożytni skrybowie mieli problem w opowiedzeniu tajemniczego życia Maryi. Z pewnością i ona sama czuła niewyrażalność tego, co ją spotyka. Po zwiastowaniu, a raczej cudownym poczęciu się Mesjasza w jej łonie, z pewnością nie była w stanie znaleźć takich słów, którymi dałoby się tak opowiedzieć komuś to wydarzenie, by pojął nie tyle, czym ono w ogóle było, ale czym było dla niej. Pewnie nawet bliski jej Józef, który przez prostotę i prawość docierał w swym sercu do Bożych tajemnic, słuchając relacji Maryi, patrzył na nią z miłością, ale i z lekkim zakłopotaniem. A jej relacja z Jezusem? Teoretycznie prosta, bo ona matką, a On synem, ale w praktyce zupełnie skomplikowana, bo splatająca w sobie więzi mistrza i uczennicy, Boga i człowieka. Choć Maryja najbardziej z nas wszystkich miała prawo powiedzieć o Jezusie „mój”, to jednak nigdy On nie był całkiem jej (choć ciało wziął z Maryi), a raczej ona była kawałkiem Niego. Czego więc można się nauczyć od Miriam, Matki Jezusa, która całe życie tkwiła w tajemnicy, jednocześnie będąc przeźroczystą? Jak spojrzeć na nią w kontekście adwentowego szukania bliskości z Bogiem?

Słowa wrośnięte w życie

Maryja sama wyśpiewała odpowiedź na to pytanie kiedyś w Ein Karem, gdy po kilku dniach wędrówki dotarła do domu swojej kuzynki Elżbiety — z jednej strony tryskającej radością żony milczącego męża, z drugiej starej matki rozwijającego się pod jej sercem syna. Modlitwa Maryi, zwana dziś Magnificatem i codziennie wieczorem śpiewana w liturgii godzin, to jednak nic innego jak kolaż cytatów z Biblii, które z pewnością były dla niej ważne albo które po prostu lubiła. Czy nie jest tak i z nami, że to, co nas wewnętrznie porusza, wpada w naszą pamięć, a potem tak silnie kształtuje myśli, że po jakimś czasie nie jesteśmy w stanie odróżnić tego, co przyswojone, od tego, co przez nas wyprodukowane w procesie trawienia duchowego pokarmu? Prawdopodobnie i Maryja w ten sposób ułożyła swój hymn uwielbienia i być może, śpiewając go Bogu, poruszała w sobie wszystkie struny, które wcześniej On sam w niej nastroił różnymi wydarzeniami oraz usłyszanymi słowami.

Sam początek pieśni Magnificat to sparafrazowane słowa Anny, żony Elkany, których losy opisane są w Pierwszej Księdze Samuela. Może Maryja czuła więź z matką Samuela, ponieważ jej własna mama nosiła to imię i (jak podają apokryficzne źródła) Maryja sama była długo wyczekiwanym dzieckiem swoich rodziców. Być może Joachim i Anna w szabatowe wieczory i poranki, gdy zawieszano codzienną pracę, by uczestniczyć w Bożym zachwycie nad pięknem stworzenia, opowiadali swojej córce o niezwykłej imienniczce jej mamy, która choć była bardzo umiłowana przez męża, długo nie mogła cieszyć się potomstwem. Anna, nigdy nie zwątpiwszy w to, że Bóg jest panem życia, wylała przed Nim swą duszę tak obficie, że poruszyła Jego serce i uzyskała łaskę macierzyństwa. Mama Samuela śpiewała swój hymn uwielbienia, gdy oddawała syna na służbę do świątyni, wołała pełna wdzięczności i radości, mimo, że na zawsze traciła syna. Z pewnością i Maryja, w progach Elżbiety czując i radość narodzin Syna Bożego i konieczność oddania Go w końcu sprawom Jego Ojca, śpiewała podwójny hymn — wesela i straty, pieśń przyjęcia tego niezwykłego Daru i oddania Go, nawet jeszcze nie mając Jezusa w swoich rękach.

