W RCA nie chodzi o religię

Republika Środkowoafrykańska, ten kraj leżący w centrum Czarnego Kontynentu, ma w narodowym języku sango o wiele ciekawszą, uroczą nazwę: Be-Afrika – Serce Afryki. Od dwudziestu lat nasłuchuję rytmu bicia tego chorego serca – oto mój kardiogram.

Robert Wieczorek OFMCap
Robert
Wieczorek OFMCap
zobacz artykuly tego autora >

To zapomniane państwo po raz drugi w historii wyszło ze swego politycznego niebytu na pierwsze strony światowych informacji. Kiedyś już okazji dostarczył bufon – cesarz Bokassa, a dziś – wojna domowa. Smutna to sława.

W obiegu krąży wiele krzywdzących stereotypów gmatwających dodatkowo zrozumienie dla tutejszej sytuacji. Niektóre z nich to wręcz medialne gnioty.

Czy w RCA trwa wojna religijna?

W TV ukazują się reportaże o podobnym schemacie: ekipa telewizyjna z jaśnie oświeconej Europy przyjeżdża do Bangui z założeniem nakręcenia dokumentu, potwierdzającego promowaną powszechnie tezę, że w afrykańskim jądrze ciemności chrześcijanie i muzułmanie mordują się wzajemnie. Prezydent Francji bowiem w swym interview uwierzytelniającym operację wojsk francuskich Sangaris, jako pierwszy element podał konflikt międzyreligijny, a dopiero potem wyliczył rozkład aparatu państwowego, kryzys ekonomiczno-polityczny, brak bezpieczeństwa. Zaś wcześniej jego minister Fabius na arenie międzynarodowej młotkował apel: „Kraj leży na krawędzi ludobójstwa”. Dziennikarze odwiedzają parę miejsc w Bangui, nasłuchując skarg płynących z różnych stron, by w połowie dokumentu dotarło do ich świadomości, iż sytuacja jest o wiele bardziej skomplikowana, niż to, co otrzymali gotowe w politycznie poprawnej instrukcji.

Ich problem leży w tym, że podchodzą do problemu od ogona – biorąc skutki za przyczyny. To najpierw konflikt ekonomiczno-polityczny.

Mądry jest ten sarkazm: „Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze”. Poprzedni prezydent Bozize upadł w identyczny sposób, jak sam dopchał się do władzy – drogą rebelii. Upadł, bo pozwolił sobie na niecierpliwość, gdy 1.12.2012 r. podczas święta Niepodległości ogłosił, że w kraju zapanował spokój, więc w Birao można zacząć eksploatację ropy naftowej w kooperacji z Chińczykami. Tą samowolką naraził się siłom zagranicznym, uzurpującym sobie faktyczne prawo do tak ważkiej decyzji. Wszyscy podobno wiedzą, do kogo w praktyce należą podziemne bogactwa Afryki Centralnej, nikt natomiast nie chce wymienić ich imion na głos.

W RCA nie chodzi o religię

A owo roponośne Birao jest na północno-wschodnich rubieżach RCA. Właśnie stamtąd, z tej prowincji o większości rdzennych muzułmanów, w 10 dni później ruszyła rebelia. Koalicja Seleka zawiązała się już parę miesięcy wcześniej – spiskowcy czekali jedynie na odpowiedni sygnał. Bozize wybrał zły moment i niewłaściwych inwestorów zagranicznych, co kosztowało go utratę złotego rogu.

W RCA zrobić przewrót zbrojny jest tak łatwo, że większość pretendentów do władzy wybierała tę drogę zamiast żmudnej i niepewnej kampanii wyborczej. Sam samozwańczy prezydent, Djotodia, w swej karierze politycznej nie był nawet w stanie wypromować się na deputowanego ze swej rodzimej prefektury. To dzięki rebelii wdrapał się na najwyższy stołek, a jego koalicjanci dostali najbardziej intratne ministerstwa. Nuraddin Adam, nr 2 w seleka, niby odpowiedzialny za sprawy wewnętrzne, w rzeczywistości interesował się Bria i tamtejszymi diamentami.

Obecni w RCA przez ostatnie lata żołnierze z RPA (nota bene jedyni, którzy próbowali bronić Bangui przed rebeliantami, bo FACA – armia narodowa, nawet nie ruszyła palcem), nie pałali bynajmniej jakąś specjalną miłością do reżimu Bozize. Po prostu, inwestorzy z Afryki Południowej zbyt wiele zainwestowali w środkowoafrykańskie diamenty i uran…

Ale pchajmy się dalej i zostawmy polityków.

90% seleka stanowili muzułmańscy najemnicy (w większości z Czadu i nieco z Darfuru). A tam, na tych pustynnych terenach, wiadomo: bieda, aż piszczy, więc od wieków hołduje się praktyce razzi, jako metodzie na podreperowanie funduszy. „Zdobędziecie kraj dla mnie, a co znajdziecie po drodze, to wasze!”- obiecywał im Djotodia. Powiedzmy sobie jasno: Nie była to rebelia sensu stricte, a raczej najazd obcokrajowców z okupacją w konsekwencji. Bariery ściągające haracz z przechodniów i samowolka pozostawionych samopas żołnierzy.

Wobec takiego stylu rządów, nigdy nie wierzyłem, żeby seleka poważnie brali pod uwagę zachowanie władzy i pozostanie na miejscu. Raczej tylko krótkoterminowo: napchać kieszenie i do domu! A to, że podobnie jak kiedyś ludzie Kmicica, kmiotków poturbują, parę chałup z dymem puszczą, czy też pofolgują sobie z dziewkami, w czym problem?

Nie trzeba też mieć jakiegoś wyolbrzymionego wyobrażenia o wojnie w RCA. To konflikt w nowoczesnym stylu – jak najtańszy, a skuteczny – guerilla z domieszką Dzikiego Zachodu. Wzajemne podchody niewielkich band zbrojnych. Więcej tu huku i stresu, niż faktycznych zbrodni. Ale to i tak wystarczy, by setkom tysięcy ludzi skutecznie obrzydzić życie, bo wzięcie w zakład całej populacji cywilnej jest świadomie obraną taktyką.

O pieniądze też chodzi samym anti-balaka. To oni są zwycięzcy, więc im się też należy. Kolumna seleka próbuje przedrzeć się przez Bouar, będące już pod kontrolą anti-balaka. W pukawce między nimi, która stawia na nogi całe miasto i każe ludziom po raz kolejny, nocą, chronić się na misjach katolickich, nie chodzi o wojnę, a tylko o zadrę. Anti-balaka bowiem mają swym przeciwnikom za złe, że ci obłowili się po uszy, ale teraz nie chcą się z nimi podzielić…

A prości ludzie? Dla ich części każde kolejne „wyzwolenie” to okazja na rabunek sklepów, czy u sąsiada. Ale nie bądźmy zbyt surowi. Jedenaste przykazanie: „jak masz okazję to kradnij” jest głęboko wpisane w serca niektórych ludzi, i to bez względu na szerokość geograficzną. Jeden z mych braci w zakonie wspominał z dzieciństwa, że w czasie gdy robotnicy w jego rodzinnym mieście walczyli z komuną o ideały demokracji i doszło do starć z milicją, on sam, wówczas podrostek, wpadł sobie do zdemolowanego sklepu na „darmową” czekoladę…

W RCA nie chodzi o religię

Seleka, wczorajsi rządcy RCA wycofują się, to fakt. Ale zanim całe terytorium oczyści się z ich obecności, potrzeba dużo czasu. Samo się to nie zrobi. Międzynarodowych sił rozjemczych za mało, a żołnierze z FACA to nicponie. „Generał” anti-balaka w Bouar zapowiedział wychodzącym z ukrycia wojskowym, że nie mają prawa wrócić do koszarów, bo są tchórzami bez honoru. I ma dużo racji. Tymczasem cała „oczyszczona” prowincja to raj dla bandytów i szabrowników. W takim okresie nic gorszego dla cywilów, jak wałęsający się maruderzy.

Na misji w Bossemtele siostry otrzymują od „wyzwolicieli” anti-balaka ultimatum: „Zorganizować do jutra 350.000 fcfa (około 500 euro), albo wchodzimy do waszej szkoły i robimy porządek z muzułmanami, których tam ukrywacie!”. Życie ludzkie ma śmiesznie niską cenę.

Z całym szacunkiem do każdej przelanej kropli ludzkiej krwi, do tych 2000 zaprzepaszczonych ludzkich istnień. Nie można jednak mówić o ludobójstwie w RCA, pałającej żądzy krwi i powszechnym zdziczeniu, bo to byłaby krzywdząca przesada. To ekstremalne przeżycia pchają nieraz ludzi do nieludzkich zachowań. Ale mieszkańcy Centrum Afryki wcale nie są bardziej krwiożerczy niż my. Nie róbmy sobie wypominków.

A po naćpanych najemnikach żyjących w ciągłym poczuciu osaczenia, czegoż dobrego można się spodziewać? Niewiele trzeba by iskra padła na proch. Przykład z wczoraj: 6 samochodów seleka (setka ludzi) zabłądziła do Ndim – pomylili drogę. Zanim zawrócą, któryś z nich daje tysiąca (7 zł) chłopakowi stojącemu na poboczu i prosi o zakup „działki”. Ten bierze pieniądze i – rozpływa się w naturze. Po chwili, wojak połapawszy się, że został zrobiony w balona, z miejsca grozi podpaleniem najbliższego domu. Na szczęście znalazł się ktoś roztropny, kto mu natychmiast oddał pieniądze z własnej kieszeni. I pojechali. Zaraz potem cała grupa młodych puszcza się pędem za owym cwaniakiem, by mu dokopać. I bardzo dobrze.

Czy seleka i anti-balaka to milicje religijne?

To medialnie wygodne, ale nieprawdziwe uproszczenie.

