W narkotyki od problemów

- Za pierwszym razem nie czułem żadnej różnicy. Normalnie poszliśmy do szkoły. Ale dość szybko umówiliśmy się na następny raz...

Adrian Wawrzyczek
Adrian
Wawrzyczek
zobacz artykuly tego autora >

29-letni dziś Mateusz z Górnego Śląska należy do charyzmatycznej wspólnoty “Mamre” i zdobywa ludzi dla Chrystusa. Jeszcze kilka lat temu jego życie wyglądało zupełnie inaczej. Spirala uzależnienia wciągała go w coraz głębsze rejony mrocznej, narkotykowej otchłani. Na szczęście łaska Boża okazała się silniejsza!

Jak zaczęła się twoja “przygoda” z narkotykami?

Przygoda? Jakoś nie pasuje mi to słówko w tym miejscu. Przygoda kojarzy mi się z czymś pozytywnym, dobrym, zawierającym pewien element tajemniczości, który człowieka pociąga, ale jednocześnie rozwija, ubogaca go i otoczenie, w którym przebywa. Środki psychoaktywne (narkotyki, alkohol, leki, itp.), hazard, pornografia są diametralnie różne.

I o ile w początkowej fazie coś z przygody w nich jest, to idąc dalej tą drogą, bardziej ocieramy się o coś złego, przykrego, smutnego, dokonując swoistego gwałtu na sobie i otoczeniu. Kończy się zawsze tragicznie…  

Nie zawsze śmiercią, więc co masz na myśli?

Człowiek zamyka się, alienuje, karłowacieje, czyli umiera. Wszystko oczywiście odbywa się dość subtelnie i delikatnie, dlatego trudno konkretnie powiedzieć, że np. “od dzisiaj jestem uzależniony, a wczoraj byłem normalny”. Trzeba pamiętać, że każda decyzja, którą w życiu podejmujemy, niesie za sobą konsekwencje. Tym bardziej decyzja o zażyciu czy spróbowaniu jakiegoś ryzykownego zachowania. Niby „raz” to w sumie nic takiego, ale furtkę się otwiera i im więcej „razy”, tym trudniej tę furtkę zamknąć.

W jakich okolicznościach otworzyłeś taką furtkę po raz pierwszy?

Chyba w wieku 15 lat. Stało się to przed szkołą. Poprosiłem kolegę o papierosa (dezycję o paleniu podjąłem kilka miesięcy wcześniej), a on miał tylko “zielsko” z tytoniem. Kompletnie nie wiedziałem, czym jest marihuana. Spróbowałem z ciekawości i dlatego, że nie było papierosów. Pamiętam, jak kolega mówił, że jest po tym śmiesznie i w ogóle człowiek czuje się inaczej, lepiej.

Za pierwszym razem nie odczułem żadnej różnicy. Normalnie poszliśmy do szkoły. Ale dość szybko umówiliśmy się na następny raz, że sobie kupimy więcej. Wtedy załatwił grudę haszu. Pamiętam, że jak ją zobaczyłem, to byłem w szoku, że takie małe coś kosztuje 30 zł i że niby ma starczyć na cztery osoby (bo jeszcze dwie się do nas dołączyły). Umówiliśmy się po szkole i zaplanowaliśmy w tym dniu, że pójdziemy do kina na “Straszny film”. Zapaliliśmy i było naprawdę dziwnie, nim doszliśmy na seans, to sam czułem się jak w filmie. Ludzie, kolory, miejsce, w którym byłem – wszystko wydawało mi się inne, ciekawsze. Było to bardzo przyjemne doświadczenie. Zwłaszcza, gdy zestawiłem je z rzeczywistością, która jawiła mi się jako szara, trudna. Zanim zaczął się film, to my już śmialiśmy się do rozpuku. W sumie przez 4-5 godzn było naprawdę niesamowicie…

Jak się czułeś następnego dnia?

Nie miałem kaca ani doła. W sumie nie pamiętam, co robiłem, ale pewnie rozpamiętywałem, jak było zabawnie. A że nie wypaliliśmy wszystkiego, bo naprawdę nas to „kopnęło”, to dzień albo dwa po kinie znowu zapaliliśmy. Wtedy zaczęło się na dobre…

Pamiętam, że mieliśmy takie ciągi, że braliśmy na kredyt jedną kość haszu, spłacaliśmy po trzech dniach i… braliśmy następną. I tak przez dwa tygodnie… Chwila przerwy i znowu… Przyjemność i tajemniczość była bardzo pociągająca.