Reklama
Reklama

Czym jeszcze wybrzmiewa Magnificat, czyli jakie jeszcze Boże słowa kształtowały wnętrze Maryi? Całe mnóstwo myśli proroków. Od Izajasza zaczerpnęła krzyk entuzjazmu z powodu tego, że Bóg przyodziewa swój lud w szaty zbawienia i zakłada klejnoty tym, którzy choć często nie wiedzą, to są Jego wybranymi (por. Iz 61,10). Od Habakuka usłyszała i wzięła sobie mocno do serca, że choć pozornie nic nie widać, nic nie wskazuje na dobro i błogosławieństwo, choć winnice nie wydają plonów, owce znikają z owczarni, a oliwki marnieją, to jest się z czego cieszyć, bo Bóg nie zapomniał i Jego siła objawi się w stosownym czasie (por. Ha 3, 18). Od króla Dawida, najsłynniejszego pieśniarza i lutnisty Starego Testamentu, nauczyła się żyć pomiędzy „już” i „jeszcze nie”, a co za tym idzie być wdzięczną za odkupienie, które jednocześnie przychodzi i już jest dostępne, za wierność Boga z pokolenia na pokolenie i za łaskawość Bożą nad synami synów, a także za troskliwość Wszechmocnego dotykającą wszystkich bez wyjątków, która głodnych syci, bogaczy uniża, a łaknących napełnia dobrami (por. Ps 111,9; Ps 103,17; Ps 89,11; Ps 107,9). Od swojej praprapra…babki Lei, żony patriarchy Jakuba, Maryja nauczyła się być prawdziwie szczęśliwą, żyjąc w cieniu i w drugim rzędzie. Inaczej nie posłużyłaby się w swojej modlitwie słowami kobiety, która choć pierwsza zaślubiona, to mniej kochana, a mimo to wierna i bliska, i nie wołałaby: Odtąd będą zwać mnie szczęśliwą wszystkie pokolenia (por. Łk 1,48; Rdz 30,13).

Osobność rozdana

Przy tym pięknie Maryi, przy jej niezwykłym oddaniu Bogu i przy cnotach będących dla niej czymś niemalże naturalnym można zwiesić głowę, smutno spojrzeć na swoje życie i pomyśleć: „To nie dla mnie”. To jednak nie jest myśl, za którą warto pójść. I choć oczywiście faktem jest, że Maryja miała bardzo osobną, wyjątkową i niepowtarzalną drogę, której (to pewne!) nikt z nas nie powtórzy, to jednak ona sama nie była osobna. Nie odcinała się od ludzi i ich spraw. Żyła zawsze z kimś, mając go albo na wyciągnięcie ręki albo na odległość myśli lecącej przyjaźnie do jego spraw i trosk. Nawet, gdy modliła się na osobności to nie była w tym osobna, bo jej modlitwy roiły się od ludzi.

Reklama

Może zatem w ten grudniowy czas niesprzyjający wychodzeniu z domów przez marznące ręce i czerwieniejące od mrozu policzki warto jednak trochę się przełamać i jak Maryja być blisko ludzi, ich trosk, spraw i codzienności, mimo, że zawsze gdzieś między nami pojawią się punkty „niewyrażalności” i „nieopisywalności”. Miriam w swej tajemniczości ciągle powierzała się innym i jednocześnie nieustannie brała pod swój dach (ten dosłowny i ten wewnętrzny) ludzi, z którymi się spotykała. Czy zatem nie jest dobrym pomysłem adwentowo oddać trochę siebie innym? Czy nie warto wypić z kimś te (dostępne w kawiarniach tylko w grudniu) piernikowe i cynamonowe kawy? Czy nie czas zawiesić modlitwę za siebie i swoje sprawy, a stawać przed Bogiem choć samemu to jednak wspólnie — ze wszystkimi ludźmi wokół nas? Do tego nie potrzeba wiele, tylko odrobiny myśli, skrawka chęci i wiary niczym ziarnko, a także miłości dodanej do tych naszych okruchów przez samego Boga.

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę