W RCA nie chodzi o religię

Republika Środkowoafrykańska, ten kraj leżący w centrum Czarnego Kontynentu, ma w narodowym języku sango o wiele ciekawszą, uroczą nazwę: Be-Afrika – Serce Afryki. Od dwudziestu lat nasłuchuję rytmu bicia tego chorego serca – oto mój kardiogram.

Robert Wieczorek OFMCap
Robert
Wieczorek OFMCap
zobacz artykuly tego autora >

To zapomniane państwo po raz drugi w historii wyszło ze swego politycznego niebytu na pierwsze strony światowych informacji. Kiedyś już okazji dostarczył bufon – cesarz Bokassa, a dziś – wojna domowa. Smutna to sława.

W obiegu krąży wiele krzywdzących stereotypów gmatwających dodatkowo zrozumienie dla tutejszej sytuacji. Niektóre z nich to wręcz medialne gnioty.

Czy w RCA trwa wojna religijna?

W TV ukazują się reportaże o podobnym schemacie: ekipa telewizyjna z jaśnie oświeconej Europy przyjeżdża do Bangui z założeniem nakręcenia dokumentu, potwierdzającego promowaną powszechnie tezę, że w afrykańskim jądrze ciemności chrześcijanie i muzułmanie mordują się wzajemnie. Prezydent Francji bowiem w swym interview uwierzytelniającym operację wojsk francuskich Sangaris, jako pierwszy element podał konflikt międzyreligijny, a dopiero potem wyliczył rozkład aparatu państwowego, kryzys ekonomiczno-polityczny, brak bezpieczeństwa. Zaś wcześniej jego minister Fabius na arenie międzynarodowej młotkował apel: „Kraj leży na krawędzi ludobójstwa”. Dziennikarze odwiedzają parę miejsc w Bangui, nasłuchując skarg płynących z różnych stron, by w połowie dokumentu dotarło do ich świadomości, iż sytuacja jest o wiele bardziej skomplikowana, niż to, co otrzymali gotowe w politycznie poprawnej instrukcji.

Ich problem leży w tym, że podchodzą do problemu od ogona – biorąc skutki za przyczyny. To najpierw konflikt ekonomiczno-polityczny.

Mądry jest ten sarkazm: „Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze”. Poprzedni prezydent Bozize upadł w identyczny sposób, jak sam dopchał się do władzy – drogą rebelii. Upadł, bo pozwolił sobie na niecierpliwość, gdy 1.12.2012 r. podczas święta Niepodległości ogłosił, że w kraju zapanował spokój, więc w Birao można zacząć eksploatację ropy naftowej w kooperacji z Chińczykami. Tą samowolką naraził się siłom zagranicznym, uzurpującym sobie faktyczne prawo do tak ważkiej decyzji. Wszyscy podobno wiedzą, do kogo w praktyce należą podziemne bogactwa Afryki Centralnej, nikt natomiast nie chce wymienić ich imion na głos.

W RCA nie chodzi o religię

A owo roponośne Birao jest na północno-wschodnich rubieżach RCA. Właśnie stamtąd, z tej prowincji o większości rdzennych muzułmanów, w 10 dni później ruszyła rebelia. Koalicja Seleka zawiązała się już parę miesięcy wcześniej – spiskowcy czekali jedynie na odpowiedni sygnał. Bozize wybrał zły moment i niewłaściwych inwestorów zagranicznych, co kosztowało go utratę złotego rogu.

W RCA zrobić przewrót zbrojny jest tak łatwo, że większość pretendentów do władzy wybierała tę drogę zamiast żmudnej i niepewnej kampanii wyborczej. Sam samozwańczy prezydent, Djotodia, w swej karierze politycznej nie był nawet w stanie wypromować się na deputowanego ze swej rodzimej prefektury. To dzięki rebelii wdrapał się na najwyższy stołek, a jego koalicjanci dostali najbardziej intratne ministerstwa. Nuraddin Adam, nr 2 w seleka, niby odpowiedzialny za sprawy wewnętrzne, w rzeczywistości interesował się Bria i tamtejszymi diamentami.

Obecni w RCA przez ostatnie lata żołnierze z RPA (nota bene jedyni, którzy próbowali bronić Bangui przed rebeliantami, bo FACA – armia narodowa, nawet nie ruszyła palcem), nie pałali bynajmniej jakąś specjalną miłością do reżimu Bozize. Po prostu, inwestorzy z Afryki Południowej zbyt wiele zainwestowali w środkowoafrykańskie diamenty i uran…

Ale pchajmy się dalej i zostawmy polityków.

90% seleka stanowili muzułmańscy najemnicy (w większości z Czadu i nieco z Darfuru). A tam, na tych pustynnych terenach, wiadomo: bieda, aż piszczy, więc od wieków hołduje się praktyce razzi, jako metodzie na podreperowanie funduszy. „Zdobędziecie kraj dla mnie, a co znajdziecie po drodze, to wasze!”- obiecywał im Djotodia. Powiedzmy sobie jasno: Nie była to rebelia sensu stricte, a raczej najazd obcokrajowców z okupacją w konsekwencji. Bariery ściągające haracz z przechodniów i samowolka pozostawionych samopas żołnierzy.

Wobec takiego stylu rządów, nigdy nie wierzyłem, żeby seleka poważnie brali pod uwagę zachowanie władzy i pozostanie na miejscu. Raczej tylko krótkoterminowo: napchać kieszenie i do domu! A to, że podobnie jak kiedyś ludzie Kmicica, kmiotków poturbują, parę chałup z dymem puszczą, czy też pofolgują sobie z dziewkami, w czym problem?

Nie trzeba też mieć jakiegoś wyolbrzymionego wyobrażenia o wojnie w RCA. To konflikt w nowoczesnym stylu – jak najtańszy, a skuteczny – guerilla z domieszką Dzikiego Zachodu. Wzajemne podchody niewielkich band zbrojnych. Więcej tu huku i stresu, niż faktycznych zbrodni. Ale to i tak wystarczy, by setkom tysięcy ludzi skutecznie obrzydzić życie, bo wzięcie w zakład całej populacji cywilnej jest świadomie obraną taktyką.

