video-jav.net

Po co przeklinać? Lepiej błogosławić!

Dobrze to znamy. Przecież każdemu zdarza się czasem powiedzieć coś, czego potem żałuje. Wypowiadamy słowa, które chciałoby się potem cofnąć, odwrócić bieg wydarzeń. Mówiąc wprost, każdemu zdarza się czasem coś chlapnąć

Jacek Szymczak OP
Jacek
Szymczak OP
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!


Wszyscy bowiem często upadamy. Jeśli kto nie grzeszy mową, jest mężem doskonałym, zdolnym utrzymać w ryzach także całe ciało

/ Jk 3, 2


Dzieje się to pod wpływem emocji, zaskakującego zdarzenia albo po prostu z powodu posiadania niewyparzonego języka. Zazwyczaj powiedzenie czegoś niestosownego lub w niewłaściwy sposób wiąże się z konsekwencjami. Trzeba przeprosić, odkręcić sytuację, która powstała w wyniku niefortunnej wypowiedzi. Czasem, kiedy sprawa jest poważna, trzeba dużo wysiłku i czasu, aby naprawić to, co zostało popsute.


Z tych samych ust wychodzi błogosławieństwo i przekleństwo. Tak być nie może, bracia moi!

/ Jk 3,1


Po co przeklinać? Lepiej błogosławić!

Przekleństwa rozwijają się razem z językiem. Ewoluują z naszym rozwojem. Brzmią inaczej w zależności od szerokości geograficznej. Złorzeczenie, na pierwszy rzut oka jest niewinne. Funkcjonuje czasem jak wykrzyknik. Nic nie znacząca fraza na wzmocnienie przekazu. Wypowiadane przez nas przekleństwa czasem bawią, śmieszą i mało kto traktuje je poważnie. I w tym problem.


Powiadam wam: Z każdego bezużytecznego słowa, które wypowiedzą ludzie, zdadzą sprawę w dzień sądu. Bo na podstawie słów twoich będziesz uniewinniony i na podstawie słów twoich będziesz potępiony

/ Mt 12, 36-37


Niech Cię…

Tu może pojawić się pokusa magicznej mocy wypowiadanych przez nas słów. Możemy się przestraszyć, że nasze życzenie – czyli przekleństwo, jak zaklęcie, przerodziło się w rzeczywistość. Że nasze słowa faktycznie mają siłę sprawczą. Nadajemy sobie wtedy cechy, które są bałwochwalstwem – oto ja mam w swoich ustach moc stwarzania rzeczywistości – boską moc, której pragnienie legło u źródeł grzechu pierworodnego. Nie chcę być stworzeniem, ale stworzycielem.


A teraz odrzućcie i wy to wszystko: gniew, zapalczywość, złość, bluźnierstwo i nieprzyzwoite słowa z ust waszych

/ Kol 3, 8


Zło jest zawsze bezpłodne, nie ma w sobie Boskiej siły stwarzania. Złe słowa, to zawsze zmarnowane słowa. Na tym polega ich grzeszność.

Po co przeklinać? Lepiej błogosławić!

Dostałem język, mowę, umiejętność budowania logicznych zdań by odbijał się we mnie obraz Stwórcy. Mój język – podobnie jak Słowo Boga – ma tworzyć, a nie niszczyć. Gdy przeklinam, nie używam się go tak jak zamierzył to Bóg. Ten dar otrzymałem by błogosławić, a nie złorzeczyć. Tu jest przyczyna zła grzechów języka.


Niechaj nawet mowy nie będzie wśród was o tym, co haniebne, ani o niedorzecznym gadaniu lub nieprzyzwoitych żartach, bo to wszystko jest niestosowne

/ Ef 5, 3-4


Jak poradzić sobie z własnym językiem?

  • zacznij mówić komplementy… na początku Panu Bogu, zanim zaczniesz próbować błogosławić innych, zacznij błogosławić Boga
  • módl się do swego Anioła Stróża, by pilnował twoich ust
  • gdy chcesz komuś dokuczyć, lepiej milcz
  • przestań gadać nieustannie o sobie i zacznij słuchać
  • nie tylko z głodu, ale z przezorności, gryź się często w język
  • pamiętaj, że kultura języka to twoja najlepsza wizytówka – ludzie zapamiętają cię głownie z tego co mówisz
Jacek Szymczak OP

Jacek Szymczak OP

Zobacz inne artykuły tego autora >
Jacek Szymczak OP
Jacek
Szymczak OP
zobacz artykuly tego autora >

Co się z nami dzieje po śmierci?

