video-jav.net

Warto chcieć więcej

Hasło „nauki przedmałżeńskie” wywołuje zwykle skojarzenia z polskim filmem. Nuda. Nic się nie dzieje. I ta oldskulowa wizja katolickiej pary… Tymczasem stawką jest to, co najważniejsze: miłość. Dlatego warto zainwestować trochę czasu i wysiłku w poszukanie dobrego kursu, jak przekonują sami zainteresowani.

Katarzyna Węglarczyk
Katarzyna
Węglarczyk
zobacz artykuly tego autora >
Dominik Kołodziej
Dominik
Kołodziej
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!


http://www.znak.com.pl/poczatek?utm_source=stacja7&utm_medium=pasek&utm_content=rabat-35&utm_campaign=Biblia%20Poczatek


Kasia i Łukasz szkolili się niedawno u krakowskich dominikanów, a Monika i Przemek pojechali do Wrocławia na kapucyński kurs weekendowy.

Otwórz umysł i serce

Dobry kurs dostarcza konkretnej wiedzy, bez lania wody. Duży nacisk na poziom nauk i kompetencje prelegentów kładą dominikanie (wiadomo: zakon kaznodziejski!). Jak mówi Marek Babik, prowadzący zajęcia z żoną Martą, zadanie jest podwójne: wyjaśnić narzeczonym, czym różni się związek sakramentalny od innych, i zapoznać ich z podstawową wiedzą o życiu małżeńskim. Pierwsze biorą na siebie ojcowie dominikanie, drugie – kwestie wartości, emocji, seksualności – przybliżają państwo Babikowie. – Zdecydowanie najlepsze było to – opowiadają Kasia i Łukasz – że prowadziła para mająca czworo dzieci i kilkunastoletni staż małżeński, czyli wiedzę praktyczną, oraz wykształcenie psychologiczno-pedagogiczne, a więc zaplecze teoretyczne.

Kapucyni wiedzą, że miłość to rzeczywistość dzielenia się (wiadomo: zakon żebraczy!). Nie ma lepszego startu we wspólne życie, niż od razu w punkcie wyjścia wyskoczyć z własnego egoizmu i podzielić się szczęściem z potrzebującymi. Uruchomili więc projekt pod hasłem „Zamiast kwiatów – szkoła w Czadzie!”. Pary proszą ślubnych gości o ofiary do puszki, które przekazują na misje w Afryce. Czadowych Par (taki honorowy tytuł im przysługuje) przybywa, bracia postanowili zatem zaproponować im coś ekstra. Od półtora roku organizują weekendowe „czadowe kursy przedmałżeńskie”. „Hołubimy ich, skoro chcą wspierać Afrykę” – uśmiecha się br. Tomasz Grabiec, prezes Fundacji Kapucyni i Misje. Jest to kurs „dla tych, którzy chcą czegoś więcej niż tylko poświadczenia o jego ukończeniu”.

Warto chcieć więcej

Wybierz formę dla siebie

Kurs dominikański ma formę wykładów. Cieszy się ogromną popularnością, czemu sprzyja duża otwartość prowadzących, przyciągająca osoby z różnych środowisk. Wygodne jest zminimalizowanie formalności i to, że można po prostu przyjść na pierwsze zajęcia (nauki odbywają się raz w tygodniu), nie zapisując się wcześniej. Dla zabieganych jest też forma weekendowa – wszystko skumulowane w piątkowe popołudnie i sobotę. To opcja dla wielu dogodniejsza niż formuła tradycyjna, rozłożona na miesiąc czy dłużej.

– Przez swoją zwięzłość „czadowy weekend” był bombą informacyjną – opowiada Przemek. – To dobrze, wiele rzeczy mogło do nas dobitniej dotrzeć. Mieliśmy pełne dwa dni przeznaczone tylko na to i mogliśmy długo dyskutować o tym, co było poruszane. – W założeniu jest to więc czas nie tylko zdobywania wiedzy, ale także doświadczania rzeczywistości, jaką jest bycie razem. Kapucyni stawiają na komfort, jaki daje kameralność. – Startowaliśmy z dwunastoma parami – relacjonuje Agnieszka Kempińska, koordynator kursu. – Teraz przyjmujemy więcej chętnych, ale górna granica to 24 pary.

Spotkaj się na nowo

Kluczowa wydaje się kategoria spotkania. Chodzi o to, by nawiązać przyjazne relacje, zapewnić warunki do „rozmów kuluarowych”, które nieraz okazują się najważniejsze. Weekend jest okazją do spotkania samych narzeczonych – na innym gruncie niż zazwyczaj, zachętą, by spojrzeli na siebie inaczej, przemyśleli i przedyskutowali to, na co w codziennym pędzie nie starcza czasu. – Poświęćcie ten czas dla siebie samych – radzi Przemek. – To są warsztaty pracy, nie mamy tam ładnie razem wyglądać, tylko podjąć refleksję: Czy naprawdę chcę być z tą osobą? Kurs każe popatrzeć na to jeszcze raz. – Ten kurs dużo „ruszył” między nami – dodaje Monika. Podobne doświadczenie mają Kasia i Łukasz: – Wspólna modlitwa czy kwestie planowania rodziny to tematy, których nigdy byśmy nie przegadali, gdyby nie kurs. Mieliśmy też warsztaty komunikacji – niby banał, ale te były inne; pokazały nam kilka metod dogadywania się z trudnymi charakterami, jakimi jesteśmy, tak by nie traktować się nawzajem jak klientów. Na kwestie komunikowania się Marta i Marek Babikowie zwracają szczególną uwagę, uznając, że w związku to podstawa.

Warto chcieć więcej

Posłuchaj świadków

To także okazja do spotkania z innymi parami – tymi narzeczeńskimi, borykającymi się z analogicznymi dylematami, ale też małżeńskimi, które ten etap mają już za sobą. – Nie było prawienia banałów – opowiadają Kasia i Łukasz. – Prowadzący odnosili się do własnych doświadczeń, a przy tym żartowali, pokazując, jak ważny jest dystans do problemów z dziećmi, teściami, pieniędzmi. Wśród prelegentów „czadowych kursów” znajdują się trzy małżeństwa z różnym stażem, każde z nich ma coś innego do powiedzenia. – Gdy pewne młode małżeństwo opowiadało swoją historię, dziwiłem się, jak to możliwe, że są nadal ze sobą – wspomina Przemek – a oni z miłością czekali na swoje trzecie dziecko, które miało się pojawić następnego dnia. Z kolei para z dłuższym stażem zwróciła naszą uwagę na moc samego sakramentu, z którego można czerpać. – Tym, co trafia do słuchaczy, jest konkretne świadectwo ludzi, którzy z jednej strony wyznają określone wartości, ale z drugiej mocno stąpają po ziemi, są po prostu normalni. – Te osoby znają się na rzeczy – podkreśla Monika. – Jednak nie było teoretyzowania, ale życiowe podejście: autentyczne problemy, poruszane bardziej w formie dialogu niż monologu.

Ciesz się tym czasem

Dobra atmosfera nie jest sprawą drugorzędną. Sprzyja jej afrykański entourage „czadowych kursów”. W przerwach kapucyni wyświetlają filmy o swojej działalności na Czarnym Lądzie, a co najważniejsze (wie o tym każdy rekolekcyjny wyjadacz!) – częstują świetną kawą, afrykańską Masają. Skoro przyszli małżonkowie decydują się dołożyć cegiełkę do tego dzieła, warto aby je lepiej poznali. Kurs zaś zyskuje egzotyczny klimacik, który okazuje się bardzo pomocny – bywa, że otwiera serca i umysły. Br. Tomasz jest przekonany, że Afryka przybliża do Kościoła.

Uczestnicy kursów dominikańskich cenią sobie panujący tam humor i swobodę, a także klimat zaufania, jaki dzięki temu powstaje. – Zawsze można podejść do prowadzących i dopytać o to, o co nie miało się odwagi zagadać na zajęciach – podkreślają Kasia i Łukasz. – Dobry kurs jest tak prowadzony, że odnajdą się na nim osoby różnie zaangażowane religijnie, a ci, którzy mają na bakier z Kościołem, nie zostaną wyklęci. Marek Babik też uważa, że prowadzący powinni się odznaczać wielkim szacunkiem dla słuchaczy, zrozumieniem dla ich różnych nastawień i poglądów.