O pieniądze też chodzi samym anti-balaka. To oni są zwycięzcy, więc im się też należy. Kolumna seleka próbuje przedrzeć się przez Bouar, będące już pod kontrolą anti-balaka. W pukawce między nimi, która stawia na nogi całe miasto i każe ludziom po raz kolejny, nocą, chronić się na misjach katolickich, nie chodzi o wojnę, a tylko o zadrę. Anti-balaka bowiem mają swym przeciwnikom za złe, że ci obłowili się po uszy, ale teraz nie chcą się z nimi podzielić…

A prości ludzie? Dla ich części każde kolejne „wyzwolenie” to okazja na rabunek sklepów, czy u sąsiada. Ale nie bądźmy zbyt surowi. Jedenaste przykazanie: „jak masz okazję to kradnij” jest głęboko wpisane w serca niektórych ludzi, i to bez względu na szerokość geograficzną. Jeden z mych braci w zakonie wspominał z dzieciństwa, że w czasie gdy robotnicy w jego rodzinnym mieście walczyli z komuną o ideały demokracji i doszło do starć z milicją, on sam, wówczas podrostek, wpadł sobie do zdemolowanego sklepu na „darmową” czekoladę…

W RCA nie chodzi o religię

Seleka, wczorajsi rządcy RCA wycofują się, to fakt. Ale zanim całe terytorium oczyści się z ich obecności, potrzeba dużo czasu. Samo się to nie zrobi. Międzynarodowych sił rozjemczych za mało, a żołnierze z FACA to nicponie. „Generał” anti-balaka w Bouar zapowiedział wychodzącym z ukrycia wojskowym, że nie mają prawa wrócić do koszarów, bo są tchórzami bez honoru. I ma dużo racji. Tymczasem cała „oczyszczona” prowincja to raj dla bandytów i szabrowników. W takim okresie nic gorszego dla cywilów, jak wałęsający się maruderzy.

Na misji w Bossemtele siostry otrzymują od „wyzwolicieli” anti-balaka ultimatum: „Zorganizować do jutra 350.000 fcfa (około 500 euro), albo wchodzimy do waszej szkoły i robimy porządek z muzułmanami, których tam ukrywacie!”. Życie ludzkie ma śmiesznie niską cenę.

Z całym szacunkiem do każdej przelanej kropli ludzkiej krwi, do tych 2000 zaprzepaszczonych ludzkich istnień. Nie można jednak mówić o ludobójstwie w RCA, pałającej żądzy krwi i powszechnym zdziczeniu, bo to byłaby krzywdząca przesada. To ekstremalne przeżycia pchają nieraz ludzi do nieludzkich zachowań. Ale mieszkańcy Centrum Afryki wcale nie są bardziej krwiożerczy niż my. Nie róbmy sobie wypominków.

A po naćpanych najemnikach żyjących w ciągłym poczuciu osaczenia, czegoż dobrego można się spodziewać? Niewiele trzeba by iskra padła na proch. Przykład z wczoraj: 6 samochodów seleka (setka ludzi) zabłądziła do Ndim – pomylili drogę. Zanim zawrócą, któryś z nich daje tysiąca (7 zł) chłopakowi stojącemu na poboczu i prosi o zakup „działki”. Ten bierze pieniądze i – rozpływa się w naturze. Po chwili, wojak połapawszy się, że został zrobiony w balona, z miejsca grozi podpaleniem najbliższego domu. Na szczęście znalazł się ktoś roztropny, kto mu natychmiast oddał pieniądze z własnej kieszeni. I pojechali. Zaraz potem cała grupa młodych puszcza się pędem za owym cwaniakiem, by mu dokopać. I bardzo dobrze.

Czy seleka i anti-balaka to milicje religijne?

To medialnie wygodne, ale nieprawdziwe uproszczenie.

Arcybiskup stolicy RCA, Dieudonné Nzapalainga powtarza gdzie tylko może: „Nie wszyscy muzułmanie to Seleka i nie wszyscy Seleka to muzułmanie. Strzeżmy się odpowiedzialności zbiorowej! Opłakujemy tworzenie zlepów niespójnych informacji na temat anti-balaka i przypisywanie im nazwy ruchów chrześcijańskich. W rzeczywistości anti-balaka są wybuchem poczucia przebranej miary w części społeczeństwa wobec nie mających końca aktów zdzierstwa i przemocy ze strony rebeliantów seleka. Dlatego też nie ustajemy w tłumaczeniu, że wszyscy anti-balaka nie są chrześcijanami i że wszyscy chrześcijanie nie są anti-balaka”.

Jego „bliźniaczy brat” Omar Kobine Layama, imam wielkiego meczetu w Bangui, który w ostatnich dwu miesiącach znalazł schronienie w domu Arcybiskupa, wtóruje: „Mówi się, że muzułmanie i chrześcijanie wzajemnie się zabijają. Lecz to nie jest kryzys religijny, ale polityczny. Politycy chcą się ukryć za tą gmatwaniną przeinaczanych faktów, aby ciążącą na nich odpowiedzialność za nieudolne rządzenie krajem zrzucić na karby religii. Potępiamy wszystkie morderstwa popełnione przez tych, którzy się określają jako muzułmanie, czy też przez tych, co się reklamują być chrześcijanami. Autentyczny muzułmanin, podobnie jak prawdziwy chrześcijanin nie może być autorem morderstw, ale jest aktorem pokoju. Godnym ubolewania jest fakt, że w ostatnich miesiącach zaistniała dogłębna konfuzja między seleka a strukturami islamu w RCA. Tymczasem tak nie jest – seleka grupuje w sobie zarówno z chrześcijan jaki i muzułmanów”.

Ten tandem środkowoafrykańskich przywódców religijnych odbył ostatnio drugą podróż po Europie, by tym, co chcą ich słuchać tłumaczyć złożoność sytuacji i bronić dobrego imienia religii. Byli między innymi we francuskim Parlamencie.

W RCA nie chodzi o religię

Słowa seleka na próżno szukać w słowniku sango. Pod hasłem „porozumienie” znajduje się: mbuki, ndika. To musi być francuskie selection przerobione na sango. Ten język stale się tworzy, więc łatwo asymiluje to, co słyszy u innych. Tak więc semantycznie, seleka to tacy "doborowi” albo „dobrani". W praktyce to heterogenna unia zwaśnionych z sobą wcześniej ugrupowań lokalnych, z góry skazana na niepowodzenie, bo zawiązana jedynie w negatywnym celu zwalczania wspólnego wroga. Trzon stanowią muzułmanie, ale nie brak wśród nich i chrześcijan. Wczoraj ludzie z Ndim rozpoznali wśród przejeżdżających w konwoju seleka czterech znanych im pobratymców, a więc na pewno nie muzułmanów. Bo też nie przynależność religijna jest faktyczną linią demarkacyjną. Ci przypadkowi sojusznicy nigdy nie posiadali pozytywnego projektu na przyszłość kraju. Nieszczęściem wielu muzułmanów z RCA było związanie z seleka nadziei na prosperitę i ochronę. Teraz, pozostawieni na pastwę losu, płacą ciężki haracz za ten błąd dziejowy.

Dziennikarze bezwiednie powtarzają jeden za drugim głupawe tłumaczenie terminu anti-balaka, jako anty – maczety. W praktycznym sango, czyli tym używanym faktycznie przez ludzi na co dzień, maczeta to francuskie "machette" albo najwyżej opisowe "kota zembe" (duży nóż). Słownik uniwersytecki podaje nadto: ba, kangbara i nzenze. Skąd się wzięło owo: balaka? Nie ważne. Może gdzieś jednak tego słowa się używa? Natomiast istotniejsze dla nas, że sam sens tego propagowanego wszędzie tłumaczenia nie trzyma się kupy. Bo co to znaczy: „anty (przeciw) maczetom” skoro rzucają się na dobrze uzbrojonych? Gdyby się nazwali np. „balaka-anti-ngombe” to byłoby logiczne: „z maczetami na karabiny” (takie nasze: „z motyką na księżyc”) dla oddania ich heroizmu czy nierównego rozkładu sił.

Tymczasem tu chodzi o: „anti – balle AK", skrót pełnego zdania po francusku "blendé anti-balles d'automat Kalachnikow 47", czyli na polski: "odporny na kule AK". Bo też takie bzdurne obietnice dają czarownicy bojownikom idącym do buszu z byle jakim uzbrojeniem, ale za to obwieszonym talizmanami, jak choinka świecidełkami. Te same zresztą praktyki są po obu stronach. Czy to nominalny muzułmanin walczący po stronie seleka, czy to nazywający się chrześcijaninem jego przeciwnik, obydwaj wyobwijani są waraka (z arabskiego – amulety zawierające wersety Koranu), czy też gri-gri pogańskimi, by się ich "kule nie imały”. Ale ci nietykalni i tak padają, mimo domniemanej ochrony…

Takie osłanianie się amuletami to praktyki czysto pogańskie, nie mające nic wspólnego z ortodoksyjnie pojętym chrześcijaństwem, ani islamem. Ale ten fenomen jest zakorzeniony w najgłębszych warstwach duszy afrykańskiej. Gdy w 1927-29 w całej Francuskiej Afryce Równikowej szerzyło się powstanie nazwane Kongo-Wara (efekt nieludzkich kontrybucji nałożonych na tubylców w związku z przymusowym zbieraniem kauczuku i budową kolei do Brazzaville), ludzie szli naprzeciw karabinom strzelców senegalskich, bo Karnou, ich prorok obiecywał, że kule zamienią się w wodę zanim ich dosięgną… Ale i dzisiaj intrygujące jest posłuchać, jak ktoś niby po studiach, a całkiem na serio utrzymuje, że są dostępne magiczne środki zapewniające ci taką nietykalność. Kule wystrzelone w twym kierunku zmienią tor lotu, a strzały wypuszczone z łuku wrócą do kołczanu! Ukłony w stronę balistyki…

U mnie we wsi w ostatnich dniach uformowała się samoobrona. Myślicie, że mieli jakieś ćwiczenia? Robili sobie nacięcia na rękach i do sznytów zasypywali jakiś proszek „na odwagę”. Jeżeli w tym brataniu się krwią cokolwiek sobie zaszczepili, to chyba HIV-a, bo przy 15% średniej krajowej AIDS, było tam wśród nich z pewnością kilku nosicieli, a żyletka przecież jedna…

Bojownicy z RJ – inna odmiana lokalnej samoobrony, deklarująca swą determinację w zwalczaniu seleka  – noszą na szyi muzułmańskie różańce i nic im się to jakoś nie gryzie. Po prostu ta wojna wykwitła pomieszaniem z poplątaniem.

W RCA nie chodzi o religię

Słysząc o tego typu rzeczach nie ma się co zbytnio dziwić. Mamy tu do czynienia z reakcją neo-pogańską, która jest normalnym procesem dziejowym. Odsyłam do czasów Mieszka II, albo do analogicznych sytuacji z historii ewangelizacji Europy we wczesnym średniowieczu. Chrześcijaństwo w RCA istnieje zaledwie od 2-3 pokoleń i nie dziwota, że jest takie powierzchowne. Szybko przyszedł na nasz Kościół czas próby i zdawania pierwszego egzaminu ze świadectwa wiary. W tak ekstremalnych warunkach wychodzi na jaw, co najbardziej ludziom w duszy gra. A najwymowniejszym znakiem powrotu do pogaństwa jest zbyt często goszczące na ustach słowo: zemsta. Dlatego jako antidotum głosimy w kościołach rozbrojenie serca.

Wielką krzywdą dla prawdy jest bezwiedne powtarzanie: milicje chrześcijańskie. Anti-balaka mają bowiem tyle wspólnego z chrześcijaństwem, co kiedyś Banderowcy z Cerkwią Unicką… Podobnie i seleka – do końca zdeprecjonowali imię islamu w oczach Środkowoafrykańczyków. Ci bowiem już od czasów przed-kolonialnych noszą w sercach endemiczną niechęć do tej religii, przechowywaną w tragicznych wspomnieniach o muzułmańskich łowcach niewolników. Cały ubiegły rok zdaje się tylko utwierdzać ich w przekonaniu, że nic się w tej dziedzinie nie zmieniło.

Owszem napięcia na płaszczyźnie religijnej mają swoje miejsce na arenie wydarzeń w RCA, ale są one drugorzędne produktem długotrwałej degrengolady życia społeczeństwa i karygodnych błędów elit politycznych. Wbrew temu, co próbuje się wciskać ludziom w Europie, nie da się sztucznie wypreparować religii ze sfery publicznej, bo te obie płaszczyzny wzajemnie się przenikają w każdej osobie ludzkiej.

Jaka najbliższa perspektywa?

Obawiam się, że nie czas na wkładanie seleka do lamusa. Dadzą o sobie jeszcze nieraz znać, uprzykrzając życie rządowi tymczasowemu, ale i prostym ludziom. Część z nich wprawdzie złożyła broń w Czadzie, ale ci co pozostali na terytorium RCA wcale nie myślą się poddać. Główkowaliśmy, że owe dwa konwoje, które ostatnio przejechały z Bang przez Ndim w stronę Paoua, są już w Gore, po drugiej stronie granicy. Tymczasem oni przemieszczają się wzdłuż północnej granicy RCA, by prawdopodobnie na wschodzie dołączyć do tych, co wymknęli się z koszar w Bangui i przez parę dni okupowali Sibut. Ich determinację z pewnością spotęgują ostatnie wieści o towarzyszach broni, którzy w Czadzie zostali zneutralizowani i mają być sądzeni za najemnictwo.

Są powody do obaw, bo to duże zgrupowanie seleka pozostawione na północy zdaje się podejmować realizację irracjonalnego wydawałoby się projektu, jakim po dymisji Djotodia szantażował jego były doradca, Babakar Sabone. Groził on secesją północy RCA, gdzie muzułmanie mieliby stworzyć swoje własne państwo. Wprawdzie potem się z tych słów wycofał, ale co zasiał, to pozostało. Zresztą ludzie są przekonani, że ten polityk nie wyrwał się jedynie z jego osobistym przekonaniem, ale wyraził to, co faktycznie zamyśla wielu środkowoafrykańskich muzułmanów. Seleka w Sibut wieszali już jakąś czerwoną flagę i próbowali stawiać rządowi warunki, póki ich Misca – Sangaris nie pognali dalej na północ.