Arcybiskup stolicy RCA, Dieudonné Nzapalainga powtarza gdzie tylko może: „Nie wszyscy muzułmanie to Seleka i nie wszyscy Seleka to muzułmanie. Strzeżmy się odpowiedzialności zbiorowej! Opłakujemy tworzenie zlepów niespójnych informacji na temat anti-balaka i przypisywanie im nazwy ruchów chrześcijańskich. W rzeczywistości anti-balaka są wybuchem poczucia przebranej miary w części społeczeństwa wobec nie mających końca aktów zdzierstwa i przemocy ze strony rebeliantów seleka. Dlatego też nie ustajemy w tłumaczeniu, że wszyscy anti-balaka nie są chrześcijanami i że wszyscy chrześcijanie nie są anti-balaka”.

Jego „bliźniaczy brat” Omar Kobine Layama, imam wielkiego meczetu w Bangui, który w ostatnich dwu miesiącach znalazł schronienie w domu Arcybiskupa, wtóruje: „Mówi się, że muzułmanie i chrześcijanie wzajemnie się zabijają. Lecz to nie jest kryzys religijny, ale polityczny. Politycy chcą się ukryć za tą gmatwaniną przeinaczanych faktów, aby ciążącą na nich odpowiedzialność za nieudolne rządzenie krajem zrzucić na karby religii. Potępiamy wszystkie morderstwa popełnione przez tych, którzy się określają jako muzułmanie, czy też przez tych, co się reklamują być chrześcijanami. Autentyczny muzułmanin, podobnie jak prawdziwy chrześcijanin nie może być autorem morderstw, ale jest aktorem pokoju. Godnym ubolewania jest fakt, że w ostatnich miesiącach zaistniała dogłębna konfuzja między seleka a strukturami islamu w RCA. Tymczasem tak nie jest – seleka grupuje w sobie zarówno z chrześcijan jaki i muzułmanów”.

Ten tandem środkowoafrykańskich przywódców religijnych odbył ostatnio drugą podróż po Europie, by tym, co chcą ich słuchać tłumaczyć złożoność sytuacji i bronić dobrego imienia religii. Byli między innymi we francuskim Parlamencie.

W RCA nie chodzi o religię

Słowa seleka na próżno szukać w słowniku sango. Pod hasłem „porozumienie” znajduje się: mbuki, ndika. To musi być francuskie selection przerobione na sango. Ten język stale się tworzy, więc łatwo asymiluje to, co słyszy u innych. Tak więc semantycznie, seleka to tacy "doborowi” albo „dobrani". W praktyce to heterogenna unia zwaśnionych z sobą wcześniej ugrupowań lokalnych, z góry skazana na niepowodzenie, bo zawiązana jedynie w negatywnym celu zwalczania wspólnego wroga. Trzon stanowią muzułmanie, ale nie brak wśród nich i chrześcijan. Wczoraj ludzie z Ndim rozpoznali wśród przejeżdżających w konwoju seleka czterech znanych im pobratymców, a więc na pewno nie muzułmanów. Bo też nie przynależność religijna jest faktyczną linią demarkacyjną. Ci przypadkowi sojusznicy nigdy nie posiadali pozytywnego projektu na przyszłość kraju. Nieszczęściem wielu muzułmanów z RCA było związanie z seleka nadziei na prosperitę i ochronę. Teraz, pozostawieni na pastwę losu, płacą ciężki haracz za ten błąd dziejowy.

Dziennikarze bezwiednie powtarzają jeden za drugim głupawe tłumaczenie terminu anti-balaka, jako anty – maczety. W praktycznym sango, czyli tym używanym faktycznie przez ludzi na co dzień, maczeta to francuskie "machette" albo najwyżej opisowe "kota zembe" (duży nóż). Słownik uniwersytecki podaje nadto: ba, kangbara i nzenze. Skąd się wzięło owo: balaka? Nie ważne. Może gdzieś jednak tego słowa się używa? Natomiast istotniejsze dla nas, że sam sens tego propagowanego wszędzie tłumaczenia nie trzyma się kupy. Bo co to znaczy: „anty (przeciw) maczetom” skoro rzucają się na dobrze uzbrojonych? Gdyby się nazwali np. „balaka-anti-ngombe” to byłoby logiczne: „z maczetami na karabiny” (takie nasze: „z motyką na księżyc”) dla oddania ich heroizmu czy nierównego rozkładu sił.

Tymczasem tu chodzi o: „anti – balle AK", skrót pełnego zdania po francusku "blendé anti-balles d'automat Kalachnikow 47", czyli na polski: "odporny na kule AK". Bo też takie bzdurne obietnice dają czarownicy bojownikom idącym do buszu z byle jakim uzbrojeniem, ale za to obwieszonym talizmanami, jak choinka świecidełkami. Te same zresztą praktyki są po obu stronach. Czy to nominalny muzułmanin walczący po stronie seleka, czy to nazywający się chrześcijaninem jego przeciwnik, obydwaj wyobwijani są waraka (z arabskiego – amulety zawierające wersety Koranu), czy też gri-gri pogańskimi, by się ich "kule nie imały”. Ale ci nietykalni i tak padają, mimo domniemanej ochrony…

Takie osłanianie się amuletami to praktyki czysto pogańskie, nie mające nic wspólnego z ortodoksyjnie pojętym chrześcijaństwem, ani islamem. Ale ten fenomen jest zakorzeniony w najgłębszych warstwach duszy afrykańskiej. Gdy w 1927-29 w całej Francuskiej Afryce Równikowej szerzyło się powstanie nazwane Kongo-Wara (efekt nieludzkich kontrybucji nałożonych na tubylców w związku z przymusowym zbieraniem kauczuku i budową kolei do Brazzaville), ludzie szli naprzeciw karabinom strzelców senegalskich, bo Karnou, ich prorok obiecywał, że kule zamienią się w wodę zanim ich dosięgną… Ale i dzisiaj intrygujące jest posłuchać, jak ktoś niby po studiach, a całkiem na serio utrzymuje, że są dostępne magiczne środki zapewniające ci taką nietykalność. Kule wystrzelone w twym kierunku zmienią tor lotu, a strzały wypuszczone z łuku wrócą do kołczanu! Ukłony w stronę balistyki…

U mnie we wsi w ostatnich dniach uformowała się samoobrona. Myślicie, że mieli jakieś ćwiczenia? Robili sobie nacięcia na rękach i do sznytów zasypywali jakiś proszek „na odwagę”. Jeżeli w tym brataniu się krwią cokolwiek sobie zaszczepili, to chyba HIV-a, bo przy 15% średniej krajowej AIDS, było tam wśród nich z pewnością kilku nosicieli, a żyletka przecież jedna…

Bojownicy z RJ – inna odmiana lokalnej samoobrony, deklarująca swą determinację w zwalczaniu seleka  – noszą na szyi muzułmańskie różańce i nic im się to jakoś nie gryzie. Po prostu ta wojna wykwitła pomieszaniem z poplątaniem.

W RCA nie chodzi o religię

Słysząc o tego typu rzeczach nie ma się co zbytnio dziwić. Mamy tu do czynienia z reakcją neo-pogańską, która jest normalnym procesem dziejowym. Odsyłam do czasów Mieszka II, albo do analogicznych sytuacji z historii ewangelizacji Europy we wczesnym średniowieczu. Chrześcijaństwo w RCA istnieje zaledwie od 2-3 pokoleń i nie dziwota, że jest takie powierzchowne. Szybko przyszedł na nasz Kościół czas próby i zdawania pierwszego egzaminu ze świadectwa wiary. W tak ekstremalnych warunkach wychodzi na jaw, co najbardziej ludziom w duszy gra. A najwymowniejszym znakiem powrotu do pogaństwa jest zbyt często goszczące na ustach słowo: zemsta. Dlatego jako antidotum głosimy w kościołach rozbrojenie serca.

Wielką krzywdą dla prawdy jest bezwiedne powtarzanie: milicje chrześcijańskie. Anti-balaka mają bowiem tyle wspólnego z chrześcijaństwem, co kiedyś Banderowcy z Cerkwią Unicką… Podobnie i seleka – do końca zdeprecjonowali imię islamu w oczach Środkowoafrykańczyków. Ci bowiem już od czasów przed-kolonialnych noszą w sercach endemiczną niechęć do tej religii, przechowywaną w tragicznych wspomnieniach o muzułmańskich łowcach niewolników. Cały ubiegły rok zdaje się tylko utwierdzać ich w przekonaniu, że nic się w tej dziedzinie nie zmieniło.

Owszem napięcia na płaszczyźnie religijnej mają swoje miejsce na arenie wydarzeń w RCA, ale są one drugorzędne produktem długotrwałej degrengolady życia społeczeństwa i karygodnych błędów elit politycznych. Wbrew temu, co próbuje się wciskać ludziom w Europie, nie da się sztucznie wypreparować religii ze sfery publicznej, bo te obie płaszczyzny wzajemnie się przenikają w każdej osobie ludzkiej.

Jaka najbliższa perspektywa?

Obawiam się, że nie czas na wkładanie seleka do lamusa. Dadzą o sobie jeszcze nieraz znać, uprzykrzając życie rządowi tymczasowemu, ale i prostym ludziom. Część z nich wprawdzie złożyła broń w Czadzie, ale ci co pozostali na terytorium RCA wcale nie myślą się poddać. Główkowaliśmy, że owe dwa konwoje, które ostatnio przejechały z Bang przez Ndim w stronę Paoua, są już w Gore, po drugiej stronie granicy. Tymczasem oni przemieszczają się wzdłuż północnej granicy RCA, by prawdopodobnie na wschodzie dołączyć do tych, co wymknęli się z koszar w Bangui i przez parę dni okupowali Sibut. Ich determinację z pewnością spotęgują ostatnie wieści o towarzyszach broni, którzy w Czadzie zostali zneutralizowani i mają być sądzeni za najemnictwo.