Warto chcieć więcej

Zaproś Jezusa „na trzeciego”

Oczywiście można przeżyć kurs na płaszczyźnie wyłącznie „świeckiej” i niektórzy na tym poprzestają; niemniej propozycja Kościoła sięga dalej – by wejść w wymiar duchowy. „Czadowy weekend” jest w gruncie rzeczy pomyślany jako rekolekcje i także pod tym względem dopieszczony; nieprzypadkowo zapraszane małżeństwa należą zawsze do jakichś wspólnot. Trzecim rodzajem spotkania, do jakiego zachęca się narzeczonych, jest bowiem spotkanie z Bogiem, który sam jest Miłością. Dobrze, jeśli w programie znajduje się Eucharystia, czas na modlitwę, możliwość spowiedzi.

Kasia i Łukasz, zanim wybrali kurs u dominikanów, usłyszeli, że jest „dobry, bo dość dużo par się po nim rozstaje”. Dziwiło ich to, ale szybko przestało. – Dobrze, gdy padające pytania i opinie tak „kolą w duszę”, że ludzie decydują się odłożyć sakrament, bo zauważają, że to jeszcze nie czas lub nie ta osoba. Lepiej wcześniej niż po fakcie. – Potwierdza to świadectwo Moniki i Przemka. – Prowadzący zachęcali nas wręcz do powtórnego rozważenia decyzji o ślubie. Nie można się bać takich pytań. Pomocą była propozycja rozważenia, czy dostrzegamy momenty, w których Bóg przyszedł do nas, zadziałał przez tę osobę. My jesteśmy tuż po kryzysie, kiedy to zdecydowaliśmy się przełożyć termin ślubu, choć zaproszenia były już rozdane. Przetrwanie tej próby dobrze rokuje, ta sytuacja zbliżyła nas, wiele nam uświadomiła.

Podstawa to nie traktować nauk jako nudnej formalności do odbębnienia; chodzi przecież o to, aby wyciągnąć z niego maksymalnie dużo dla dobra własnego związku. Ostatecznie wszyscy podkreślają, że udane małżeństwo to ciągły wysiłek – jednym kursem sprawy nie załatwisz. – Jakkolwiek kurs by nie wyglądał, praca nad relacją wymaga czasu, własnego wkładu poza nim – twierdzi Monika. Dlatego dominikanie od razu zapraszają przyszłych małżonków do duszpasterstwa rodzin, a kapucyni – na „czadowe dialogi małżeńskie”.

Katarzyna Węglarczyk

Katarzyna Węglarczyk

Zapraszam na mój blog: https://www.stacja7.pl/author/Katarzyna+W%C4%99glarczyk

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dominik Kołodziej

Dominik Kołodziej

Szczęśliwy mąż i ojciec, specjalista ds. zarządzania stronami internetowymi w portalu Stacja7.pl. Były szef krakowskiego Dominikańskiego Duszpasterstwa Akademickiego "Beczka".

Zobacz inne artykuły tego autora >
Katarzyna Węglarczyk
Katarzyna
Węglarczyk
zobacz artykuly tego autora >
Dominik Kołodziej
Dominik
Kołodziej
zobacz artykuly tego autora >

Zakochany prorok

Pewnie wiele razy Ozeasz wyobrażał sobie tę scenę: oto jego była żona Gomer, wraca skruszona i błaga, żeby jej wybaczył. A on wtedy odpłaca jej za te wszystkie kłamstwa, zdrady i upokorzenia... I rzeczywiście, wróciła. Nie miała na sobie ani bransolet, ani naszyjników, ani nawet kolczyków, bez których nie mogła się kiedyś obyć. Jej włosy, dawniej starannie ozdobione, teraz były okryte jedynie chustą. Twarz była wychudzona i brzydka. Ozeasz patrzył na nią i zastanawiał się, jak to możliwe, że nadal kocha tę kobietę…

Marta
Wielek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Może właśnie wtedy przyszło mu na myśl, że jego małżeństwo jest podobne do relacji między JHWH a Jego ludem – Bóg nie tylko dochowuje wierności, ale i kocha swój lud, choć on ciągle się od Niego odwraca. To Ozeasz był pierwszym prorokiem, który zaczął w ten sposób mówić o JHWH.