Poza tym wtedy mało ludzi z naszego otoczenia sięgało po narkotyki, jakieś kilka osób na całą szkołę, więc czuliśmy się wyjątkowo. Znamy dilerów, nie boimy się palić, więc jesteśmy kimś… W szkole mieli nas za dobrych uczniów, oceny mieliśmy dobre. Ale my byliśmy pyszni z tego, kim jesteśmy dzięki narkotykom i z rzeczy, które robimy po ich zażyciu.

Wszystko wtedy kręciło się wokół „bani”. Staliśmy się swoistymi kolekcjonerami doswiadczeń. Szukaliśmy coraz “lepszych” narkotyków. Początkowo tylko marihuana i haszysz. Wymyślaliśmy przeróżne sposoby palenia – z fifki, butli, wiadra, bonga, żarówki… Potem okazywało się, że coraz więcej znajomych pali, więc pojawili się nowi dilerzy, nowe miejsca i doświadczenia. To już był nasz styl życia. Chodziliśmy do szkoły, żeby nie było “przypału”, mieszkaliśmy w rodzinnych domach, ale prowadziliśmy podwójne życie. Byliśmy częścią świata, w którego centrum była przyjemność z zażywania…

Narkotyki “poszły” razem ze mną do liceum. Tam, pomimo dużego lęku, zażyłem pierwszy raz amfetaminę i extasy. W przeciwieństwie do marihuany, tutaj na drugi dzień człowiek zaczyna odczuwać skutki „bani”. Jest wykończony, zmęczony, nie śpi, nie je, ma „przestrzeloną twarz” (podkrążone oczy, rozszerzone źrenice, wciągnięte policzki).

W narkotyki od problemów

Jak długo brałeś narkotyki?

Marihuanę i haszysz od 15 roku życia do 21. W ciągu tych sześciu lat nie paliłem może łącznie przez jakieś dwa lata, ale wtedy dużo piłem alkoholu. Extasy i amfetaminę – odkąd skończyłem 17 lat, też do 21 roku życia. Głównie w czasie weekendów, czasem także w tygodniu. Raz zażyłem kokainę, kilka razy poppers (taki wziew).

Miałeś świadomość, że sięgasz po truciznę?

Nie, w ogóle. Nawet jak zaczęły się pojawiać jakieś sygnały chorobowe, to myślałem, że na pewno nie były spowodowane narkotykami, bo w moim pojęciu narkotyki były dobre. Iluzja, w jakiej się żyje będąc uzależnionym, jest ogromna.

Jakich zniszczeń narkotyki dokonały w Twoim życiu? Pytam zarówno o fizyczne, jak i na poziomie emocji czy relacji.

Fizycznie to byłem na tyle młody, że organizm sobie z tym poradził. Chyba, bo na ten moment nie mam żadnych objawów, o których mogę  powiedzieć, że to na pewno z powodu narkotyków.

Psychicznie? Tutaj uzależnienie powoduje ogromne zniszczenie. Nie wiem, jak w sumie to wszystko streścić, bo w końcu narkomania to choroba emocji.  Na pewno z powodu brania wycofałem się ze świata. Może nie fizycznie, bo w nim funkcjonowałem, ale emocjonalnie uciekłem… Poczucie winy, złość, lęk, niechęć, bezradność, beznadzieja, samotność – takie uczucia towarzyszyły mi bardzo długo i nawet teraz czasami mnie dopadają. Na szczęście  już wiem, jak jak je właściwie przeżywać. Wtedy problem polegał na tym, że uczucia były bardzo głęboko pochowane. Na pierwszy plan wysuwały się te doświadczenia, które pojawiały się w konsekwencji zażycia jakiegoś środka, a te były pozytywne… do czasu, kiedy nie przestawały działać.

Na pewno ucierpiała moja relacja z rodziną. W ogóle wszystkie relacje. Choć miałem naprawdę wielu znajomych, to tak naprawdę nigdy nie byłem sobą i nigdy nie miałem przyjaciela. Ciągle przybierałem maski osoby, którą nie jestem. Po prostu uwierzyłem, że mogę być kimś innym, lepszym niż w rzeczywistości jestem. Uciekałem od samego siebie. Większość trudności, które mi się przytrafiały, rozwiązywałem pod wpływem narkotyków lub ich nie rozwiązywałem w ogóle…

Przechodząc do życia duchowego, tego prawdziwego centrum człowieka, to mogę śmiało powiedziećm że byłem martwy. Po prostu byłem w oderwaniu od źródła życia – czyli od Pana Boga – i wegetowałem.

Jak wyglądało Twoje wyjście z nałogu?

Do decyzji, że chyba coś jest nie tak, dość długo dojrzewałem. Kiedy miałem 19 lat, stan beznadziei, który mi towarzyszył, gdy nie brałem, był dla mnie niepokojący i przykry. Było dobrze, gdy przebywałem z ludźmi i brałem, ale jak zostawałem sam na sam bądź z ludźmi, którzy nie brali, to czułem się źle.

Próbowałem nie brać, ale tylko na krótki czas i zazwyczaj w tym czasie piłem alkohol. Powoli zacząłem się konfrontować z tym, że nie daję sobie rady. Trafiłem na terapię ambulatoryjną i tam dowiedziałem się, że potrzebuję ośrodka zamkniętego, ale ja wierzyłem, że mi się uda. Problem w tym, że nie byłem uczciwy. Bo jak nie “jarałem”, to piłem, a jak nie piłem, to brałem coś innego. Po jakimś czasie zapisałem się na terapię do zamkniętego ośrodka, ale wymogiem była dwutygodniowa abstynencja, a jakoś mi się to nie udawało. Poza tym miałem tysiąc wymówek, żeby tam nie iść…

Kiedy nastąpił ten właściwy przełom?

Pojechałem na Sylwestra i tak pobalowałem przez kilka dni, że kiedy wróciłem w Nowy Rok wieczorem do domu, tylko się położyłem i prosiłem, żeby się obudzić na następny dzień…

Wierzyłem, że jak tylko zasnę, to na drugi dzień będzie już dobrze. Niestety nie było. Nie zasnąłem, a czułem się coraz gorzej. Zacząłem panikować i poprosiłem mamę, żeby zadzwoniła na pogotowie. Lekarz mnie zbadał i powiedział, że “pierwszy raz słyszy takie serce”. Wzięli mnie do szpitala. Mówili, że nie wiedzą, jak będzie następnego ranka, czy to w ogóle przeżyję…To wydarzenie przyspieszyło cały proces szukania ośrodka i w tydzień po tej akcji trafiłem do zamkniętego ośrodka, w którym odbyłem roczną terapię. Miałem wtedy 21 lat.

Rok terapii wystarczył?

Roczna terapia to tak naprawdę kropla w morzu potrzeb. Uzależnienie to tylko wierzchołek góry lodowej. Pod tym kryje się masa rzeczy, które wymagają oczyszczenia, uzdrowienia, a do tego trzeba czasu i cierpliwości.

Kiedy skończyłem terapię w ośrodku, musiałem zmierzyć się z rzeczywistością, przed którą wcześniej uciekałem. “Ośrodkowy inkubator” nie wystarczył, bo w wieku 23 lat zacząłem pić, a dwa lata później znowu zapaliłem marihuanę. I przez sześć miesięcy na nowo zacząłem się „staczać”. Na szczęście nie skończyłem na ulicy. Dzięki Bogu i Jego miłosierdziu ten proces został przerwany dość szybko. Trafiłem na rekolekcje parafialne, na które z kolei poszedłem, bo rodzice w nich uczestniczyli. A ja nie chciałem robić “przypału”, bo już na nowo zaczynałem kręcić…

W narkotyki od problemów

Rekolekcje były kolejnym momentem zwrotnym?

W Kościele usłyszałem Słowo, które przeszyło moje serce. To był 12 wers z 4 rozdziału listu do Hebrajczyków (“Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca.” – dop. red.)

Pojechałem do ośrodka, by szukać pomocy. Porozmawiałem z terapeutką, która zasugerowała mi, bym znowu poszedł na terapię. Ja jednak czułem, że to nic nie zmieni, bo problem leży głębiej. Na drugi dzień trafiłem do spowiedzi.

Wyznałem wszystkie grzechy, którymi obrażałem Boga, szczerze żałowałem wszystkiego i prosiłem o ratunek. I Bóg mnie wysłuchał. Przyjąłem Pana Jezusa w Komunii i poczułem ciszę. Wielką, wspaniałą ciszę. Trwało to może sekundę, ale było tak niesamowite, że pomyślałem, że jak tak ma wyglądać w raju, to chcę tam iść. Tak jakby w jednym momencie Ktoś uciszył sztorm, który panował w moim sercu. To był Bóg, który mówił “Idź i nie czyń tak więcej. Ja odpuszczam Tobie grzechy, idź w pokoju”. W tym momencie zaczęła się prawdziwa PRZYGODA mojego życia, która trwa do teraz.

Prawdziwa i najwspanialsza, prawda?

Pan Bóg jest niesamowity. I tak jak nigdy nie miałem przyjaciela, tak okazało się, że mam go w samym Bogu. Ten, który ciągle przy mnie jest, podnosi mnie, pielęgnuje, kocha. Nie jestem w stanie opisać tego wszystkiego, co Pan Bóg zdziałał w moim sercu od ponad czterech lat, ale wymienię kilka owoców, które są efektem Jego łaski w moim sercu.

Od czterech lat jestem “czysty” – tzn. nie piję, nie biorę, nie palę, a od trzech lat regularnie podpisuję krucjatę trzeźwości, ofiarując ją za tych, którzy nie potrafią skończyć z nałogiem. Znalazłem wspólnotę, do której wiem, że powołał mnie Bóg. To jest moja rodzina, w której wzrastam w wierze.

Co jeszcze zmieniło się w Twoim życiu po nawróceniu?

Od momentu, kiedy zacząłem żyć z Bogiem, słuchać Jego Słowa, momentalnie poprawiły się nasze relacje w domu. Razem z rodzicami należymy do tej samej Wspólnoty – Przymierza Rodzin Mamre. I choć moi rodzice zawsze byli blisko Boga, to teraz ich i moja wiara przeżywa prawdziwą wiosnę. Razem potrafimy rozmawiać o Panu Bogu, modlić się, dzielić doświadczeniem. Rozmawiać o problemach w świetle Słowa Bożego. Prawdziwie doświadczamy Jego mocy w naszym życiu.

Poza tym poznałem dziewczynę, którą Bóg postawił na mojej drodze, bym jeszcze głębiej mógł doświadczać Jego Miłości. I tak jak w świetle Słowa Bożego odbudowuję relacje z rodzicami, tak buduję ją od podstaw z moją przyszłą żoną. To jest prawdziwa przygoda! Nie zawsze to jest miłe i przyjemne, ale jest PRAWDZIWE. A Pan Jezus powiedział przecież, że “Prawda Was wyzwoli”…

Św. Augustyn powiedział, że “niespokojna jest dusza, dopóki nie spocznie w Panu”. Podpisuję się pod tym całym sobą.  

Czy potrafiłbyś wyjść z nałogu bez Boga?

Może tak, ale pewnie poddałbym się pod inną niewolę. Tylko w Nim mam wolność.

Ciągnie cię jeszcze czasem do nałogu? Musisz się cały czas pilnować?

Nie ciągnie mnie do nałogu, ponieważ pozamykałem furtki uzależnienia. Owszem mechanizm nałogowy jest i czasami doświadczam różnych trudności, ale to nie jest to samo, co wtedy, kiedy wahałem się pomiędzy “wziąć czy nie wziąć”. Teraz to jest na innym poziomie. Uważam, że to są normalne trudności. W końcu nie dostałem cięższego krzyża niż bym mógł udźwignąć.

Jedyne czego muszę pilnować to tego, by żyć w stanie łaski uświecającej, nieustannie być w kontakcie z Ojcem. A cała reszta pokus, które przychodzą? Wiem, że są po to, żeby mnie wydoskonalić. W końcu złoto w ogniu się próbuje (śmiech – dop. red).

