video-jav.net

Dziesięć dni w rękach Opatrzności. Relacja z RŚA. Część 2

Intruzi uważają, że we wsi musi być ktoś, kto robi „krecią robotę”. Lisia Twarz wskazuje na mnie: „To ty, biały, mieszasz ludziom w głowach. Jeździsz rowerem po wsi – widać, że coś knujesz!”

Robert Wieczorek OFMCap
Robert
Wieczorek OFMCap
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Drugi odcinek relacji o. Roberta Wieczorka OFMCap, który od 1994 roku przebywa na misjach w regularnie wstrząsaną konfliktami wewnętrznymi Republice Środkowoafrykańskiej. W listopadzie ubiegłego roku odwiedził ją w trakcie swojej pielgrzymki Papież Franciszek.


>> Przeczytaj pierwszą część relacji z RŚA <<


Pod tymi mangowcami wszyscy zginiemy, ale nie ustąpimy! A ty, Pere, nie ruszysz się stąd nigdzie. Będziesz tu spał razem z nami!

W jednym momencie czuję się jak Haman na uczcie u Estery („To jest ten niegodziwiec!” Est 7,6). Gdy próbuję podjąć dyskusję tamten podnosi głos i krzyczy, że to biali są winni całego nieszczęścia RCA, bo od czasów kolonii wszędzie się mieszają. Wiesz chociaż skąd pochodzę? Pomyliłeś się z adresem. Nie wkładaj mnie do jednego worka z Francuzami! – ja nie z tych, żebym dał sobie pluć do kaszy. Chcecie walczyć? – kontynuuje tamten – Pod tymi mangowcami wszyscy zginiemy, ale nie ustąpimy! A ty, Pere, nie ruszysz się stąd nigdzie. Będziesz tu spał razem z nami!.

 

Siedząca na ławce koło mnie Pani Mer wystarczająco wyraźnie szturcha mnie kolanem, bym odczuł, że to czas na podkulenie ogona. Sygnał dociera do mnie. Wtedy kobieta pada na kolana i w typowo afrykańskim stylu odgrywa scenę mającą zaklinaniem i dramatycznymi gestami przekonać mych adwersarzy o mojej niewinności. Dołącza do niej Wice-Mer i tak wspólnie wygłaszają apologię mojego dla regionu oddania i pożyteczności. W innych warunkach, może bym się poczuł jak pączek w oleju…

Po ich wystąpieniu ja też padam na kolana i z rękami do góry modlę się w sango o pokój i pojednanie.

Po ich wystąpieniu ja też padam na kolana i z rękami do góry modlę się w sango o pokój i pojednanie. Gniew naszych nabuzowanych rozmówców zdaje się wyraźnie topnieć. Nie wiem nawet kiedy przechodzę na arabski tłumacząc im, że gdybym nie był życzliwy muzułmanom, to nie traciłbym dwóch lat życia na naukę języka Koranu w Egipcie. Znajduję interlokutora w osobie jasnoskórego Sudańczyka, który przechodzi na arabski klasyczny i tak sobie rozmawiamy. Mówię im, że byłem w Bangui na modlitwie z papieżem Franciszkiem. Jako franciszkanin sam jestem przyjacielem wszystkich ludzi, również i ich itp. Moja nauczycielka od konwersacji, Nagwa, która nie była w stanie wydusić ze mnie więcej niż pojedyncze zdanie, byłaby teraz z pewnością ze mnie dumna. Gadałem bez przerwy parę dobrych minut! Skąd mi się to wzięło? Nieistotne – efekt najważniejszy. Twarze mundurowych wyraźnie się rozpogodziły, a ich dowódca skwitował, że ich tłumacz się zapędził w swym zapale, i że  – spoko – nie zatrzymają mnie jako zakładnika. Wymieniamy nawet parę gestów pojednania – ściskam nawet dłoń Lisiej Gęby.

 

Przy takich „pogaduszkach” zastała nas noc. Wracam do domu z mokrymi plecami. To nie przelewki – trzeba brać się za pisanie, by ktoś tu zainterweniował. Bracia nowicjusze dzielnie sobie radzą w organizacji życia naszego obozu uchodźców. W międzyczasie siostry przyszły tu się schronić z grupką pozostałych na miejscu dziewczyn z internatu. Podzieliły się: dwie są tutaj, a dwie w domu na misji. Przez te dni będę tak stale kursował między centrum a nowicjatem. Odprawiam po dwie msze. Role się odwróciły: Kaplica w nowicjacie jak nigdy pełna ludzi, a do tej w centrum oprócz dwóch sióstr i katechisty nikt nie przyjdzie – wieś wyludniona, a kościół znajduje się pod nosem rebeliantów.

 

3462480156_8faa5d6d1d_b

Widok z jadącego samochodu na drogę w Republice Środkowoafrykańskiej | fot. UK Department for International Development / flickr.com

 

Zdrowego trybu życia to oni nie prowadzą. Palą nieustannie jakieś skręty, a przyuważyłem sobie jednego przy piciu wody – środek jego plastikowej butelki po coli zielony od glonów…

Nazajutrz po mszy przyprowadzam naszym wojakom pielęgniarza, bo kilku z nich jest chorych, jeden nawet poważnie. Dąsy, dąsami, ale człowiekowi choremu trzeba pomóc. Zdrowego trybu życia to oni nie prowadzą. Palą nieustannie jakieś skręty, a przyuważyłem sobie jednego przy piciu wody – środek jego plastikowej butelki po coli zielony od glonów… Merostwo z szefami dzielnic organizują jedzenie dla wojaków (wedle zasady: gdy żołądek jest pełen, łatwiej się dogadać). W geście solidarności, siostry dają Pani Mer kozę i worek mąki kukurydzianej na zaspokojenie apetytów nieproszonych gości. Sami seleka proponują usunąć się ze skraju drogi w głąb fabryki, by swą obecnością nie paraliżować ludzi. Ale mimo to, dzień targowy w ten czwartek, jest dniem martwym. Pasywny opór ze strony populacji oraz znak, że konserwa i goście po trzech dniach śmierdzą…

 

Równocześnie staje się dla nas coraz bardziej jasne, że naszym przybyszom wcale nie spieszy się w dalszą drogę. Wraz z upływem czasu prawdziwym problemem staje się nie to, co zrobią seleka, ale to co ludzie zrobią im. Z godziny na godzinę narasta wściekłość w sercach tutejszych. Bo co to ma znaczyć, żeby dwudziestka uzbrojonych przybłędów szarogęsiła się u nas? Młodzi stawiają się i mają rację: Od czasu, gdy na początku 2014 roku seleka opuścili Ndim, oni sami zapewniali ochronę swej wsi. Gdy RJ ze wschodu chcieli założyć swą bazę na skrzyżowaniu, powiedziano im – nie. Anti balle AK z południa też nie zostali tu wpuszczeni. Mbororo wrócili w 2015, ale pod warunkiem, że będą bez broni. Co więcej, od dobrego roku obowiązuje rozporządzenie, że jeśli rozjemcze siły międzynarodowe Minusca znajdą kogoś uzbrojonego, to mają prawo doń strzelać bez uprzedzenia – nikt więc już od dawna broni nie nosi. A tu nagle grupa intruzów instaluje się z „kałachami” w samym środku wsi i im wolno! Krew bije do mózgów.

 

Wraz z upływem czasu prawdziwym problemem staje się nie to, co zrobią seleka, ale to co ludzie zrobią im.

Następne dni zejdą mi na zapobieganiu konfrontacji. Gdzie tylko mogę powtarzam do znudzenia: Nie dajcie się sprowokować! Powstrzymajcie narwańców i nie pozwólcie nikomu zaatakować seleka! To intruzi, ale jak dotąd nic wam złego nie zrobili. Jeśli pierwsi podniesiecie na nich rękę, cała wina spadnie na was i zła fama pójdzie w świat, że ludzie w Ndim sprzeciwiają się pokojowi. Co innego obrona własna, a co innego atak na potencjalnego złoczyńcę – nikt wam nie przyzna racji. Całe trzy lata, gdy inni się wzajemnie zabijali, Ndim stanowiło zieloną wyspę spokoju. Nie pozwólcie sobie odebrać tej zasługi. Czy teraz dacie się głupio wrobić?

 

I włos coraz bardziej jeży mi się na głowie. Przecież jak to chłopstwo Pana się skrzyknie – a to krewcy i ambitni ludzie – samymi czapkami zaduszą tę garstkę chojraków, którzy nie zdają sobie sprawy w co wdepnęli! Tajemnicą poliszynela jest, że w ostatnich latach każdy szanujący się facet musiał sobie zorganizować jakiegoś domowej roboty samopała – ot, choćby tak na wszelki wypadek. Ale z tą garstką ryzykantów i gołymi rękami by sobie poradzili. Seleka wsadzili nos do gniazda os! Przypominam sobie tego królika z agape w Ndoubori i gorąco mi się robi na samą myśl, co też może się przydarzyć pod tymi mangowcami naprzeciw mego kościoła…

***

Już wkrótce opublikujemy trzecią część relacji o. Roberta Wieczorka OFMCap

 

franciszek_Milosierdzie_500pcxPolecamy książkę "Miłosierdzie to imię Boga" - wywiad z papieżem Franciszkiem!

Papież Franciszek w prostych i bezpośrednich słowach zwraca się do każdego człowieka, budując z nim osobisty, braterski dialog. Na każdej stronie książki wyczuwalne jest jego pragnienie dotarcia do osób, które szukają sensu życia, uleczenia ran. Do niespokojnych i cierpiących, do tych, którzy proszą o przyjęcie, do biednych i wykluczonych, do więźniów i prostytutek, lecz również do zdezorientowanych i dalekich od wiary.

W rozmowie z watykanistą Andreą Torniellim Franciszek wyjaśnia – poprzez wspomnienia młodości i poruszające historie ze swojego doświadczenia duszpasterskiego – powody ogłoszenia Nadzwyczajnego Roku Świętego Miłosierdzia, którego tak pragnął.

Kup teraz!

 

Robert Wieczorek OFMCap

Robert Wieczorek OFMCap

Zobacz inne artykuły tego autora >
Robert Wieczorek OFMCap
Robert
Wieczorek OFMCap
zobacz artykuly tego autora >

Dziesięć dni w rękach Opatrzności. Relacja z RŚA. Część 1

„Proszę, nie wyjeżdżaj! Odział seleka zbliża się do wsi. Zostań! - powiedziała do mnie Pani Mer - Potrzebuję twojej pomocy!”

Robert Wieczorek OFMCap
Robert
Wieczorek OFMCap
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Pierwszy odcinek relacji o. Roberta Wieczorka OFMCap, który od 1994 roku przebywa na misjach w regularnie wstrząsaną konfliktami wewnętrznymi Republice Środkowoafrykańskiej. W listopadzie ubiegłego roku odwiedził ją w trakcie swojej pielgrzymki Papież Franciszek.


 

W raportach ONZ, które z zasady nie są bynajmniej skore do gloryfikowania osiągnięć Kościoła katolickiego, interwencja Papieża Franciszka na rzecz przywrócenia pokoju w Republice Środkowoafrykańskiej ma jednoznacznie najwyższe notowania. Z perspektywy ostatnich trzech miesięcy można już z pewnością powiedzieć, że była to przełomowa chwila dla historii tego umęczonego kraju. Słowa Franciszka pomogły masie ludzi radykalnie odmienić ich spojrzenie na to, że można żyć inaczej. Jak dotąd bowiem przez ostatnie trzy lata byli bombardowani propagandą, że konfrontacja zbrojna i „trwałe wyeliminowanie” tego „drugiego, innego, więc niebezpiecznego” to jedyna droga do prosperity. I niestety, wielu za tym poszło. A tu tymczasem, wbrew oczekiwaniom, żadnej lepszej przyszłości! Przeciwnie – równia pochyła do otchłani… Papież przybywa jako „pielgrzym pokoju” i odgruzowuje zarzucone wartości: nadzieję, przebaczenie, miłosierdzie i tą, najtrudniejszą: modlitwę za zło nam czyniącym. Zatrybiło! Wybory prezydenckie i parlamentarne odbyły się w spokoju, a ich rezultat został przyjęty bez specjalnych kontestacji. I pomyśleć, że jeszcze na parę tygodni przed wizytą papieską w wielu punktach zapalnych Bangui wrzało, a na północnym wschodzie kraju mówiono o secesji i stworzeniu państwa dla muzułmanów!

 

Miłosierdzie i królik

U mnie w Ndim szykowaliśmy się na parafialną agapę (w specyfice tutejszego Kościoła lokalnego to taka forma rekolekcji: refleksji na Słowem Bożym połączonej z radością wspólnego przebywania). Data wyznaczona na połowę lutego. Pojawił się problem, bo wioska Ndoubori, która od roku była wytypowana jako miejsce wspólnego świętowania jest najbardziej na wschód wysuniętą miejscowością, a od tamtej właśnie strony dochodziły nas trudne do zweryfikowania wieści o jakiś zbrojnych bandach utrudniających życie prostym ludziom. Ostatecznie zdecydowaliśmy się, że spotkanie zrobimy. Nie wolno dać się zastraszyć każdej niepokojącej wieści – trzeba próbować normalnie żyć.

I agape udało się. Wprawdzie przyszło o połowę mniej uczestników, niż to było jak dotąd w zwyczaju, ale osiemset ludzi, to i tak zadowalające osiągnięcie. Trzy dni spędzone w sympatycznej aurze afrykańskiej wioski. Z jednej strony modlitwa, refleksja i post (zaczęliśmy od środy popielcowej), a z drugiej rytm tam-tamu i tańce – one to akompaniują życiu Afrykańczyka nie tylko w momentach radości, ale i w modlitwie, cierpieniu, czy śmierci. Tematem przewodnim było oczywiście Boże Miłosierdzie.

 

W pamięci utkwił mi frapujący epizod. Siedzimy w grupach dyskusyjnych w cieniu pod drzewami na skraju wsi. Cztery grupy są od siebie nieco oddalone, ale mają ze sobą kontakt wzrokowy. Brat Tomasz, który mi wtedy pomagał w spowiadaniu, opowiadał później, że gdy właśnie zabrał głos, by odpowiedzieć na postawione mu pytanie, pozostał nagle zbity z tropu. W mgnieniu oka powstał wielki rumor. Nagle dziesiątki młodych ze wszystkich grup rzuciło się z krzykiem w las – okazuje się, że w pogoń za dzikim królikiem. Widocznie, nieszczęśnik, miał tu swą norę i podirytowany niespodziewaną obecnością tłumu ludzi w pobliżu jego schronienia, nie wytrzymał presji strachu salwując się ucieczką. To był jego ostatni życiowy błąd. Trzeba było widzieć sprawność fizyczną  czarnoskórych chłopaków – imponujące! Co za zwinność! Nie spodziewałem się, że można tak szybko biegać pośród drapiących chaszczy afrykańskiego buszu. Przerażone zwierzę w szalonych uskokach próbowało się wyrwać z obławy, ale przygodni myśliwi byli wszędzie. Krzyki, tumany kurzu – po minucie wracają triumfalnie pokazując w uniesionych rękach kawałki rozszarpanego żywcem królika. Ten dodatek do południowego menu przekazują kobietom. Rozradowane panie z krwawymi szczątkami w jednej ręce, a w drugiej dzierżąc obrazek z Jezusem Miłosiernym – pozują mi do zdjęcia. Chwilę później coś się we mnie jeży… potem gęsia skórka… Czym jeszcze zaskoczą mnie moi czarni bracia? Królik nie miał szans – nawet na sesji o miłosierdziu…