Bóg był już nie tylko stroną Przymierza, ale i Oblubieńcem Izraela.

Powołany, aby głosić

Moment, w którym Bóg wezwał Ozeasza, aby przypomniał ludziom o Nim, był szczególny. Królestwem Izraela rządził wówczas król Jeroboam II (783–743 przed Chr.), który zapewnił państwu dobrobyt i rozwój. Niestety, było to okupione zupełnym odwróceniem się mieszkańców od kultu JHWH. Wspomnienie o Bogu, który wyprowadził lud Izraela z niewoli egipskiej i osadził w żyznym Kanaanie, przyblakło. JHWH był kojarzony jako Bóg koczowników, którymi dawniej byli Izraelici, a teraz, gdy wreszcie osiedli, potrzebny był im bóg, który zapewni urodzaj, dzietność i dobrobyt. Według Kananejczyków, wśród których osiedlili się Izraelici, takie atrybuty posiadał ich bóg, Baal. Wielu przybyszów uznało więc, że to będzie lepszy bóg do ich nowych warunków życia. W dodatku kult Baala i innych bóstw urodzaju był wspierany przez władców Królestwa Izraela z powodów politycznych – pozwalał na uniezależnienie się od Jerozolimy, która była ośrodkiem kultu JHWH.

Zakochany prorok

W tej sytuacji wierny Jedynemu Bogu Ozeasz musiał o Nim przypomnieć braciom i wezwać ich do nawrócenia, zanim w pogoni za dobrobytem stracą resztę wolności. Nie udało mu się. Po śmierci Jeroboama II kolejni władcy coraz bardziej uzależniali się od potężnej Asyrii,  znaczenie Królestwa Izraela stopniowo malało. W 724 r. przed Chr. Asyria najechała Izrael i po trzyletnim oblężeniu stolicy – Samarii – ostatecznie podporządkowała sobie cały kraj, zabierając część ludności do niewoli. Ozeasz nie wspomina o tym wydarzeniu (być może już wtedy nie żył, a może wcześniej przeniósł się do Judei). Był jednak świadkiem innych klęsk i powolnej utraty niezależności Izraela, toteż z determinacją starał się zatrzymać ten proces. Może dlatego właśnie sięgnął w swoim proroctwie po bolesną historię własnego małżeństwa z córką Diblaima?

Mąż nierządnicy

Księga Ozeasza przedstawia Gomer jako kobietę, co uprawia nierząd (1,2). W hebrajskim oryginale pojawia się określenie eszet zenunim, które oznacza nie tyle prostytucję czy cudzołóstwo, ale kobietę nawiązującą z mężczyznami relacje oparte wyłącznie na pożądaniu. Autorowi mogło chodzić o to, że zachowywała się wyzywająco, a może użył takiego określenia ze względu na jej późniejsze zdrady. Jest też hipoteza, że Gomer oddawała się prostytucji sakralnej, z której czerpała dochody (por. 2,5; 3,2).

Jeszcze inni badacze przywołują kananejski rytuał, któremu poddawało się wiele młodych kobiet. Wierzyły one, że aby zapewnić sobie płodność i zdolność rodzenia dzieci, należy przejść inicjację seksualną przed ślubem, w świątyni Baala. Być może Gomer była jedną z nich i z tego powodu została nazwana nierządnicą.

Ozeasz zapisał, że to Bóg polecił mu poślubić Gomer. Prawdopodobnie dopiero z perspektywy czasu dostrzegł w tym Boże działanie i swoje posłannictwo. Cała jego opowieść i orędzie nie miałoby sensu, gdyby nie kochał szaleńczo żony, a jedynie wykonywał Boże rozkazy. Pokazują to zresztą dalsze losy tego małżeństwa.

Zakochany prorok

Ozeasz i Gomer

Porzucony

Wkrótce po ślubie Gomer urodziła Ozeaszowi syna Jizreela, którego imię oznacza „Bóg sieje”. Gomer nie zamierzała jednak być przykładną panią domu, chciała używać życia i wykorzystywała każdą okazję, aby się wymknąć i zabawić (por. 2,13). Lubiła kosztowności, bransolety, kolczyki, naszyjniki, chciała się podobać. Początkowo była zakochana w mężu, z czasem jednak zaczęli ją pociągać także inni mężczyźni.

