Na Jasną Górę dotarła najstarsza i najdłuższa pielgrzymka biegowa

Biegli w sztafetach w pięciu etapach po 100 km. W czwartkowe popołudnie, 25 lipca, maratończycy 30. Pielgrzymki Biegowej z Bytowa na Kaszubach osiągnęli cel – Jasną Górę. To najstarsza i najdłuższa tego typu pielgrzymka w kraju. Biegacze modlili się za Ojczyznę, dziękowali za Jana Pawła II w 40. rocznicę jego pierwszej wizyty w Polsce.

Polub nas na Facebooku!

Trasę pokonało osiem biegaczek i osiemnastu biegaczy – poinformował kierownik pielgrzymki Andrzej Doleciński. W pielgrzymce pobiegli także maratończycy m.in. z Hanoweru, Bielska-Białej, Żywca. Jak wyjaśnia Doleciński pielgrzymka ta cieszy się wielkim zainteresowaniem, chętnych jest nawet do 200 osób, ale ze względów bezpieczeństwa i kwestii organizacyjnych może wyruszyć w drogę o wiele mniej pątników.

Ks. Krzysztof Szary, proboszcz parafii św. Filipa Neri w Bytowie, który towarzyszy biegaczom od początku, u celu na Jasnej Górze nie krył wzruszenia. – Tu jest tylko radość i tylko wzruszenie. To jest niemożliwe wręcz, ile można przeżyć i ile można doświadczyć dobra, miłości, radości, przez tylko pięć dni. To było mgnienie oka, dosłownie, dopiero wybiegliśmy z Bytowa. Tak szybko to minęło – mówił filipin.

Początki pielgrzymki z Bytowa były trudne, ponieważ w pierwszej wyprawie wystartowało tylko ośmiu biegaczy, sztafetowo musieli więc pokonać sporo kilometrów na trasie liczącej pół tysiąca kilometrów
Ks. Szary podkreśla ogromny wysiłek biegowych pielgrzymów, którzy „przez pięć dni, codziennie robią maraton, wprawdzie z przerwami, ale to chyba jeszcze gorzej, jeszcze trudniej, bo trzeba rozgrzać mięśnie już zastygłe, rozprostować”. Podczas biegu od momentu startu d godz. 9-tej, do godz. 17-tej płynęła nieustanna, modlitwa różańcowa. – „To jest ten wielki dar, który chcemy i dzisiaj ofiarujemy Matce Bożej na Jasnej Górze” – opowiadał o przebiegu pielgrzymki.

Na przestrzeni ostatnich lat pielgrzymki biegowe, choć należą do najtrudniejszych, stają się coraz popularniejsze. W 2008 r. w 10 grupach dotarło 230 osób, 10 lat później było 16 grup, a w nich 440 osób. To tylko dane z pielgrzymek zarejestrowanych w kancelarii kustosza Jasnej Góry. Nie wszystkie grupy są zgłaszane.

KAI

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Zakony w czasie Powstania Warszawskiego. Urszulanki

Opisując rolę Kościoła w czasie Powstania Warszawskiego, historycy najczęściej koncentrują uwagę na kapelanach wojskowych. Tymczasem wszystkie klasztory w stolicy włączyły się w pomoc walczącym oraz ludności cywilnej. Zakonnice gotowały posiłki, opatrywały rannych, dodawały otuchy, modliły się. Pierwszymi ofiarami, już kilka godzin po wybuchu Powstania, były cztery siostry ze Zgromadzenia Serca Jezusa Konającego z klasztoru na Powiślu, które wybiegły do pierwszych rannych. A także ksiądz, który wyszedł z posługą do umierającego mieszkańca.

Polub nas na Facebooku!

W połowie września odbędzie się uroczystość przy nowym pomniku, poświęconym bohaterskim zakonnicom – na skwerze przy ul. Browarnej zostanie ustawionych pięć dużych kamieni. W jeden z nich zostanie wmurowana tablica z informacją o heroizmie sióstr. – Otaczałyśmy je wielkim szacunkiem, byłyśmy pod wrażeniem ich heroizmu – mówi KAI s. Małgorzata Krupecka USJK, historyk Zgromadzenia. W klasztorze na Wiślanej mieszkały trzy siostry, które przeżyły tu Powstanie – Andrzeja Górska, Jana Płaska i Janina Chmielińska, która miała w wieku siedemnastu lat była sanitariuszką i dopiero później wstąpiła do Zgromadzenia. Uczestniczki tych dramatycznych wydarzeń długo nie dzieliły się żadnymi wspomnieniami. Dopiero pod koniec życia opowiedziały o swoich przeżyciach, ale na szczęście przechowała się Kronika z dokładnym opisem sierpnia ’44 i pierwszych dni września – mówi s. Krupecka.

Dramatyczne wydarzenia w klasztorze sióstr Zgromadzenia Urszulanek Serca Jezusa Konającego opisała s. Stanisława Czekanowska już 14 września w Milanówku, gdzie schroniły się urszulanki wygnane ze swej siedziby na Powiślu.

Cztery zakonnice z klasztoru urszulanek na Powiślu były chyba jednymi z pierwszych ofiar po wybuchu Powstania Warszawskiego. Siostry Teresa Bagińska, Amelia Ostoja-Chodakowska, Dolores Husmu Deymer (była pół-Turczynką) i postulantka Jadwiga Frankowska miały między 23 i 39 lat. Pierwszego sierpnia wybiegły z noszami w pierwszych godzinach walk, żeby nieść pomoc rannym cywilom. Niemcy prowadzili ostrzał z budynków Uniwersytetu Warszawskiego. Siostry już nie wróciły, a towarzysząca im s. Jana Płaska została ranna. W tym samym dniu został zastrzelony przez Niemców ks. Tadeusz Burzyński, który pełnił w klasztorze funkcję kapelana w okresie letnim. W komży i stule wybiegł na ulicę, wezwany do konającego. Był pierwszym kapelanem Powstania, który zginął po rozpoczęciu walk.

W kolejnych dniach sierpnia nazywany potocznie „szary dom” sióstr, w którym mieściły się klasztor, akademik dla studentek i przedszkole, przekształcił się w sposób nieplanowany w jadłodajnię, szpital polowy, miejsce schronienia dla około tysiąca cywili. Od rana do wieczora urszulanki wypiekały chleb, (ktoś ustawił nawet tabliczkę z napisem „Do urszulanek po chleb”), rozdawały 1,5 tys. porcji zupy i 900 śniadań i kolacji. Opatrywały rannych, także wrogów, m.in. służącego w formacji niemieckiej Kałmuka, który po tygodniu zbiegł do „swoich”.

„Szary dom” był punktem łączników i łączniczek, miejscem wytchnienia dla żołnierzy z terenu, którym dowodził „Kazik” – Jan Grodzicki.

Codziennie ks. kanonik Mikołaj Biernacki i trzech salezjanów z pobliskiego klasztoru odprawiali Mszę św. Wszystko działo się pod ostrzałem niemieckim, kierowanym od strony leżących na skarpie budynków Uniwersytetu Warszawskiego oraz pocisków burzących i podpalających – „szary dom” był burzony kawałek po kawałku, poczynając od najwyższych pięter.

„Pociski, naloty, było tego coraz więcej, ale duch panował dobry. Czytało się liczne prawdziwie polskie dzienniki, przeżywało powodzenie, milczało na niepowodzenia, czekało się Bożej, ale i ludzkiej pomocy, choć o tej ostatniej można było już dawno zwątpić…” – notowała s. Czekanowska.

Co można było zrobić więcej? Sięgnąć po broń najsłabszych. „Siostry skupiły się w kuchni, kredensie, spiżarni, piwnicy – gromadka sióstr z ks. kan. Biernackim śpiewała Godzinki w kaplicy. Była to cała nasza obecna broń i dobrze nam służyła. Mocy Godzinek ku czci NMP doświadczyłyśmy w 1939 r. i również teraz” – pisała kronikarka.

Na początku września stało się oczywiste, że klęska jest nieunikniona. Czwartego września do klasztoru wkroczyli uzbrojeni po zęby Niemcy i kazali wszystkim się pakować, ustawić na ulicy i rozkazali w kolumnie ruszyć w kierunku zachodnich dzielnic miasta.

Matka Pia Leśniewska – ówczesna przełożona generalna Zgromadzenia wspominała: „Przez cały czas powstania, a szczególnie w ostatnim tygodniu, kiedy jego upadek był już pewny, siostry starały się tym bardziej o wielkie opanowanie. Nie mówiły o swych obawach ani między sobą, a tym bardziej z mieszkańcami. Usiłowałyśmy nie dopuścić do paniki. Żyłyśmy jak żołnierze na froncie, nie dopuszczając myśli o przegranej”.

Wygnańcy dotarli do obozu w Pruszkowie, a stamtąd do domu Zgromadzenia w Milanówku. W sumie różnymi drogami dotarło tu 116 urszulanek. Matka generalna poleciła odtworzenie zniszczonej kroniki. Później zakonnice wróciły na gruzy i rozpoczęły odbudowę zrujnowanego klasztoru, w którym całkowicie zachowała się jedynie cela Założycielki, św. Urszuli Ledóchowskiej.

Siostry Bagińska, Ostoja-Chodakowska, Dolores Husmu Deymer i Jadwiga Frankowska zostały odznaczone Krzyżami Walecznych. Od 2003 toczy się proces beatyfikacyjny ks. Bagińskiego, który jest jednym z grona 122 męczenników II wojny światowej.

KAI/kh

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Copy link
Powered by Social Snap