 

Do domu wracamy w sobotę, by ludzie zdążyli na niedzielną, drugą turę wyborów (15.02.16). Koło kościoła w Ndim wołają mnie młodzi z Zole, uczestnicy agape, którzy zdążyli już jako pierwsi dotrzeć tu na rowerach i mówią, że o jakieś 5 km stąd zostali „obskubani” z co cenniejszych rzeczy przez uzbrojonych muzułmanów. Zdziwko… Nie biorę jednak tego na serio, bo chłopaki nie mają min zbyt przejętych zaistniałym incydentem. Opinię lekkiego potraktowana tej sprawy potwierdza mi  nazajutrz p. Martin Ziguele (jeden z ważniejszych kandydatów na prezydenta, który jednak odpadł w pierwszej turze). Akurat jeździł po naszej okolicy, gdzie zastępczo kandydował, by pozostać choć deputowanym. Zawitał też do nowicjatu, bo jak sam przyznał, jest krewnym naszego przełożonego, brata Jean Yves’a. Ludzie się przebierają na muzułmańską modłę – mówił – i zamaskowani turbanami chcą bezkarnie przetrzepać kieszenie swym sąsiadom. Usypiam z takim przekonaniem, by nazajutrz, jak wszyscy bracia, jechać do Bouar na kapitułę (forma sejmu zakonnego: sprawozdania, wybory nowych władz – pięć dni posiadówy…).

 

Na mapie zaznaczono położenie miejscowości Ndim w Republice Środkowoafrykańskiej, w której przebywa o. Robert Wieczorek OFMCap:

 

Sami na pastwie losu

W poniedziałek rano giną mi gdzieś klucze. Rozstąp się ziemio – nie ma ich nigdzie! Przebiegam miejsca z poprzedniego dnia, przy pomocy braci przekopuję pokój – nic z tego (później je znajdę). A tymczasem muszę jeszcze zorganizować materiał do roboty dla mechanika na czas mej nieobecności. Mam jechać starą toyotą z br. François, Francuzem – budowlańcem. Wyjazd się opóźnia. Zapalam ostatecznie, by ruszyć w drogę z godzinnym poślizgiem, gdy pojawia się Pani Mer. Katoliczka, ale w ciągu paru minionych lat mieliśmy kilkakrotnie różnice w poglądach na pewne sprawy, więc nasze relacje są raczej chłodne. Komunikujemy się, gdy już naprawdę jest tego potrzeba. Proszę, nie wyjeżdżaj! Odział seleka zbliża się do wsi. Zostań!  – nastaje – Potrzebuję twej pomocy!.

I wyjaśnia: Wczoraj wieczorem, nasz Podprefekt z Ngaoundaye w asyście Minusca (żołnierzy kameruńskich z pokojowej misji ONZ) zbierając urny po wyborach natknął się na nich w Mbaideng. Przyjechał po tym do Pani Mer, by ją uprzedzić, że ci zamierzają przyjść nazajutrz do Ndim i trzeba ich przyjąć.

 

Konsternacja. Biję się z myślami. Mam obowiązek uczestnictwa w kapitule, ale jak tu zostawić nowicjuszy samych (miał do nich dołączyć ks. Krzysiek na zastępstwo). Piszę list do kustosza br. Serge’a, że zdecydowałem się zostać i wysyłam z nim br. Franciszka.

 

Anonsowani „goście” nie dali długo na siebie czekać. Zdążyliśmy jedynie bez paniki rozesłać dzieci z naszych szkół, by wracały do domów. Koło jedenastej zbrojni wchodzą do wsi. Jest ich z dwudziestu. Wszyscy ubrani w mundury i uzbrojeni w AK-48.

