Liban. Ziemia świętych męczenników

Ziemia libańska to niezwykłe miejsce. Legenda mówi, że po wygnaniu z raju Adam osiadł właśnie na terenach dzisiejszego Libanu.

Renata
Czerwińska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Liban. Ziemia świętych męczenników
Ziemia libańska to niezwykłe miejsce. Legenda mówi, że po wygnaniu z raju Adam osiadł właśnie na terenach dzisiejszego Libanu.

Według innej opowieści Bóg własnoręcznie zasadził tutaj słynne cedry. Z pewnością jednak tu właśnie nauczał Chrystus (w Tyrze i Sydonie), a tradycje chrześcijaństwa sięgają kilkunastu stuleci – pierwsi wyznawcy Chrystusa obrządku maronickiego chronili się w górach Libanu u schyłku V wieku. W ich liturgii przetrwało wiele wpływów semickich pierwszego kościoła judeochrześcijańskiego, nabożeństwa są sprawowane w języku aramejskim, a wierni do tej pory śpiewają pieśni ułożone przez św. Efrema Syryjczyka (IV w.) czy Jakuba z Sarug (V wiek).

W Europie znamy zaledwie kilkoro świętych maronickich, a jednak ta ziemia, naznaczona burzliwą historią, wydała także wielu bezimiennych świętych męczenników. Także dziś wyznawcom Chrystusa (różnych obrządków) nie jest tam łatwo. Jeszcze 80 lat temu stanowili oni większość mieszkańców tego kraju, obecnie – mniej niż połowę. Islamizacja Libanu postępuje bardzo szybko, jednak, jak twierdzi Maroun Mazzawi, Libańczyk mieszkający w Polsce i szerzący tutaj kult swoich świętych rodaków, „Liban zawsze będzie krajem chrześcijańskim, nawet jeśli zostanie tam tylko 1% chrześcijan”. Przedstawiamy dzisiaj czworo świętych libańskich.

 

Święty od uzdrowień

„Jeśli chcesz być zakonnikiem, masz zostać świętym. Jeśli nie – wcale tam nie idź!” – taki warunek od własnej matki usłyszał pewien młody człowiek, wybierający się do klasztoru. Cóż było robić? „Zostanę nim” – odparł.

Józef  Makhlouf  jest dziś na całym świecie czczony jako św. Charbel. Niezwykle skromny pustelnik, człowiek modlitwy i głębokiej wiary. Dla siebie surowy, stosujący zapomniane już dziś praktyki pokutne – dla wspólnoty braci swoisty katalizator, wprowadzający pokój pomiędzy  pustelnikami o niełatwych charakterach. Obecnie w sanktuarium świętego w Annaya znajduje się dokumentacja zawierająca ponad sześć tysięcy cudów, które wydarzyły się po jego śmierci za jego wstawiennictwem. Często są to uzdrowienia osób, którym medycyna nie dawała już najmniejszych szans. Jednak jego pragnieniem – jak powiedział do Nouhad Al-Chami, której w cudowny sposób zoperował tętnice – jest to, aby ludzie, widząc to, wracali do Boga.

 

Zakonnica o ciepłych, piwnych oczach

„Czemu nie nawiedzasz mnie cierpieniem?” – pyta Ukrzyżowanego zakonnica o ciepłych, piwnych oczach. Pan odpowiada na jej prośbę. Ciesząca się doskonałym zdrowiem pięćdziesięcioletnia s. Rafka (Pietra Choboq Ar-Rayes) traci wzrok i zostaje sparaliżowana, otrzymuje również stygmat rany, która odcisnęła się na plecach Pana Jezusa podczas niesienia Krzyża. Jak jednak zapewniają jej współsiostry, mimo niemal 30 lat cierpienia nie opuściły jej radość i wdzięczność. W trakcie choroby modli się: „Naucz mnie przemieniać ból w drogę światła i chwały dla Boga”. Swoje cierpienia wykorzystuje, by ofiarować je w przynoszonych jej intencjach. Kanonizowana w 2001 r., jest patronką osób cierpiących, szczególnie na choroby nowotworowe.

