O. Wenanty Katarzyniec. Orędownik w trudnościach finansowych

Jako pierwszy o skuteczności orędownictwa ojca Wenantego przekonał się sam św. Maksymilian Kolbe. Do dziś wielu odkrywa w nim niezawodnego orędownika w trudnościach związanych z pracą, finansami, spłatą kredytu. Kim był franciszkański ojciec, sługa Boży, dzisiejszy kandydat na ołtarze?

Polub nas na Facebooku!

O. Wenanty Katarzyniec. Orędownik w trudnościach finansowych
Jako pierwszy o skuteczności orędownictwa ojca Wenantego przekonał się sam św. Maksymilian Kolbe. Do dziś wielu odkrywa w nim niezawodnego orędownika w trudnościach związanych z pracą, finansami, spłatą kredytu. Kim był franciszkański ojciec, sługa Boży, dzisiejszy kandydat na ołtarze?

„Po śmierci dużo zrobię dla Zakonu”

Przed śmiercią, 32-letni franciszkanin wyznał: Widzicie, jak jestem chory i nic już zrobić nie mogę, ale po śmierci dużo zrobię dla Zakonu. Pierwszym świadkiem tej deklaracji był przyjaciel ojca Wenantego, św. Maksymilian Maria Kolbe. Kiedy tworzył on miesięcznik „Rycerz Niepokalanej” znalazł się w poważnych kłopotach finansowych. Wyczerpał wszelkie możliwości zdobycia koniecznych funduszy. Wpadł na pomysł, by zwrócić się do swego niedawno zmarłego przyjaciela – o. Wenantego. Ten jeszcze za życia obiecał mu pomóc i spełnił swoją obietnicę już po śmierci. Maksymilian Kolbe publicznie napisał o swoim przyjacielu w pierwszym numerze „Rycerza Niepokalanej” w 1922 roku. Wtedy to ze wzruszeniem ogłosił go patronem dopiero co rodzącego się pisma.

Świadectwa o niezwykłym wstawiennictwie ojca Wenantego są aktualne do dziś. Kupno potrzebnego samochodu, spłata kredytu, znalezienie pracy, wyjście z długów… Na stronie wenanty.pl poświęconej jego postaci, czytamy jak wiele ludzkich historii odmienił i wciąż odmienia Sługa Boży, ojciec Wenanty. “Mąż stracił pracę po 25 latach, jest już w takim wieku, gdzie poszukiwanie pracy staje się trudne nawet pomimo doświadczenia i dobrej formy. Od razu wiedziałam, gdzie ruszyć po pomoc, mąż też wiedział. Modliliśmy się przez wstawiennictwo ojca Wenantego. Dostał propozycje pracy tam, gdzie sobie wymarzył, blisko domu i na dobrych warunkach..” – pisze Jolanta. „Bardzo potrzebowałam samochodu, aby dojeżdżać na zaoczne studia (teologię). Czekałam na niego długo, bo ponad rok. (…) I w końcu cieszę się własnym, „wymodlonym” samochodem” – dzieli się Małgosia. 

 

Franciszkanin o dyskretnym uśmiechu

Kim był o. Wenanty Katarzyniec? Urodził się 7 października 1889 roku w Obydowie koło Lwowa w niezamożnej rodzinie chłopskiej. Na chrzcie otrzymał imię Józef. Zgodnie z pragnieniami rodziców miał zostać nauczycielem. Uczył się bardzo dobrze, nawet dorabiał na własne utrzymanie, udzielając korepetycji. Ukończył lwowskie seminarium nauczycielskie. Nauczycielem jednak nie został. Mimo początkowego niezadowolenia rodziców wstąpił do nowicjatu franciszkanów. Podczas jednych z wakacji spotkał młodszego od siebie br. Maksymiliana Kolbego. Zaraz po święceniach kapłańskich, które otrzymał w 1914 roku w Krakowie, w kaplicy Matki Bożej Bolesnej, rozpoczął pracę w klasztorze w Czyszkach pod Lwowem. Jego gorliwość nie uszła uwadze wiernych, którym służył z oddaniem szczególnie w konfesjonale i na ambonie. Ujmował swoją skromnością, prostotą, dyskretnym uśmiechem. Po roku został magistrem nowicjatu we Lwowie, wdrażając młodych w życie zakonne.