Ozeasz zdawał sobie sprawę z tego, że żona go zdradza. Przez dłuższy czas znosił to cierpliwie. Zaakceptował nawet nie swoje dzieci, urodzone w czasie ich małżeństwa. Pierwszą z nich była dziewczynka, którą nazwał Lo-Ruchama, co znaczy „Pozbawiona miłosierdzia”, a drugim chłopiec Lo-Ammi, czyli „Nie mój lud”. Oboje nazywani są przez niego „dziećmi nierządu”, w przeciwieństwie do Jizreela, którego imię symbolizuje nadzieję na odbudowanie relacji między Bogiem i niewiernym ludem. Prorok jest gotowy uznać dzieci z nieprawego łoża, jeśli ich matka znów go pokocha…

Ozeasz próbował zatrzymać przy sobie Gomer. Bezskutecznie. Odeszła, podążając za dobrobytem oferowanym przez innego mężczyznę czy mężczyzn. Dał jej więc list rozwodowy, aby była wolna. Czekał jednak na nią. Liczył na to, że kiedy dozna upokorzenia i biedy, to wróci do niego i będzie błagać, żeby ją znowu przyjął. Ale najpierw zamierzał ją ukarać (por. 2,11-16). Mimo wielokrotnego cudzołóstwa, odrzucenia i upokorzenia go nadal kochał Gomer na tyle, aby ją poślubić ponownie: I poślubię cię sobie [znowu] na wieki, poślubię przez sprawiedliwość i prawo, przez miłość i miłosierdzie. Poślubię cię sobie przez wierność, a poznasz Pana (2,21).

Gomer wróciła. I nie musiała się tłumaczyć, przepraszać. Ważne, że znowu z nim była, i to nie ze względu na tęsknotę i miłość, ale na korzyść, którą z tego miała: Pójdę i wrócę do mego męża pierwszego, bo wówczas lepiej mi było niż teraz (2,9). Ozeasz wspomina, że musiał ją wykupić za 15 syklów srebrnych i półtora korca jęczmienia, co odpowiadało cenie niewolnika. Być może Gomer popadła w tak ciężkie tarapaty, że stała się niewolnicą. Ale mogło też chodzić o tradycyjny mohar, który pan młody musiał zapłacić rodzinie panny młodej.

Mąż mój

Ozeasz opowiada o swoim małżeństwie, aby pokazać, że Bóg tak samo kocha niewierny lud, jak on kochał żonę: nie czekał, aż zrozumie swoją winę i wyrazi skruchę, wystarczyło, że chciała do niego wrócić, bo tak jej było wygodnie.

Bóg także nie czeka na naszą  bezinteresowną, doskonałą miłość, wystarczy Mu, że przyjdziemy do Niego, gdy już wszystko nas zawiedzie.

Zakochany prorok

Bóg potrafi stworzyć na nowo to, co wydaje się umarłe: oddam jej znowu winnice, dolinę Akor uczynię bramą nadziei – i będzie mi tam uległa jak za dni swej młodości, gdy wychodziła z egipskiego kraju. I stanie się w owym dniu – wyrocznia Pana – że nazwie mnie „Mąż mój”, a już nie powie: „Mój Baal” (2,17-18). W tym ostatnim zdaniu zawiera się nowość Ozeaszowego proroctwa. Słowo „baal”, zanim zostało utożsamione z bóstwem kananejskim, używane było na określenie „pan”, „właściciel”, „małżonek”.

Jednak Bóg chce dla siebie innego imienia – „mąż”, czyli po hebrajsku isz. Tym właśnie słowem nazwał w Raju Adama, a stojącą obok Ewę – isza, czyli „niewiasta”. Kiedy Bóg mówi o sobie isz, to znaczy, że chce być z człowiekiem w takiej jedność, jaką pierwotnie zaplanował dla mężczyzny i kobiety. Nie chce być Panem, chce być Mężem.

Zachęcamy do przeczytania całego tekstu w czasopiśmie Biblia krok po kroku.

Strona internetowa Biblii krok po kroku.

Zakochany prorok

Marta Wielek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marta
Wielek
zobacz artykuly tego autora >