Nasze projekty

Dziesięć dni w rękach Opatrzności. Relacja z RŚA. Część 2

Intruzi uważają, że we wsi musi być ktoś, kto robi „krecią robotę”. Lisia Twarz wskazuje na mnie: „To ty, biały, mieszasz ludziom w głowach. Jeździsz rowerem po wsi – widać, że coś knujesz!”

Reklama

Drugi odcinek relacji o. Roberta Wieczorka OFMCap, który od 1994 roku przebywa na misjach w regularnie wstrząsaną konfliktami wewnętrznymi Republice Środkowoafrykańskiej. W listopadzie ubiegłego roku odwiedził ją w trakcie swojej pielgrzymki Papież Franciszek.


>> Przeczytaj pierwszą część relacji z RŚA <<


Pod tymi mangowcami wszyscy zginiemy, ale nie ustąpimy! A ty, Pere, nie ruszysz się stąd nigdzie. Będziesz tu spał razem z nami!

Reklama
Reklama

W jednym momencie czuję się jak Haman na uczcie u Estery („To jest ten niegodziwiec!” Est 7,6). Gdy próbuję podjąć dyskusję tamten podnosi głos i krzyczy, że to biali są winni całego nieszczęścia RCA, bo od czasów kolonii wszędzie się mieszają. Wiesz chociaż skąd pochodzę? Pomyliłeś się z adresem. Nie wkładaj mnie do jednego worka z Francuzami! – ja nie z tych, żebym dał sobie pluć do kaszy. Chcecie walczyć? – kontynuuje tamten – Pod tymi mangowcami wszyscy zginiemy, ale nie ustąpimy! A ty, Pere, nie ruszysz się stąd nigdzie. Będziesz tu spał razem z nami!.

Siedząca na ławce koło mnie Pani Mer wystarczająco wyraźnie szturcha mnie kolanem, bym odczuł, że to czas na podkulenie ogona. Sygnał dociera do mnie. Wtedy kobieta pada na kolana i w typowo afrykańskim stylu odgrywa scenę mającą zaklinaniem i dramatycznymi gestami przekonać mych adwersarzy o mojej niewinności. Dołącza do niej Wice-Mer i tak wspólnie wygłaszają apologię mojego dla regionu oddania i pożyteczności. W innych warunkach, może bym się poczuł jak pączek w oleju…

Reklama
Reklama

Po ich wystąpieniu ja też padam na kolana i z rękami do góry modlę się w sango o pokój i pojednanie.

Po ich wystąpieniu ja też padam na kolana i z rękami do góry modlę się w sango o pokój i pojednanie. Gniew naszych nabuzowanych rozmówców zdaje się wyraźnie topnieć. Nie wiem nawet kiedy przechodzę na arabski tłumacząc im, że gdybym nie był życzliwy muzułmanom, to nie traciłbym dwóch lat życia na naukę języka Koranu w Egipcie. Znajduję interlokutora w osobie jasnoskórego Sudańczyka, który przechodzi na arabski klasyczny i tak sobie rozmawiamy. Mówię im, że byłem w Bangui na modlitwie z papieżem Franciszkiem. Jako franciszkanin sam jestem przyjacielem wszystkich ludzi, również i ich itp. Moja nauczycielka od konwersacji, Nagwa, która nie była w stanie wydusić ze mnie więcej niż pojedyncze zdanie, byłaby teraz z pewnością ze mnie dumna. Gadałem bez przerwy parę dobrych minut! Skąd mi się to wzięło? Nieistotne – efekt najważniejszy. Twarze mundurowych wyraźnie się rozpogodziły, a ich dowódca skwitował, że ich tłumacz się zapędził w swym zapale, i że  – spoko – nie zatrzymają mnie jako zakładnika. Wymieniamy nawet parę gestów pojednania – ściskam nawet dłoń Lisiej Gęby.

Reklama

Przy takich „pogaduszkach” zastała nas noc. Wracam do domu z mokrymi plecami. To nie przelewki – trzeba brać się za pisanie, by ktoś tu zainterweniował. Bracia nowicjusze dzielnie sobie radzą w organizacji życia naszego obozu uchodźców. W międzyczasie siostry przyszły tu się schronić z grupką pozostałych na miejscu dziewczyn z internatu. Podzieliły się: dwie są tutaj, a dwie w domu na misji. Przez te dni będę tak stale kursował między centrum a nowicjatem. Odprawiam po dwie msze. Role się odwróciły: Kaplica w nowicjacie jak nigdy pełna ludzi, a do tej w centrum oprócz dwóch sióstr i katechisty nikt nie przyjdzie – wieś wyludniona, a kościół znajduje się pod nosem rebeliantów.

