video-jav.net

Modlitwa Jezusowa

Od kilku lat noszę na prawym nadgarstku czotkę, czyli bransoletkę składającą się z 33 bursztynowych koralików i krzyżyka. Pytają mnie czasem ludzie, co to za biżuteria. Odpowiadam wtedy, że czotka to sznur modlitewny zwany fachowo komboschoinion, służący do odliczania wezwań Modlitwy Jezusowej.

Paweł Kozacki OP
Paweł
Kozacki OP
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Tradycyjna czotka, używana od wieków w prawosławiu, jest zrobiona z wełny i może liczyć 33, 50 lub 100 koralików albo węzełków. Początkowo stosowali ją jedynie mnisi zobowiązani do odmówienia określonej liczby modlitewnych wezwań: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznikiem”. Liczba ta była różna. W niektórych przypadkach dochodziła nawet do kilku tysięcy w ciągu jednego dnia.

Modlitwa Jezusowa

Jeśli mój rozmówca jest zainteresowany tym, co mówię, to wyjaśniam, że Modlitwa Jezusowa (bo tak jest powszechnie nazywana; używa się też określenia „modlitwa serca”) ma bardzo długą tradycję. Swoimi korzeniami tkwi w pierwszych wiekach chrześcijaństwa i w modlitewnych praktykach mnichów, żyjących na pustyniach Egiptu. Na jej powstanie wpłynęło sięgające Starego Testamentu przekonanie o zbawczej roli imienia Boga.

Chrześcijanie modlący się w taki sposób, powołują się na słowa świętego Pawła: „Każdy bowiem, kto wezwie imienia Pana, zostanie zbawiony” (Rz 10,13). Drugim źródłem Modlitwy Jezusowej było pragnienie ustawicznego realizowania wezwania Mistrza z Nazaretu, który opowiadając przypowieść o ubogiej wdowie i sędzim, twierdził, że jego uczniowie zawsze powinni się modlić (por Łk 18,1-8).

Modlitwa Jezusowa

Poszukiwania formy modlitwy, której istotą jest nieustanne wzywanie imienia Jezusa, doprowadziło do połączenia wołania niewidomego Bartymeusza spod Jerycha, który krzyczał do przechodzącego Chrystusa: „Synu Dawida, Jezusie, zmiłuj się nade mną” (Mk 10,48) oraz słów celnika modlącego się w świątyni: „Boże, bądź miłosierny dla mnie grzesznego” (Łk 18,13). Z tego połączenia powstało wezwanie:

Modlitwa Jezusowa

„Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznikiem”.

Nie jest ono formą kanoniczną i niezmienną, bo w praktyce modlący się, mogą skracać lub modyfikować wypowiadane zdanie, a nawet ograniczać do jednego słowa „Jezus”. Ważna jest bowiem nie dosłowność formuły, ale pragnienie zjednoczenia z Bożą obecnością, do której kieruje się modlitwa wołającego.

Jeśli po takim wyjaśnieniu mój rozmówca jest nadal zainteresowany tą formą pobożności, opowiadam wtedy, że odkryłem tę modlitwę po wstąpieniu do Zakonu, gdy trafiła w moje ręce książka anonimowego autora Opowieści pielgrzyma, wydana przez oficynę „W drodze”. Po przeczytaniu Opowieści zacząłem wzywać imienia Jezus według wskazań rosyjskiego pielgrzyma. W ten sposób odmawianie Modlitwy Jezusowej stało się moim stałym zwyczajem.

Po pewnym czasie przekonałem się, że to nie tylko ja się modlę, ale że ta modlitwa zaistniała we mnie; że nawet jeśli nie mam woli wypowiadania kolejnych wezwań, to słyszę je w sobie. Wiem, że trwają one we mnie jak refren, który mi towarzyszy w rozmaitych okolicznościach. To już nie ja sam się modlę, lecz ta modlitwa trwa we mnie. Dopiero później przeczytałem, że praktyka Modlitwy Jezusowej oparta jest na przekonaniu, że to nie tylko człowiek wzywa Jezusa, ale sam Jezus modli się w człowieku.

Jeśli ktoś, kto zaczął ze mną rozmawiać o czotce, zainteresuje się Modlitwą Jezusową na tyle mocno, by przeczytać lub wysłuchać Opowieści pielgrzyma, to czasami wraca i pyta jeszcze o Dobrotolubije, na które powołuje się bez przerwy autor tej książeczki. Wyjaśniam wtedy, że w Polsce nie znajdzie książki pod takim tytułem, ale by poszukał Filokalii, czyli „największej i najbardziej znanej w duchowości wschodniej antologii pism ascetycznych”, która obejmuje teksty autorów greckich i bizantyńskich, zebranych przez greckich mnichów Nikodema Hagiorytę i Makarego z Koryntu. Odsyłając kogoś do Filokalii jestem pewien, że początkowa ciekawość i zainteresowanie bursztynowymi koralikami na przegubie mojej ręki, doprowadziło go do odkrycia modlitwy serca.

Paweł Kozacki OP

Paweł Kozacki OP

Dominikanin, publicysta, blogger, były przeor Konwentu Świętej Trójcy w Krakowie oraz wieloletni redaktor naczelny miesięcznika "W drodze". Od 1 lutego 2014 r. Prowincjał Polskiej Prowincji Dominikanów.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Paweł Kozacki OP
Paweł
Kozacki OP
zobacz artykuly tego autora >

Uwielbienie – lek na nieskuteczne prośby

Dla wielu katolików modlitwa uwielbienia pozostaje wciąż nieodkryta. Najpopularniejszą i często jedyną – lub prawie jedyną – praktykowaną formą rozmowy z Panem Bogiem pozostaje modlitwa prośby – od święta przeplatana dziękczynieniem.

Grzegorz
Mazur OP
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Katechizm przypomina nam, że „uwielbienie jest tą formą modlitwy, w której człowiek najbardziej bezpośrednio uznaje, iż Bóg jest Bogiem. Wysławia Go dla Niego samego, oddaje Mu chwałę nie ze względu na to, co On czyni, ale dlatego że ON JEST” (KKK 2639). Innymi słowy, uwielbienie jest najbardziej bezinteresowną formą modlitwy.

Nie wysławiam Pana za coś co dla mnie zrobił, ale dlatego, że jest.

Wielbię Go w Jego Bóstwie, Mądrości, Mocy, Majestacie i Chwale. Wielbię w Jego Miłosierdziu, dobroci, delikatności i dyspozycyjności, bliskości i trosce – zwłaszcza wtedy, gdy niespecjalnie je odczuwam. Koncentruję się na Nim, a nie na sobie. Wtedy Pan czuje się zaproszony do mojego życia i zaczyna działać.

Uwielbienie - lek na nieskuteczne prośby

Modlitwa przeciw bałwochwalstwu

Trwając w uwielbieniu przywracam Bogu właściwe, czyli pierwsze miejsce w moim życiu. Potwierdzam, że tylko On jest moim Panem. Co to znaczy? Przede wszystkim to, że Bóg jest dla mnie najważniejszy. Większość katolików deklaruje to gładko, choć z przełożeniem na prozę codzienności bywa różnie.

Zawierzając Panu pozwalam Mu sobą kierować – dopiero tutaj, a nie w zewnętrznych praktykach lub deklaracjach, zaczyna się chrześcijaństwo i życie według Ducha.

Uwielbieniem zapraszam, wręcz prowokuję, Pana do tego by przejął władzę i kontrolę nad moim życiem. W efekcie, skupiam się o intensywniej na Nim i Jego prowadzeniu, niż na sobie, swoich zamiarach, planach.

Antidotum na nieskuteczną modlitwę prośby

Niska skuteczność modlitwy prośby bierze się między innymi właśnie stąd, że o wiele łatwiej przychodzi nam koncentrować się w niej na sobie i swoich problemach, niż na Panu Bogu. Nie zawsze prosimy o prawdziwe dobro dla siebie, a nawet jeśli, to niekoniecznie jest to rzeczywiście dobro dla nas (nie da się przecież realizować wszystkich możliwych i dostępnych dóbr w życiu; wielokrotnie potrzebujemy Bożej podpowiedzi i światła, by dokonać słusznego wyboru). Zdarza się również, że prosimy o coś dobrego i zgodnego z wolą Bożą, ale w niewłaściwym czasie (na przykład chcemy czegoś za wcześnie lub zbyt szybko).

Inaczej sprawa wygląda z modlitwą uwielbienia. Dobro Najwyższe, którym jest sam Pan, to Dobro zawsze dla nas; Dobro, bez którego nie możemy żyć pełnią szczęścia i które zawsze jest do wygrania.

Każdy czas jest odpowiedni, by uwielbiać Pana. Nie ma obawy, że uwielbię Go w niewłaściwym momencie. Wręcz przeciwnie: im bardziej moment wydaje się niewłaściwy (bo jestem smutny, zmęczony, zniechęcony, czuję się odrzucony lub skrzywdzony), tym gorliwiej i dłużej warto trwać w uwielbieniu.

Uwielbienie - lek na nieskuteczne prośby

Katechizm uczy, że „uwielbienie zespala inne formy modlitwy i zanosi je do Tego, który jest ich źródłem i celem” (KKK 2639).

Jeśli chcesz, aby Twoje modlitwy były spójne i nie pozostawały bez odpowiedzi, zainwestuj w uwielbienie.

Przeznacz na nie jak najwięcej czasu w modlitwie osobistej, medytacji, adoracji… Uwielbiaj Pana w Jego Słowie (Pismo Św.); uwielbiaj Go w życiu innych osób, zwłaszcza tych, którym trudno Ci przebaczyć; których nie umiesz jeszcze pokochać… Zadbaj o to, by nie uwielbiać tylko w pojedynkę. W Kościele istnieje wiele wspólnot i grup, które modlą się uwielbieniem. Modlitwa uwielbienia jest uniwersalna, ale formy jej praktykowania już nie. Ważne, by z Bożą pomocą odnaleźć swoje miejsce w Kościele, ten typ duchowości i pobożności, który jest dla mnie i w którym uwielbianie Pana przeżywać będę – być może niekoniecznie od razu – w pokoju i harmonii.

Jak to działa?

Kiedy uwielbiamy Pana, On bierze nas w swoje ręce. Nie ma nic piękniejszego i cudowniejszego w życiu, jak pozwolić Bogu właśnie na to. Jeśli nie stawiamy oporu, zaczynamy coraz konkretniej i intensywniej doświadczać Jego obecności (ile razy w modlitwie skupiałeś się na sobie i narzekałeś, że nie czujesz Bożej obecności?). Modlitwa uwielbienia czyni nas podatnymi na Boże działanie. Otwiera nasze umysły i serca na dary łaski.

Bóg nie przychodzi do nas jedynie po to, by chwilę z nami pobyć, sprawić, że poczujemy się lepiej, a zaraz potem wrócić na swój tron w niebie.

PAN zawsze jest przy nas. Modląc się uwielbieniem, pozwalamy Mu przyjść do nas i to z mocą. Raz przyszedłszy, Bóg pozostanie w nas tak długo, jak tylko Mu na to pozwolimy. Bóg – absolutna pełnia życiodajnej aktywności i mocy – nigdy nie pozostaje w nas bierny: dotyka naszych serc, uzdrawia, uwalnia, podnosi, pociesza…

Uwielbienie - lek na nieskuteczne prośby

Wiele cudów dokonuje się podczas modlitwy uwielbienia. I wcale nie chodzi tu o spektakularne przejawy Bożej mocy, obserwowane niekiedy w wielotysięcznych zgromadzeniach modlących się ludzi. Nie mniejsze cuda zdarzają się w ukryciu, kiedy przebywam z Panem sam na sam, spotykam Go w intymności mojego serca. Pan przychodzi do mnie w całym nieprzeniknionym bogactwie swej czułości i troski: dotyka mnie tam, gdzie najbardziej tego potrzebuję. Bywa, że napomina, zaprasza do głębszego nawrócenia, wskazuje drogę; uzdalnia do większej ufności, miłości i wiary. Obdarza nową wolnością wobec lęku, smutku, nałogów… nie jest obojętny wobec moich uczuć: przemienia je i integruje.

Kiedy uwielbiam Pana moje serce regularnie, coraz szerzej, otwiera się na Jego obecność i działanie. Uzdrowienie oraz uwolnienie oznaczają z reguły pewien proces, który rozgrywa się w czasie zgodnie z dynamiką i logiką Bożej Miłości. Sprawą pierwszorzędnej wagi jest tutaj osobiste nawrócenie i życie sakramentalne.

Uwielbienie jednak na niewiele się zda, jeśli trwam w grzechu: nie przystępuję do spowiedzi, nie przyjmuję Komunii świętej, nie angażuję się na serio w Kościół. Uwielbienie w stanie grzechu ciężkiego naznaczone jest fałszem.

To sprzeczny komunikat: niby werbalnie przyznaję Panu pierwszeństwo w moim życiu, ale w praktyce wcale tego nie potwierdzam. Nie żyjąc w stanie łaski, odwracam się od Dobra Najwyższego na rzecz dóbr stworzonych, cząstkowych i prowizorycznych, które nie mogą dać mi szczęścia (władza, poklask, pieniądz, grzeszne przyjemności, itd.) Dzięki modlitwie uwielbienia odkrywam, że Bóg sam wystarczy; że tylko On może do końca wypełnić wszystkie pragnienia i tęsknoty mojego serca, że tylko on może dać mi szczęście.

Uwielbienie - lek na nieskuteczne prośby

Korzyści?

Są wyjątkowo liczne i trudne do przecenienia. O niektórych już wspomniałem. Na zakończenie dodam tylko, że modlitwa uwielbienia w stanie łaski uświęcającej ożywia całe nasze życie, w tym życie sakramentalne; sprawia, że łaska, którą otrzymujemy w sakramentach, skuteczniej nas przenika i przemienia.

Na przykład, istnieje zasadnicza różnica pomiędzy przyjęciem Eucharystii tylko w kluczu modlitwy prośby, a takim przyjęciem, któremu towarzyszy uwielbienie i dziękczynienie. W tym drugim przypadku pozwalamy Panu Bogu na znacznie więcej. Jego łaska dotrze w nas o wiele dalej i wyda większe owoce.

Ponadto, modlitwa uwielbienia:

  • jest potężną bronią w walce z pokusami,

  • rozpala w nas wiarę i pragnienie Boga; pogłębia przeżywanie dziecięctwa (bycia synem lub córką Boga Ojca),

  • uzdalnia do pokochania siebie; do przebaczenia i pojednania (również z samym sobą),

  • rozwija wrażliwość na siebie i innych oraz na dobro, którego często nie widzimy lub ponad którym przechodzimy do porządku dziennego. Natomiast, wrażliwość na dobro rodzi w nas radość i wdzięczność.

Grzegorz Mazur OP

Zobacz inne artykuły tego autora >
Grzegorz
Mazur OP
zobacz artykuly tego autora >