video-jav.net

Naparzajcie Pompejankę

Naparzajcie pompejankę! - taki wpis znalazł się w dziale „komentarze” portalu z pieskiem w nazwie, pod jednym z cytowanych z kolorowej prasy wywiadów z Katarzyną Figurą o jej skomplikowanych relacjach z – niedługo byłym – mężem.

Monika
Florek-Mostowska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Spontaniczny wpis wypatrzył znajomy. „Czy to nie podpada pod paragraf?!” – zapytał. Dobry żart… Tyle że on pytał serio. Po chwili mocno zdziwiony, że pompejanka to nie nowa celebrytka, a wezwanie do naparzania pod paragraf nie podpada.

„Pompejanka” to tzw. nowenna pompejańska, a słowo „naparzanie”… ok, też nie do końca wydaje się od rzeczy – skoro chodzi o odmawianie wszystkich tajemnic różańca przez 54 dni z rzędu. Nie lada wyzwanie, jeśli przyjmiemy, że jedna tajemnica nie odklepana a przemedytowana zabiera jakieś 30 minut. Dwie godziny dziennie skupienia na modlitwie. Nie dla amatorów.

W internecie można znaleźć setki zapewnień, że i jak cudownie „pompejanka” odziałowuje na rzeczywistość. W księgarniach katolickich, kioskach i kioseczkach – wiele pozycji ze świadectwami osób, które doświadczyły wybawienia z tarapatów finansowych, zdrowotnych, rodzinnych, albo wybawienie wymodliły swoim bliskim, odmawiając tę nowennę. Eksponowane są „na widoku”, jak batony i gumy do żucia w supermarketach. A to znaczy: idą.

Naparzajcie Pompejankę

Jedni załamują ręce – że ciemnogród, wiara magiczna i zabobon! Inni – łapią za różaniec, z internetu ściągają instrukcję obsługi, i ściśle się jej trzymając – czekają na cud. Na uzdrowienie z chorób bardziej lub mniej nieuleczalnych, uwolnienie z nałogów, załatwienie pracy, na spotkanie miłości życia, ocalenie od śmierci po wypadku, powrót męża, który odszedł; powodzenie w biznesie; o dzieci wbrew orzeczeniu o niepłodności. Powodów do trosk, intencji do modlitwy, w życiu człowieka nie brakuje. Ale jak rozdzielić proszenie Boga, któremu ufamy, o coś co nam jest potrzebne do życia z postawą „wymuszania cudu” – czyli myślenia: ja dam Tobie tyle modlitw, Ty mi dasz, o co proszę.

Na wszelki wypadek

Co trzeci Polak wierzy we wróżby i z nich skorzystał, co piąty przyznaje, że mają one wpływ na jego życiowe decyzje! Magia, horoskopy, numerologia, tarot. Ciekawe co który z co trzeciego i co piątego został ochrzczony i w innym badaniu zdeklaruje się jako chrześcijanin. Czyli ktoś, kto wierzy w dobrego Boga. Chyba nie do końca wierzymy, że jest dobry, skoro liczymy, że przekupimy Go pobożnymi praktykami. Albo sądząc, że Bóg Bogiem, ale lepiej dodatkowo się zabezpieczyć, wpływając na swoją przyszłą pomyślność wizytami u wróżek, tarocistów czy astrologów.

Nie dowierzamy, że nasz Bóg jest życzliwy człowiekowi, bo taki po prostu jest, i że nie trzeba Jego życzliwości sobie zaskarbiać.

Nie o to chodzi w praktykach, jakie zaleca Kościół, by pogłębiać wiarę. One – także nowenny – mają prowadzić do większej wolności i do porządkowania życia, a korzystać z nich można, o ile w tym pomagają. W Kościele jest wiele osób, które nigdy nie odmówiły nowenny, bo nie miały takiej potrzeby. Ale jest też wiele takich, które odmawiając tego typu modlitwę kiedyś „w potrzebie” – klepiąc formułki wyczytane w internecie lub książeczce, bo inaczej modlić się nie umiały, po latach stały się ludźmi głebokiej wiary. Nawet jeśli cud, o jaki wówczas prosiły – się nie wydarzył. Często wydarza się inny: ufając, że modlitwa ma sens, i odmawiając ją cierpliwie – nawet jeśli zamiast wiary w Boga jest szczere wołanie: „jeśli jesteś, pomóż” – zaczynają doświadczać Jego opieki.

Doświadczanie jej bywa trudne, gdy za bardzo skupiamy się na „cudzie”, czyli spodziewanym efekcie modlitewnego wysiłku (w tym kontekście: skuteczności szeptanych zaklęć).

Zabobon – to lubię

Aż 85 proc. ludzi na świecie wierzy w zjawiska paranormalne, a najczęściej cytowanym źródłem doniesień w pracach studentów amerykańskich jest serial „Z archiwum X”. Brytyjski socjolog, Frank Furedi na łamach pisma „Spectator” już wiele lat temu ostrzegał, że to objaw chaosu moralnego i upadku autorytetów, jakiego jeszcze nie było w dziejach naszej cywilizacji. We Włoszech liczba wróżbiarzy i osób stawiających horoskopy przekracza 350 tys. i jest o 100 tys. większa niż księży katolickich. W Wielkiej Brytanii jest już więcej specjalistów od medycyny „uzupełniającej i alternatywnej” niż lekarzy rodzinnych! Metody spirytualistyczne są reklamowane nawet na stronach internetowych akademii medycznych. Ludzie łatwo im ulegają. Żyjemy w czasach, kiedy rośnie zainteresowanie mistyką i doświadczeniami duchowymi.

Problem w tym, że mieszamy duchowość z psychologią i parapsychologią i magią.

Naparzajcie Pompejankę

Mieszamy pojęcia. W efekcie poruszamy się w sferze synkretyzmu religijnego – dziwnym świecie pojęć, do którego zostało wrzucone wszystko, co przekracza naszą doczesną percepcję. Duchowość chrześcijańska nie jest od tego wolna. Aleksander Posacki, jezuita, twierdzi, że jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest odrzucenie „teologii krzyża” i „cierpienia ekspiacyjnego”. Wiele osób ulega magii po prostu, z powodu braku wiedzy. Inni odrzucają Boga, i wtedy zaczynają wierzyć we wszystko: czary, wróżby i łańcuszki szczęścia. Jeszcze inni, na wzór pogan, wierzą w Boga, jak w moc czarownika, którego magiczne formuły wymuszają, by stało się wszystko zgodnie z zaklęciem. – Uleganie magicznym rytuałom to przejaw myślenia pogańskiego, które niestety wciąż istnieje w Kościele. Wiele osób zamawiając intencje mszy świętej, także myśli na sposób pogański. A magiczne myślenie to sposób na bóstwo. Poganie w różny sposób starali się ubłagać bóstwo, by zadziałało na ich korzyść, niektórzy, żeby je ułaskawić potrafili się nawet okaleczać – mówi ks. Mirosław Nowosielski, psycholog i teolog duchowości.

Z punktu widzenia analizy psychologicznej, magiczne myślenie jest cechą niedojrzałej osobowości, która poprzez odprawianie rytuałów chce zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa.

To prymitywna potrzeba, prymitywna forma religijności i poszukiwanie sensacji. – Dojrzały człowiek temu nie ulegnie. U osoby, której wiara jest dojrzała, od razu zapali się czerwone światło, bo ma świadomość, że chrześcijanin, modląc się, włącza się w modlitwę Jezusa Chrystusa. Osoby, które nie mają tej świadomości, są jakby w próżni, a osobowość nie znosi próżni, i wtedy absorbuje to, co najłatwiejsze. To kojarzy mi się z młodzieżą, która przed maturą z największą ochotą jedzie do Częstochowy na czuwanie, a po maturze nie pojawia się w kościele. Modlitwa jest traktowana jak amulet.

Naparzajcie Pompejankę

Sprawa jest delikatna

Nie widzę nic złego w odmawianiu, nawet mechanicznym różańca czy nowenny.

Ludzie mają prosić Boga o to, czego im potrzeba. I nie jest to wymuszanie cudu. Ważne jednak, by mieć przekonanie, że nasze życie nie jest wyłącznie w naszych rękach.

że Panem naszego życia jest Bóg – mówi ks. Andrzej Draguła. To jest głębia naszej wiary. – Szukanie linii demarkracyjnej w tym przypadku jest zabiegiem wielce ryzykownym. Potrzebujemy obrzędów, ceremoniałów. One integrują wspólnotę, ale jednocześnie rzucają pomost pomiędzy człowiekiem a Bogiem. W Kościele katolickim dokonujemy rozróżnienia pomiędzy sakramentami, np. chrzest, bierzmowanie, a sakramentaliami – pogrzeb katolicki, błogosławieństwa. Nie ma tu miejsca na żadną formę magii! W sakramentach spotykamy się z Bogiem-Osobą, w magii bazujemy na naturze – mówi ks. Jarosław Rodzik SAC. Przywiązywanie się do tego, że wielokrotne wypowiedzenie jakiejś formuły spowoduje spełnienie naszych marzeń to już magia, zabobon. A zabobon jest wypaczeniem postawy religijnej oraz praktyk, jakie ona nakłada – czytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Może on także dotyczyć kultu, który oddajemy prawdziwemu Bogu, na przykład, gdy przypisuje się jakieś magiczne znaczenie pewnym praktykom, nawet uprawnionym lub koniecznym. Popaść w zabobon – oznacza wiązać skuteczność modlitw lub znaków sakramentalnych jedynie z ich wymiarem materialnym, z pominięciem dyspozycji wewnętrznych, jakich one wymagają. Zabobon to w końcu nic innego, jak wynaturzony przerost religijności. Religijności fałszywej. Nie opartej na chrześcijańskich fides i ratio, ale własnych imaginacjach.

Granica między tego typu bałwochwalstwem, a głębokim zaufaniem Bogu bywa cienka. Ale jedynie dla tych, dla których Jezus Chrystus nie jest osobą, nie jest kimś, kogo chcą poznać.

Monika Florek-Mostowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Monika
Florek-Mostowska
zobacz artykuly tego autora >

A ja czekam na koniec świata

Nie należę do żadnej sekty. Jestem zdrowa na ciele i na umyśle. Co z emocjami, spełnieniem życiowym, rodziną, karierą? Wszystko jakoś mieści się w normie i mimo to mówię, że koniec świata jest bliski, i że czekam...

Dominika Szczawińska
Dominika
Szczawińska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

O końcu świata piszą dziś wszyscy, więc by zabłysnąć erudycją i nie skończyć na wyliczaniu nieaktualnych prognoz, tak jak ci śmiałkowie, którzy wbrew jednoznacznej biblijnej zapowiedzi – że o tym dniu i godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko sam Ojciec (Mt 24,36) – próbowali ustalić konkretną datę Wielkiej Paruzji. Naprawdę mnóstwo ciekawych rzeczy można ostatnio przeczytać o kataklizmach, prawach fizyki, globalnej gospodarce, upadku obyczajów, przemianach społecznych, wierzeniach, zabobonach, wieszczach, prorokach, systemach i rządach.

Wyliczać mogłabym długo, ale nie o to chodzi, by potęgować chaos i podsycać wrażenie, że cała rzeczywistość, nawet gdy ją rozczłonkujemy na maleńkie fragmenciki, przekonuje nas o kresie, do którego zmierza.

Filozoficzne refleksje nie wiele mają wspólnego z tym, za czym tęsknie wyglądam przeczesując kolejne artykuły i książki z apokalipsą w tytule. Szukam kogoś, kto przyznałby się nie tylko do tego, że widzi już znaki zbliżającego się końca, ale że jest w nim niecierpliwość, ekscytacja, nadzieja. I liczę, że mogę znaleźć takie słowa nie tylko w teologicznych traktatach, które zamykają interesującą mnie tematykę w ramy nauki o rzeczach ostatecznych. Dowiedzieć się z eschatologii można nie tylko o końcu czasów i powtórnym przyjściu Pana Jezusa, ale też o tym, co owo przyjście poprzedzi: o biblijnych zapowiedziach, sądzie jaki nastąpi, wreszcie o tym, co owo ostateczne zwycięstwo Jezusa oznaczać będzie dla tych, którzy znajdą się po Jego prawicy. Dziwne, że ten fascynujący dział teologii funkcjonuje jako średnio istotny suplement, czasem wstydliwie ukrywany, bo kto dziś chce straszyć wizją ognia i katastrof, czy prześwietlaniem życiorysów, wreszcie nieuniknioną alternatywą: piekło – niebo, zbawienie – potępienie, życie – śmierć. Natomiast, jeżeli te sprawy nas nie interesują, to chcę zapytać: po co wiara? Po co religijne meblowanie życia i zachowywanie przepisów? Prowokacyjna promocja ateizmu „nie zabijam, nie kradnę, nie wierzę” daje mi w tej kwestii wiele do myślenia.

Oczywiście, że można uczciwie żyć i nie wierzyć. Ale czy można uczciwie żyć, wierzyć i nie czekać?

Nie wybiegać myślą i sercem do tego spotkania, które nadchodzi? Nie wyobrażać sobie, że kiedy już się to stanie, to dopiero będzie… W końcu „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało jak wielkie rzeczy przygotował Bóg, tym którzy Go miłują…”(1 Kor 2, 9).

Eskapizm duchowy, sekciarstwo, dewocja, bzdury – może niepotrzebnie podpowiadam jak zniechęcać wołających niczym chrześcijanie pierwszych wieków:” Pan jest blisko! Marana Tha!”. Tamci w końcu też czekali i to z wiarą o wiele silniejszą i nic się nie stało – świat trwa do dziś. Po co więc to wyglądanie, szykowanie się niczym na rozmowę kwalifikacyjną? Czy  jestem przygotowany, by spędzić tam całą wieczność? Może naprawdę warto tego zapragnąć,  by uwierzyć i nie zadomowić się beztrosko w dobrze wszystkim znanym wierszu Miłosza „Piosenka o końcu świata”. Niewielu poetom tak wierzę, ale w przypadku tego tekstu, mam wrażenie wpadnięcia w niezwykle kuszącą pułapkę życia tylko tym, co dzieje się tu i teraz, nie czekania i nie podsycania nadziei… 

Pamiętam jak ponad dwa lata temu z grupą przyjaciół zaczytywaliśmy się w książce „Uwierzcie w koniec świata. Współczesne proroctwo o powtórnym przyjściu Chrystusa” –  rozmowa Judyty Syrek z ojcem Joachimem Badenim była dla nas właśnie wyczekiwanym głosem, tego który mówi, że staje się już.

Choć nie słyszymy trąb, ziemia pod naszymi stopami jeszcze się nie trzęsie, groza nie ogarnia naszych serc, serio traktuję wezwanie ojca Badeniego do tego, by wierzyć w paruzję, bo tylko w ten sposób możemy poczuć bliskość i moc  Boga.

A Joseph Ratzinger pisał kiedyś w niewielkiej książeczce na Boże Narodzenie, że żyjemy w czasie Adwentu. I nie chodzi o ten krótki okres liturgiczny liczony na palących się na wieńcu świecach, ale o coś, co jest esencją naszego życia i do czego nie wstydzę się przyznać.

Dominika Szczawińska

Dominika Szczawińska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dominika Szczawińska
Dominika
Szczawińska
zobacz artykuly tego autora >