Oprócz jawnego zamachu na konstytucyjnie gwarantowaną integralność terytorialną kraju, za którą z pewnością murem staną siły międzynarodowe, co to znaczy „muzułmańska północ”? Ja sam mieszkam na północnym krańcu RCA, ale u nas muzułmanów jak na lekarstwo. Jedynie północy-wschód z prefekturą Wakaga może się określić, że większość tego półpustynnego terytorium jest zamieszkana przez ludność, która w XIX wieku poddała się islamizacji, by odwrócić od siebie apetyt handlarzy niewolników z Darfuru i Kordofanu.

Co więc, oprócz Birao, chcieliby odłączyć od RCA? Diamentowe Bria? Ndele – byłą stolicę sułtana Rahaba? Byłem tam kiedyś osobiście i widziałem. Owszem, w mieście sporo muzułmanów, ale większość ludzi na prowincji to poganie lub chrześcijanie.

Sprawa tak beznadziejna do zrealizowania, jak nieregularne jest rozmieszczenie ludności pod względem wyznaniowym. Przypomina to układ z Polski przedwojennej. Podobnie jak u nas kiedyś Żydzi, tutaj muzułmanie, w zdecydowanej większości przyjezdni z zagranicy, pousadzali się głównie w miastach lub tam, gdzie oprócz handlu i transportu jest jakiś inny interes, np. diamenty czy złoto. I tak paradoksalnie, na południu jest ich więcej, niż na północy. Takie gadanie nie ma więc większego sensu, no chyba, że ktoś myśli realnie o kolejnym exodusie i segregacji wyznaniowej ludności – niech Pan Bóg broni! Mam nadzieję, że ten kolejny rozdział zamknie się jedynie w sferze politycznych negocjacji.

W RCA nie chodzi o religię

A co mi osobiście leży na sercu?

Bogu dziękować, że do dziś cała moja parafia przetrwała bez specjalnego uszczerbku. Ale do czasu. Zaraz w sąsiedztwie, wieś Nzakoun przedwczoraj w nocy została zrabowana przez bandę przybyłą bezkarnie z Czadu, i co gorsza, zabili przy tym 22 osoby. I to mnie martwi. Gdy resztki seleka ulotnią się stąd niebawem, cały ten przygraniczny region zostanie wydany na pastwę losu. Nie trzeba w ogóle strzelać, by ludzie umierali. Wystarczy, że wkrótce zabraknie nam podstawowych lekarstw. Granice są zamknięte. Handel praktycznie zamarł. Nikt tu nie przyjeżdża na targowisko. Ceny lokalnych produktów spadły o połowę, gdy tymczasem wszystko to, co przywozi się z Kamerunu, a więc mydło, mąka, sól, olej, paliwo, podrożało dwa razy. I będzie coraz gorzej.

Ludziom na wsi łatwiej jest przeżyć trudne czasy. Znajdą w buszu coś na ząb, a na polach szopy, by ukryć się przed deszczem. Są dzielni, więc poradzą sobie. Groby porosną trawą, a popalone domy ludzie odbudują szybko na nowo, bo te błotno-słomiane chatki mają się nijak do europejskich gmachów. Ziemi wystarczy dla każdego, a woda spadnie z nieba wraz z nową porą deszczową. Ale ziarna pod zasiew braknie, gdy ludzie będą zmuszeni zjeść i tą ostatnią rezerwę.

Mówi się o powietrznym moście humanitarnym Duala – Bangui. I dobrze. Konieczne jest pomóc mieszkańcom stolicy, bo dość się ucierpieli. Ale moi ludzie, tu w całym północno-zachodnim regionie nie potrzebują nic więcej oprócz zapewnienia minimum bezpieczeństwa i otwartej granicy z Kamerunem, by móc godnie sprzedać swoje płody ziemi i kupić mydło.

Jeden posterunek Misca, kontrolujący newralgiczne skrzyżowanie w Bang, stałby się płucem dla całego regionu. O jedyne 10 km dalej, na granicy nad rzeką Mbere, stoją kameruńscy żołnierze, a za nimi sparaliżowane targowisko w Mbaiboum, bo granica zamknięta…

Osobiście wiem, w co tu wdepnąłem. Znam tego konsekwencje i nie oczekuję niczego dla mnie. Nikt się nie będzie przecież rozmieniał na drobne dla kilku białych, usidlonych gdzieś tam w afrykańskim buszu. Ale gdyby jednak zmienić perspektywę i popatrzeć, że tu chodzi o otwarcie głównej drogi zaopatrzenia dla najbardziej zaludnionej prefektury RCA l’Ouham-Pende z ponad pół milionem ludzi, to nasze wołanie o pomoc dla nich może mieć swój ciężar?


Chronologia


  • sierpień 2012 – Spotkanie we Francji szefów pięciu ugrupowań rebelianckich, dające początek koalicji Seleka.
  • 10.12.2012 – Początek działań zbrojnych na północnym-wschodzie RCA. W ciągu miesiąca Seleka przejmuje kontrolę nad miastami: Bamingui, Ndélé, Mbré, Sam Ouandja, Ouada, Bria, Kabo, Alindao, Kouango, co stanowi cały wschodni obszar RCA.
  • 11.01.2013 – Podpisanie w Libreville (Gabon) porozumienia gwarantującego zawieszenie broni i wspólne utworzenie rządu jedności narodowej.
  • 20.01.2013 – wygaśnięcie ultimatum ze strony Seleka i początek nowej ofensywy.
  • 24.01.2013 – Rebelianci opanowują stolicę kraju, Bangui. Prezydent François Bozizé chroni się w Kamerunie, a Michel Djotodia ogłasza się szefem Państwa.
  • 25.03.2013 – Unia Afrykańska zawiesza członkostwo RCA.
  • 1.07.2013 – Początek operacji rozbrajania byłych kombatantów Seleka przez Siły Międzynarodowe w Afryce Centralej (FOMAC), obecne na miejscu już od czasów mediacji z rządem Bozizé.
  • 18.08.2013 – Początek 18-miesięcznej fazy przejściowej do kolejnych wyborów i zaprzysiężenie Michela Djotodia jako prezydenta tymczasowego.
  • 8-9.09.2013 – Początek systematycznych starć między tworzącą się zbrojną opozycją a nowymi władzami (100 zabitych).
  • 13.09.2013 – Ostateczne rozwiązanie Seleka.
  • 5.12.2013 – Bangui zaatakowane przez milicje samoobrony anti-balaka (138 zabitych). Tego samego dnia, Rezolucja ONZ zezwalająca na użycie sił wojskowych Misji Międzynarodowej Wsparcia dla RCA (MISCA) na okres jednego roku.
  • 5-6.12.2013 – Początek francuskiej operacji wojskowej "Sangaris" dla zapewnienia bezpieczeństwa w RCA.
  • 10.01.2014 – Pod presją CEEMAC w Ndjamenie i opinii międzynarodowej dymisja Michela Djotodia. Dwa tygodnie później wybór Catherine Samba–Panza na prezydenta w okresie przejściowym do następnych wyborów planowanych na początek 2015 roku.


Robert Wieczorek OFMCap

Robert Wieczorek OFMCap

Zobacz inne artykuły tego autora >
Robert Wieczorek OFMCap
Robert
Wieczorek OFMCap
zobacz artykuly tego autora >

Plaster miodu 2. Odcinek 9: Rozdarcie

Kiedy w życiu człowieka zaczyna działać Pan Bóg, można doświadczyć pewnego rozdarcia. Z jednej strony są złe nawyki, grzech, coś do czego już się przyzwyczailiśmy, a z drugiej Pan Jezus, który rzuca światło i pokazuje, że to jest złe, że tak nie da się żyć. Że nie da się żyć bez Niego. Na tym polega prawdziwe nawrócenie - aby z Jezusem zbudować relację pełną miłości.

Rzym: każdej nocy 3 tys. ludzi śpi pod gołym niebem

Trzy tysiące osób śpi w Rzymie każdej nocy pod gołym niebem, podczas gdy w tym samym mieście jest ćwierć miliona pustych mieszkań, których właściciele nie chcą wynająć. Na ten, jak wiele innych paradoksów, zwrócono uwagę podczas prezentacji 28. już edycji przewodnika dla potrzebujących, wydanego przez Wspólnotę Sant'Egidio. Adresowana do nich publikacja zatytułowana „DOVE mangiare, dormire, lavarsi, 2018” (GDZIE zjeść, przespać się i umyć) ukazała się w nakładzie ośmiu tysięcy egzemplarzy.

Przewodniczący wspólnoty Marco Impagliazzo zaapelował do władz komunalnych o stworzenie „publicznej agencji mieszkaniowej”, która gromadziłaby informacje na temat wynajmowanych mieszkań. Z ubolewaniem stwierdzono, że w ciągu ostatniego roku przybyło w Rzymie tylko czterdzieści miejsc noclegowych dla osób, które potrzebowałyby dachu nad głową w czasie zimowych chłodów czy nawet mrozów. Przypomniano, że do 25 grudnia zgłaszać można udział w kampanii solidarności „Miejsce przy stole na Boże Narodzenie”, połączonej ze zbiórką pieniędzy świąteczne obiady dla podopiecznych rzymskiej wspólnoty. Szacuje się, że w Wiecznym Mieście będzie ich sześćdziesiąt tysięcy, na całym świecie ponad dwieście tysięcy.

 

Z zaprezentowanego dziś przewodnika wynika, że w Rzymie jest 41 jadłodajni dla ubogich, którymi zajmuje się czterdzieści grup (w tym czternaście parafii). Jest 47 noclegowni, 27 punktów sanitarnych (o pięć więcej niż rok temu), 39 przychodni i punktów medycznych, a także 32 ośrodki dla leczących się z alkoholizmu i narkomanii i 19 z nałogu hazardu.

 

Sama Wspólnota Sant’Egidio rozprowadza każdego tygodnia pięć ton żywności i trzy tony odzieży oraz dwanaście tysięcy sztuk środków czystości osobistej w ciągu roku.


kg (KAI Rzym) / Rzym

Pomoc o wartości 54 mln zł dla ponad 20 tys. rodzin

W ramach tegorocznego finału akcji Szlachetna Paczka, który odbył się w miniony weekend, wolontariusze przekazali pomoc do ponad 20 tys. rodzin, a łączna wartość pomocy to prawie 54 mln zł. Akcja połączyła blisko milion Polaków: wolontariuszy, darczyńców oraz osoby potrzebujące.

– Wolontariusze przekazali pomoc do ponad 20 tys. potrzebujących rodzin, średnia wartość paczki dla jednej rodziny zadeklarowana przez darczyńców to 2689 zł, a łączna wartość pomocy przekazanej potrzebującym to prawie 54 mln zł, w ubiegłym roku wartość wyniosła ponad 47 mln – powiedziała KAI Paula Wolecka ze Stowarzyszenia Wiosna, podsumowując tegoroczną akcję.

 

– Tegoroczna Szlachetna Paczka zjednoczyła ponad 810 tys. osób, czyli darczyńców, wolontariuszy i obdarowanych. Jedną paczkę dla rodzin potrzebujących przygotowywało średnio 36 osób – dodała. Zdaniem organizatorów, akcja Szlachetna Paczka stała się już tradycją przedświąteczną Polaków.

 

Podczas “Weekendu cudów” paczki przygotowane przez darczyńców dla konkretnych rodzin trafiły do prawie siedmiuset magazynów w całej Polsce, a następnie zostały dostarczone potrzebującym przez wolontariuszy.

 

W pomoc co roku angażują się ludzie świata polityki i kultury. W tym roku wśród darczyńców znaleźli się m.in. Para Prezydencka. W pomoc włączyli się również piłkarze reprezentacji Polski, narodowa drużyna skoczków narciarskich oraz złoci medaliści olimpijscy, a także policjanci, strażacy, Wojsko Polskie, szkoły i uniwersytety.

 

Akcję Szlachetna Paczka organizuje od 2001 roku krakowskie stowarzyszenie Wiosna. W pierwszej edycji projektu grupa studentów z duszpasterstwa akademickiego w Krakowie kierowana przez ks. Jacka Stryczka obdarowała 30 ubogich rodzin. Obecnie jest już wydarzeniem o zasięgu ogólnopolskim. Projekt ten inspiruje społeczeństwo do pomocy potrzebującym. Akcja co roku łączy tysiące osób potrzebujących pomocy oraz darczyńców i wolontariuszy.


(KAI) led / Kraków

Akatyst ku czci św. Józefa [POSŁUCHAJ]

Akatyst to rodzaj hymnu liturgicznego, charakterystycznego dla Kościoła Wschodu. Śpiewany zawsze na stojąco chwali Jezusa Chrystusa, Maryję albo świętych. Posłuchaj niezwykłego wykonania Akatystu ku czci św. Józefa!

Posłuchaj Akatystu ku czci św. Józefa:

 

Jak powstaje życie w łonie matki? [ZOBACZ]

Od cudu poczęcia aż do narodzin. W 4 minuty możesz prześledzić całe 9 miesięcy rozwoju dziecka w łonie matki. Zobacz tę niesamowitą animację!

Papieski Twitter po 5 latach ma 43 mln obserwujących

Pięć lat od otwarcia konta @Pontifex na Twitterze, korzysta z niego ponad 43 miliony internautów. Spośród dziewięciu wersji językowych papieskie tweety najczęściej czytane są po hiszpańsku i angielsku (po 15,5 mln użytkowników). Kolejnych 9,2 mln wejść jest na wersję w języku włoskim (4,8 mln), portugalskim (3,4 mln) i francuskim (1 mln). Papieskie wpisy po polsku śledzi 996 tys. użytkowników, po łacinie 856 tys., po niemiecku 570 tys., a po arabsku – 398 tys.

Konto na Twitterze otworzył 12 grudnia 2012 papież Benedykt XVI. Pierwszy wpis papieski brzmiał: „Drodzy Przyjaciele! Z radością łączę się z Wami na Twitterze. Dziękuję za miłe odpowiedzi i z serca błogosławię”.

 

Substytut sekretariatu stanu, abp Angelo Becciu, który był obecny wówczas w Pałacu Apostolskim, wspominał tamtą ceremonię w rozmowie z Radiem Watykańskim. Jak powiedział, papież „był trochę nieporadny, zwlekał z naciśnięciem klawisza na tablecie. Jednocześnie widziałem jego radość, że będzie mógł mieć kontakt z internautami”.

 

Wraz z wyborem na papieża w marcu 2013 r. Franciszek przejął też konto @Pontifex. Najnowszy jego wpis, z 11 grudnia, brzmi: „Działalność polityczna musi naprawdę stać na służbie osoby ludzkiej, dobra wspólnego i ochrony stworzenia”.


(KAI) ts / Watykan

Włochy: Jan Paweł I zmarł śmiercią naturalną

Jan Paweł I zmarł śmiercią naturalną. Przekonana jest o tym siostra Margherita Marin, jedna z czterech zakonnic ze zgromadzenia Miłosierdzia Maryi-Dzieciątka, które opiekowały się nim podczas krótkiego pontyfikatu. Włoska zakonnica po raz pierwszy publicznie mówiła wczoraj o jego ostatnich chwilach w mieście Belluno na północy Włoch, o czym doniosła lokalna prasa.

Papież Jan Paweł I zmarł „w swoim łóżku, pogodny. Miał na nosie okulary, a w dłoni trzy kartki papieru. Śmierć była nagła”. Siostra Margherita Marin potwierdziła, że poprzedniego dnia, to jest 27 września 1978 roku, papież poczuł kłucie w sercu. „Powiedział o tym sekretarzom. Ale nie przywiązywał do tego wagi”.

 

Następnego dnia, mówiła włoska zakonnica, „o 5.15 przyniosłyśmy kawę do zakrystii. Poszłam po zakupy i o 5.30, widząc, że kawa była nietknięta, zaniepokoiłyśmy się. Siostra Vincenza poszła do pokoju, zapukała, ale nie było odpowiedzi. Otworzyła drzwi i zawołała mnie: chodź, chodź. Kiedy zbliżyła się do łóżka, wykrzyknęła: “Tego nie powinieneś był mi zrobić”. Na kartkach, które papież trzymał w ręku, siostra Margherita dostrzegła słowa „Oto żarłok i pijak”, z ewangelii św. Mateusza (11, 16-19). Przypuszcza, że były to notatki do przemówienia, jakie zamierzał wygłosić podczas najbliższej audiencji generalnej.

 

Po śmierci Jana Pawła I pojawił się szereg domysłów na temat jej przyczyn i okoliczności. Niektórzy posunęli się do sugestii, że papież został skrytobójczo zamordowany.


kg (KAI Wenecja) / Wenecja

 
 

Jak nie zepsuć Adwentu? 7 wskazówek

Adwent jest wyjątkowym czasem w życiu człowieka wierzącego. Kościół proponuje nam na te kilka tygodni bardzo obfitą paletę możliwości większego zaangażowania w oczekiwanie na przyjście Pana. Oto wskazówki, które pomogą dobrze przeżyć ten czas.

Otylia Brendel
Otylia
Brendel
zobacz artykuly tego autora >

1. Uświadom sobie, na co tak naprawdę czekasz

Jaka jest Twoja pierwsza myśl, gdy słyszysz “Boże Narodzenie”? Dla wielu z nas oznacza to: świętowanie, rodzinną atmosferę, wolne od szkoły czy pracy, możliwość odpoczynku. Ale czy to na to najbardziej czekamy? Adwent ma nas przygotować na przyjście Pana – zarówno na Jego powtórne przyjście na końcu świata, paruzję, jak i na Jego narodzenie. To na Nim powinno się skupić nasze oczekiwanie.

 

2. Pomyśl, kto czeka na Ciebie

Okres przedświąteczny zdaje się wyzwalać w ludziach większą otwartość, szczodrość i chęć pomocy. Rozliczne przedświąteczne zbiórki, charytatywne koncerty, przygotowywanie paczek z prezentami zachęcają nas do dawania siebie innym. Co ciekawe – mimo wielu wydatków w tym czasie, chętniej otwieramy swoje serca i portfele, by pomóc bardziej potrzebującym. Pomyśl, komu możesz w tym adwencie coś ofiarować, kto oczekuje Pana Boga i mógłby Go znaleźć w Twojej dobroci.

 

3. Roratnie wstawanie to nie wyścig po zaliczenie

Moda na roraty rozpowszechnia się. Kościoły w wielu parafiach są pełne wiernych, także i dzieci, mimo porannej pory. Łatwo jednak wpaść w przekonanie, że Adwent będzie ważny tylko z nimi. Roraty to nie konkurs z medalami. Jaka motywacja przyświeca Twojemu porannemu wstawaniu? Im bliższa jest Boga, tym lepiej. Roraty nie mogą być sposobem na udowodnienie sobie i komukolwiek, że jest się lepszym i wytrwalszym. One mają nas przybliżyć do Boga.

 

4. Nastrój – tak, ale czemu od razu świąteczne piosenki?

Bolączką naszych czasów jest nieumiejętność czekania. Denerwują nas korki i kolejki, biegniemy na metro nawet jeśli kolejne przyjedzie za kilkadziesiąt sekund, a w sklepach choinki, bombki i światełka pojawiają się prawie obok zniczy na początku listopada. Adwent może być dla nas lekcją cierpliwego czekania. Ale nie da się tego zrobić, jeśli od początku fundujemy sobie świąteczne – urocze skądinąd – piosenki we wszystkich gatunkach muzycznych. Poczekaj z tym. W sieci można znaleźć wiele pięknych adwentowych utworów o niezwykle bogatych tekstach – spróbuj zrobić z nich swoją własną playlistę. Zdążysz jeszcze nasłuchać się kolęd i piosenek o Nowonarodzonym.

 

5. Nie zostawiaj wszystkiego na ostatnią chwilę

Przygotowanie Świąt to spore wyzwanie. Kiedy żyjemy w biegu, czas ucieka nam nie wiadomo kiedy i nagle robi się 22, 23 grudnia. Zdenerwowani biegamy od sklepu do sklepu w poszukiwaniu prezentów, przytłacza nas ogrom sprzątania, nie wspominając o gotowaniu. Spróbuj zrobić, co możesz, wcześniej – szczególnie jeśli chodzi o duchowe porządki czyli spowiedź. Pomoże Ci to zaoszczędzić stres i niepotrzebne nerwy.

 

6. Niech przygotowania nie będą ważniejsze od Gościa

Chyba wszyscy zgodzimy się, że celem adwentu i przygotowań na Boże Narodzenie nie jest wzorcowe posprzątanie domu, suto zastawiony stół i spełniające marzenia prezenty. Jezus przychodzi, by dać nam miłość i pokój, którymi będziemy mogli się dzielić w gronie najbliższych. W ferworze przygotowań nie zapomnij, że najważniejszy w tym wszystkim jest Pan Bóg. W końcu to jego narodzenie będziemy świętować – nie można zostawiać go na dalszym planie.

 

7. Nie nadymaj się tak

Bóg przyszedł na świat jako maleńkie dziecko. To, co może nam Go przesłonić, to przerost formy nad treścią. Zastanów się, co w adwencie pomoże Ci przygotować się na jak najszczersze przyjęcie Go do swego życia. Pomysłów może być wiele, ale aktywność to nie wszystko, bo “nic się nie zmieni, jeśli nic nie zmienisz”. Niech to będzie dla błogosławiony czas!

 

Otylia Brendel

Otylia Brendel

Z wykształcenia psycholog, z zamiłowania śpiewaczka, z Bożego (jak ufa) zamierzenia redaktor portalu Stacja7.pl. Wielbicielka muzyki liturgicznej, kawy i "Przyjaciół" oraz żywy dowód na to, że da się lubić Warszawę i Kraków jednocześnie.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Otylia Brendel
Otylia
Brendel
zobacz artykuly tego autora >

Papież zachęca: Dajcie się pocieszyć Bogu i nie narzekajcie!

Pozwólmy pocieszyć się Panu, a unikajmy narzekań i żalów – powiedział Franciszek podczas porannej Eucharystii w Domu Świętej Marty. Nawiązując do pierwszego czytania dzisiejszej liturgii (Iz 35,1-10), w którym prorok Izajasz cytuje słowa Boga obiecującego swe zbawienie, papież przypomniał słowa św. Ignacego z Loyoli, iż dobrze „kontemplować Chrystusa jako Pocieszyciela” i dodał, że porównywał on tę kontemplację do wzajemnego pocieszania się przyjaciół.

Ojciec Święty przypomniał także opis zmartwychwstania w Ewangelii św. Łukasza, gdzie mowa o wielkiej radości, bo uczniowie nie mogli uwierzyć, że Jezus żyje. „Wiele razy pocieszenie Pana wydaje się cudowne” – stwierdził Franciszek.

Ojciec Święty zauważył, że nie łatwo jest być pocieszanym; łatwiej jest pocieszyć innych niż otrzymywać pocieszenie. Dzieje się tak, ponieważ często jesteśmy przywiązani do tego, co negatywne do rany grzechu w nas i wydaje się nam, że łatwiej biernie leżeć na marach, niż powstać, bo nie lubimy być żebrakami i błagać o pocieszenie. Przypomniał przykład paralityka z sadzawki Siloe, który przez 38 lat tkwił ze swoją goryczą, mówiąc, że kiedy poruszały się wody, nikt mu nie pomógł. „Dla tych gorzkich serc piękniejsza jest gorycz od słodyczy” – zauważył papież, dodając, że wielu ludzi woli gorzki korzeń, bo przypomina nam o grzechu pierworodnym, a tak naprawdę jest to sposób, aby nie dać się pocieszać.

Franciszek zauważył, że często spotykamy ludzi nieustannie narzekających, zapominających, że powołaniem chrześcijanina nie jest narzekanie, lecz wielbienie Boga. Przypomniał, że św. Teresa od Dzieciątka Jezus przestrzegała siostry, by nie narzekały, iż doznały niesprawiedliwości. Wskazał na proroka Jonasza, który nie potrafił się cieszyć z nawrócenia mieszkańców Niniwy i narzekał, że Bóg ich ocalił. Zachęcił, byśmy nie szukali muchy w szklance mleka, ale cieszyli się z istniejącego dobra. „W obliczu żalów, narzekań Kościół mówi dziś: «odwagi»” – podkreślił Ojciec Święty. Zauważył, że prorok Izajasz zachęca nas, byśmy żywili otuchę: Bo Bóg „sam przychodzi, aby was zbawić”.

Franciszek raz jeszcze podkreślił przesłanie dzisiejszej liturgii – zachętę, byśmy pozwolili pocieszyć się Bogu. Ale wymaga to ogołocenia się z naszych egoizmów, z tego co uważamy za swe skarby – zgorzknienie, narzekania, czy wiele innych rzeczy. Zachęcił do dokonania rachunku sumienia i zadania sobie pytania: czy w naszych sercach jest zgorzknienie, smutek?

„Czy mój język jest wychwalaniem Boga, piękna, czy też nieustannych narzekań? Trzeba zawsze prosić Pana o łaskę odwagi, bo w męstwie przychodzi, aby nas pocieszyć. Trzeba też prosić Pana: przyjdź, aby nas pocieszyć” – zakończył swoją homilię papież.


st (KAI) / Watykan

 

“Wigilia bez granic”. Aby talerz dla przybysza nie został pusty

„Wigilia bez granic”, to akcja mająca na celu zachęcenie Polaków do przyjęcia obcokrajowców na wigilijnej wieczerzy, w tym uchodźców - zgodnie ze staropolską tradycją "dodatkowego talerza" dla przybysza.

“Wigilię bez granic” prezentują dziennikarzom: prof. Zbigniew Krysiak, prezes Instytutu Myśli Schumana; Ryszard Krzyżkowski, wiceprezes Instytutu, dyrektor „Wigilii bez granic”; ks. Marcin Iżycki, dyrektor Caritas Polska; senator Andrzej Kamiński, przewodniczący Parlamentarnej Grupy Schumana.

„Wigilia bez granic” zainaugurowana została przez Instytut Myśli Schumana. – Akcja ma stworzyć nowy model integrowania się obcokrajowców. Jej celem jest rozpowszechnianie wśród cudzoziemców znajomości polskiej tradycji, kultury, zwyczajów i korzeni chrześcijańskich oraz eliminowanie zjawisk jakimi są tzw. “getta”, które tworzą cudzoziemcy po przyjeździe do obcego kraju zamykając się w swojej społeczności – mówi prof. Zbigniew Krysiak, prezes Instytutu.

Prof. Krysiak dodaje, że wspólna wigilia spełnia skłoni też obcokrajowców, żeby nie ignorowali polskiej kultury, bo kiedy ją poznają, to nabierają do niej większego szacunku. – Tak było po pierwszej edycji “Wigilii bez granic”. Mieliśmy reakcje np. Muzułmanów, że po wigilii zobaczyli, że w nas żyje Bóg, że nie jest to tylko historia – zaznaczył. Do stołów wigilijnych zaproszeni są zarówno ci, którzy przyjechali do Polski niedawno, jak i ci, którzy mieszkają tu od lat.

– Jestem bardzo zadowolona, że będą mogła spędzić Wigilię z polskim rodzinami i dowiedzieć się więcej o waszej kulturze i o tym, jak spędzacie ten wieczór. Polecę wszystkim swoim znajomym tę akcję – mówi cudzoziemka Merry na filmie umieszczonym na stronie projektu “Wigilia bez Granic”.

Partnerem medialnym akcji są m.in. Katolicka Agencja Informacyjna, Gość Niedzielny i Niedziela. Partnerem strategicznym “Wigili bez granic” jest Caritas.

Pierwsza edycja projektu „Wigilia bez granic” zorganizowana przez Instytut Myśli Schumana odbyła się w grudniu 2016 roku. W projekcie wzięło udział kilkaset polskich rodzin, które z przyjęły cudzoziemców przy swoich wigilijnych stołach. Zagraniczni goście pochodzili m.in. z Turcji, Indii, Chin, Egiptu czy Armenii.

Instytut Myśli Schumana jest fundacją założoną przez prof. Zbigniewa Krysiaka 13 kwietnia 2016 roku. Fundacja ma na celu m.in. popularyzację myśli Roberta Schumana, propagowanie wartości chrześcijańskich w życiu publicznym, wspieranie działań społecznych związanych z rozwojem demokracji i społeczeństwa obywatelskiego w Polsce i Europie.


mp, abd / Warszawa

Marcin Styczeń i Ernest Bryll w koncercie “Zejdźmy się jak na wilię”

Na poetycko-muzyczną opowieść o Bożym Narodzeniu zaprasza Papieski Wydział Teologiczny w Warszawie. Przedświąteczny koncert wykonają 18 stycznia Marcin Styczeń i Ernest Bryll.

Papieski Wydział Teologiczny w Warszawie zaprasza wszystkich chętnych na wykłady otwarte w cyklu „Duchowość dla Warszawy”. W miejsce wykładu odbędzie się przedświąteczny koncert poetycki pt.: „Zejdźmy się jak na wilię”, który wykonają poeta Ernest Bryll oraz pieśniarz i kompozytor Marcin Styczeń.

Artyści podejmują temat Bożego Narodzenia w poezji Cypriana Kamila Norwida, Jana Pietrzyckiego, Jerzego Lieberta, Józefa Czechowicza, Emila Zegadłowicza oraz Ernesta Brylla, czytane także przez autora. Dla wszystkich tych wielkich polskich poetów Boże Narodzenie to punkt wyjścia do głębszych rozważań egzystencjalnych dotyczących sensu życia, narodzin i śmierci, wreszcie ponownego narodzenia, czyli nawrócenia.

Koncert odbędzie się 18 grudnia (poniedziałek) o godzinie 19.00,
w Bibliotece Rolniczej (ul. Krakowskie Przedmieście 66).

Wstęp wolny!

 

“Bierzmowanie to nie meta, ale początek przygody z Bogiem”

– Bierzmowanie to nie jest meta. To jest początek możliwej przygody i przyjaźni z Bogiem – mówił w homilii bp Andrzej Przybylski. 10 grudnia biskup pomocniczy archidiecezji częstochowskiej przewodniczył Mszy św. w parafii św. Otylii w Rędzinach. Podczas Mszy św. bp Przybylski udzielił sakramentu bierzmowania 53 młodym ludziom.

W homilii bp Przybylski odnosząc się do czytań mszalnych podkreślił, że „Bóg posyła proroków, apostołów, aby umocnili wiarę”.

– Tym, co określa człowieka wierzącego, jest modlitwa. Lepsze jest określenie “chrześcijanin modlący się” i “nie modlący się”. Jest bardziej wyraziste, aniżeli “chrześcijanin praktykujący” i “nie praktykujący” – mówił bp Przybylski za teologiem Romano Guardinim.

Biskup pomocniczy archidiecezji częstochowskiej odniósł się do problemu wiary. – Wiara żywa jest wtedy, gdy jest modlitwa w naszym życiu, Msza św. i karmienie się Bogiem. Wiara żywa jest ściśle złączona z miłością. Nie może zabraknąć miłości w wierze – mówił biskup.

– Bierzmowanie trzeba przyjąć ze względu na Boga, dla życia duchowego. To największy dar z nieba, kiedy otrzymujemy Ducha Świętego. Najbardziej potrzebujemy w życiu daru Ducha Świętego – przypomniał młodzieży bp Przybylski i dodał: „Olej krzyżma świętego mówi nam, że potrzebne jest światło, żeby w życiu człowieka nie było ciemności”.

– Duch Święty chce przeniknąć wasze życie, żeby się coś w waszym życiu nie popsuło – wołał bp Przybylski.

– Sakrament bierzmowania wskazuje na moc Bożą, siłę. Jednak dar od Boga nie jest gotowym produktem. Można go zmarnować i nie wykorzystać. Bez modlitwy, Mszy św. można ten dar Boży zmarnować – kontynuował biskup.

Duchowny przypomniał również, że „bierzmowanie to nie jest meta. To nie jest koniec przygody z Kościołem. To jest początek możliwej przygody i przyjaźni z Bogiem”.

Bierzmowani otrzymali krzyż i Katechizm Kościoła Katolickiego. Do uroczystości wierni przygotowywali się poprzez rekolekcje adwentowe, które w dniach 7-9 grudnia przeprowadził ks. Mariusz Frukacz, redaktor tygodnika katolickiego „Niedziela”.

Podczas nauk rekolekcjonista wskazał na prawdę, że jesteśmy wypisani na dłoniach Boga. – Jesteśmy wypisani na Jego dłoniach krwią i gwoździami – mówił rekolekcjonista.

Ks. Frukacz wskazał na świętość jako powołanie każdego chrześcijanina. Podkreślił jak ważna jest czystość i pokora serca.

Mówiąc o znaczeniu słowa Bożego w życiu każdego chrześcijanina odniósł się do sceny nawrócenia św. Augustyna, opisanej w VIII księdze „Wyznań”. – Bóg także do nas zwraca się głosem dziecka: „Weź i czytaj”. Bóg nie narzuca się nam, ale Jego słowo wywołuje poruszenie w naszym sercu. Czasem jest to wielka burza. Niekiedy to słowo rani, bo burzy nasz własny uśpiony świat, nasze przyzwyczajenia – mówił ks. Frukacz.

– Tak ważny jest powrót do Boga, bo grzech nas poniża, wyrywa nas Bogu. Musimy słuchać sumienia, które jest sanktuarium naszych spotkań z Bogiem, ale także naszych powrotów do Boga. Sumienie to w pewien sposób sanktuarium powrotu syna marnotrawnego – mówił rekolekcjonista podczas jednej z konferencji.


ks. mf / Częstochowa