fot. Vatican Media
Co wydarzy się w Nicei?
Papież Leon XIV rozpoczął swoją pierwszą zagraniczną pielgrzymkę. Dlaczego Turcja i Liban?
Ankara, Stambuł, Iznik i Bejrut. Turcja i Liban. Pierwsza zagraniczna podróż papieża Leona XIV, która zaczęła się dziś, nie prowadzi ani do wielkich katolickich sanktuariów, ani do „klasycznych” stolic dyplomacji. Na brzegu jeziora, które w ciągu 1700 lat zalało dawną Niceę i jednocześnie miejsce historycznego Soboru, Leon XIV chce jutro głośno wypowiedzieć wyznanie wiary, które do dziś łączy chrześcijan różnych tradycji.
Dziś rano papież wyleciał z Rzymu do Ankary. Pierwszego dnia czekają go klasyczne punkty programu: oficjalne powitanie, wizyta w mauzoleum Atatürka, spotkanie z władzami państwa i z szefem tureckiego urzędu ds. religii. Potem lot do Stambułu.
Ale prawdziwy teologiczny „środek ciężkości” tej podróży przesuwa się na piątek. Bo to jutro, 28 listopada, Leon XIV po porannych spotkaniach w Stambule – modlitwie w katedrze Ducha Świętego, wizycie u Małych Sióstr Ubogich i spotkaniu z naczelnym rabinem Turcji – wsiądzie do helikoptera i poleci do Izniku. Tak dziś nazywa się starożytna Nicea.
Wszystko potrwa niewiele ponad godzinę. Na miejscu, w pobliżu wykopalisk starożytnej bazyliki św. Neofita, odbędzie się ekumeniczne spotkanie modlitewne z udziałem przedstawicieli różnych Kościołów. To nie przypadek, że papieski kalendarz ustawia Niceę w centrum tej wizyty.
Tu Kościół „zobaczył się” jako całość
Dziś Iznik to zaledwie dwudziestotysięczne miasto w Azji Mniejszej. Prawie nie ma tam chrześcijan, biskupstwo nie istnieje od wieków. A jednak to tam 1700 lat temu doszło do jednego z najważniejszych wydarzeń w historii chrześcijaństwa.
Przeczytaj również
W 325 roku cesarz Konstantyn zwołał tu pierwszy sobór powszechny. Po raz pierwszy Kościół zgromadził biskupów z tak wielu prowincji naraz. Ks. prof. Stanisław Adamiak mówi, że był to moment, w którym chrześcijaństwo „zobaczyło się” po raz pierwszy jako całość: po okresie krwawych prześladowań chrześcijaństwo, kształtujące się i dojrzewające w różnych regionach basenu Morza Śródziemnego, często dorastające zupełnie odmiennie od siebie, w końcu spotkało się ze sobą – z pytaniem, co je tak naprawdę łączy.
ZOBACZ TEŻ: Sobór Nicejski. 1700 lat temu Kościół ustalił Wyznanie wiary
Odpowiedź brzmiała: wiara w Jezusa Chrystusa, prawdziwego Boga.
To wtedy narodziło się „Credo nicejskie” – wspólne wyznanie wiary chrześcijan. Jego centrum stanowi jedno, przełomowe słowo: homoousios, czyli „współistotny”. Jezus Chrystus – naucza Sobór – nie został stworzony, lecz zrodzony z Ojca, „Bóg z Boga, Światłość ze Światłości”. Greckie słowo i pochodzący z filozofii greckiej aparat pojęciowy zostały użyte do tego, by rozstrzygnąć spór o naturę Jezusa, bo sam język biblijny – bez doprecyzowania – okazał się niewystarczający, by zamknąć tę kontrowersję.
A powstała ona w wyniku tez głoszonych przez m. in Ariusza i jego zwolenników, którzy uznawali Syna Bożego za stworzenie, a nie za prawdziwego Boga. Uczyli, że Syn jest pierwszym spośród stworzeń, kimś „pomiędzy” Bogiem a światem. Ojcowie soboru, sięgając po greckie pojęcia „istoty” i „współistotności”, zapisali w Credo, że Jezus jest „zrodzony, a nie stworzony, współistotny Ojcu”.
To właśnie dzięki tamtej decyzji chrześcijanie do dziś w niedzielę wspólnie wyznają: „Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego”.
Nie ma przesady w stwierdzeniu, że w Nicei narodził się język, którego Kościół do dziś używa do definiowania natury Jezusa Chrystusa. I że był to moment, w którym różnorodne wspólnoty nauczyły się mówić jednym Credo, jednym językiem.
Spór, który wyszedł na ulice
Tamten sobór był odpowiedzią na spór, który rozgrzewał całe ówczesne chrześcijaństwo. Pytanie „Czy Jezus jest Bogiem czy stworzeniem?” nie było teologiczną kwestią dla wykwalifikowanych teologów, ale tematem rozmów „na ulicach”. Teologia weszła wtedy w codzienność: o Jezusie dyskutowano w łaźniach, na targu, w warsztatach rzemieślniczych.
To była stawka najwyższej rangi, bo dotyczyła odpowiedzi na pytanie, które Jezus zadał w Cezarei Filipowej: „A wy za kogo Mnie uważacie?”.
Dziś nie ma już tego sporu. I to jest źle – diagnozuje kard. Ryś. Dlaczego „źle”? Bo problemem nie jest to, że nie kłócimy się już o naturę Chrystusa, ale że dla wielu to pytanie po prostu przestało być ważne. Dogmat gotowy, sformułowany, niezmienny, wyznanie wiary co tydzień wymawiane, ale – jak przypomina papieski dokument o 1700-leciu Nicei – prawdziwe pytanie brzmi dziś inaczej: Czy Jezus Chrystus naprawdę jest Bogiem w moim życiu?
Papież Leon XIV, jadąc do Izniku, jedzie również po to, by przypomnieć, że Credo nie jest muzealną definicją, tylko modlitwą, która domaga się przełożenia na styl życia: na to, jak traktuję biednych, jak patrzę na cierpiących, jak przeżywam własną historię – czy podążam za Jezusem?
Wspólna data Wielkanocy?
Nicejskie Credo ma jeszcze jedną niezwykłą cechę: jest wspólne. Od wieków wyznają je katolicy i prawosławni, przyjęły je również główne tradycje protestanckie. W papieskim Liście z okazji rocznicy soboru czytamy wprost, że to wyznanie wiary jest „wspólnym dziedzictwem chrześcijan”.
Dlatego spotkanie w Izniku ma wyraźnie ekumeniczny charakter. W programie wizyty widać to jak w soczewce.
Na tym tle szczególnie mocno wybrzmiewa temat, który Franciszek i Leon XIV podnosili już wielokrotnie: wspólna data Wielkanocy. To Sobór Nicejski ustalił zasadę wyznaczania święta Zmartwychwstania: w niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
Problem w tym, że dziś Kościoły stosują różne kalendarze. Efekt? Najważniejsze święto chrześcijan obchodzimy najczęściej osobno. Papieże zwracali uwagę, że dzieli to rodziny, utrudnia wspólne świadectwo, osłabia znak jedności. Sobór Watykański II otworzył możliwość wspólnego ustalenia daty Wielkanocy w taki sposób, by wszyscy chrześcijanie obchodzili ją wspólnie.
Gdyby właśnie w Izniku padła zapowiedź konkretnego kroku w stronę ujednolicenia daty Wielkanocy, byłby to gest o ogromnym ciężarze – symbolicznie dokładnie w tym samym miejscu, gdzie 1700 lat temu postanowiono, jak ten dzień ustalić.
Credo w świecie lęku
Leon XIV w swoim Liście o rocznicy Nicei przypomina, że Credo powstawało w świecie pełnym lęku: świeże rany po prześladowaniach, napięcia w Cesarstwie, spory wewnątrz Kościoła. Ojcowie soboru nie uciekli od tych realiów, ale zapisali wiarę w Jezusa jako źródło nadziei, jako lekarstwo na podziały, jako sposób istnienia.
Dziś świat również jest poraniony: wojny, przemoc, kryzysy polityczne i klimatyczne, nędza milionów ludzi. Papież przypomina, że wyznanie „Wierzę w Jezusa Chrystusa, Syna Bożego” nie jest luksusem ani prywatnym hobby, ale odpowiedzią na bardzo konkretne ludzkie doświadczenia: strach w obliczu wojny, głód sensu, niesprawiedliwość, poczucie bezsilności.
Dlatego ta podróż nie kończy się w Turcji. Z Izniku i Stambułu Leon XIV poleci do Bejrutu. Liban – kraj niemalże na skraju upadku, borykający się z biedą, wojną i setkami nierozwiązanych problemów społecznych – jak tylko stało się to możliwe, wystosował zaproszenie do papieża.
W planie są: modlitwa w miejscu eksplozji w porcie w 2020 roku, która zniszczyła i tak słabą gospodarkę państwa, Msza przy nabrzeżu, spotkania z władzami i z młodzieżą, wizyta przy grobie św. Charbela w Annaya – świętego, którego kult w Europie jest niebywały.
To już nie jest tylko teologia, powrót do źródeł i pytanie „Kim jest Jezus”, ważne dla tożsamości każdego chrześcijanina. To dotykanie ran współczesnego świata i współczesnego człowieka w regionie, który jak mało który potrzebuje pokoju i pojednania. Potrzebuje Boga.
ZOBACZ TEŻ: Leon XIV odwiedził jedno z najbardziej znaczących miejsc w historii współczesnej Turcji
Credo nad jeziorem
Co wydarzy się jutro po południu nad brzegiem jeziora w Izniku? Program jest prosty: ekumeniczne spotkanie modlitewne, przemówienie papieża, wspólna modlitwa. Być może wspólne wyznanie wiary.
A jednak to może być jeden z najbardziej znaczących gestów początku pontyfikatu Leona XIV. Papież, następca św. Piotra, stanie w miejscu, w którym kiedyś Kościół rozważał, kim jest Jezus. I właśnie tam głośno wypowie słowa, które dziś znają na pamięć wierni w katolickich parafiach, prawosławnych cerkwiach i wielu wspólnotach protestanckich.
Credo w Izniku zabrzmi nie tylko jako deklaracja wiary, ale jako zaproszenie, żeby na nowo odkryć, że Chrystus jest człowiekiem – czyli naprawdę stał się naszym bliźnim; że Chrystus jest Bogiem – czyli że prawdziwa jedność nie polega na zatarciu różnic, ale najpierw na szukaniu wspólnego fundamentu. Że soborowe pytanie sprzed 1700 lat: „kim jest Jezus?” nie należy do podręczników historii dogmatów, tylko do rachunku sumienia każdej i każdego z nas.