Adrian Wawrzyczek

Adrian Wawrzyczek

Specjalista ds. contentu, social media i strategii marketingowej. Jako były dziennikarz piłkarski taktykę portalu najchętniej rozrysowałby na tablicy, wydobywając z siebie hasła zagrzewające do ataku. Uwielbia książki, e-booki, aplikacje mobilne i dobre jedzenie, a jego kubek na kawę jest największy w całej firmie. Swoje miejsce w Kościele odnajduje w rodzinie i nurcie charyzmatycznym. Prywatnie autor bloga www.jakogarnac.pl.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Adrian Wawrzyczek
Adrian
Wawrzyczek
zobacz artykuly tego autora >

Niebo zaczyna się od komunii

Powiedzmy sobie szczerze – jeśli chcę mieć z Panem Bogiem relację, spotykam się z nim w Eucharystii. Bez tego ani rusz

Otylia Brendel
Otylia
Brendel
zobacz artykuly tego autora >

Wielu moich znajomych, ochrzczonych i bierzmowanych, określających się tradycyjnym „wierzący-niepraktykującym” otwarcie przyznaje się, że Msza Święta i chodzenie do Kościoła nie jest im potrzebne, że wolą modlić się sami, że Pana Boga można spotkać wszędzie, i tak dalej. Dla takich ludzi niedzielna Msza jest prawdopodobnie przykrym obowiązkiem albo sposobem na chwilę wolnego, niedzielnego czasu. Szkoda.

Oczywiście nie mówię, że chodzenie z obowiązku jest lepsze niż wybór w wolności. Powiedzmy sobie szczerze – jeśli chcę mieć z Panem Bogiem relację, spotykam się z nim w Eucharystii. Jedna z moich koleżanek – uważająca się oczywiście za osobę mocno wierzącą – miała takie podejście, że jak wystarczy jej w niedzielę czasu, to na Mszę pójdzie, ale na zakupy też musi pójść, bo w tygodniu nie ma kiedy. Dziwiło mnie to niezmiernie, bo w mieście, w którym mieszkałyśmy Mszy było w niedziele co nie miara, od świtu do późnych godzin wieczornych, tak, że o każdej porze dnia można było z tego daru skorzystać. Mówię świadomie o „darze” bo, tak jak uczy papież Franciszek „Eucharystia to sam Jezus, który daje się nam całkowicie (…): chleb jest naprawdę Jego Ciałem ofiarowanym za nas, wino jest naprawdę Jego Krwią przelaną za nas.”

Piszę też o „darze” ponieważ wydaje mi się, że Msza Święta nam najzwyczajniej w świecie spowszedniała. Mamy ją na co dzień w swoich parafiach. W niedzielę – niemalże godzina po godzinie. Być może tu można byłoby się dopatrywać takiego luźnego podejścia do Eucharystii. Przypomina mi się doświadczenie ze spotkania Taize. Przez kilka dni spotykaliśmy się w dużych grupach na modlitwie śpiewem, rozważaniu słowa – piękna sprawa. Ale jaką radością była dla mnie Msza Święta, którą ostatniego dnia przeżywaliśmy w gronie tysięcy Polaków! Bardzo mocno poczułam wtedy, jak tęskniłam za Eucharystią.

Papież Franciszek pokazuje też wartość przyjmowania daru Eucharystii dla dobra innych ludzi: „Karmienie się Nim i mieszkanie w Nim dzięki Komunii eucharystycznej, jeśli czynimy to z wiarą, przemienia nasze życie w dar dla Boga i dla braci.” Jak być darem dla braci? Kochać, stawać się ludźmi pokoju, przebaczenia, pojednania, solidarnego dzielenia się. „Są to te same rzeczy, które czynił Jezus” – mówi papież. Stąd do pełni szczęścia droga niedaleka, bo Jezus zapewnia, że kto spożywa Jego Ciało i Krew, będzie miał życie wieczne. „Tak, życie w rzeczywistej komunii z Jezusem na tej ziemi już sprawia, że przechodzimy ze śmierci do życia. – wyjaśnia papież Franciszek – Niebo zaczyna się właśnie od tej komunii z Jezusem.”

Otylia Brendel

Otylia Brendel

Z wykształcenia psycholog, z zamiłowania śpiewaczka, z Bożego (jak ufa) zamierzenia redaktor portalu Stacja7.pl. Wielbicielka muzyki liturgicznej, kawy i "Przyjaciół" oraz żywy dowód na to, że da się lubić Warszawę i Kraków jednocześnie.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Otylia Brendel
Otylia
Brendel
zobacz artykuly tego autora >