 

 

Dobroduszny brodacz

Par la lumière de dieu blogspot — https://lalumierededieu.blogspot.com/2016/06/bienheureux-estephen-nehme.html, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=76196764

„Bóg mnie widzi” – mawiał dobroduszny brodacz, brat Stefan (Józef Nehme), obecnie błogosławiony Kościoła maronickiego. Pochodził z wielodzietnej rodziny. Został ochrzczony w dniu 15 marca 1889 roku jako Józef. W 1905 roku rozpoczął nowicjat w zakonie maronickim, a w dniu 23 sierpnia 1907 złożył śluby zakonne przyjmując imię Stefan.

To jeden z tych, do których idealnie pasuje określenie „święty uśmiechnięty”. Wspomagał pracujących na roli, a gdy byli zmęczeni, zrywał dla nich winogrona. Podczas I wojny światowej, gdy wokół klasztoru panował głód, przyprowadzał do klasztoru dzieci, by dać im mleko i chleb. Zwyczajny, bardzo rozmodlony, często widziany na kolanach. Umiera w wieku zaledwie 49 lat, wracając z misji, której celem było pogodzenie wieśniaków zwaśnionych z władzami klasztoru. Jego ciało po śmierci nie ulega rozkładowi, a beatyfikację w 2010 r. przyspiesza cud uzdrowienia za jego wstawiennictwem osoby chorej na raka kości.

 

 

Pociągnąć innych do Boga

I wreszcie czwarty święty, Nimatullah al-Hardini, ojciec duchowy św. Charbela. Na obrazach przedstawiany na kolanach z wzniesionymi do góry rękami – bo też każdą wolną chwilę spędza na modlitwie. A nie ma na nią zbyt wiele czasu, będąc wykładowcą w  klasztorze św. Cypriana i św. Justyny w Kfifan i prowadząc jednocześnie bezpłatną szkołę dla ubogiej młodzieży z okolicy. Kiedy w latach 1840, 1845 i 1860 ziemia libańska jest targana wojnami domowymi, co pociąga za sobą prześladowania chrześcijan, nie chce opuszczać miejscowych, choć jako cenionego duchownego namawiano go do ucieczki. Twierdzi, że budując wspólnotę, będzie miał większą zasługę. Już za życia zasłynął z daru czynienia cudów – uzdrowień fizycznych, proroctwa. Jednak mówi się o nim, że jego największe cuda to nawrócenia i pociąganie innych do bycia blisko Boga.

 

Czego mogą nauczyć święci żyjący w tak odległym miejscu i czasie? Przede wszystkim tego, że żywa relacja z Panem pomaga przekraczać samego siebie. Dlatego też Libańczycy, szczególnie maronici, chętnie nadają dzieciom imiona świętych. Przypomina im to, że od Boga mają czerpać siły do mierzenia się z przeciwnościami.

 

 

 


 


Partnerem wydania “Szlakiem świętych” jest biuro pielgrzymkowe Misja Travel


Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Renata Czerwińska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Renata
Czerwińska
zobacz artykuly tego autora >

Urszula Ledóchowska. Kobieta niepodległa

Była wybitnym piarowcem, potrafiącym docierać do serc i rozumu słuchaczy. A dzięki genialnym zdolnościom lingwistycznym, przemawiała do słuchaczy po fińsku, szwedzku, duńsku, norwesku. Oddziaływała na emocje, ale potrafiła też solidnie umotywować tezę, że naród o takich dziejach i kulturze jak Polska ma być niepodległy. Taka była Urszula Ledóchowska.

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Urszula Ledóchowska. Kobieta niepodległa
Była wybitnym piarowcem, potrafiącym docierać do serc i rozumu słuchaczy. A dzięki genialnym zdolnościom lingwistycznym, przemawiała do słuchaczy po fińsku, szwedzku, duńsku, norwesku. Oddziaływała na emocje, ale potrafiła też solidnie umotywować tezę, że naród o takich dziejach i kulturze jak Polska ma być niepodległy. Taka była Urszula Ledóchowska.

Urodziła się w Austrii, jej matka była Szwajcarką, w jej żyłach płynęła krew kilku europejskich narodów, a jednak za swoją najukochańszą ojczyznę uznała Polskę. Osiedliła się w niej jako osiemnastoletnia dziewczyna i do końca życia nie wyzbyła się obcego akcentu. Dlatego, gdy pojawiła się szansa odzyskania niepodległości, bez wahania i wytchnienia poświęciła kilka lat swojego życia na promocję rodzimej kultury i zbieranie funduszy dla rodaków cierpiących biedę w skutek wojny prowadzonej przez obce, zaborcze mocarstwa.

 

Konsekwentna i uparta

W chwili wybuchu I wojny światowej Urszula Ledóchowska zbliżała się do pięćdziesiątki i miała już za sobą kawał pracowitego życia. Jej matka, Józefina Salis-Zizers była Szwajcarką z bogatym wielonarodowym rodowodem, ojciec Antoni był potomkiem uczestników wyprawy wiedeńskiej, Sejmu Czteroletniego, Powstania Listopadowego. Rodzice wraz z kilkorgiem rodzeństwa Julii (takie imię otrzymała na chrzcie) osiedlili się na ziemiach polskich gdy panna była już dorosła. Niedługo była w domu, trzy lata po osiedleniu się w Lipnicy Murowanej wstąpiła do klasztoru urszulanek krakowskich i ponad dwie dekady poświęciła na kształcenie dzieci i młodych kobiet. Do Petersburga wyjechała by objąć kierownictwo w placówce, prowadzonej przez jej Zgromadzenie przy kościele św. Katarzyny – Polonia w Rosji była bardzo liczna i bez wyjątku pragnęła, by polskie dzieci były wychowywane w duchu katolickim i patriotycznym.

Wybuch wojny uniemożliwił Urszuli pracę w Rosji, bo jako obywatelka austriacka, czyli wrogiego państwa, musiała opuścić imperium carów. Pierwszym punktem pobytu była Finlandia, gdzie miała zakupiony dom dla swej wspólnoty zakonnej, ale po usunięciu jej przez rosyjskie władze także i z tego miejsca zaczęła się jej skandynawska saga i wielkie zaangażowanie w walkę o niepodległą Polskę.

„Straszne położenie, w jakim znalazła się wielomilionowa ludność polska na terytorium płomieniem wojny objętym, skłoniło grono przedstawicieli inteligencji polskiej, przebywających z powodu wojny za granicą, do podjęcia starań o założenie instytucji, która by rozwinęła na najszerszą skalę wszechświatową akcję ratunkową i ześrodkowała działalność wszystkich innych instytucji pomocy w Europie i Ameryce. Po zbadaniu sprawy i porozumieniu się organizacji krajowych utworzony został Komitet Generalny Pomocy dla Ofiar Wojny w Polsce. Na miejsce urzędowania Komitetu wybrana została Szwajcaria zarówno ze względu na swą neutralność, jak i swe położenie geograficzne. Siedzibą Komitetu jest Lozanna. Komitet ma charakter wyłącznie filantropijny. Przy rozdzielaniu zapomóg nie będzie miała znaczenie ani przynależność państwowa, ani wyznanie, ani przynależność polityczna ofiar potrzebujących pomocy” – pisał noblista Henryk Sienkiewicz do Marii Skłodowskiej-Curie. Autor „Trylogii”, współzałożyciel Komitetu, zapraszał tak wpływowych rodaków prosząc o włączenie się w jego prace.

 

Kobieta w skromnych sukniach

Dla Urszuli Ledóchowskiej zaangażowanie się w prace Komitetu w Vevey (to była jego potoczna nazwa) była oczywistością. Ale nie ograniczyła się do zbierania pieniędzy, a „dorzuciła” własne cenne inicjatywy – w ciągu trzech lat przeprowadziła brawurową akcję informacyjno-promocyjną na rzecz ojczyzny, jej kultury i dorobku cywilizacyjnego. Dziś powiedzielibyśmy, że była wybitnym piarowcem, potrafiącym docierać do serc i rozumu słuchaczy. A dzięki genialnym zdolnościom lingwistycznym (potrafiła nauczyć się obcego języka w kilka miesięcy), przemawiała do słuchaczy po fińsku, szwedzku, duńsku, norwesku. Oddziaływała na emocje, ale potrafiła też solidnie umotywować tezę, że naród o takich dziejach i kulturze ma być niepodległy.

W czasie skandynawskich wędrówek zrealizowała trzy serie odczytów, poświęconych Polsce, dzięki niej w latach 1914-1920 w czasopismach ukazało się 180 życzliwych ojczyźnie publikacji, gdyż doceniała potęgę mediów i obok docierania do wybitnych i wpływowych osobistości, kontakty z dziennikarzami były jej priorytetem. „Miałam 27 X odczyt po szwedzku w Sztokholmie, 2 XI będę miała w Uppsali, 5 XI w Falköping, 9 XI w Göteborgu, 12 w Malmö, 13 spodziewam się w Lund, a 16 i 18 w Kopenhadze, potem muszę śpieszyć do mej szkoły. (…) W styczniu urządzę w Sztokholmie żywe obrazy z naszej historii…” – pisała „jałmużnica, prosząca za Polską” – jak sama siebie określała, kobieta w ciemnych, skromnych sukniach podróżująca z dwiema niewielkimi sakwojażami. Po jej odczytach ustawiały się długie kolejki ofiarodawców, do kraju płynęły pieniądze i transporty żywności.

 

Międzynarodowy rozmach i batalia o wolność

Nie miała obiekcji, by w sprawę zaangażować obok biskupa katolickiego Johennesa von Eucha naczelnego biskupa ewangelickiego Haralda Ostenfelda, kopenhaskiego nadrabina, feministkę Ellen Key. W kilku językach wydała zbiór „Polonica” z artykułami poświęconymi Matejce, Szopenowi, królowej Jadwidze, a także Władysławowi Reymonotowi, co miało mu utorować drogę do nagrody Nobla.

Jeżdżąc po Skandynawii pozostawiała trwałe ślady swojej obecności, m.in. otworzyła pod Sztokholmem szkołę języków obcych dla dziewcząt, przeniesioną później do Danii, pismo „Solglimtar”, adresowane do szwedzkich katolików, świetlicę dla ubogich i zaniedbanych wychowawczo duńskich dzieci, dom dla polskich sierot i inne.

Pieniądze z ostatniej zbiórki, jaką przeprowadziła, przeznaczyła na kupno domu w Pniewach niedaleko Poznania. W ciągu lat kształtowała się w niej wizja nowego zgromadzenia – Serca Jezusa Konającego, które założyła i którego członkinie potocznie nazywane są urszulankami szarymi. Celem sióstr miało być i jest po dziś dzień poświęcenie się edukowaniu na różnych szczeblach.

 

Narody jak pułki żołnierzy

Do Polski matka Ledóchowska wróciła w 1920 roku. Być może rycerski rodowód podpowiadał jej metafory, jakimi opisywała świat. Narody porównywała do pułków i koniecznie chciała służyć i służyła w pułku polskim. Swoje zgromadzenie widziała jako lekką kawalerię, wysyłaną do potyczek w różne wymagające miejsca. Sama przypuściła szarżę w krajach Europy północnej, walcząc o pomoc materialną i wydobycie ze 123-letniego niebytu ojczyzny. Ale jej walka na rzecz niepodległości nie skończyła się w Skandynawii. Po powrocie do kraju rozpoczęła inną batalię, którą określała jako cichą pracę – kształcenia i formacja dojrzałych, odpowiedzialnych obywateli Rzeczpospolitej.

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >