To czyńcie na moją pamiątkę

Kapłaństwo jest sakramentem ustanowionym przez Chrystusa w Wieczerniku, gdzie odbyła się pierwsza Msza. On polecił Apostołom: „To czyńcie na Moją pamiątkę”. Od Niego pochodzi sukcesja apostolska, przekazana uczniom i kolejnym wybranym.

Dawid Gospodarek
Dawid
Gospodarek
zobacz artykuly tego autora >
To czyńcie na moją pamiątkę

Melchizedek ofiarowujący Abrahamowi chleb i wino

Na początku… było kapłaństwo powszechne

Kapłan to przede wszystkim osoba odpowiedzialna za ofiary, różne formy kultu oraz kontakt z Bogiem. Z Księgi Rodzaju wiemy, że ofiary składali Kain i Abel (Rdz 4, 3), Noe (Rdz 8, 20) czy patriarchowie (Rdz 12, 8; 15, 8-17; 22, 1-13; 26, 25; 33, 20). Rolę kapłana spełniali ojcowie rodzin, starcy i liderzy plemion. Bóg mówi Izraelitom: „wy mi będziecie królestwem kapłanów i ludem świętym” (Wj 19, 6). Kapłaństwo „urzędowe” nie było znane.

Wciąż nierozwiązaną zagadkę stanowi bardzo tajemnicza postać Melchizedeka, króla Szalemu (dzisiejszej Jerozolimy), który stanął na drodze Abrama, jeszcze zanim ten stał się Abrahamem. Autor biblijny nazywa go kapłanem Boga Najwyższego (Rdz 14, 18). Melchizedek stał się typem Chrystusa, a jego ofiara z chleba i wina – typem Eucharystii, Najświętszej Ofiary. Zapowiedź mesjańskiego psalmu 110 – „Tyś jest kapłanem na wieki na wzór Melchizedeka”  – wypełniła się właśnie w Chrystusie, wiecznym Kapłanie.

Kapłańskie pokolenie

Sytuacja zmieniła się dopiero za czasów Mojżesza. Sam wyzwoliciel Żydów z egipskiej niewoli stanowi przykład wyjątkowego pośrednictwa między Bogiem i ludem. Ustanowił urzędowym kapłanem Aarona i zapowiedział, że to kapłaństwo pełnić będą mogli mężczyźni z pokolenia jego syna, Lewiego (Wj 32, 25 – 29; Kpł 8).

Kapłaństwo stało się rodzinnym przywilejem, przechodziło z ojca na syna. Ale nie na każdego syna. Przede wszystkim kapłani musieli być zdrowi: „Dalej Pan powiedział do Mojżesza: "Tak mów do Aarona: Ktokolwiek z potomków twoich według ich przyszłych pokoleń będzie miał jakąś skazę, nie będzie mógł się zbliżyć, aby ofiarować pokarm swego Boga. Żaden człowiek, który ma skazę, nie może się zbliżać – ani niewidomy, ani chromy, ani mający zniekształconą twarz, ani kaleka, ani ten, który ma złamaną nogę albo rękę, ani garbaty, ani niedorozwinięty, ani ten, kto ma bielmo na oku, ani chory na świerzb, ani okryty liszajami, ani ten, kto ma zgniecione jądra. Żaden z potomków kapłana Aarona, mający jakąś skazę, nie będzie się zbliżał, aby złożyć spalaną ofiarę Panu” (Kpł 21, 16-21).

Kapłani musieli też uważać, by nie stali się nieczyści rytualnie, np. przed dotknięcie zmarłego (Kpł 21, 11) czy ślub z prostytutką lub niewiastą nie będącą dziewicą. Nawet jeśli córka kapłana została prostytutką, zaciągała na ojca nieczystość (Kpł 21, 1-9).

Kapłanem nie stawało się też automatycznie – miała miejsce swego rodzaju liturgiczna konsekracja (Kpł 8, 1-36). W IV wieku przed Chrystusem do tych obrzędów doszło namaszczenie olejem, zarezerwowane dotychczas dla ustanawiania królów.

To czyńcie na moją pamiątkę

Po co żydom kapłani?