Odpowiedź kryje się w Starym Testamencie

ks. dr Grzegorz Strzelczyk
ks. dr Grzegorz
Strzelczyk
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Pierwsze pokolenia chrześcijan żyły w przekonaniu, że Pan przyjdzie wkrótce, najprawdopodobniej jeszcze za ich życia (por. 1 Tes 4, 15–17), a nawet jeśli ktoś umrze wcześniej, to jego czas oczekiwania na zmartwychwstanie będzie bardzo krótki. Z tego też powodu najwcześniejsza teologia chrześcijańska prawie zupełnie nie zajmowała się poszukiwaniem odpowiedzi na pytania o to, co właściwie dzieje się ze zmarłymi po śmierci, a przed zmartwychwstaniem

Chrześcijaństwo narodziło się ze zmartwychwstania Chrystusa, a więc z wydarzenia, w którym ludzka śmierć została przezwyciężona mocą Bożą. Znaczenie tego wydarzenia stanowi rdzeń chrześcijańskiej nadziei: kresem życia nie jest śmierć, bo w Chrystusie wszyscy będą ożywieni (1 Kor 15, 23). Zgodnie z zapowiedzią samego Jezusa (por. J 14, 3), dokona się to przy Jego powtórnym, pełnym chwały przyjściu (paruzja), które zaowocuje także odnowieniem całej stworzonej rzeczywistości; 2 List św. Piotra mówi o nowym niebie i nowej ziemi, w których będzie mieszkała sprawiedliwość (3, 13).

Trzy intuicje

Lata mijały i wyglądane z niecierpliwością powtórne przyjście Chrystusa nie następowało. Dla wielu musiał to być powód do sporego niepokoju, to z kolei prowokowało reakcje ze strony odpowiedzialnych za wspólnoty. Nowy Testament zarejestrował pierwsze próby wyjaśniania przyczyn „opóźnienia”: Nie zwleka Pan z wypełnieniem obietnicy – bo niektórzy są przekonani, że Pan zwleka – ale On jest cierpliwy w stosunku do was. Nie chce bowiem niektórych zgubić, ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia (2 P 3, 9). Pytania o los zmarłych nie można było jednak ignorować, dlatego w kolejnych wiekach zaczęły się pojawiać pierwsze próby odpowiedzi. Jako fundament teologiczny służyły przede wszystkim trzy intuicje obecne w tradycji Starego Testamentu.

Pierwsza dotyczyła pytania analogicznego do tego, przed jakim stanęli chrześcijanie: co się dzieje ze zmarłymi przed Dniem Sądu? Żydzi posługiwali się koncepcją szeolu – otchłani, która była czymś w rodzaju magazynu zmarłych. Udawał się do niego każdy, bez względu na to, jak żył, by oczekiwać na sąd. W szeolu przebywały niejako „cienie” ludzi – nie była to kraina życia, ale też nie piekło w rozumieniu „miejsca” kary. Egzystencja trwała, ale jakby w stanie uśpienia (nawet nie wychwala się tam Boga – por. np. Ps 6, 6, Ba 2, 17).

Co się z nami dzieje po śmierci?

Druga intuicja nie jest oryginalnie żydowska, stanowi zapożyczenie ze świata greckiego; chodzi o ideę nieśmiertelności duszy. Dzięki niej można było wskazać na rację ciągłości ludzkiej egzystencji pomiędzy śmiercią a oczekiwanym w dniu Pańskim zmartwychwstaniem ciała.

Intuicja trzecia pochodziła natomiast z praktyki pobożności: żydzi modlili się i składali ofiary za zmarłych, a więc wierzyli, że możliwe jest przekazywanie dobra także tym, którzy nie żyją, oraz że można w jakiś sposób wpłynąć na ich pośmiertny los, wszystko bowiem zależy od miłosiernego Boga, który nie jest głuchy na modlitwę swego ludu.

Chrześcijanie w naturalny sposób odziedziczyli te trzy intuicje, przy czym poważnej modyfikacji ulec musiała idea szeolu. Już z bardzo wczesnymi interpretacjami zmartwychwstania Chrystusa wiązało się przekonanie, że wyprowadził On stamtąd sprawiedliwych, którzy już od momentu powstania z martwych Syna Bożego cieszą się owocami zbawienia. Nie jest to jeszcze absolutna pełnia, która przyjdzie wyłącznie ze zmartwychwstaniem ciała w dniu powtórnego przyjścia Chrystusa, ale jest to już stan jasno i definitywnie określony (do „dobrego łotra” Jezus mówi: dziś ze mną będziesz w raju – Łk 23, 43). Zbawieni po śmierci przebywają tam, gdzie Chrystus przygotował im miejsce – u Ojca. Oczywiście takie przekonanie miało też swą „ciemną” stronę – dla nieprawych nie ma miejsca w domu Ojca, muszą oni zatem iść „na zewnątrz – w ciemności”, gdzie jest „płacz i zgrzytanie zębów” (por. Mt 25, 30).

Czyściec – jeden czy kilka?

Wydawać by się mogło, że nie ma tu już właściwie miejsca na najbardziej charakterystyczny dla szeolu stan niedookreślonego oczekiwania, zdecydowana polaryzacja pośmiertnego losu na niebo i piekło na pierwszy rzut oka go wyklucza. Żywa wśród chrześcijan praktyka modlitwy za zmarłych przypominała jednak – i nie mogło to ujść uwadze Ojców Kościoła pierwszych wieków – że przecież nie każdego śmierć zastaje w stanie absolutnej sprawiedliwości, czyli pełnej gotowości na wejście do domu Ojca. Jeśli modlimy się za zmarłych, to dlatego, że wierzymy, iż nasza modlitwa może im jakoś „dopomóc” także po śmierci. Zatem albo stan oddalenia od Boga jest jakoś odwracalny, albo oprócz stanów definitywnych – zbawienia i potępienia (nieba i piekła) – trzeba zakładać możliwość istnienia jeszcze jednego stanu „pośredniego” na drodze do zbawienia, stanu, w którym człowiek jakoś dojrzewa, dzięki modlitwie i ofierze żyjących sióstr i braci, do pełni jedności z Bogiem.

Co się z nami dzieje po śmierci?

Idea „czasowego” tylko potępienia (zwana apokatastazą), które Bóg ostatecznie przezwycięży, tak że wszyscy, z szatanem włącznie, zostaną zbawieni na końcu czasów, pojawiała się w refleksji niektórych Ojców Kościoła, nigdy jednak nie zyskała powszechnej akceptacji. Uznanie jej za pewnik byłoby bowiem jednoznaczne z uznaniem, że grzech nie jest w stanie definitywnie oderwać człowieka od Boga. To z jednej strony stawiałoby pod znakiem zapytania rzeczywiste istnienie ludzkiej wolności, z drugiej – podważałoby sens poszukiwania Boga i wszelkiego moralnego wysiłku w życiu (po co mam się starać, jeśli i tak będę zbawiony?). Natomiast druga z możliwych interpretacji, zakładająca istnienie „stanu przejściowego”, systematycznie zyskiwała na znaczeniu w teologii łacińskiej i z czasem rozwinęła się w naukę o czyśćcu. Sama nazwa pojawiła się wprawdzie dopiero na początku XII w., ale główne intuicje znaleźć możemy już na przykład u św. Augustyna, czyli na początku wieku V.

Starotestamentalny wątek szeolu był jeszcze wykorzystywany przez Ojców Kościoła przy próbie odpowiedzi na inne pytanie. Co mianowicie z tymi, którzy umierają bez chrztu, ale nie popełnili przed śmiercią żadnego grzechu? Chodziło zwłaszcza o dzieci. Z jednej strony panowało przekonanie, że chrzest z wody jest konieczny do zbawienia, z drugiej – trudno było przyjąć możliwość potępienia kogoś, kto żadną wolną decyzją Boga nie odrzucił. Niektórzy teologowie postulowali zatem możliwość istnienia jeszcze jednego stanu pośredniego, tym razem trwałego, do którego miałyby trafiać takie osoby (zwanego zwykle limbus puerorum). Otchłań ta nie byłaby ani miejscem potępienia, ani pełnego zbawienia. Inni szli jeszcze dalej, sugerując istnienie oddzielnego stanu także dla świętych Starego Testamentu (limbus patrum). Jeszcze w średniowieczu i w późniejszej scholastyce hipotezy te były mocno rozpowszechnione, nie stały się jednak częścią oficjalnego nauczania i współcześnie nie odgrywają już żadnej roli (Katechizm Kościoła Katolickiego mówi jedynie o niebie, czyśćcu i piekle).

Decyzja

Jeżeli jednak – jak zakładają omówione powyżej intuicje – rozstrzygnięcie, co do ostatecznego losu człowieka, dokonuje się zaraz po śmierci, a nie dopiero w momencie powszechnego zmartwychwstania, pojawia się kolejny problem. Boży Sąd, w ramach którego jawne staną się czyny wszystkich ludzi i zło zostanie ostatecznie unicestwione, związany jest wyraźnie z powtórnym przyjściem Chrystusa i końcem czasów. Założyć więc trzeba, że zaraz po śmierci także dokonuje się coś na kształt sądu, dotyczy jednak wyłącznie jednej osoby. Z tej intuicji rozwinęła się z czasem nauka o dwóch sądach: szczegółowym, zaraz po śmierci, oraz ostatecznym, towarzyszącym paruzji.