Anonsowani „goście” nie dali długo na siebie czekać. Zdążyliśmy jedynie bez paniki rozesłać dzieci z naszych szkół, by wracały do domów. Koło jedenastej zbrojni wchodzą do wsi. Jest ich z dwudziestu. Wszyscy ubrani w mundury i uzbrojeni w AK-48. W większości to rosłe chłopy, rysy twarzy ewidentnie wskazujące na pochodzenie z dalekiej północy (Zakawa – pogranicze Czadu i Darfuru), co też potwierdza się niebawem, gdyż tylko dwaj władają sango (język używany w Republice Środkowoafrykańskiej). Pani Mer ze swymi radnymi oferuje im miejsca do siedzenia w cieniu zadaszenia na targowisku i wiadro wody do ugaszenia pragnienia. Miejsce spotkania otacza spory tłum ciekawskich.

Wyjaśniają, że przybyli tu za pozwoleniem Pana Podprefekta dla zapewnienia pokoju i wolności w przemieszczaniu się ludzi. Trzeba skończyć z wojną i waśniami plemienno-religijnymi. Posiedzą we wsi z dwa trzy dni, zobaczą jak ich ludzie przyjmą, ale nie trzeba się ich bać. Nie mają złych intencji. Jak by co, to pójdą sobie dalej…

Przyjęcie gości to u nas tradycja – odpowiada Pani Mer – ale jesteśmy zaskoczeni waszą ofertą ochrony, bo przez cały okres wojny w RCA nic złego się u nas w okolicy nie wydarzyło, ludzie żyją tu spokojnie, muzułmańscy pasterze Mbororo wrócili tu przed ponad pół roku. Lokalna samoobrona radzi sobie bez niczyjej pomocy z zewnątrz. Regularnie pojawia się tu żandarmeria z Ngaoundaye. Przeciwnie, to wasze uzbrojenie napawa ludzi obawą…

Skoro mówicie, że tu jesteście oficjalnie – proponuję – to zróbmy sobie zdjęcie rodzinne, bym mógł je wysłać dalej, do władz, aby te były na bieżąco waszej tu wizyty.

Nie ma sprawy – poślijcie też po Pana Podprefekta do Ngaoundaye, by nas tu odwiedził i potwierdził nasze dobre intencje – odpowiadają. Merostwo pcha “umyślnych” do podprefektury, by przywiozła tego, który miał wydać zbrojnym pozwolenie na ich pobyt w Ndim, a ja wracam do domu, by wysłać mailem komu trzeba zdjęcia z informacją o sytuacji na miejscu.

 

Pod bramą nowicjatu znajduję kobiety Mbororo z masą dzieci i tobołkami na głowach. Chciałoby się powiedzieć: Czegoż się obawiacie? Przecież nowoprzybyli to wasi pobratymcy i współwyznawcy? Mbororo jednak wolą spać pod osłoną ogrodzenia nowicjatu, a ich krowy na noc spędzać do lasku w naszej koncesji. Zaraz za nimi schodzą się też ludzie z najbliższej dzielnicy Ndim (nazywa się Watykan) – kobiety, dzieci i starcy, katolicy, ale i protestantów nie brakuje. W ciągu godziny zacisze nowicjackiego eremu zmienia się w gwarne obozowisko. Ogniska w różnych miejscach. Wszędobylska dzieciarnia. Taki klimat będzie panował przez najbliższe dni. Przydzielamy im do spania wszystkie wolne pomieszczenia – wielu i tak będzie spało na zewnątrz, ale o tej porze noce są już ciepłe. Myślę sobie po cichu: w razie problemów, cóż ja wam poradzę? Ale jeśli mogą się choćby po trosze lepiej poczuć pod naszą kuratelą, to przecież nie odmówię. Mężczyźni zostają we wsi, by z dystansu przyglądać się rozwojowi sytuacji, a i przy okazji doglądać ich domostw, bo żerujących na takich okazjach hien nigdy nie braknie.