Aaron i jego potomkowie będący kapłanami mieli przejąć kultyczne obowiązki Mojżesza. Do ich obowiązków należało przede wszystkim składanie ofiar. Poza tym ważnym aspektem ich działalności było pośredniczenie w składaniu ofiar (krwawych, pokarmowych i kadzielnych), strzeżenie Arki Przymierza, przewodzenie ceremoniom liturgicznym, błogosławienie, troska o świątynię (wcześniej – Namiot Spotkania). Ich zadania świątynne szczegółowo opisane są w Księdze Kapłańskiej (1-7; 24, 5-9; 24, 3; 9, 22). Oprócz czynności związanych z kultem, wyjaśniali Pisma i Prawo (Ml 2, 7-9; Kpł 10, 11; Ez 22, 26; Oz 4, 5 i in.). Kapłani namaszczali też króla i oczyszczali rytualnie nieczystych (1 Krl 1, 39; 2 Krl 11, 12; Kpł 14; 12, 6). Przeprowadzali „sąd Boży” (Lb 5, 11-31). Najwyższy kapłan raz w roku w świątyni mógł wypowiedzieć imię Boga – Jahwe.

W Nowym Testamencie kapłanów nie darzy się zbyt dużą sympatią – w czasach Pana Jezusa, podczas rzymskiej okupacji, byli oni zaangażowani politycznie. Nie wszyscy pochodzili też z rodu Aarona – głównie byli ustanawiani przez ziemskich władców.

Dla żydów, którzy nie przyjęli Chrystusa i jego nauki, ostateczny koniec kapłaństwa nastąpił z chwilą zburzenia świątyni Jerozolimskiej w roku 70. W tej sytuacji i opozycji do chrześcijan, stanowiących duchową kontynuację Izraela (Gal 3, 28), powstała nowa religia – znany dziś judaizm.

To czyńcie na moją pamiątkę

Jezus jedynym Kapłanem

Przyjście Chrystusa na świat radykalnie zmieniło sytuację. Świątynia w Jerozolimie, do tej pory najświętsze i najważniejsze miejsce religijne, miejsce „przechowujące” realną obecność Boga, traci swoją wartość. Jezus mówi o sobie: „Tu jest coś więcej niż świątynia” (Mt 12, 6). Kapłaństwo i ofiary Starego Przymierza były tylko typami, zapowiedziami Chrystusa. Jezus stawia swoje nauczanie nad nauczaniem i prawem Mojżesza (Mt 5, 17nn), a swoją ofiarę nazywa Nowym Przymierzem (Łk 22, 20). Pan Jezus osobiście wchodzi w rolę centralnego miejsca kultu (J 2, 21). Nie ma już miejsca na dotychczasowe ofiary świątynne, bo Jezus przyszedł złożyć ofiarę doskonałą, wszystko wypełniającą i wystarczającą. Jedyną i już niepowtarzalną. On sam jest ofiarnikiem i ofiarą (Mk 10, 45; 14, 24; 1Tm 2, 5-6). Teologię Chrystusowego kapłaństwa i ofiary rozwinął autor Listu do Hebrajczyków.

Kapłaństwo w Kościele

Kościół to mistyczne Ciało Chrystusa (Kol 1, 24), więc wszyscy ochrzczeni, wszczepieni w to Ciało, są jak Chrystus królami, prorokami i kapłanami (1 P 2, 4-10; KKK 1546).

Skoro, jak powiedzieliśmy, Jezus Chrystus jest jedynym Kapłanem i złożył jedyną, wystarczającą i niepowtarzalną ofiarę (Hbr 9), skąd w Kościele kapłaństwo urzędowe i składana codziennie Najświętsza Ofiara? Oczywiście nie ma tu żadnej sprzeczności. Kapłaństwo urzędowe to wyjątkowy rodzaj uczestniczenia w jedynym kapłaństwie Chrystusa, a Najświętsza Ofiara – Msza święta – jest uobecnieniem (a nie – powtórzeniem!) doskonałej ofiary Chrystusa na krzyżu.

„Kapłaństwo zaś powszechne wiernych i kapłaństwo urzędowe, czyli hierarchiczne, choć różnią się istotą a nie stopniem tylko, są sobie jednak wzajemnie przyporządkowane, jedno i drugie bowiem we właściwy sobie sposób uczestniczy w jednym kapłaństwie Chrystusowym. Kapłan urzędowy mianowicie, dzięki władzy świętej, jaką się cieszy, kształci lud kapłański i kieruje nim, sprawuje w zastępstwie Chrystusa (in persona Christi) Ofiarę eucharystyczną i składa ją Bogu w imieniu całego ludu, wierni zaś na mocy swego królewskiego kapłaństwa współdziałają w ofiarowaniu Eucharystii, pełnią też to kapłaństwo przez przyjmowanie sakramentów, modlitwę i dziękczynienie, świadectwo życia świątobliwego, zaparcie się siebie i czynną miłość” (Lumen Gentium 10).

To czyńcie na moją pamiątkę

Kapłaństwo urzędowe jest sakramentem ustanowionym przez Chrystusa w Wieczerniku, gdzie odbyła się pierwsza Msza. On polecił Apostołom: „To czyńcie na Moją pamiątkę” (1 Kor 11, 23-24). Od Niego pochodzi sukcesja apostolska, przekazana uczniom i kolejnym wybranym. Przekazywana jest przez nałożenie rąk (1 Tm 4, 14; 2 Tm 1, 6). Jest jeden sakrament święceń, jednak w trzech stopniach (episkopat, prezbiterat, diakonat). Są one (szczególnie w połączeniu z „niższymi święceniami” obecnymi w tradycyjnych rytach) odbiciem posług kapłanów starotestamentalnych (1 Krn 9, 10-13; 24, 7-18; Ne 12, 1-7.12-21). Szafarzem sakramentu jest biskup, chociaż niektórzy teologowie rozważają też wyjątkowo inne możliwości (http://www.liturgia.pl/artykuly/Szafarz-sakramentu-swiecen-kaplanskich-czy-ksiadz-moze-zrobic-ksiedza.html).


Dawid Gospodarek – sekretarz redakcji miesięcznika „List” i redaktor „Biblia krok po kroku”.



Fragment modlitwy końcowej z obrzędu święceń prezbiteriatu:

Przyjmij dary ludu świętego,

które mają być ofiarowane Bogu.

Rozważaj, co będziesz czynić,

naśladuj to, czego będziesz dokonywać,

i prowadź życie zgodne z tajemnicą Pańskiego krzyża.


Bibliografia:

1. Bp. Kazimierz Romaniuk, "Sakramentologia biblijna", Warszawa 1994.

2. O. A. Jankowski OSB, ks. K. Romaniuk, "Kapłaństwo w Piśmie świętym Nowego Testamentu", Katowice 1972.

3. Ks. Tomasz Jelonek, "Biblijna teologia kapłaństwa", Kraków 2006.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Dawid Gospodarek

Dawid Gospodarek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dawid Gospodarek
Dawid
Gospodarek
zobacz artykuly tego autora >

Misyjne czary mary

Są ludzie, którzy mówią, że aby siedzieć tam w Afryce, trzeba być głupim. Każdy ma swą logikę.

Robert Wieczorek OFMCap
Robert
Wieczorek OFMCap
zobacz artykuly tego autora >

Byłem kiedyś z wizytą u jednego z licznych moich wujków. Nie widzieliśmy się dobre parę lat. Człowiek, jak wielu tego typu w Polsce, Bogu się nie naprzykrza – do Kościoła nic nie ma. Przegadaliśmy ze dwie godziny o rzeczach na tyle nieistotnych, że nic z tego nie utkwiło mi specjalnie w pamięci. W końcu rozmowa skręciła na temat mojego pobytu w Afryce – ostatecznie, to dość egzotyczna sprawa, jak na naszą szerokość geograficzną. Zachęcony przez otoczenie spiąłem się, by spróbować im nieco przybliżyć to, czym żyję. Nie zdołałem się nawet rozkręcić, gdy mój wuj pozbierał się i poszedł do pokoju obok, mrucząc coś, że to sprawy trudne i… za chwilę doszedł mnie głos telewizora.

Tak, misje to inny świat. Wuja ścięła moja nieudolna próba przybliżenia problemów, jakie ma statystyczny Afrykańczyk w przejściu od tradycyjnej religijności zanurzonej po uszy w magii, do novum Ewangelii głoszącej oparcie się na Jezusie, Bogu który zbawia.

– Oni z tych czarów nigdy nie wyjdą – słyszę niejednokrotnie zniechęcone głosy. Ale gwoli sprawiedliwości, dajmy im czas. To dopiero początki. A u nas, w Polsce z tysiącletnią tradycją chrześcijańską, znajdziesz kilka prosperujących kanałów z wróżkami i horoskopami…

Misyjne czary mary

Siostra jednego z moich współbraci wróciła kiedyś do domu nieco skonfundowana. Podzieliła się ze swymi rewelacją, jaką pragnął oświecić ją pewien kolega (z miasta i wykształcony).

Ten twój brat misjonarz – dzieli się swym odkryciem to siedzi w Afryce, bo musi mieć w tym dobry interes. Tam są diamenty!

Owszem, są, tyle, że o dobre dwieście kilometrów na południe. U nas jeśli co, to do jednej jedynej wioski całkiem niedawno dotarła moda na szukanie złota, ale do gorączki, to nam jeszcze daleko. Udaje się ludziom wypłukać nieco świecącego pyłu, za co zgarnie do kieszeni może z pięć euro za dzień. Dobre i to…

Ale lepiej w tej dziedzinie posłuchać pana Giuliani, sfrancuziałego Włocha, który od lat robi interesy w Centralnej Afryce. (Polecam niszowy film „Ambasador”, gdzie to jest udokumentowane). Stary wyjadacz na kwestię w co można tu włożyć ręce, radzi:

W RCA nie tykaj się tylko trzech rzeczy: broni, diamentów i cudzej żony. Wszystko inne jest dla obcokrajowca jest dozwolone. To na odpowiedź owemu oświeconemu koledze.

My, misjonarze, bardzo surowo trzymamy się tej praktycznej porady pana G., co nie znaczy, że nie ma tu pod słonecznym równikiem Polaków robiących ciemne interesy. Bywałem czasami w Bangui, w cukierni, gdzie powtarzano mi, że jej współwłaścicielem jest Polak. Jest nas w RCA jedynie kilkudziesięciu rodaków i siłą rzeczy się znamy. Ta owiana misterium postać była nieuchwytna. Przyjechał tu serwować Afrykańczykom ciasteczka? Bez wciskania kitu…

Inny spośrod braci znany we wspólnocie z wysublimowanej inteligencji, ale i ciętego poczucia humoru, na widok dwóch nowo upieczonych misjonarzy szykujących się na wyjazd, syknął:

Ach, bracia misjonarzeTanim kosztem po świecie sobie pojeździć

Ale i w samym zakonie nie wszyscy mają zrozumienie dla sprawy misji. Owszem, jeździmy – raz na dwa lata… na co ze współczuciem kiwają głowami spotykani tu i ówdzie zagraniczni funkcjonariusze agend ONZ-owskich, czy czynnych organizmów międzynarodowych. Dla nich to niewyobrażalne – tak rzadko? Owszem, jeździmy, ale mój kuzyn z Ameryki kiedyś mi mówi, że on mieszka dwa razy dalej od domu, niż ja. Za te moje dwadzieścia lat misjonowania nigdy nie wychyliłem się poza naszą europejską strefę czasową… Owszem, jeździmy, ale safari kończy się po miesiącu. Potem pozostaje kurz i wertepy, albo deszcz i błoto, wkuwanie kolejnego języka i co raz to nowe zderzenie z innymi realiami, malaria i pasożyty, czasami zniechęcenie i samotność, a w końcu, tak jak teraz, wojna domowa dla rozrywki. Może komuś odstąpić mój bilet?

Misyjne czary mary

Rozmawia kiedyś ze mną o misjach pani dziennikarka. Miała z góry utrwaloną wizję, do której powracała raz po raz jak bumerang, spodziewając się potwierdzenia z mej strony.

No to wy, misjonarze, budujecie szkoły i mosty, naprawiacie drogi

Musiało w końcu dojść do spięcia.

Albo Pani zechce przysłuchać się temu co mam do powiedzenia, albo będziemy się musieli rozstać

Bo owszem, zajmujemy się budowami – sam o tym często mówię i świadczę na piśmie – ale to jest tylko drugorzędny aspekt pracy misji katolickiej.

Tu i ówdzie propaguje pod adresem misji zarzut: kolonializm religijny. Hola! Każdy ma prawo do wyboru religii, czyli też usłyszenia prawdy o Jezusie, by następnie, jeśli chce, pójść jego śladem. Nikt go do tego nie zmusza. Ma wolny wybór. Przesłanie Nazarejczyka jest jasne: Jeśli chcesz…

A kolonializm? Gdy mi ktoś czasem (w praktyce bardzo rzadko) startuje z takim hasłem, to ucinam krótko:

Mój kraj sam był kolonią, gdy wy byliście kolonizowani. Nie jestem Francuzem…

Może już wystarczy tych definicji negatywnych. Po co więc ktoś jedzie na misje?

Tak, Afryka jest piękna i ma swój nieodparty urok – nie  do zapomnienia. Ale można się też przyzwyczaić i nie zwracać już na to uwagi.

Ludzie, jak ludzie, z tej samej krwi i kości, co i my – wszyscy potomkowie Adama. Mają swe przywary, co wyraźnie wyłazi, przy quasi stałym szoku naszych rożnych kultur, ale w sumie więcej nas łączy. Natomiast, podkreślam, bardzo wiele dobrego może się od nich nauczyć Europejczyk. Prymitywne społeczeństwo afrykańskie zdecydowanie wygrywa porównanie z naszą postmodernistyczną jałowością. Tu chce się żyć!

Bycie z tymi ludźmi, to jedna z podstawowych motywacji. Z nimi i dla ich dobra. Oni to czują i umieją wyrazić wdzięczność. Nie ma sensu próba opisywania codziennego życia na misji, bo jego charakter się zmienia w zależności od miejsca i posługi. A choć zewnętrze warunki są różne od europejskich, robimy tu normalną robotę kapłana na parafii tyle, że w afrykańskiej diecezji. To umacnianie fundamentów Kościoła założonego tu przed 2-3 pokoleniami przez naszych braci z Francji i Włoch dobiegających teraz pośród nas kresu ich życia. Udzielanie sakramentów i formowanie na miejscu młodych Afrykańczyków, którzy stopniowo przejmują po nas pieczę nad tym Kościołem lokalnym.

Misyjne czary mary

Być z tymi ludźmi, to Pawłowe cieszyć się z tymi, co się cieszą, płakać z tymi którzy płaczą…A jako franciszkańscy zakonnicy mamy do tego jeszcze naszą opcję preferencyjną dla ubogich i solidarność z uciśnionymi tego świata. To dlatego tu trwamy mimo, że wojna w kraju.

No tak – ktoś powie – wy macie co do roboty. Ale po co w Afryce klaryski? Kontemplacyjne mniszki w Bouar, nie prowadzą szpitala ani szkoły, nie pracują w duszpasterstwie – jaki z nich pożytek. One tylko się modlą… No właśnie! Tu docieramy do sedna sprawy. Wcale nie tylko, ale  się modlą.

Kto śledził nieco relacje różnych misjonarzy z przebiegu konfliktu w RCA, ten mógł wyczytać, że ostatecznie, wobec ludzkiej bezsilności, jedynie modlitwa się liczy. Oto ostateczny sens naszej obecności w kraju misyjnym – modlić się za tych ludzi. To nie to samo, co być gdzieś daleko i solidaryzować się duchowo z odległymi miejscami, gdzie ludzie cierpią. Być fizycznie na miejscu, współcierpieć i modlić się o wytrwanie w ucisku, jak i o nawrócenie dla złoczyńców, których twarze i imiona często się zna osobiście – to zdecydowanie inna kategoria.

Takie głębokie przekonanie do słuszności obranej drogi w Kościele nazywa się powołaniem. By zdecydować się na misje i zostać tu na stałe, trzeba mieć to coś specjalnego.

Kto je otrzymał, ten zrozumie o czym mówię. Kto nie, trudna sprawa, bo brak narzędzi komunikacji. Moje plany życiowe do siedemnastego roku życia były jasne: zostać weterynarzem, ożenić się z Polką i mieszkać tylko w Polsce. Powołanie misyjne wywróciło we mnie wszystko do góry nogami. Inaczej jak wytłumaczyć, że ja choć przywiązany do Polski jak wilk do lasu, mimo to utknąłem od dwu dekad w Afryce i nie mam zamiaru wracać?

Są ludzie, którzy mówią, że aby siedzieć tam w Afryce, trzeba być głupim. Każdy ma swą logikę. Ostatecznie liczę na to, że gdy kiedyś będę odchodził z tego świata, towarzyszyć mi będzie poczucie spełnionego obowiązku. O, jak tu powiało staroświeckością…


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Robert Wieczorek OFMCap

Robert Wieczorek OFMCap

Zobacz inne artykuły tego autora >
Robert Wieczorek OFMCap
Robert
Wieczorek OFMCap
zobacz artykuly tego autora >