Są powody do obaw, bo to duże zgrupowanie seleka pozostawione na północy zdaje się podejmować realizację irracjonalnego wydawałoby się projektu, jakim po dymisji Djotodia szantażował jego były doradca, Babakar Sabone. Groził on secesją północy RCA, gdzie muzułmanie mieliby stworzyć swoje własne państwo. Wprawdzie potem się z tych słów wycofał, ale co zasiał, to pozostało. Zresztą ludzie są przekonani, że ten polityk nie wyrwał się jedynie z jego osobistym przekonaniem, ale wyraził to, co faktycznie zamyśla wielu środkowoafrykańskich muzułmanów. Seleka w Sibut wieszali już jakąś czerwoną flagę i próbowali stawiać rządowi warunki, póki ich Misca – Sangaris nie pognali dalej na północ.

Oprócz jawnego zamachu na konstytucyjnie gwarantowaną integralność terytorialną kraju, za którą z pewnością murem staną siły międzynarodowe, co to znaczy „muzułmańska północ”? Ja sam mieszkam na północnym krańcu RCA, ale u nas muzułmanów jak na lekarstwo. Jedynie północy-wschód z prefekturą Wakaga może się określić, że większość tego półpustynnego terytorium jest zamieszkana przez ludność, która w XIX wieku poddała się islamizacji, by odwrócić od siebie apetyt handlarzy niewolników z Darfuru i Kordofanu.

Co więc, oprócz Birao, chcieliby odłączyć od RCA? Diamentowe Bria? Ndele – byłą stolicę sułtana Rahaba? Byłem tam kiedyś osobiście i widziałem. Owszem, w mieście sporo muzułmanów, ale większość ludzi na prowincji to poganie lub chrześcijanie.

Sprawa tak beznadziejna do zrealizowania, jak nieregularne jest rozmieszczenie ludności pod względem wyznaniowym. Przypomina to układ z Polski przedwojennej. Podobnie jak u nas kiedyś Żydzi, tutaj muzułmanie, w zdecydowanej większości przyjezdni z zagranicy, pousadzali się głównie w miastach lub tam, gdzie oprócz handlu i transportu jest jakiś inny interes, np. diamenty czy złoto. I tak paradoksalnie, na południu jest ich więcej, niż na północy. Takie gadanie nie ma więc większego sensu, no chyba, że ktoś myśli realnie o kolejnym exodusie i segregacji wyznaniowej ludności – niech Pan Bóg broni! Mam nadzieję, że ten kolejny rozdział zamknie się jedynie w sferze politycznych negocjacji.

W RCA nie chodzi o religię

A co mi osobiście leży na sercu?

Bogu dziękować, że do dziś cała moja parafia przetrwała bez specjalnego uszczerbku. Ale do czasu. Zaraz w sąsiedztwie, wieś Nzakoun przedwczoraj w nocy została zrabowana przez bandę przybyłą bezkarnie z Czadu, i co gorsza, zabili przy tym 22 osoby. I to mnie martwi. Gdy resztki seleka ulotnią się stąd niebawem, cały ten przygraniczny region zostanie wydany na pastwę losu. Nie trzeba w ogóle strzelać, by ludzie umierali. Wystarczy, że wkrótce zabraknie nam podstawowych lekarstw. Granice są zamknięte. Handel praktycznie zamarł. Nikt tu nie przyjeżdża na targowisko. Ceny lokalnych produktów spadły o połowę, gdy tymczasem wszystko to, co przywozi się z Kamerunu, a więc mydło, mąka, sól, olej, paliwo, podrożało dwa razy. I będzie coraz gorzej.

Ludziom na wsi łatwiej jest przeżyć trudne czasy. Znajdą w buszu coś na ząb, a na polach szopy, by ukryć się przed deszczem. Są dzielni, więc poradzą sobie. Groby porosną trawą, a popalone domy ludzie odbudują szybko na nowo, bo te błotno-słomiane chatki mają się nijak do europejskich gmachów. Ziemi wystarczy dla każdego, a woda spadnie z nieba wraz z nową porą deszczową. Ale ziarna pod zasiew braknie, gdy ludzie będą zmuszeni zjeść i tą ostatnią rezerwę.

Mówi się o powietrznym moście humanitarnym Duala – Bangui. I dobrze. Konieczne jest pomóc mieszkańcom stolicy, bo dość się ucierpieli. Ale moi ludzie, tu w całym północno-zachodnim regionie nie potrzebują nic więcej oprócz zapewnienia minimum bezpieczeństwa i otwartej granicy z Kamerunem, by móc godnie sprzedać swoje płody ziemi i kupić mydło.

Jeden posterunek Misca, kontrolujący newralgiczne skrzyżowanie w Bang, stałby się płucem dla całego regionu. O jedyne 10 km dalej, na granicy nad rzeką Mbere, stoją kameruńscy żołnierze, a za nimi sparaliżowane targowisko w Mbaiboum, bo granica zamknięta…

Osobiście wiem, w co tu wdepnąłem. Znam tego konsekwencje i nie oczekuję niczego dla mnie. Nikt się nie będzie przecież rozmieniał na drobne dla kilku białych, usidlonych gdzieś tam w afrykańskim buszu. Ale gdyby jednak zmienić perspektywę i popatrzeć, że tu chodzi o otwarcie głównej drogi zaopatrzenia dla najbardziej zaludnionej prefektury RCA l’Ouham-Pende z ponad pół milionem ludzi, to nasze wołanie o pomoc dla nich może mieć swój ciężar?


Chronologia


  • sierpień 2012 – Spotkanie we Francji szefów pięciu ugrupowań rebelianckich, dające początek koalicji Seleka.
  • 10.12.2012 – Początek działań zbrojnych na północnym-wschodzie RCA. W ciągu miesiąca Seleka przejmuje kontrolę nad miastami: Bamingui, Ndélé, Mbré, Sam Ouandja, Ouada, Bria, Kabo, Alindao, Kouango, co stanowi cały wschodni obszar RCA.
  • 11.01.2013 – Podpisanie w Libreville (Gabon) porozumienia gwarantującego zawieszenie broni i wspólne utworzenie rządu jedności narodowej.
  • 20.01.2013 – wygaśnięcie ultimatum ze strony Seleka i początek nowej ofensywy.
  • 24.01.2013 – Rebelianci opanowują stolicę kraju, Bangui. Prezydent François Bozizé chroni się w Kamerunie, a Michel Djotodia ogłasza się szefem Państwa.
  • 25.03.2013 – Unia Afrykańska zawiesza członkostwo RCA.
  • 1.07.2013 – Początek operacji rozbrajania byłych kombatantów Seleka przez Siły Międzynarodowe w Afryce Centralej (FOMAC), obecne na miejscu już od czasów mediacji z rządem Bozizé.
  • 18.08.2013 – Początek 18-miesięcznej fazy przejściowej do kolejnych wyborów i zaprzysiężenie Michela Djotodia jako prezydenta tymczasowego.
  • 8-9.09.2013 – Początek systematycznych starć między tworzącą się zbrojną opozycją a nowymi władzami (100 zabitych).
  • 13.09.2013 – Ostateczne rozwiązanie Seleka.
  • 5.12.2013 – Bangui zaatakowane przez milicje samoobrony anti-balaka (138 zabitych). Tego samego dnia, Rezolucja ONZ zezwalająca na użycie sił wojskowych Misji Międzynarodowej Wsparcia dla RCA (MISCA) na okres jednego roku.
  • 5-6.12.2013 – Początek francuskiej operacji wojskowej "Sangaris" dla zapewnienia bezpieczeństwa w RCA.
  • 10.01.2014 – Pod presją CEEMAC w Ndjamenie i opinii międzynarodowej dymisja Michela Djotodia. Dwa tygodnie później wybór Catherine Samba–Panza na prezydenta w okresie przejściowym do następnych wyborów planowanych na początek 2015 roku.
Wesprzyj nas
Robert Wieczorek OFMCap

Robert Wieczorek OFMCap

Zobacz inne artykuły tego autora >
Robert Wieczorek OFMCap
Robert
Wieczorek OFMCap
zobacz artykuly tego autora >

Zróbmy sobie przerwę, czyli wakacje za pasem

Dzieci z zespołu Arka Noego zachęcają do zrobienia sobie przerwy, a Bolek i Lolek do zwiedzania Polski

Robert Friedrich
Robert
Friedrich
zobacz artykuly tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Czas błogiego nicnierobienia przed nami. Zróbmy sobie przerwę. W wakacje małe i większe przyjemnostki są dozwolone. Dzieci z Arki Noego mówią nawet , że można: zrobić sobie przerwę na ciastka i cukierki a może jeszcze torcik, lody, owocowe żelki, czekoladki bombonierki.

 

Hm marzenia…

 

W przerwie wakacyjnej, poza objadaniem się smakołykami warto też zadbać o przygodę o podróże a jeśli zwiedzać to najlepiej Polskę. Pomocna może być (zwłaszcza do zwiedzania z dziećmi) lektura książki “Bolek i Lolek zwiedzają Polskę”. Razem z kultowymi bohaterami można rodzinnie poznawać różne zakątki naszej pięknej Ojczyzny, oglądać, wzruszać się, cieszyć. Zaprowadzą nas nawet na Jasną Górę.

 

Posypując i ocierając pot z czoła, Bolek i Lolek wchodzili na Jasną Górę. Słońce prażyło, a chłopcy – bardzo nierozsądnie – zostawili czapki w Krakowie. Na szczęście w końcu mogli się schować w cieniu jednego z pomników. Wokół było mnóstwo ludzi: pielgrzymów, turystów, zakonników….

Wspólnie z Bolkiem i Lolkiem zapraszamy także do obejrzenia najnowszego teledysku Arki Noego “Na słodko”:

Co za dużo to niezdrowo, mądry ktoś powiedział

Nad trzecim deserem właśnie wtedy siedział

Ref: Chodź, zrobimy sobie przerwę na ciastka i cukierki, a może jeszcze torcik,

lody, owocowe żelki, czekoladki z bombonierki

 

 

Teledysk powstał dzięki Wydawnictwu Znak Emotikon, wydawcy książki “Bolek i Lolek zwiedzają Polskę”

Robert Friedrich

Robert Friedrich

Muzyk, kompozytor, wokalista, gitarzysta, obecnie związany z zespołem Luxtorpeda, członek Acid Drinkers i 2 Tm 2, 3. Ojciec siedmiorga dzieci i dziadek czwórki wnuków. Ze Stacją7 związany przez twórczość muzyczną Arki Noego, której przed 15 laty był pomysłodawcą.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >
Robert Friedrich
Robert
Friedrich
zobacz artykuly tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

O bezmyślności i obłudzie w Kościele

Kościół jest święty i wspaniały, musi jednak ciągle walczyć ze złem w sobie. ks. Pawlukiewicz dzieli się refleksjami na temat problemów, które znamy z naszego podwórka

ks. Piotr
Pawlukiewicz
zobacz artykuly tego autora >

ks. Piotr Pawlukiewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Piotr
Pawlukiewicz
zobacz artykuly tego autora >
WIARA

Leon Knabit: Tyle się kocha, ile się słucha

Pan Bóg to taki nasz tata, tylko nieskończenie lepszy!

Leon Knabit OSB
Leon
Knabit OSB
zobacz artykuly tego autora >

Jak się stać Dzieckiem Bożym?

 

Właściwie nie musimy się stać Dzieckiem Bożym, bo jesteśmy nim od momentu Chrztu. Ale jak to św. Benedykt mówił: “Nie chciej być zwanym świętym pierwej, niż byś takim był. Ale tak postępuj, by wprawdzie nosić imię świętego”.

 

Jestem Dzieckiem Bożym niezależnie od mojej woli, ale na miarę tego, jak przyjmuję Ojcostwo Boga w stosunku do ludzi i do mnie, rośnie we mnie pełne zaufanie i posłuszeństwo z miłości. Dziecięctwo rozumiane po ludzku polega na tym, że słucham ojca i matkę, i mam do nich pełne zaufanie. Dokładnie tak samo jest z Panem Bogiem: nie lękam się upadków i słabości, bo ufając Bogu Ojcu wiem, że zawsze mogę się do Niego zwrócić i nie zostanę odrzucony. Pan Bóg to taki nasz tata, tylko nieskończenie lepszy!

 

fot. Patrycja Szczerbińska / TVP1 / Sekrety mnichów

 

A jak postępować w stosunku do Boga Ojca?

 

Nasze postępowanie musi wypływać z miłości. Tyle się kocha, ile się słucha. Jeżeli mówię, że kocham – słowa moje są wspaniałe a serce daleko od Boga, to taka postawa nie jest dobra, nie zbliża mnie do świętości. Już Jezus odrzucił taką postawę. Trzeba kochać prawdziwie i żyć na obraz i podobieństwo Boga.

Leon Knabit OSB

Leon Knabit OSB

Zobacz inne artykuły tego autora >
Leon Knabit OSB
Leon
Knabit OSB
zobacz artykuly tego autora >

O Panu Bogu trzeba umieć mówić

Akademia Dziennikarstwa to nie wykład dla wykładu. To podanie narzędzi i wlanie pewnego stanu emocjonalnego, pasji odkrywania prawdy, dotykania rzeczy niewidzialnych i uchwycenia czegoś, co jest nieuchwytne

Krzysztof Pawlina
Ks. Krzysztof
Pawlina
zobacz artykuly tego autora >
Justyna Sobocka
Justyna
Sobocka
zobacz artykuly tego autora >

O dobrym dziennikarstwie, zakończonej akademii oraz planach na przyszłe edycje studiów organizowanych wspólnie ze stacja7.pl, z Ks. Krzysztofem Pawliną Rektorem Papieskiego Wydziału Teologicznego rozmawia Justyna Sobocka – absolwentka Akademii Dziennikarstwa

 

Jak Ksiądz Rektor ocenia poprzednią edycję Akademii Dziennikarstwa?

Byłem zaskoczony liczbą osób, które przyszły na pierwszy rok  i poziomem, jaki reprezentowały. Nie mogłem się nadziwić, że przyjeżdżali na te studia z tak daleka, pracowali już w jakimś zawodzie, mieli rodziny, ale chcieli wejść w świat mediów. Szukali takiej szkoły, która jest szkołą dziennikarstwa w wydaniu kościelnym. Widziałem ogromne poświęcenie tych ludzi. Niektórzy wstawali o godzinie 4 czy 3 po to, by z nowosądeckiego czy ze Szczecina przyjechać i cały dzień ofiarować nauce. To jest ogromnie wzruszające. Zauważyłem, że w jakiś sposób doświadczyli dziennikarstwa i chcieli poprawić swój warsztat, zdobyć nowe umiejętności i doświadczyć Kościoła. Byli wytrwali w odkrywaniu w mediach Boga niewidzialnego.

 

 

Niebawem kontynuacja Akademii Dziennikarstwa. Jak zachęcić tych młodych (choć patrząc na poprzednią edycję też niekoniecznie młodych) do udziału w projekcie?

Mówić o Bogu niewidzialnym to sztuka. Pisać o nim też jest bardzo trudno. Osobiście jestem zachwycony ukazywaniem Boga na wszystkich wydarzeniach liturgicznych. Fotoreporterzy klękają na Krakowskim Przedmieściu, gdy idzie procesja po to, by uchwycić coś, co jest nieuchwytne. To przepiękne, kiedy człowiek swoim umysłem i narzędziami chce dotknąć rzeczy niewidzialnych. Próbuje się odkryć prawdę i być w służbie prawdy. Myślę, że dla ludzi, którzy chcą studiować dziennikarstwo w takim wymiarze, przekazywać i doświadczać to fascynujące.

Akademia Dziennikarstwa to nie wykład dla wykładu. To podanie narzędzia i wlanie pewnego stanu emocjonalnego, pasji do tego, by tak robić. Ten projekt pokazał, jak wielu ludzi ucieszyło się, że są w środowisku kościelnym. Mają wyobrażenie świata, ale może mniejsze wyobrażenie Boga i szukają prawdy, a to ogromna sztuka. Zachęcam do artyzmu dziennikarskiego, a nie tylko pisania dla zarobienia pieniędzy czy zaskoczenia bezsensownym newsem. Tacy ludzie powinni tu przyjść. Nie jest to miejsce dla osób handlujących prawdą. Jeśli pasjonuje kogoś piękno, prawda, Bóg i Kościół, co więcej ma w sobie wiele talentów, jak było w przypadku uczestników poprzedniej edycji to właśnie odnalazł dla siebie miejsce. Atutem Akademii Dziennikarstwa jest budowanie świata wartości.

 

Przy tym projekcie spotykają się ludzie o takich samych wartościach. Mają w sobie pokłady wiary. Akademia Dziennikarstwa łączy ludzi i pomaga im iść naprzód?

Misją PWTW jest przygotowanie ludzi do pracy w Kościele. Kształcenie opiera się na relacjach personalnych, a uczelnia stara się wprowadzić w klimat rodzinny, wspólnotowy i tego nie da się wyreżyserować. To się po prostu dzieje, bo ludzie, którzy tu przychodzą mają pewien fundament wiary. Spotykanie się ludzi o tych samych poglądach i wartościach sprawia, że szybko rozumieją się i tworzą więzi. Myślę, że uczestnicy zakończonej edycji nie tylko zdobyli umiejętności, ale też umocnili się w więziach. To są bardzo ciekawi ludzie, którzy potrafią bronić prawdy, zabrać głos i przede wszystkim robią to pięknie, ciekawie.

Wszyscy wzrastamy w klimacie dobra, a patrząc na codzienność ten klimat obniża loty, chęci. A przecież to nie diabeł zwyciężył świat. To Bóg zwyciężył świat! Jeśli jesteśmy ludźmi wierzącymi, to współpracujemy z Bogiem, by przynieść dobro, które jest większe od zła. Dziennikarstwo w wydaniu eklezjalnym ma przyszłość, bo ludzie są zmęczeni złą informacją. Jeśli pojawia się dziennikarz, który ma osobowość, wartości i potrafi ich bronić, znajdzie dla siebie pracę.

 

Akademia Dziennikarstwa wychodzi naprzeciw potrzebom ludzi w każdym wieku. Można było spotkać osoby z różnym doświadczeniem, którzy często stawali się dla siebie wzajemnie inspiracją. Czy nie jest tak, że tworzycie w ten sposób historię?

Wszyscy się nawzajem umacniamy swoją wiarą, dobrem i pięknem. Akademia Dziennikarstwa to skrót. To nie są pięcioletnie studia. Te studia trwają rok i ten rok jest właściwie przeznaczony na warsztaty. Zdobywa się umiejętności po to, by ukazać i pomóc zrozumieć to, co niewidzialne. Przekrój ludzi od młodych do starszych z doświadczeniem życiowym, wiary ale też zawodowym- to wszystko sprawiło, że powstała niespotykana na innych uczelniach grupa ludzi. Uczestnicy mieli różne oczekiwania, różne pragnienia, ale jeden cel. Myślę, że ta propozycja na przyszły rok jest dla tych którzy już skończyli, jak i dla tych zainteresowanych tworzeniem piękna, odrywaniem dobra i służeniu prawdzie. Do tego właśnie zachęcam. Atutem tego projektu są także wykładowcy, którzy są profesjonalistami niewstydzącymi się swojej wiary. Potrafili osiągnąć sukces i podzielić się doświadczeniem.

 

 

Czy miał Ksiądz jakieś wątpliwości współtworząc Akademię Dziennikarstwa?

Jedyne, co mnie niepokoiło to mnogość szkół dziennikarskich. Wiele ośrodków przygotowuje ludzi do dziennikarstwa. Natomiast pomyślałem, że warto stworzyć coś, czego inni nie robią i mam wrażenie, że to się udaje. Nie jest to konkurencja dla kogokolwiek, ale dopełnienie. Zależy nam by ludzie przyszli się tu nauczyć służyć Bogu i Kościołowi poprzez media.

 

Czy w takim razie coś Księdza zaskoczyło?

Było wiele pozytywów. Zaskoczył mnie poziom prezentacji na egzaminie. Ludzie noszą w sobie tyle talentów, o których nikt by ich nie posądzał podczas zwykłej rozmowy. Mają tak wiele pomysłów i chcą je realizować.

 

Jakimi słowami Ksiądz zachęciłby potencjalnych kandydatów do udziału w Akademii Dziennikarstwa? Po co warto zgłosić się do tego projektu?

Każdy chce spełnić siebie. Młodzi ludzie szukają często środowiska, które ich doceni. Akademia Dziennikarstwa jest właśnie po to. Możesz nauczyć się posługiwania narzędziami i dotknąć środowiska, które wierzy w Boga. Potem możesz się tym podzielić.

 

Więcej informacji o Akademii Dziennikarstwa – kliknij!

 

Krzysztof Pawlina

Ks. Krzysztof Pawlina

Zobacz inne artykuły tego autora >
Justyna Sobocka

Justyna Sobocka

Wolontariusz Światowych Dni Młodzieży w Archidiecezji Warszawskiej

Zobacz inne artykuły tego autora >
Krzysztof Pawlina
Ks. Krzysztof
Pawlina
zobacz artykuly tego autora >
Justyna Sobocka
Justyna
Sobocka
zobacz artykuly tego autora >

Ruszają zapisy na kolejną edycję Akademii Dziennikarstwa

Warsztat dziennikarski, praca z aparatem i kamerą, psychologia mediów, Kościół w sieci. Wokół tych tematów skupia się Akademia Dziennikarstwa - kurs prowadzony przez Papieski Wydział Teologiczny w Warszawie oraz portal Stacja7.pl. Kolejna edycja Akademii ruszy w październiku. Zajęcia poprowadzą specjaliści świata mediów.

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

W nowej edycji Akademii wystartują jednocześnie dwa kursy – podstawowy i zaawansowany.  Kurs podstawowy skierowany jest do osób, które chcą rozpocząć swoją przygodę z działaniami medialnymi. Na ten drugi zaproszone są osoby, które w minionym roku akademickim uczestniczyły w zajęciach oraz wszyscy, którzy zrobili już swoje pierwsze kroki ku medialnej przygodzie. W pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa wzięło udział ponad 70 osób.

 

Akademia Dziennikarstwa skierowana jest przede wszystkim do młodzieży, ale nie tylko. Organizatorzy szczególnie zapraszają na niego administratorów i współtwórców parafialnych i kościelnych stron internetowych oraz osoby, które chcą poszerzyć swoje kompetencje zawodowe i umiejętności praktyczne. Kurs trwa dwa semestry, kończy się egzaminem i uzyskaniem certyfikatu uczelni.

 

Zapraszamy na fanpage Akademii Dziennikarstwa!

 

Na kolejnych zjazdach Akademii uczestnicy będą poznawać kolejne aspekty pracy medialnej m.in. redagowanie tekstów prasowych, podstawy tworzenia grafiki, fotografii i montażu filmowego, działanie w mediach społecznościowych, zarządzanie stronami internetowymi. Pojawią się również zagadnienia z psychologii mediów i teologii. Wiele z tych zajęć odbywa się w podziale na grupy, co zwiększa efektywność pracy uczestników. Nowością na tegorocznym kursie podstawowym będzie konieczność założenia i prowadzenia internetowego bloga. Efekty całorocznej pracy każdego z uczestników Akademii będą podlegały ocenie.

 

Zajęcia poprowadzą znani redaktorzy – m.in. Krzysztof Ziemiec, Alina Petrowa-Wasilewicz, ks. Krzysztof Pawlina, o. Marek Kotyński, Aneta Liberacka, Szymon Hołownia, ks. Marek Dobrzeniecki, Krzysztof Skórzyński, dr Tomasz Rożek, Jakub Szymczuk, Patrycja Michońska, Małgorzata Ziętkiewicz, Marcin Jończyk, Mateusz Ochman. Kierownikiem studium jest ks. Przemysław Śliwiński, rzecznik prasowy Archidiecezji Warszawskiej.

 

Zapisy na kolejną edycję akademii potrwają do końca września. Formularz można znaleźć na stronie akademia.stacja7.pl . Tam też kursanci znajdą dokładne tematy zajęć oraz plan zjazdów.

 

Zapraszamy!

 

Zobacz wywiad z ks. Krzysztofem Pawliną, rektorem PWTW!

 

Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Najpiękniejsze pieśni eucharystyczne

W oktawie Bożego Ciała większą uwagę skupiamy na darze Euchrystii i obecności Jezusa wśród nas.

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

 

 

 

 

Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

O Mistrzu, kurze i zbieraniu winogron

– Nie wiem – odpowiedział po dłuższym milczeniu staruszek – czy jest możliwe uchronienie dziecka przed złym wpływem. Wydaje mi się, że nie. Świat jest, jaki jest. Ale można próbować je uodpornić. Zaszczepić tak, jak szczepi się maluchy na odrę czy różyczkę.

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Górska, kamienista droga stawała się z każdym metrem coraz bardziej stroma. Od godziny poruszali się już bez samochodu, który musieli zostawić na poboczu po tym jak ostry kamień przebił drugie koło. Nie sądzili, że będzie aż tak gorąco. Wachlowali się znalezionymi w samochodzie folderami z biura podróży i szli. Łysiejący mężczyzna w garniturze, kobieta w ogromnych okularach przeciwsłonecznych i młody, na oko 15-letni chłopak. Mistrz dostrzegł ich już u podnóża góry.

Kiedy wreszcie dotarli do jego pustelni – położonej na zalanym słońcem płaskowyżu – skończył podcinać winogrona i z szerokim uśmiechem wyszedł im na spotkanie. Był niewysoki, całkowicie łysy i bardzo stary. Miał na sobie roboczy fartuch w drobne niebieskie prążki. Wytarł w niego pośpiesznie ręce i szerokim gestem zaprosił gości do stołu. Byli zmęczeni, ale przede wszystkim speszeni. Tyle słyszeli o Mistrzu. O jego mądrości i przenikliwości. A teraz patrzą na uśmiechniętego staruszka, który zachowuje się tak, jakby czekał specjalnie na nich od wielu, wielu tygodni i teraz nie może posiąść się z radości, że wreszcie ma ich przy sobie.

 

Od dawna przygotowywali się na spotkanie z Nim. Bardzo chcieli dokładnie opowiedzieć Mu o wszystkim. Nie pominąć niczego, co byłoby w ich historii ważne. Tak bardzo potrzebowali pomocy. Ale oto siedzą ze ściśniętym gardłem przy stole i patrzą jak nalewa im do kieliszków wino i częstuje swoim ulubionym serem. A potem siada naprzeciwko nich i spokojnie się im przygląda.

– Mistrzu… – zaczął niewyraźnym głosem mężczyzna, ale staruszek nie pozwolił mu skończyć.

– Tam – wskazał ręką przed siebie – za winnicą jest druga pustelnia. Troszkę większa od mojej. Zostańcie ze mną 3 dni. Tylko proszę wybaczcie niedogodności. U mnie łatwiej o zieloną trawę niż o elektryczność – uśmiechnął się zakłopotany i odszedł.

Nie za bardzo wiedzieli co i jak mają robić. W swojej chatce na stole znaleźli tylko małą kartkę z ledwo widocznym napisem „Silentium”.

– To co? – powiedział zdenerwowany chłopak – wspinaliśmy się na to pustkowie, żeby teraz być cicho???

– Na to wygląda – odpowiedzieli zdumieni rodzice.

 

I tak rozpoczął się ich niecodzienny pobyt u Mistrza. Wbrew ich oczekiwaniom następnego dnia nie wydarzyło się nic szczególnego. Mistrz cały dzień spędził w swojej winnicy. Przycinał pędy, usuwał chwasty. Pod wieczór zauważyli, że idzie po wielkie wiadra i zamierza podlewać winorośl. Mężczyzna i kobieta podbiegli do niego, aby mu pomóc. Wzięli wiadra i przez kilka godzin aż do zachodu słońca ciężko pracowali. Kiedy skończyli Mistrz popatrzył na nich i zapytał:

– Dlaczego nie przyszedł z wami wasz syn?

– Ach, Mistrzu – odpowiedziała kobieta – jeszcze się w życiu napracuje.

Staruszek pokiwał głową i usiadł na dużym kamieniu. Kiedy małżonkowie już mieli odejść, zatrzymał ich i zapytał:

– Czy wasze życie jest proste?

Spojrzeli po sobie i jednogłośnie pokiwali przecząco głowami.

– To dlaczego okłamujecie własne dziecko? Przecież jego życie będzie też trudne – przerwał i popatrzył w stronę ich chatki. – Coś mi się wydaje, że już jest. Nie bójcie się. Dzieci są dużo dzielniejsze niż się wydaje. A każdy człowiek ma wpisaną w siebie chęć do podejmowania rzeczy trudnych. Mówcie mu i przyzwyczajajcie póki jeszcze jest czas, że dostanie w życiu po kościach.

 

Nastała noc, a w niej wydarzyło się to, co było nieuniknione. Padły baterie w komórkach. Poranek był przeto niezwykle nerwowy. Chłopak nie szanując reguły milczenia krzyczał na rodziców jak oszalały. Nie zauważył kiedy podszedł do niego Mistrz z małą kurką na ręku. Chłopak zdołał wykrzyczeć jeszcze coś o modelu zasilanym baterią słoneczną kiedy nagle poczuł, że w jego kieszeń od spodni ktoś wrzuca jakieś małe kamyki. Odwrócił się zdenerwowany i zobaczył Mistrza, który, jak gdyby nigdy nic, wsypywał mu do kieszeni ziarno. Skinął na chłopaka głową i powiedział:

– Chodź, proszę! Chcę ci coś pokazać.

Odeszli od rodziców na kilka kroków, a potem Mistrz postawił kurkę na ziemi i poprosił chłopaka, żeby wysypał jej kilka ziarenek. Kurka wydziobała je do ostatniego. Mistrz poprosił, aby chłopak wysypał jeszcze trochę ziarenek. Znowu zniknęły wszystkie.

– Rozumiesz? – zapytał chłopaka.

Nastolatek przewrócił tylko oczami.

– Wysyp proszę ostatni raz – powiedział łagodnie Mistrz.

Chłopak rzucił niedbale to, co zostało mu w kieszeni. Kurka rzuciła się na to ziarno tak samo łapczywie, jak na pierwszą porcję.

– Widzisz? – Mistrz wskazał zwierzątko. – Ta kura nie może sobie powiedzieć nie. Zwierzę tego nie potrafi.

Chłopak spojrzał na Mistrza z lekkim rozbawieniem.

– Dzisiaj – mówił dalej staruszek – wydaje się ludziom, że muszą mieć to, co mogą mieć. Muszę mieć to, co mogę mieć. Wydaje ci się, że jest to właściwe myślenie?

Chłopak wzruszył ramionami i burknął:

– Na pewno moim rodzicom tak się nie wydaje.

– Powściągliwość twoich rodziców to najlepsza odtrutka na tę filozofię. Nie chodzi o to, żebyś nie miał, ale, żebyś nie musiał mieć. A to zasadnicza różnica.

Rodzice wyraźnie się ożywili. Pojawił się nawet u nich uśmiech zadowolenia. Staruszek schylił się i wyzbierał szybkim ruchem wszystkie ziarenka, jakie jeszcze zostały małej kurce do zjedzenia.

– Ale nie wolno zabierać nie dając w zamian czegoś cenniejszego – powiedział w ich stronę, po czym wyjął z kieszeni fartucha kawałeczek czerstwego chleba i położył go przed kurką.

– Mistrzu! – zaoponował mężczyzna – dla tego pokolenia nie ma nic cenniejszego od rzeczy materialnych.

– Czyżby? – Mistrz popatrzył na chłopaka, który z lekko drwiącą miną chciał już, już przytaknąć, ale powstrzymał się bo dostrzegł w oczach staruszka głęboki smutek.

– Oto mężczyzna – powiedział do nastolatka wskazując mu jego ojca – który zostawił swoją firmę, gdzieś tam na dole drogi samochód i wspinał się tu w niewygodnym garniturze. Oto kobieta, która nie pamięta już, kiedy spała spokojnie i od kilku miesięcy uparcie szukała sposobności, żeby cię tu przywieść. Masz mamę i tatę. Masz Dom.

Rodzice spojrzeli wystraszeni na syna, bo bardzo bali się jego kolejnej opryskliwej odpowiedzi, ale chłopak stał spokojnie. Przypomniał sobie, jak niedawno przyszli do niego koledzy i zamiast grać w jego nową grę, przesiedzieli cały wieczór w kuchni rozmawiając z jego mamą.

 

Trzeci dzień zaczął się bardzo wcześnie. Jeszcze przed wschodem słońca, Mistrz rozpoczął przygotowania. Tego dnia miało się odbyć winobranie. Pracowali tym razem wszyscy. Nawet chłopak. Wczesnym popołudniem, kiedy byli już zmęczeni do granic możliwości, chłopak spojrzał ze złością na Mistrza i powiedział:

– Po co w ogóle Mistrzowi te winogrona? Nie lepiej zostać przy kurkach?

Mistrz roześmiał się tak głośno i serdecznie, że cała złość w jednej chwili opuściła chłopaka.

– Bo widzisz, mój drogi – ja to lubię. Nawet bardzo. Uprawianie winogron, ich nawożenie, podcinanie, podlewanie daje mi radość. A radość – inaczej niż przyjemność – trzeba sobie zrobić. Na radość trzeba zapracować.

 

Kiedy zbliżał się wieczór małżonkowie przyszli pożegnać się z Mistrzem.

– Nasz syn… – zaczął niepewnie ojciec – nasz syn czasem zachowuje się tak, jakbyśmy go wcale nie kochali.

Mistrz pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Spójrzcie jakie dzieci go otaczają. Ilu ma wokół siebie rówieśników z rozbitych rodzin, albo z takich domów, gdzie najważniejsza jest praca. On chłonie frustracje i lęki tych dzieci.

– Czy można mu jakoś pomóc? Czy możemy jakoś uchronić go przed tym światem?

– Nie wiem – odpowiedział po dłuższym milczeniu staruszek – czy jest możliwe uchronienie dziecka przed złym wpływem. Wydaje mi się, że nie. Świat jest, jaki jest. Ale można próbować go uodpornić. Zaszczepić jak szczepi się maluchy na odrę czy różyczkę

– Zaszczepić przed światem? – kobieta popatrzyła na Mistrza zmieszana.

– Przed chorobą, która trawi dzisiaj całe społeczeństwa. Polega ona na tym, że ludzie nie wiedzą po co żyją.

– Mistrzu, jak? Jak to zrobić?

Staruszek wstał z ławeczki i podszedł do zbocza. Długo milczał patrząc w horyzont, a potem uśmiechnął się i wskazując w dal odpowiedział:

– Pokażcie mu przyszłość. Powiedzcie, że będzie żył długo 60, 70 lat. I zapytajcie jak chce ten czas przeżyć. I jeszcze jedno; powiedzcie mu już dzisiaj, że kiedyś będzie ojcem. I że nie spotka go w życiu nic wspanialszego.

 

Pamięci Ojca Karola Meissnera OSB, na podstawie konferencji o wychowaniu dzieci.

 

Anna Hazuka

Anna Hazuka

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Rzecznik papieży doktorem honoris causa

Współpracownik trzech a rzecznik dwóch papieży o. Federico Lombardi SJ zostanie w październiku uhonorowany doktoratem honoris causa Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

– Będzie to wydarzenie szczególne, honor nie tylko dla tego, który tytuł otrzyma ale także nobilitacja dla UKSW – podkreślił kard. Kazimierz Nycz, który jest Wielkim Kanclerzem UKSW. Zwrócił też uwagę, iż włoski jezuita całe swoje życie związał z mediami. – To jest absolutnie stosowny kandydat – zarówno ze względu na jego osobę i zasługi dla Kościoła oraz papieży, którym służył przez 43 lata pracy w mediach i z mediami. Osobiście bardzo się cieszę z tego jako wielki kanclerz – dodał kard. Nycz.

Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego nada o. Lombardiemu tytuł doktora honoris causa -w zakresie teologii środków społecznego przekazu za wiarygodne zaangażowanie w komunikacji społecznej trzech papieży i Kościoła. Uroczystość planowana jest na 24 października 2017 r.

Rektor UKSW ks. prof. Stanisław Dziekoński wyraził radość, że odbędzie się ona w ramach obchodów 25-lecia Instytutu Edukacji Medialnej i Dziennikarstwa. Z kolei prof. Jerzy Olędzki – obecny dyrektor tego Instytutu powiedział, że nowy doktor honoris causa jest postacią, która skupia w sobie “to wszystko co, chcemy osiągnąć i czego uczymy studentów”. -Wpierw został dziennikarzem, 26 lat temu dyrektorem Radia Watykańskiego dzięki JP2, kilka lat później szefem Watykańskiego Ośrodka Telewizyjnego CTV a w 2006 r. papież Benedykt XVI mianował go dyrektorem Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej. To człowiek, który umie być dziennikarzem i służyć ważnej sprawie. Może być znakiem, celem dążeń dla naszej młodzieży – zaznaczył prof. Olędzki.

Dyrektor Instytutu Edukacji Medialnej i Dziennikarstwa UKSW będzie promotorem doktoratu o. Lombardiego i wygłosi podczas uroczystości laudację. Prof. Olędzki już teraz podzielił się spostrzeżeniem, że o. Lombardi SJ jest człowiekiem, “który zawsze mówił o papieżach a nie o sobie”. Poinformował też, że następnego dnia po uroczystości na UKSW odbędzie się konferencja naukowa, którą otworzy wykład nowego doktora honoris causa tej uczelni a będzie mówił o wartościach w komunikowaniu.

Włoski jezuita o. Federico Lombardi rzecznikiem Watykanu, a dokładnie dyrektorem Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej został mianowany 11 lipca 2006 r. przez papieża Benedykta XVI. Funkcję tę sprawował do końca sierpnia 2016 r. a ostatnią jego podróżą zagraniczną, w której towarzyszył papieżowi były Światowe Dni Młodzieży w Krakowie.

Jako rzecznik był partnerem dla mediów w różnych sprawach dotyczących papieża i Watykanu, organizował konferencje prasowe i towarzyszył dziennikarzom podczas zagranicznych podróży papieży Benedykta XVI i Franciszka.

Cieszył się sympatią mediów za spokój, przyjazny stosunek do wszystkich i wielką cierpliwość. Współpracownicy podkreślają, że cechuje go żelazna dyscyplina, która pomagała mu godzić liczne obowiązki.


archwwa.pl

 

ZE ŚWIATA

Wybrałem przebaczenie. Historia z Ugandy

“Bez przebaczenia ta wojna w ludziach się nie skończy” - mówi Steven Rafel Kilama, ksiądz. Jako nastolatek został uprowadzony przez Bożą Armię Oporu w czasie wojny na północy Ugandy. Jego historia jest wstrząsająca, przeżył piekło

Krzysztof
Błażyca
zobacz artykuly tego autora >

Świadectwo człowieka porwanego przez rebeliantów

 

Stephen miał szesnaście lat. To się zdarzyło jedenastego maja 2003 roku. Był wtedy uczniem Sacred Heart Secondary School.

– … Tej nocy przyszli rebelianci. Wybili szyby, zaczęli świecić latarkami po klasach. Krzyczeli w aczoli: „Yabo dogola! Yabo dogola!”, co znaczy „Otwierać drzwi, otwierać!”. Ale nikt się nie ruszał. Wszyscy byli w strachu. Ostrzelali nas od zewnątrz. Schowałem się pod łóżkiem. Weszli do pomieszczeń. Zobaczyłem wojskowe buty. Chwycili mnie za nogę i wyciągnęli. Usłyszałem przeładowanie broni. „Wychodź albo cię zastrzelę!” Świecił mi latarką w oczy. „Siadaj!” Zaczęli mnie wiązać. Wtedy zobaczyłem, jak zabijają kolegę. Uderzyli go kilka razy pangą. Związali nas i wyprowadzili na zewnątrz, poza ośrodek. Na pobliskim boisku zobaczyliśmy siedemnaście młodych dziewcząt. Przyszły do naszego seminarium, szukając schronienia. Zabrali je… Jedna z dziewcząt była chora. Prosiła, aby pozwolili jej zostać. Wtedy jeden z rebeliantów zapytał: „Która to ta, co narzeka?”. Tamta niewinnie podniosła rękę do góry. Kazał jej podejść do siebie i wtedy pięć razy uderzył ją w twarz. Powiedział, żeby nigdy nie mówiła tak głupich rzeczy, w przeciwnym razie ją zabije. (…)

 

Ruszyliśmy. Szliśmy całą noc, coraz głębiej w busz. Nie znałem okolicy. Marsz trwał aż do około południa. Wtedy zarządzili postój pod drzewami mango. Tam było wiele mango, cały las mango. Zebrali, abyśmy zjedli. I ruszyliśmy dalej. Aż do drogi… (…)

 

Przez cały ten czas myślałem, czy wojsko było powiadomione. Zobaczyliśmy śmigłowiec. Rebelianci kazali się nam schować do lasu, położyć na brzuchach. Jeden z kolegów spróbował wtedy uciec. Myślę, że właśnie wtedy, gdy leżał, po cichu udało mu się oswobodzić z więzów. Niestety rebeliant, ostatni w tej grupie, doszedł do niego, uderzył. „Próbujesz uciec? Zabiję cię!” Kazał mu się położyć na ziemi. Założył bagnet na AK i pchnął go trzy razy w plecy. Potem powiedział do nas: „Ten człowiek próbował uciec, teraz wy tu przyjdziecie i zadepczecie go na śmierć”. Kilku moich kolegów w strachu przed śmiercią poszło. I zadeptali go… (…)

 

fot. Krzysztof Błażyca

 

Było około osiemnastej, gdy dotarliśmy do obozu. To był obóz szkoleniowy dla porwanych. Wielu tam było. Komendantem tej dużej grupy był Onen Kamdun. Miał długie włosy, splecione w warkoczyki. Był w wojskowym mundurze. Gdy stanęliśmy przed nim, powiedział w aczoli: „Wajolowu awobe – welcome boys” (witajcie, chłopcy). Oczywiście nikt z nas nie odpowiedział.  Mówił dalej: „Słyszałem od moich żołnierzy, że niektórzy z was odmówili, stawiali opór. Którzy to?”. Ale my cały czas milczeliśmy. Osobiście nie widziałem nic takiego… Może to było w innej części naszego seminarium… Wtedy powiedział coś, co nas przeraziło: „Czy mam wybrać spośród was trzech, których zabiję, abyście się przekonali, do czego jesteśmy zdolni?”  Zaczął nas rozdzielać pomiędzy innych komendantów. Jeden z nich podszedł do mnie i mojego kolegi, który miał na imię Patrick. Powiedział: „Ty i ty”. Zabrał nas. Poszliśmy za nim. Dokoła słychać było strzały. Patrick był słaby i upadł. Ten zaczął go bić, aż Patrick stracił przytomność. Gdy dotarliśmy do obozu, zobaczyliśmy pięć dziewcząt. Też były zrekrutowane. Na miejscu ten, co nas prowadził, powiedział, że mamy usiąść i się zrelaksować. I że wszystko będzie dobrze, jeśli tylko będziemy robić, co nam każą. (…)

 

Następnie powiedział: „Teraz idziemy się modlić”. Musieliśmy ściągnąć ubrania. Wysmarowali nas olejem shea. Potem uczynili znak krzyża na naszych ciałach. Na klatce i na plecach. „Teraz jesteście jednymi z nas”, powiedzieli. I dodali, że jeśli podejmiemy głupie decyzje ucieczki, to nas zabiją. Bo jedyną karą jest śmierć. Nie wierzyłem, dopóki nie zobaczyłem na własne oczy. (…)

 

Kolejna grupa, do której się dostałem, była dowodzona przez Okota Odhiambo. On był potem na liście poszukiwanych przez Międzynarodowy Trybunał Karny. Jeden z najwyższych dowódców LRA.

 

Tekst jest fragmentem nowowydanej książki Krzysztofa Błażycy “Krew Aczoli. Dziesięć lat po zapomnianej wojnie na północy Ugandy”, która ukazała się pod patronatem Stacja7.pl

Kiedy zaprowadzili mnie do niego, siedział pod drzewem. Dokoła niego sześć kobiet. Zaczął zadawać mi pytania. Powiedział: „Nie próbuj uciekać, zostań z nami, wkrótce obalimy rząd. Wtedy wrócisz na studia, do swego seminarium”. Starał się zachęcić mnie do pozostania z nimi. Potem nakazał eskorcie odprowadzić mnie do innej grupy. Tamten dowódca nazywał się Opit. Był kimś w rodzaju sierżanta. Byli tam rekruci tacy jak ja. Powiedział, że zostanie z nimi. Cały czas byliśmy w drodze. Zatrzymywaliśmy się najwyżej na dwa dni. LRA napadała na wioski, aby uzupełnić zapasy żywności. Napadali nawet na IDP camps. Myślę, że mieli dobrze zorganizowaną siatkę wywiadowczą. Wiedzieli, którego dnia jest dystrybuowana żywność i gdzie. Atakowali natychmiast. Napadali wieśniaków, kradli jedzenie. W tym okresie uczyli nas, jak trzymać broń, używać jej, jak ją składać. Po takim przeszkoleniu wybierali jedną osobę, aby pokazała, że jest gotowa walczyć. Ja łapałem te rzeczy szybko. Mówili mi: „Będziesz dobrym dowódcą w przyszłości”. Pomiędzy nimi były też dziewczęta, które miały broń. I było wiele dzieci. Większość stanowiły dzieci…  Pamiętam dziewczynę, która próbowała uciec. Mogła mieć trzynaście lat. Oddawali ją różnym dowódcom, służyła w kuchni, musiała też walczyć. Tamtego dnia udała się nad rzekę z inną, która była żoną Odhiambo. Poszły prać. Po drodze powiedziała jej, że jest zmęczona takim życiem, przesycona tym szaleństwem i że ucieknie przy pierwszej okazji. Niestety tę rozmowę usłyszał jeden z ludzi Odhiambo. Gdy wróciły do obozu, wszystko toczyło się normalnym trybem, do czasu gdy Odhiambo wezwał je do siebie. Spytał o rozmowę nad rzeką. Dziewczyny zaprzeczyły. Wtedy Odhiambo posłał po tego, który podsłuchał rozmowę. Był wściekły. Swoją „żonę” kazał pobić, a tę, która chciała uciec, kazał zabić. Ja akurat gotowałem milet i kasawę. Powiedzieli mi: „Chodź, chodź, coś się dzieje”. Zobaczyliśmy dowódcę. Mówił: „Ta dziewczyna chciała uciec. Teraz wy macie ją zabić”. Ona milczała, cała w strachu. Nic nie mówiła. Krzyknął: „Na co czekacie, rekruci? Zabić ją!”. Chwycili kije, kamienie, zaczęli… Starałem się wycofać i wtedy on krzyknął: „Stać!”. Popatrzyli na mnie. Ponieważ byłem porwany z seminarium, mówili na mnie „ksiądz”. Odhiambo powiedział wtedy: „Ten ksiądz jeszcze nikogo nie zabił, od kiedy jest z nami. Teraz ma swoją szansę. Wykończ ją”. Tłum powtórzył: „To prawda, nie zabił nikogo, wykończ ją. Uderz w głowę”. „Nie, nie mogę, to szaleństwo…”, broniłem się. „Kwestionujesz nasze rozkazy?” Milczałem. Wtedy kazał im zabić mnie. Uderzyli mnie w plecy. Upadłem. Zaczęli mnie okładać. „Albo ją wykończysz, albo my wykończymy ciebie!” Leżałem skulony na ziemi. Uderzyli mnie w głowę, w kark. Potem w żołądek. Ból przeszył mi ciało. „Zabij, zabij albo zabijemy ciebie!” Bili mnie bez końca, aż z bólu krzyknąłem. „OK, zrobię co chcecie, tylko mnie już nie bijcie”. „Wstawaj! Get up! get up!

 

Gdy byłem na kolanach, powiedzieli: „Wciąż odmawiasz?”. I ponownie uderzyli mnie w plecy. „Wykończcie ich obu!”, usłyszałem. A ona patrzyła, jak mnie bili i jak w końcu zgodziłem się ją zabić. Nie miałem wyboru. W moim sercu myślałem: „To sprawa życia i śmierci. Jeśli odmówię, oboje zginiemy”. Nie miałem wyboru, jak tylko zabić tę niewinną, przestraszoną dziewczynę, która była tak samo porwana jak ja. Wiele myśli burzyło się we mnie. Tylko Bóg wie, co się we mnie działo. Ale aby żyć, musiałem zrobić to, czego ci ludzie chcieli ode mnie. Wziąłem pangę, a oni krzyczeli: „Yeah! Yeah! Bądźmy tego świadkami, bądźmy świadkami, jak ksiądz zabija człowieka!”. Stanąłem na nogi. „Uderz ją, uderz!!!”

 

Widziałem ją, niewinną. Boże, przebacz! Zamknąłem oczy i podniosłem pangę, aby ją uderzyć. Wtedy ktoś mnie chwycił z tyłu, wykręcił mi rękę i znowu upadłem. Usłyszałem śmiechy. Wszystkie siły mnie opuściły. Ktoś krzyknął: „On jest tchórzem! Zabijcie ją!”.

 

Rzucili się na nią. Widziałem. Leżałem na ziemi. Słyszałem, jak ją biją. Wstałem po wszystkim. Jej głowa była roztrzaskana. Nie można było jej rozpoznać. Mózg leżał rozlany, zmieszany z popękanymi kośćmi i krwią. Ci ludzie są obłąkani… These men are crazy people… (…)

 

– Przebaczyłeś…?

– Wybrałem przebaczenie. Trzeba zamknąć ten krąg nienawiści. Wiesz, po wojnie spotkałem mego pierwszego dowódcę. W ośrodku dla ofiar tej wojny. Wcześniej był tak samo porwany jak ja. Zawołałem go. Najpierw wydawał się przerażony. Ale podałem mu rękę. Potem nawet… zaprosiłem do domu. Przebaczyć to najlepsza rzecz. Bez tego ta wojna w ludziach się nie skończy. A wtedy w buszu… dużo się modliłem… na różańcu. Dla nich to były dekoracje Ale ja wiem, że gdyby nie Bóg, nie wróciłbym do domu. Dlatego opowiedz moją historię. Niech ludzie się dowiedzą, co się tutaj działo…

 

Steven Rafel Kilama, uprowadzony przez Bożą Armię Oporu (Lord’s Resistance Army) Josepha Kony’ego, w czasie wojny na północy Ugandy

 

Autor i ks. David Okullu, twórca Solidarity for Rural Development Organisation (SORUDEO)


 

Tekst jest fragmentem nowowydanej książki Krzysztofa Błażycy “Krew Aczoli. Dziesięć lat po zapomnianej wojnie na północy Ugandy”, która ukazała się pod patronatem Stacja7.pl

Strona książki: http://www.krewaczoli.pl

 


 

Książka promuje akcję budowy studni na północy Ugandy, we wsi Pabo. http://razemdlaafryki.org/sorudeo/  oraz https://www.facebook.com/RazemdlaAfryki/

 

Krzysztof Błażyca

Zobacz inne artykuły tego autora >
Krzysztof
Błażyca
zobacz artykuly tego autora >
PŁUKANIE SIECI

Rozbitkowie. Wzruszająca piosenka o Syrii

"Gdy nasze niebo zrównane z ziemią, to tylko miłość zmieni życia bieg" śpiewają Mateusz Pospieszalski, Kayah, Ania Rusowicz i Adam Nowak. Piosenka "Rozbitkowie" projekt pomocy ofiarom wojny w Syrii „Rodzina - rodzinie”.

 

Nie żyje o. Karol Meissner

20 czerwca o godz. 3.30 zmarł w Lubiniu w wieku 90 lat o. Karol Meissner OSB, lekarz i wybitny wykładowca psychologii płciowości. Msza św. pogrzebowa odbędzie się w niedzielę 25 czerwca o godz. 13.30 w lubińskim klasztorze ojców benedyktynów.

O. Karol Meissner OSB, właściwie Wojciech Meissner, urodził się 17.05.1927 r. w Poznaniu. Jego rodzicami byli Czesław Meissner, lekarz i polityk II RP, oraz Halina z domu Lutosławska, córka filozofa Wincentego Lutosławskiego oraz Sofii Casanova, poetki i dziennikarki pochodzenia hiszpańskiego. Liczni członkowie rodziny byli lekarzami, duchownymi, a zwłaszcza działaczami społeczno-politycznymi. Związani z obozem narodowej demokracji odegrali znaczną rolę w przedwojennej Polsce.

Wychowywał się w Poznaniu, tam ukończył szkołę podstawową. Dzień przed wybuchem II Wojny Światowej opuścił Poznań i udał się do rodziny w Warszawie. Mimo okupacji kontynuował naukę najpierw oficjalnie, następnie na tajnych kompletach oraz w szkole handlowej. Pracował także jako goniec w polskim Czerwonym Krzyżu. Będąc młodzieńcem w czasie powstania warszawskiego służył jako sanitariusz w powstańczym szpitalu przy ulicy Hożej 13, którego komendantem był jego stryj major prof. Alfred Meissner. Po kapitulacji wywieziony został 4 października 1944 r. do obozu jeńców wojennych w Altengrabow pod Magdeburgiem (Stalag XI-A), do podobozu w Gross-Lübars.

Po wyzwoleniu z obozu powrócił do Poznania, gdzie w sierpniu 1945 r. zdał maturę w Liceum im. św. Jana Kantego. Następnie rozpoczął studia medyczne na wydziale medycznym Uniwersytetu Poznańskiego. W trakcie studiów pracował w laboratorium lekarskim w szpitalu Przemieniania Pańskiego w Poznaniu oraz angażował się społecznie. Był także harcerzem i drużynowym drużyny 63, następnie 21, z której został usunięty za „obcość ideologiczną”. Pełnił też funkcję prezesa Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej okręgu poznańskiego. Śpiewał w chórze „Poznańskie Słowiki” prowadzonym przez Stefana Stuligrosza, któremu wiele zawdzięczał w dziedzinie formacji muzycznej. Po ukończeniu studiów pracował w szpitalu w Szczecinku, Instytucie Medycyny Sportowej oraz I Klinice Chorób Wewnętrznych w Poznaniu.

W 1951 r. wstąpił do klasztoru benedyktynów w Tyńcu. Został przyjęty do nowicjatu 05 stycznia 1952 r. otrzymując imię Karol po swoim pierwszym magistrze o. Karolowi van Oost OSB, przewodzącemu odnowie opactwa tynieckiego. Kolejnym magistrem nowicjatu był o. Piotr Rostworowski OSB/EC, który wywarł wielki wypływ na o. Karola. Nowicjat ukończył 01. maja 1953 r., a śluby wieczyste złożył 01 stycznia 1957 r. Będąc lekarzem służył także okolicznym mieszkańcom pomocą medyczną. Początkowo pragnął zostać mnichem bez święceń kapłańskich, lecz po odbyciu studiów w latach 1958-1963 w Seminarium Duchowym w Kielcach nie bez wahań przyjął święcenia 21.12.1965 r.

O. Karol był jednym z inicjatorów dokonania nowego przekładu Pisma Świętego zwanego „Biblią Tysiąclecia” oraz członkiem kolegium redakcyjnego przy jej powstawaniu. Zaadoptował melodie gregoriańskie do polskich tekstów liturgicznych oraz ułożył nowe melodie w szczególności hymnów w metryce gregoriańskiej do Antyfonarza Monastycznego. Był także kompozytorem innych utworów muzycznym między innymi do wierszy Kazimiery Iłłakowiczównej.

W następnych latach na prośbę ówczesnego ks. kard. Karola Wojtyły rozwijał duszpasterstwo rodzin i poradnictwa rodzinnego. W latach 1966-68 pracował w zespole kierowanym przez kard. Karola Wojtyłę nad uzasadnieniem katolickiej nauki dotyczącej podstaw moralnych życia małżeńskiego, czego owocem był „Memoriał krakowski.” W 1968 r. współtworzył Instytut Teologii Rodziny w Krakowie pod kierownictwem dr Wandy Półtawskiej. Prowadził liczne rekolekcje w kilkudziesięciu seminariach oraz regularne wykłady z medycyny pastoralnej oraz teologii moralnej. Od 1966 r. do 2005 r. był wykładowcą na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim z dziedziny psychologii i psychiatrii.

W 1972 r. opuścił Tyniec i przeniósł się do zagrożonego likwidacją klasztoru w Lubiniu. W wyniku jego poświecenia, energicznych zabiegów oraz nawiązaniu współpracy z prymasem Polski, kard. Stefanem Wyszyńskim, wspólnota lubińska odrodziła się. W 1978 r. dzięki jego zabiegom benedyktynom zwrócona została parafia w Lubiniu, której był tymczasowym administratorem w latach 1982-1988, zaś proboszczem w latach 1993-1999. Od 1980 do 1983 r. pełnił funkcję przeora, kilkakrotnie magistra nowicjatu i podprzeora.

Podczas Synodu Biskupów w 1980 r. w Rzymie poświęconego sprawom rodziny, był jednym z sekretarzy przy głównej radzie Synodu. Po wyborze Karola Wojtyły na papieża kontynuował z nim współpracę i służył radą w kwestiach dotyczących rodziny. Był autorem wielu publikacji dotyczących małżeństwa, rodziny, seksualności oraz życia chrześcijańskiego. Dzielił się poprzez liczne rekolekcje, wykłady, konferencje oraz rozmowy, których nikomu nie odmawiał.


benedyktyni.net, lk (KAI) / Lubiń

 

Algieria: trwa proces beatyfikacyjny męczenników sprzed 20 lat

Proces beatyfikacyjny 19 zakonników i zakonnic, których islamiści zamordowali w Algierii w latach 1994-96, czyni postępy. Gotowa jest już tzw. „positio”, czyli synteza dotyczącej ich dokumentacji. W Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w Watykanie proces ten nosi tytuł: „Bp Pierre Claverie i 18 towarzyszy męczeństwa”

Pierwszy z tej grupy – biskup-dominikanin (1938-96), był w latach 1981-96 ordynariuszem algierskiego Oranu. Zginął on wraz ze swym młodym kierowcą, muzułmaninem Mohamedem Bouchikhim w wyniku wybuchu samochodu-pułapki przed wejściem do domu biskupiego. W gronie pozostałych męczenników jest też siedmiu trapistów z klasztoru w Tibhirine, zamordowanych w maju tegoż roku przez terrorystów islamskich. Franciszek napisał wstęp do poświęconej im książki pt. „Tibhirine l’héritage” – „Tibhirine dziedzictwo”.

 

Wszyscy wspomniani męczennicy w trudnym dla Algierii okresie zdecydowali się świadomie pozostać tam u boku swoich braci muzułmanów, wierni Chrystusowi i Kościołowi. Na styku różnych religii i kultur pragnęli dawać świadectwo pokoju i dialogu.


kg (KAI/RV) / Algier

Katolicka Agencja Informacyjna