 

Wieś do wieczora wyludnia się prawie całkowicie. Ruch zanika. To wiele mówiąca cisza. W obejściu u Pani Mer panuje nerwowa sytuacja. Delegacja z Ngaoundaye wróciła z kwitkiem, czyli bez Podprefekta. Wrobił nas – wrze w komentarzach – odwrócił rebeliantów od Ngaoundaye (tam, gdzie się spotkali byli o jedyne 20 km od podprefektury) i skierował ich w naszą  stronę, a teraz się miga, że niby zmęczony. Trzeba jednak iść na umówione spotkanie i powiedzieć im jasno co się dzieje: Podprefekt umywa ręce i nie chce przyjechać. Pani Mer chce jeszcze dorzucić: Daliśmy Wam jeść i pić – zbieracie się w drogę. Ale stopujemy ją. Jak? Na noc? Iść dalej, to znaczy do kolejnej wsi, a tam nadal jej gmina. Takie przerzucanie gorącego ziemniaka z ręki do ręki, to żadne rozwiązanie…

 

Asystuję Pani Mer i jej radnym na miejscu spotkania. Nasi intruzi rozsiedli się w cieniu wielkich mangowców w koncesji zrujnowanej od lat fabryki bawełny, praktycznie naprzeciw misji katolickiej i placu targowego, paraliżując w ten sposób całe życie wsi, bo to też skrzyżowanie prowadzące do naszej szkoły katolickiej i szpitala (chorzy i ich rodziny zdążyli już się stamtąd wynieść).

Pani Mer drżącym nieco głosem wyznaje, że na nic ich poselstwo, bo „kota zo” (wielki człowiek), który miał być gwarantem ich tu przysłania, teraz nie chce przyjechać. No to mamy problem… Wymiana zdań toczy się za pośrednictwem jednego z tych dwóch znających sango, który potem tłumaczy na ich arabski. Nazwałem go sobie Lisem, ze względu na pociągłą fizjonomię i przymrużone oczka. Nasi rozmówcy mają spięte miny i pytają o powód wyludnienia się wsi. W odpowiedzi Pani Mer tłumaczy, że mimo ich zapewnień o pokojowych intencjach, wielokrotne doświadczenie nauczyło ludzi, że gdy przychodzą jacyś zbrojni, to jednak lepiej się pochować. To karabiny w ich rękach budzą zrozumiały niepokój – normalny instynkt samozachowawczy.

 

To ty, biały, mieszasz ludziom w głowach. Jeździsz rowerem po wsi – widać, że coś knujesz!

Ale nasi przybysze nie są przekonani do tej argumentacji. Oni wiedzą lepiej. Problem jest gdzie indziej. Otóż we wsi musi być ktoś, kto robi krecią robotę! Analizuję kogóż też sobie upatrzyli? Szefa samoobrony, czy też któregoś z radnych-bezradnych? Lisia Twarz wskazuje na mnie: To ty, biały, mieszasz ludziom w głowach. Jeździsz rowerem po wsi – widać, że coś knujesz!.

 


>> Przeczytaj drugą część relacji z RŚA <<


 

franciszek_Milosierdzie_500pcxPolecamy książkę "Miłosierdzie to imię Boga" - wywiad z papieżem Franciszkiem!

Papież Franciszek w prostych i bezpośrednich słowach zwraca się do każdego człowieka, budując z nim osobisty, braterski dialog. Na każdej stronie książki wyczuwalne jest jego pragnienie dotarcia do osób, które szukają sensu życia, uleczenia ran. Do niespokojnych i cierpiących, do tych, którzy proszą o przyjęcie, do biednych i wykluczonych, do więźniów i prostytutek, lecz również do zdezorientowanych i dalekich od wiary.

W rozmowie z watykanistą Andreą Torniellim Franciszek wyjaśnia – poprzez wspomnienia młodości i poruszające historie ze swojego doświadczenia duszpasterskiego – powody ogłoszenia Nadzwyczajnego Roku Świętego Miłosierdzia, którego tak pragnął.

Kup teraz!

 

Robert Wieczorek OFMCap

Robert Wieczorek OFMCap

Zobacz inne artykuły tego autora >
Robert Wieczorek OFMCap
Robert
Wieczorek OFMCap
zobacz artykuly tego autora >