Co się z nami dzieje po śmierci?

Spróbujmy zatem usystematyzować nasze współczesne rozumienie losów człowieka po śmierci. Przede wszystkim śmierć dotyczy ciała człowieka, jego materialnej części. Duchowe centrum samoświadomości i pamięci (dusza) żyje dalej. „Umieramy w Boga”, wobec Niego stajemy w momencie śmierci. Chwila ta (sąd szczegółowy) ma decydujące znaczenie – dokonuje się tu bowiem ostateczne, nieodwracalne, uwarunkowane oczywiście całym naszym życiem, wszystkimi wcześniejszymi wyborami, rozstrzygnięcie co do tego, czy chcemy przyjąć Bożą miłość, Jego przebaczenie, czy też je odrzucić; czy chcemy żyć we wspólnocie z Nim, czy bez Niego. Odrzucenie Boga równa się stanowi piekła – wypowiedziane wówczas: „nie chcę Twojej miłości”, staje się treścią „życia”. Piekło można zatem opisać jako radykalną, wieczną odmowę przyjmowania i dawania miłości, absolutną samotność nienawiści. Możemy mieć nadzieję, że niewielu dokonuje takiego wyboru, że wobec Boga takiego, jakim jest, topnieją serca najbardziej zatwardziałych złoczyńców (wyrazem tej nadziei jest modlitwa Kościoła za wszystkich zmarłych bez wyjątku), lecz raczej nigdy nie będziemy mieli pewności, że nikt w stanie piekła się nie znalazł.

Dusza na kuracji

Losem zaś tych, którzy Bożą miłość przyjęli, jest pełna wspólnota z Nim (niebo, zbawienie), która zaczyna się albo bezpośrednio po sądzie szczegółowym, albo za pośrednictwem oczyszczenia (czyściec). W stan czyśćca wchodzą ci, którzy w momencie śmierci nosili w sobie ślady grzechu lub jego dalszych skutków (każdy grzech upośledza jakoś naszą zdolność do miłowania). Chodzi o przywrócenie człowiekowi stanu, jaki Bóg dla niego zamierzył, bo tylko wtedy będzie mógł w pełni doświadczać zbawienia. To tak jakby czyściec chronił nas przed niepełnosprawnością w niebie – jest on rekonwalescencją, rehabilitacją po wypadku (wypadkach), jakim jest grzech. Tym boleśniejszą, że człowiek nic już sam dla siebie uczynić nie może – miłość musi być weń „wpompowana” przez modlitwę i ofiarę żyjących sióstr i braci, którzy spełniają rolę rehabilitantów odpowiedzialnych za rozruszanie sparaliżowanych grzechem kończyn… Teologia scholastyczna posługiwała się czasowym wyobrażeniem czyśćca, dusza miała w nim pokutować w cierpieniu określoną liczbę lat, w zależności od stopnia skażenia grzechem. Dziś raczej skłaniamy się do myślenia w kategoriach intensywności: im więcej w człowieku trzeba odbudować, tym bardziej dojmujące jest to doświadczenie. Nie mamy jednak wystarczających podstaw w Objawieniu, by precyzyjniej określić ten stan.

Co się z nami dzieje po śmierci?

Pewne jest natomiast, że z czyśćca prowadzi tylko jedna droga: do stanu, który zwykliśmy nazywać niebem, a którego istotą jest pełnia zjednoczenia z Bogiem. Stajemy się do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest (1 J 3, 2). Oczywiście, jest to jeszcze stan jakoś niedopełniony, o tyle o ile – z jednej strony – nie uczestniczy w nim ciało, materia (które włączone zostaną w dniu paruzji), z drugiej – nie zrealizowała się jeszcze pełna wspólnota między ludźmi, ponieważ część jest jeszcze w drodze. Można już jednak mówić o pełni, ponieważ na płaszczyźnie osobowej relacji z Ojcem, Synem i Duchem miłość osiągnęła swoją dojrzałą, ostateczną postać. Człowiek miłuje tak intensywnie, jak to tylko jest dla niego możliwe, i tak też intensywnie doświadcza bycia miłowanym. Jedność z Bogiem, za którą tak tęsknimy w tym życiu, staje się faktem. Więcej – treścią życia. Życiem samym.


Tekst opublikowany w Miesięczniku LIST nr 10/ 2008

ks. dr Grzegorz Strzelczyk

ks. dr Grzegorz Strzelczyk

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. dr Grzegorz Strzelczyk
ks. dr Grzegorz
Strzelczyk
zobacz artykuly tego autora >