W tym samym czasie był także wychowawcą kleryków oraz wykładowcą filozofii, łaciny i greki. Nie szczędził swych sił również poza klasztorem, głosząc konferencje i rekolekcje dla sióstr oraz spowiadając chorych w szpitalu onkologicznym. Duchową siłę do pracy czerpał przede wszystkim z adoracji Najświętszego Sakramentu. Gorzej było z siłą fizyczną. Przepracowany, z rozwijającą się gruźlicą, musiał wyjechać na wypoczynek najpierw do Hanaczowa, a potem do Kalwarii Pacławskiej koło Przemyśla. W praktyce jednak wciąż był to czas wytężonej pracy. Choroba i wyczerpanie posunęły się tak dalece, że 31 marca 1921 roku zmarł, mając zaledwie 32 lata. Jego cicha śmierć była odzwierciedleniem cichego, skromnego, ale pełnego heroicznych postaw życia.

 

Nie być pięknoduchami”

Czego możemy nauczyć się od o. Wenantego? Na pewno powagi w podejściu do swojego powołania i wynikających z niego obowiązków. Jego przykład przekonuje też, że wielkość człowieka zależy nie od nadzwyczajności dokonań, ale od mocy pragnienia, wierności i miłości. On był tego świadom, o czym świadczą jego słowa:

Nie każdy może czynić rzeczy nadzwyczajne, ale każdy może spełniać swoje obowiązki.

Chodzi o to, aby być dobrym mężem, dobrą żoną, dobrym ojcem, dobrą matką, dobrym dzieckiem, uczniem, pracownikiem, zakonnikiem, kapłanem. Jego przykład jest żywą receptą na chrześcijańskie powodzenie, które pozwala posmakować szczęśliwości życia. Treść tej recepty jednym zdaniem wyraził św. Maksymilian:

O. Wenanty nie silił się na rzeczy nadzwyczajne, ale zwyczajne wykonywał w sposób nadzwyczajny.

Niezwykle trafną charakterystykę duchowości sługi Bożego zawarł krakowski artysta, Adam Mamczur, wpisując w jego wizerunek zawołanie: Sługo Boży Wenanty Katarzyńcu, módl się za nami, byśmy nie byli pięknoduchami, lecz znali swoje obowiązki i umieli je spełniać w sposób należny. Amen.

 

Kochajmy tylko!

Wiadomo, że wcale nie jest to takie proste. Człowiek potrzebuje dobrych inspiracji i mocy, której sam nie jest w stanie z siebie wykrzesać, ale którą otrzymuje od Boga. Sługa Boży – z przekonaniem wynikającym nie tylko z wiary, ale z własnego doświadczenia – wskazuje na niewyczerpane źródło tej nadprzyrodzonej siły: W Bogu znajdzie człowiek prawdziwego przyjaciela, który go nigdy nie opuści, nigdy nie zawiedzie, wszystkie jego pragnienia zaspokoi, jeżeli będzie o Nim często myślał i serce do Niego wznosił, czyli będzie Boga szukał całym sercem, w każdej pracy i w każdej okoliczności życia… Jeżeli chcemy znaleźć Boga, śpieszmy przed Najświętszy Sakrament… 

Owocem takiego poszukiwania Boga i Jego odnajdywania jest konkretna miłość, która ucieleśnia się w codziennych zdarzeniach. Najpierw człowiek musi chcieć kochać, aby móc mówić o wyrazach miłości. Warto wziąć sobie do serca kolejną maksymę o. Wenantego: Kochajmy tylko, a zaraz nauczymy się przeróżnych znaków, które będą świadczyły o naszej miłości.

 


W tekście wykorzystano fragment książki “Wenanty Katarzyniec. 365 dni ze Sługą Bożym”, wydanej przez Wydawnictwo Bratni Zew


 

“Wenanty Katarzyniec. 365 dni ze sługą Bożym”

Zbiór myśli o. Wenantego zawartych w tej książce, jest okazją, by dzień po dniu podejmować razem z o. Wenantym refleksję nad sprawami, które nadają Boży kształt naszemu życiu. Ukryta jest w nich życiowa, praktyczna mądrość, którą warto poznawać, nosić w sobie, medytować i wcielać w życie.

/Andrzej Zając OFMConv, fragment wstępu książki/

 

Książka dostępna w sklepie dobroci.pl >>>

 

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Św. Bazyli i Św. Grzegorz: specjaliści od Świętej Trójcy

Obaj pochodzili ze świętych rodzin, których krewni zostali wyniesieni na ołtarze. Oni sami poznali się w szkole, gdzie zaprzyjaźnili się na całe życie. 2 stycznia wspominamy w liturgii św. Bazylego Wielkiego i św. Grzegorza z Nazjanzu, biskupów i doktorów Kościoła.

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Św. Bazyli i Św. Grzegorz: specjaliści od Świętej Trójcy
Obaj pochodzili ze świętych rodzin, których krewni zostali wyniesieni na ołtarze. Oni sami poznali się w szkole, gdzie zaprzyjaźnili się na całe życie. 2 stycznia wspominamy w liturgii św. Bazylego Wielkiego i św. Grzegorza z Nazjanzu, biskupów i doktorów Kościoła.

Byli rówieśnikami – urodzili się w 329 r. i oboje pochodzili z niezwykłych rodzin, których członkowie zostali po śmierci wyniesieni do chwały ołtarzy. W domu Bazylego świętymi zostali ogłoszeni ojciec i matka, brat i babka. W domu Grzegorza – babka, brat i siostra. Ojciec Bazylego był retorem w Cezarei Kapadockiej, ojciec Grzegorza – biskupem. Obaj poznali się na studiach wyższych, prawdopodobnie w Konstatynopolu. Tam przyjęli chrzest mając po 28 lat i tam zaprzyjaźnili się mocno.Tam też zafascynowali się naukami Orygenesa i życiem pustelniczym. Z inicjatywą życia mniszego pierwszy wystąpił Bazyli. Na terenie dzisiejszej Turcji, nad rzeką Iris założył pierwszą pustelnię. Wkrótce dołączył do niego także Grzegorz. 

Razem sporządzili wówczas zestaw najcenniejszych fragmentów pism Orygenesa (Filokalia). Tam również Bazyli zaczął pisać swoje Moralia i zarys Asceticon, czyli przyszłej reguły bazyliańskiej, która miała ogromne znaczenie dla rozwoju wspólnotowej formy życia zakonnego na Wschodzie.

Obaj po wyświęceniu najpierw na kapłanów, potem na biskupów, mocno zaangażowali się również w zwalczanie poglądów ariańskich wśród chrześcijan. Ich nauki i wyjaśnienia dały podwaliny pod dogmat o Trójcy Świętej. To dzięki Bazylemu i Grzegorzowi doksologia “Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu” ma swoje obecne brzmienie. Zastąpiła wcześniejszą “Chwała Ojcu, przez Syna w Duchu Świętym.

 

Tak św. Grzegorz z Nazjanzu pisał o Tajemnicy Wcielenia:

“Bóg był zawsze, jest i będzie, a raczej „jest” zawsze. „Był” i „będzie”, to odcinki czasu naszego i przemijającej natury, a „On jest” zawsze, i tak sam się nazywa, gdy przemawia na górze do Mojżesza. Albowiem całe bytowanie skupił w sobie i posiada je bez początku i bez końca, jak jakieś niezmierzone i nieograniczone morze bytu, przekraczające wszelkie pojęcie czasu i natury. Można Go wyobrazić tylko myślą, i to zbyt niewyraźnie, i do pewnego stopnia, nie przez ujęcie Jego natury, lecz dzięki Jego przymiotom, zbierając coraz to inne wyobrażenia w jakieś jedno odbicie prawdy, które pierzcha, nim się je schwyta, i ucieka, nim się je pomyśli. O tyle rozświeca ono kierowniczą część naszej duszy, i to tylko oczyszczoną, o ile szybkość nie zatrzymującej się błyskawicy oświeca mrok, moim zdaniem w tym celu, by przez uchwytność pociągało ku sobie – gdyż to, co jest zupełnie nieuchwytne, nie budzi nadziei i odstręcza od starania – a przez nieuchwytność przejmowało podziwem, i żeby podziwiane, bardziej było upragnione, upragnione oczyszczało, a oczyszczające – czyniło podobnymi do Boga. Gdy zaś staniemy się takimi, aby już z jako bliskimi obcował – tu mowa moja porywa się na coś zuchwałego – Bóg z Bogami zostaje zjednoczony i przez nich poznawany, może o tyle, o ile już zna poznawanych. Bóstwo jest więc nieskończone i trudne do zbadania, a to tylko z niego można w ogóle pojąć, że jest nieskończone, choćby ktoś sądził, że z powodu niezłożoności natury albo jest zupełnie nieuchwytne, albo zupełnie uchwytne. Badalibyśmy bowiem, czym jest, będąc prostej natury. Przecież niezłożoność nie stanowi Jego natury skoro i naturą istot złożonych nie jest to, że są złożone.” (Mowa 38, Na Boże Narodzenie)

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap