video-jav.net

Leon Knabit: Na ŚDM wszyscy od razu jak starzy znajomi

O tym, co łączy uczestników Światowych Dni Młodzieży z partyjnymi młodzieżówkami, w czym tkwi fenomen wydarzenia, które przyciąga w jedno miejsce tak wielu młodych ludzi z całego świata, i co z tym wszystkim ma wspólnego „500 plus”, opowiada w rozmowie z Interią zakonnik o. Leon Knabit

Aleksandra
Gieracka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Z ojcem Leonem Knabitem spotykam się w czwartek. Mamy rozmawiać o Światowych Dniach Młodzieży, które za kilka dni rozpoczną się w Krakowie.

Miasto już wystrojone, odświętne, trwają ostatnie przygotowania. Na razie jest spokojnie, jak w zwykły, wakacyjny poranek. Studenci wyjechali, życie toczy się wolniej. Ale już za kilka godzin na ulicach pojawią się pierwsze, póki co niewielkie grupki wolontariuszy i pielgrzymów.

Za to za kilka dni Kraków po brzegi wypełnią uśmiechnięci, rozradowani młodzi ludzie. Przyjadą z bliska i z bardzo daleka, wszyscy w jednym celu. By spotkać się z rówieśnikami z odległych zakątków, by zobaczyć i posłuchać papieża Franciszka, by wspólnie się modlić.

W drodze do Tyńca, gdzie od lat mieszka ojciec Leon, spotykam pierwszą grupę. Zmierzają do Opactwa Benedyktynów radośni, zadowoleni. Po drodze przystają, robią zdjęcia, chcą uwiecznić każdy moment, zapamiętać wszystko, co zobaczą.

 

Młodość to nie wiek

Ojciec Leon dopiero co wrócił z wakacyjnego odpoczynku. Odpisze jeszcze tylko na jednego maila i możemy rozmawiać.

 

sf

kadr z vloga “Ojca Leona słów kilka” fot. YouTube

 

86-letni benedyktyn odbiega od stereotypowych wyobrażeń o staruszkach. Ma komórkę, komputer. Pisze bloga, ma fanpage na Facebooku. Choć w klasztorze nie sprawuje już funkcji administracyjnych, to ma co robić. – Piszę książki, spotkań bardzo dużo. Ktoś chce podpisać książkę, schodzę. Zobaczyli Leona i jeszcze, jeszcze – żartuje zakonnik.

Ma sporo na głowie, ale mówi, że to nie obowiązki, a przyjemność.

 

Uśmiech zamiast zapłaty

Ojciec Leon został twarzą kampanii promującej Małopolskę przed ŚDM. W czarnym habicie z kapturem i czerwonych koralach na szyi przekonuje ze spotów, billboardów i przystanków, że “Młodość to nie tylko wiek, młodość to stan ducha”.

Pomysł się spodobał. Przechodnie reagują z uśmiechem, robią sobie selfie z benedyktynem na plakacie.

Dzień przed naszą rozmową ojciec Leon wcielił się na kilka godzin w taksówkarza. Co prawda sam pojazdu nie prowadził, ale jeździł jako pasażer przez kilka godzin po mieście. Można było się dosiąść, porozmawiać. Zamiast opłaty – jeden uśmiech.

– Spotkaliśmy bardzo wielu młodych ludzi. Wszyscy od razu jak starzy znajomi. Po francusku, po angielsku, po hiszpańsku. Szeroko otwarte ramiona, uściski – cieszy się ojciec Leon.

– Przyjaźnie tam się między nimi zawiązują. Od kiedy się znacie, pytam. Od wczoraj, mówią. Razem chodzą papużki-nierozłączki – nie kryje radości zakonnik.

 

Młodzieżówka przyszłością Kościoła

W czym tkwi fenomen Światowych Dni Młodzieży? Benedyktyn wraca pamięcią do początków i przypomina zasługi papieża Polaka. – To jest fenomen zaszczepiony przez Jana Pawła II. On swoją wiarę chciał przeszczepić na najmłodszych. “Jesteście przyszłością Kościoła” – mówił.

 

28564683005_ca6eb41c9b_k (2)

Młodzież na ŚDM w Krakowie, fot. flickr.com/EpiskopatNews

 

– Młodzieżówka to jest przyszłość każdej partii. Tak samo i tutaj, młodzieżówka Kościoła – bardziej obrazowo wyjaśnić już się nie da.

– Papież jest okazją, żeby gromadzić ludzi. Chodzi o Jezusa. Papież Benedykt powiedział: “Kto wierzy w Boga, nie jest sam”. Należy pogłębić swoją wiarę. To jest główny motyw, religijny przecież – wyjaśnia ojciec Leon.

Przy nim wszystkie inne: organizacyjny, logistyczny, finansowy zostają w tyle. – Tu nikt nie mówi o wydatkach. Lubisz jeździć na saneczkach, to ktoś musi ciągnąć te sanki – żartuje zakonnik.

 

Doskonałość jest na końcu

Mówiąc o religijnym wymiarze Światowych Dni Młodzieży, między słowami duchowny przemyca uniwersalną prawdę katolików. – Nie jesteśmy doskonali. Doskonałość to jest na końcu, a nie na początku. Jak nie ma wiary, to można pięknie iść, ale ta droga donikąd nie prowadzi. No bo jaka alternatywa? Skończyć w piachu? Albo robaczki zjedzą, albo spalić w krematorium. Ewentualnie jeśli jestem buddystą to mogę wejść w ciało jakiegoś innego człowieka, albo w chomika się zamienić… “Kto żyje, wierzy we mnie, nie umrze na wieki” – wyjaśnia prosto.

– Wszystko jest na wierze oparte. Jedni wierzą, że nic nie ma, inni wierzą, że jest. Tylko że mamy lepsze podstawy do wiary w to, że jest – dodaje.

 

Franciszek z czarną teczką

Światowe Dni Młodzieży to też dowód na fenomen papieża. Ojciec Leon opowiada, jak pytano kardynała Angelo Sodano, bliskiego współpracownika Jana Pawła II, dlaczego ludzie tak lgną do Ojca Świętego.

– Odpowiedział: “bo on jest ojcem”.

– To był taki ojciec, który zapewnia bezpieczeństwo, który kocha – tłumaczy zakonnik.

Rozmowa schodzi na papieża Franciszka, dla którego to będzie pierwsza wizyta w Polsce. – Zobaczymy jak będzie wysiadał, czy będzie miał czarną teczkę. W niej kosmetyki, brewiarz i książkę – śmieje się ojciec Leon.

A na poważnie: – Franciszek nie boi się ludzi. Skraca nawet nabożeństwa, oczywiście nie odwala, ale skraca, głosi krótsze homilie, żeby być z ludźmi.

 

fffffr

fot. flickr.com/EpiskopatNews

 

Papież “500 plus”

Pielgrzymkom papieża Polaka towarzyszyły niezwykłe emocje. Jak zostanie przywitany Franciszek?

– Bali się jak to będzie po Janie Pawle II, jak przyjedzie Benedykt. A okazało się, że papież był witany tak jak papież. A jak papież był “nasz”, to było jeszcze coś dodane, takie “500 plus”. Prawdziwy entuzjazm – przekonuje ojciec Leon.

 

“Jedno z największych przeżyć w życiu”

Jaka jest atmosfera w czasie Światowych Dni Młodzieży, Polacy przekonali się już w 1991 r. Wtedy, 25 lat temu w Częstochowie zgromadziło się ponad półtora miliona młodych katolików. Ojciec Leon pamięta pogodę ducha i rozradowanie na ich twarzach.

Wspominając tamte czasy, zwraca uwagę na szczególny moment, w którym odbyło się spotkanie. Dwa lata po przełomowym 1989 roku, gdy zasadniczo zmienił się w Polsce klimat.

– Wtedy po raz pierwszy młodzież zza wschodniej granicy mogła brać udział. Były problemy z transportem, nie było tak łatwo z komunikacją, komórki były w powijakach, problemy z ulokowaniem, z wyżywieniem. A wszystko wyszło nadzwyczajnie – wspomina ojciec Leon.

Ze Światowymi Dniami Młodzieży w Częstochowie Benedyktyn ma też niezwykłe, osobiste wspomnienia. – Wiadomo, że nie należę do wczesnej młodzieży, a młodość ducha bardzo się liczy przy słabym ciele, to byłem na wieczornym apelu w przeddzień zakończenia. To było wielkie przeżycie – ojciec Leon wraca pamięcią do tamtych wydarzeń.

Na drugi dzień rano był na mszy rozesłania. – Nasz przełożony nie mógł uczestniczyć, zrezygnował i dał mi swoją kartkę vipowską. Byłem bardzo blisko papieża – opowiada.

Msza rozesłania była dla ojca Leona “jednym z największych przeżyć w życiu”. – Cały świat zgromadzony. Plac pełniusieńki, papież był wzruszony, gdy wymieniał poszczególne kraje. Brawa, sztandary. Klimat, atmosfera, wiara, która zwłaszcza na wschodzie była bardzo tłamszona. Zebrani mogli zobaczyć, ilu ludzi wierzy i okazać swoją wiarę swobodnie, bez żadnych KGB – wspomina.

 

Wierzę i nie boję się

– Nie było jeszcze wtedy lęku przed terrorystami – zauważa ojciec Leon. Nie to co teraz. Po zamachach w Paryżu, Brukseli, czy ostatnio w Nicei, temat sam powraca. Ale i w tym przypadku, ojca Leon nie pozwala sobie na pesymizm.

– Na Woodstocku nic nie było, na Euro nic nie było, na szczycie NATO nic nie było – wylicza. – Może być zamach, to najwyżej będzie. A my ufamy, że nie będzie – mówi stanowczo.

Ojciec Leon jest przekonany, że przyjęcie właściwej postawy w obliczu pewnej nerwowości, że coś złego może się wydarzyć, która próbuje przysłonić radość, to egzamin z wiary. I cytuje słowa psalmu: “Choćbym szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”.

 

4M8A3039(1)

 

– Jeśli mocno wierzę, nie boję się. Wierzę, że nie będzie. Czy chcesz nas uratować i wszystko będzie w porządku, czy chcesz nas postawić przed pewną próbą, zgadzam się na wszystko. Ale wierzę, bo mi zależy na opinii kraju, na życiu tych ludzi, żeby spotkanie młodzieży nie było zakłócone żadnymi awanturami, wierzę, że będzie wszystko w porządku – tłumaczy ojciec Leon.

– To jest akt odwagi. Ale wyjść na ulicę to też jest akt odwagi, a co dopiero wieczorem – dodaje z uśmiechem.

 

Młodość to stan ducha

Dopytuję skąd u ojca Leona taka pogoda ducha. – Może stąd, że trafiłem na swoje miejsce – odpowiada.

86-letni benedyktyn zadowolony jest z tego, gdzie żyje, i ze sposobu, jaki wybrał na życie. – To tak jak w małżeństwie. Jeśli trafią na siebie, to po 65 latach on ją wciąż kocha. A jak nie bardzo, to czwarta żona, piąty mąż – żartuje zakonnik.

– Tak samo z pracą, doskonale trafiamy: klimat, ludzie i warunki. A czasem “ojej!”. Wtedy człowiek nie będzie uśmiechnięty ani szczęśliwy, nie będzie pogodny.

– Mam to po Mamusi. Mamusia zawsze była radosna – przyznaje ojciec Leon.

***

Z myślą o Światowych Dniach Młodzieży województwo małopolskie przygotowało kampanię  pod hasłem “Młodość to stan ducha”. Jej twarzą jest ojciec Leon Knabit.

W ramach kampanii ukazała się też w druku książka “Młodość to nie tylko wiek. Młodość to stan ducha”.

Jak przekonują wydawcy, słowa zawarte w niewielkich rozmiarów publikacji mają wywołać uśmiech na twarzy, wzbudzić głęboką refleksję, a wyjątkowe motywatory ojca Leona zachęcić do lepszego i radośniejszego życia.

 


Serwis o ŚDM tworzymy wspólnie z Interia.pl i RMF FM

Materiał z portalu

interia-logo-big


Aleksandra Gieracka

Zobacz inne artykuły tego autora >
Aleksandra
Gieracka
zobacz artykuly tego autora >
ŚWIATOWE DNI MŁODZIEŻY

Homilia papieża z Jasnej Góry

Tekst homilii wygłoszonej przez papieża Franciszka na Jasnej Górze

Polub nas na Facebooku!

Z czytań tej liturgii wyłania się Boża myśli, która przechodzi przez ludzką historię i tworzy historię zbawienia.

Apostoł Paweł mówi nam o wspaniałym planie Bożym: „Gdy nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty” (Ga 4, 4). Jednak historia nam mówi, że kiedy nadeszła owa „pełnia czasu”, czyli kiedy Bóg stał się człowiekiem, ludzkość nie była szczególnie dobrze nastawiona, nie był to też okres stabilności i pokoju: nie było „złotego wieku”. Scena tego świata nie zasłużyła sobie zatem na przyjście Boga, a wręcz „swoi Go nie przyjęli” (J 1, 11). Pełnia czasu była zatem darem łaski: Bóg wypełnił nasz czas obfitością swego miłosierdzia, jedynie z miłości zainaugurował pełnię czasu.

Uderza przede wszystkim to, jak się dokonuje przyjście Boga w historii: „zrodzony z niewiasty”. Nie ma mowy o wejściu triumfalnym, jakiejkolwiek imponującej manifestacji Wszechmogącego: nie ukazuje się jako oślepiające słońce, ale przychodzi na świat w sposób najprostszy – jako dziecko zrodzone przez matkę, w tym stylu, o jakim mówi nam Pismo Święte: jak deszcz spadający na ziemię (por. Iz 55, 10), jako najmniejsze z nasion, które kiełkują i rosną (por. Mk 4, 31-32). Zatem wbrew temu, czego moglibyśmy się spodziewać, a może chcielibyśmy – zarówno wówczas, jak i dziś – „Królestwo Boże nie przychodzi dostrzegalnie” (por. Łk 17, 20), ale przychodzi w małości, w pokorze.

Dzisiejsza Ewangelia podejmuje ten Boży wątek, który delikatnie przenika historię: z pełni czasu przechodzimy do „trzeciego dnia” posługi Jezusa (por. J 2, 1) i zapowiedzi „godziny” zbawienia (por. w. 4). Czas się kurczy, a objawienie się Boga zawsze ma miejsce w małości. W ten sposób dokonuje  się  „początek znaków dokonanych przez Jezusa” (w. 11) w Kanie Galilejskiej. Nie ma niezwykłego czynu dokonanego przed tłumem, ani też wystąpienia, które rozwiązywałoby palącą kwestię polityczną, jak podporządkowanie narodu panowaniu rzymskiemu. Zachodzi natomiast prosty cud w małej wiosce, rozweselający uroczystość weselną całkowicie anonimowej, młodej rodziny. A przecież woda zmieniona w wino na weselu jest wspaniałym znakiem, ponieważ objawia nam oblubieńcze oblicze Boga, tego Boga, który zasiada z nami do stołu, który pragnie i dopełnia komunii z nami. Mówi nam, że Pan nie utrzymuje dystansów, ale jest bliski i konkretny, jest między nami i troszczy się o nas, nie decydując za nas i nie zajmując się kwestiami władzy. Woli On bowiem pozwolić się ogarnąć przez to, co jest małe, w przeciwieństwie do człowieka, który dąży, by posiadać wciąż coś większego. Pragnienie władzy, wielkości i sławy jest rzeczą tragicznie ludzką i jest wielką pokusą, która stara się wkraść wszędzie; dawać siebie innym, eliminując dystanse, pozostając w małości i konkretnie wypełniając codzienność – to subtelnie Boskie.  Bóg zatem nas zbawia, stając się małym, bliskim i konkretnym. Przede wszystkim, Bóg czyni się małym. Pan, „cichy i pokornego serca” (Mt 11, 29), woli prostaczków, którym objawione jest królestwo Boże (por. Mt 11, 25); oni są wielcy w Jego oczach i na nich patrzy (por. Iz 66, 2). Otacza ich szczególną miłością, ponieważ sprzeciwiają się „pysze tego życia”, która pochodzi ze świata (por. 1 J 2, 16). Maluczcy mówią Jego językiem – językiem pokornej miłości, która wyzwala. Dlatego Bóg powołuje ludzi prostych i gotowych, by byli Jego rzecznikami i im powierza objawienie swojego imienia i tajemnic swego Serca. Pomyślmy o wielu synach i córkach waszego narodu: męczennikach, którzy sprawili, że zajaśniała bezbronna moc Ewangelii; o ludziach prostych a jednak niezwykłych, którzy potrafili świadczyć o umiłowaniu Boga pośród wielkich prób; o łagodnych a zdecydowanych głosicielach Miłosierdzia, jak święty Jan Paweł II i święta Faustyna. Poprzez te „kanały” swojej miłości Pan sprawił, że owe bezcenne dary dotarły do całego Kościoła i całej ludzkości. Znamienne jest, że obecna rocznica chrztu waszego narodu zbiega się dokładnie z Jubileuszem Miłosierdzia.

Ponadto Bóg jest blisko, przybliżyło się Jego Królestwo (por. Mk 1, 15): Pan nie chce, żeby się Go lękano jako możnego i dalekiego władcy, nie chce przebywać na tronie w niebie czy w podręcznikach historii, ale pragnie schodzić w nasze codzienne wydarzenia, aby iść z nami. Myśląc o darze tysiąclecia obfitującego wiarą, wspaniale jest przede wszystkim podziękować Bogu, który podążał z waszym narodem, biorąc go za rękę i towarzysząc mu w wielu sytuacjach. Także jako Kościół jesteśmy powołani, by to zawsze czynić: słuchać, angażować się i stawać się bliskimi, dzieląc radości i trudy ludzi, aby Ewangelia była postrzegana bardziej konsekwentnie i przynosiła większe owoce: przez pozytywne promieniowanie, poprzez przejrzystość życia.

Wreszcie, Bóg jest konkretny. Z dzisiejszych czytań wynika, że w działaniu Boga wszystko jest konkretne: Boża mądrość „działa jako twórca” i „igra” (por. Prz 8, 30), Słowo staje się ciałem, rodzi się z matki, rodzi się pod Prawem (por. Ga 4, 4), ma przyjaciół i uczestniczy w weselu: Odwieczny komunikuje się z ludźmi, spędzając z nimi czas i to w konkretnych sytuacjach. Także wasza historia, uformowana przez Ewangelię, Krzyż i wierność Kościołowi, była świadkiem pozytywnego wpływu autentycznej wiary, przekazywanej z rodziny do rodziny, z ojca na syna, a zwłaszcza przez matki i babcie, którym trzeba bardzo dziękować. Przede wszystkim mogliście namacalnie dotknąć konkretnej i przezornej czułości Matki wszystkich, której przybyłem tutaj oddać cześć jako pielgrzym, a którą pozdrowiliśmy w Psalmie jako „chlubę naszego narodu” (Jdt 15, 9).

My tutaj zgromadzeni właśnie na Nią patrzymy. W Maryi znajdujemy pełną odpowiedź Panu: w ten sposób w wątek Boży wplata się w dziejach „wątek maryjny”. Jeżeli istnieje jakakolwiek ludzka chwała, jakaś nasza zasługa w pełni czasu, to jest nią Ona: to Ona jest ową przestrzenią zachowaną w wolności od zła, w której Bóg się odzwierciedlił; to Ona jest schodami, które przemierzył Bóg, aby zejść do nas i stać się bliskim i konkretnym: to Ona jest najjaśniejszym znakiem pełni czasu.

W życiu Maryi podziwiamy tę małość umiłowaną przez Boga, który „wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej” i „wywyższył pokornych” (Łk 1, 48.52). Tak bardzo sobie w Niej upodobał, że z Niej zechciał utworzyć swoje ciało, tak że Dziewica stała się Bogarodzicą, jak głosi starożytny hymn, który śpiewacie od wieków. Wam, którzy nieustannie do Niej przychodzicie, podążając do tej duchowej stolicy kraju, niech nadal wskazuje drogę i pomaga tkać w życiu, pokorną i prostą treść Ewangelii.

Tutaj, na Jasnej Górze, podobnie jak w Kanie, Maryja oferuje nam swoją bliskość i pomaga nam odkryć, czego brakuje do pełni życia. Teraz, podobnie jak wówczas, czyni to z macierzyńską troską, ze swoją obecnością i dobrą radą, ucząc nas unikania arbitralnych decyzji i szemrań w naszych wspólnotach. Jako Matka rodziny chce nas strzec razem. Wasz naród pokonał na swej drodze wiele trudnych chwil w jedności. Niech Matka, mężna u stóp krzyża i wytrwała w modlitwie z uczniami w oczekiwaniu na Ducha Świętego, zaszczepi pragnienie wyjścia ponad krzywdy i rany przeszłości i stworzenia komunii ze wszystkimi, nigdy nie ulegając pokusie izolowania się i narzucania swej woli.

Matka Boża w Kanie okazała wiele konkretności: jest taką Matką, która bierze sobie do serca problemy i interweniuje, która potrafi uchwycić trudne chwile oraz dyskretnie, skutecznie i stanowczo o nie zatroszczyć się. Nie jest władczynią i głównym bohaterem, ale Matką i służebnicą. Prośmy o łaskę, abyśmy sobie przyswoili Jej wrażliwość, Jej wyobraźnię w służbie potrzebującym, piękno poświęcenia swojego życia dla innych, bez szukania pierwszeństwa i dzielenia. Niech Ona, Przyczyna naszej radości, która wnosi pokój pośród obfitości grzechu i zawirowań historii, wyprasza nam obfitość Ducha Świętego, abyśmy byli sługami dobrymi i wiernymi.

Niech za Jej wstawiennictwem pełnia czasu odnowi się również dla nas. Na niewiele się zda przejście między dziejami przed i po Chrystusie, jeśli pozostanie jedynie datą w kronikach historii. Oby dokonało się dla wszystkich i każdego z osobna przejście wewnętrzne, Pascha serca ku stylowi Bożemu ucieleśnionemu przez Maryję: działać w małości i w bliskości towarzyszyć, z prostym i otwartym sercem.