3462480156_8faa5d6d1d_b
Widok z jadącego samochodu na drogę w Republice Środkowoafrykańskiej | fot. UK Department for International Development / flickr.com

Zdrowego trybu życia to oni nie prowadzą. Palą nieustannie jakieś skręty, a przyuważyłem sobie jednego przy piciu wody – środek jego plastikowej butelki po coli zielony od glonów…

Nazajutrz po mszy przyprowadzam naszym wojakom pielęgniarza, bo kilku z nich jest chorych, jeden nawet poważnie. Dąsy, dąsami, ale człowiekowi choremu trzeba pomóc. Zdrowego trybu życia to oni nie prowadzą. Palą nieustannie jakieś skręty, a przyuważyłem sobie jednego przy piciu wody – środek jego plastikowej butelki po coli zielony od glonów… Merostwo z szefami dzielnic organizują jedzenie dla wojaków (wedle zasady: gdy żołądek jest pełen, łatwiej się dogadać). W geście solidarności, siostry dają Pani Mer kozę i worek mąki kukurydzianej na zaspokojenie apetytów nieproszonych gości. Sami seleka proponują usunąć się ze skraju drogi w głąb fabryki, by swą obecnością nie paraliżować ludzi. Ale mimo to, dzień targowy w ten czwartek, jest dniem martwym. Pasywny opór ze strony populacji oraz znak, że konserwa i goście po trzech dniach śmierdzą…

Równocześnie staje się dla nas coraz bardziej jasne, że naszym przybyszom wcale nie spieszy się w dalszą drogę. Wraz z upływem czasu prawdziwym problemem staje się nie to, co zrobią seleka, ale to co ludzie zrobią im. Z godziny na godzinę narasta wściekłość w sercach tutejszych. Bo co to ma znaczyć, żeby dwudziestka uzbrojonych przybłędów szarogęsiła się u nas? Młodzi stawiają się i mają rację: Od czasu, gdy na początku 2014 roku seleka opuścili Ndim, oni sami zapewniali ochronę swej wsi. Gdy RJ ze wschodu chcieli założyć swą bazę na skrzyżowaniu, powiedziano im – nie. Anti balle AK z południa też nie zostali tu wpuszczeni. Mbororo wrócili w 2015, ale pod warunkiem, że będą bez broni. Co więcej, od dobrego roku obowiązuje rozporządzenie, że jeśli rozjemcze siły międzynarodowe Minusca znajdą kogoś uzbrojonego, to mają prawo doń strzelać bez uprzedzenia – nikt więc już od dawna broni nie nosi. A tu nagle grupa intruzów instaluje się z „kałachami” w samym środku wsi i im wolno! Krew bije do mózgów.

Wraz z upływem czasu prawdziwym problemem staje się nie to, co zrobią seleka, ale to co ludzie zrobią im.

Następne dni zejdą mi na zapobieganiu konfrontacji. Gdzie tylko mogę powtarzam do znudzenia: Nie dajcie się sprowokować! Powstrzymajcie narwańców i nie pozwólcie nikomu zaatakować seleka! To intruzi, ale jak dotąd nic wam złego nie zrobili. Jeśli pierwsi podniesiecie na nich rękę, cała wina spadnie na was i zła fama pójdzie w świat, że ludzie w Ndim sprzeciwiają się pokojowi. Co innego obrona własna, a co innego atak na potencjalnego złoczyńcę – nikt wam nie przyzna racji. Całe trzy lata, gdy inni się wzajemnie zabijali, Ndim stanowiło zieloną wyspę spokoju. Nie pozwólcie sobie odebrać tej zasługi. Czy teraz dacie się głupio wrobić?

I włos coraz bardziej jeży mi się na głowie. Przecież jak to chłopstwo Pana się skrzyknie – a to krewcy i ambitni ludzie – samymi czapkami zaduszą tę garstkę chojraków, którzy nie zdają sobie sprawy w co wdepnęli! Tajemnicą poliszynela jest, że w ostatnich latach każdy szanujący się facet musiał sobie zorganizować jakiegoś domowej roboty samopała – ot, choćby tak na wszelki wypadek. Ale z tą garstką ryzykantów i gołymi rękami by sobie poradzili. Seleka wsadzili nos do gniazda os! Przypominam sobie tego królika z agape w Ndoubori i gorąco mi się robi na samą myśl, co też może się przydarzyć pod tymi mangowcami naprzeciw mego kościoła…

***

Już wkrótce opublikujemy trzecią część relacji o. Roberta Wieczorka OFMCap

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę