video-jav.net

A ja czekam na koniec świata

Nie należę do żadnej sekty. Jestem zdrowa na ciele i na umyśle. Co z emocjami, spełnieniem życiowym, rodziną, karierą? Wszystko jakoś mieści się w normie i mimo to mówię, że koniec świata jest bliski, i że czekam...

Dominika Szczawińska
Dominika
Szczawińska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

O końcu świata piszą dziś wszyscy, więc by zabłysnąć erudycją i nie skończyć na wyliczaniu nieaktualnych prognoz, tak jak ci śmiałkowie, którzy wbrew jednoznacznej biblijnej zapowiedzi – że o tym dniu i godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko sam Ojciec (Mt 24,36) – próbowali ustalić konkretną datę Wielkiej Paruzji. Naprawdę mnóstwo ciekawych rzeczy można ostatnio przeczytać o kataklizmach, prawach fizyki, globalnej gospodarce, upadku obyczajów, przemianach społecznych, wierzeniach, zabobonach, wieszczach, prorokach, systemach i rządach.

Wyliczać mogłabym długo, ale nie o to chodzi, by potęgować chaos i podsycać wrażenie, że cała rzeczywistość, nawet gdy ją rozczłonkujemy na maleńkie fragmenciki, przekonuje nas o kresie, do którego zmierza.

Filozoficzne refleksje nie wiele mają wspólnego z tym, za czym tęsknie wyglądam przeczesując kolejne artykuły i książki z apokalipsą w tytule. Szukam kogoś, kto przyznałby się nie tylko do tego, że widzi już znaki zbliżającego się końca, ale że jest w nim niecierpliwość, ekscytacja, nadzieja. I liczę, że mogę znaleźć takie słowa nie tylko w teologicznych traktatach, które zamykają interesującą mnie tematykę w ramy nauki o rzeczach ostatecznych. Dowiedzieć się z eschatologii można nie tylko o końcu czasów i powtórnym przyjściu Pana Jezusa, ale też o tym, co owo przyjście poprzedzi: o biblijnych zapowiedziach, sądzie jaki nastąpi, wreszcie o tym, co owo ostateczne zwycięstwo Jezusa oznaczać będzie dla tych, którzy znajdą się po Jego prawicy. Dziwne, że ten fascynujący dział teologii funkcjonuje jako średnio istotny suplement, czasem wstydliwie ukrywany, bo kto dziś chce straszyć wizją ognia i katastrof, czy prześwietlaniem życiorysów, wreszcie nieuniknioną alternatywą: piekło – niebo, zbawienie – potępienie, życie – śmierć. Natomiast, jeżeli te sprawy nas nie interesują, to chcę zapytać: po co wiara? Po co religijne meblowanie życia i zachowywanie przepisów? Prowokacyjna promocja ateizmu „nie zabijam, nie kradnę, nie wierzę” daje mi w tej kwestii wiele do myślenia.

Oczywiście, że można uczciwie żyć i nie wierzyć. Ale czy można uczciwie żyć, wierzyć i nie czekać?

Nie wybiegać myślą i sercem do tego spotkania, które nadchodzi? Nie wyobrażać sobie, że kiedy już się to stanie, to dopiero będzie… W końcu „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało jak wielkie rzeczy przygotował Bóg, tym którzy Go miłują…”(1 Kor 2, 9).

Eskapizm duchowy, sekciarstwo, dewocja, bzdury – może niepotrzebnie podpowiadam jak zniechęcać wołających niczym chrześcijanie pierwszych wieków:” Pan jest blisko! Marana Tha!”. Tamci w końcu też czekali i to z wiarą o wiele silniejszą i nic się nie stało – świat trwa do dziś. Po co więc to wyglądanie, szykowanie się niczym na rozmowę kwalifikacyjną? Czy  jestem przygotowany, by spędzić tam całą wieczność? Może naprawdę warto tego zapragnąć,  by uwierzyć i nie zadomowić się beztrosko w dobrze wszystkim znanym wierszu Miłosza „Piosenka o końcu świata”. Niewielu poetom tak wierzę, ale w przypadku tego tekstu, mam wrażenie wpadnięcia w niezwykle kuszącą pułapkę życia tylko tym, co dzieje się tu i teraz, nie czekania i nie podsycania nadziei… 

Pamiętam jak ponad dwa lata temu z grupą przyjaciół zaczytywaliśmy się w książce „Uwierzcie w koniec świata. Współczesne proroctwo o powtórnym przyjściu Chrystusa” –  rozmowa Judyty Syrek z ojcem Joachimem Badenim była dla nas właśnie wyczekiwanym głosem, tego który mówi, że staje się już.

Choć nie słyszymy trąb, ziemia pod naszymi stopami jeszcze się nie trzęsie, groza nie ogarnia naszych serc, serio traktuję wezwanie ojca Badeniego do tego, by wierzyć w paruzję, bo tylko w ten sposób możemy poczuć bliskość i moc  Boga.

A Joseph Ratzinger pisał kiedyś w niewielkiej książeczce na Boże Narodzenie, że żyjemy w czasie Adwentu. I nie chodzi o ten krótki okres liturgiczny liczony na palących się na wieńcu świecach, ale o coś, co jest esencją naszego życia i do czego nie wstydzę się przyznać.

Dominika Szczawińska

Dominika Szczawińska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dominika Szczawińska
Dominika
Szczawińska
zobacz artykuly tego autora >

Obyś się uśmiechnął, czyli po co nam adwent

"Tato, dlaczego oni mają takie smutne miny?" – któregoś razu zapytał mój pięcioletni syn, wskazując palcem na postaci świętych umieszczone na ołtarzu kościoła Dominikanów w Krakowie. Jak tu być radosnym wyznawcą Chrystusa, skoro nawet ci, którzy przebywają z Nim w raju, porażają kilkulatka smutkiem?

Sławomir Rusin
Sławomir
Rusin
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W internecie trafiłem na obraz przedstawiający roześmianą twarz Chrystusa, pod którym widniał napis: „Chrześcijaństwo: prawdopodobnie najradośniejsza religia z najsmutniejszymi wyznawcami”. Jak tu być radosnym wyznawcą Chrystusa, skoro nawet ci, którzy przebywają z Nim w raju, porażają kilkulatka smutkiem?

Podczas Zwiastowania Archanioł Gabriel powiedział do Maryi: chaire, „raduj się!”. „Od tego pozdrowienia anioła – jak pisze Benedykt XVI w swej najnowszej książce Jezus z Nazaretu. Dzieciństwo – zaczyna się we właściwym sensie Nowy Testament”, zaczyna się nowy etap w dziejach ludzkości. Dziewięć miesięcy później inny anioł zawoła do pasterzy nieopodal Betlejem: „Zwiastuję wam radość wielką”. A Jezus słowa o radości wypowie przed swoją męką (tak właśnie, w takiej chwili!): „Rozraduje się serce wasze, a radości waszej nikt nie zdoła wam odebrać”.

Z Jezusem nadchodzi nowy czas, czas ratunku dla człowieka, który się pogubił. Bóg wkracza w nasze życie, staje się jednym z nas, byśmy i my stali się tacy jak On. Ojcowie Kościoła, święci mędrcy pierwszych wieków chrześcijaństwa, mówili o narodzeniu Jezusa:

„Bóg stał się Człowiekiem, aby człowiek stał się bogiem”. Mocne słowa, ale to właśnie głosi Kościół. Nie ma religii, w której Bóg zszedłby tak nisko, aby wynieść człowieka tak wysoko. I to jest nasza radość.

Żeby dobrze przeżyć tę prawdę, żeby w nią wniknąć, potrzebujemy się zatrzymać, zastanowić. Do tego służy właśnie Adwent (z łac. adventus – przybycie, przyjście). W czasie jego trwania z jednej strony przypominamy sobie pierwsze przyjście Chrystusa – narodziny w stajence, a z drugiej przygotowujemy się na Jego powtórne przyjście na końcu czasów, po którym, jak mówi Biblia: Bóg będzie wszystkim we wszystkich i każda łza zostanie otarta.

Kościół mówi, że Adwent to czas radosnego oczekiwania na przyjście Chrystusa, a jednocześnie zachęca do wyrzeczenia, a nawet pokuty. Jak to ze sobą pogodzić? W Ewangelii na rozpoczęcie Adwentu czytamy: „Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych (…) Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie”. Żeby nasze czuwanie było skuteczne, musi czuwać nie tylko dusza, ale i ciało. Stąd zachęta do postu, niekoniecznie od jedzenia, bardziej od tego wszystkiego, co nas zniewala, sprawia, że jesteśmy ociężali – fizycznie, umysłowo i duchowo.

Czuwanie i modlitwa to wyciszenie i wyostrzenie zmysłów, to wsłuchanie się w siebie, w drugiego człowieka, w Boga. To także gotowość na niespodziewane, na zaskoczenie, na to, co ma nadejść.

Każda uczta lepiej smakuje i każde święto jest radośniejsze, gdy są wyczekiwane, gdy przygotowując się do nich, czegoś sobie odmawiamy. Porządnie pośćmy, czuwajmy i porządnie świętujmy, inaczej wszystko zleje się w nijakość.

Sławomir Rusin

Sławomir Rusin

Pochodzi z Podkarpacia, a mentalnie to nawet nadal w nim tkwi (choć bywa, że temu zaprzecza). Mąż, ojciec, redaktor, z wykształcenia historyk. Uważa, że o wszystkim da się mówić/pisać "po ludzku". Lubi pracować z ludźmi, ale najlepiej odpoczywa w dzikich, leśnych ostępach. Interesuje się Wschodem (szeroko pojętym), ale z tym nazwiskiem to chyba zrozumiałe.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Sławomir Rusin
Sławomir
Rusin
zobacz artykuly tego autora >