video-jav.net

Wizyta inkasenta czy przegląd stada? Kolęda oczami kapłanów

Okazja do budowania relacji czy wzięcia koperty? Przykry obowiązek czy radość spotkania? Ewangelizacja czy wypełnienie kartoteki? Na te i inne pytania odpowiadają kapłani, podsumowując czas odwiedzin duszpasterskich.

Polub nas na Facebooku!

Wizyta inkasenta czy przegląd stada? Kolęda oczami kapłanów
Okazja do budowania relacji czy wzięcia koperty? Przykry obowiązek czy radość spotkania? Ewangelizacja czy wypełnienie kartoteki? Na te i inne pytania odpowiadają kapłani, podsumowując czas odwiedzin duszpasterskich.

Zmęczony kolędowymi wizytami kapłan w kolejnym odwiedzanym przez siebie mieszkaniu machinalnie zdjął z szyi stułę. Swoje roztargnienie dostrzegł po dłuższym czasie. Cóż było robić – ruszył z ponowną „kolędą”, tym razem pozdrowienie „Pokój temu domowi” zastępując pytaniem „przepraszam, czy nie zostawiłem u państwa stuły”? Zguba w końcu się znalazła i cała historia niewarta byłaby zapamiętania, gdyby nie wieści, które doszły do roztargnionego kapłana kilka dni później. Poinformowano go, że jeden z mieszkańców bloku z oburzeniem relacjonował ponowną wizytę księdza, który pytał, czy nie zostawił u niego… stówy. „Nie dość, że pieniądze od ludzi kasują, to jeszcze upilnować ich nie potrafią!” – miał grzmieć parafianin.

Trudno powiedzieć, czy opisane wydarzenie miało kiedyś miejsce, czy jest jedną z licznych legend miejskich. Jedno jest pewne – kolęda wzbudza wielkie emocje zarówno wśród wierzących, jak i – co ciekawe – osób deklarujących się jako niewierzące. A jak to wygląda z perspektywy odwiedzającego domy kapłana? Poprosiliśmy kilku z nich – młodych i doświadczonych stażem, pracujących w dużych miastach, miasteczkach i wsiach – o podzielenie się swoim doświadczeniem.

 

Przegląd stada

– Jeśli kapłan jest pasterzem a parafia owczarnią, to kolęda jest przeglądem stada – twierdzi ks. Sylwester. Od 18 lat jest proboszczem w sporej wiosce – jego stado liczy 3800 dusz. Po tylu latach zna dobrze wszystkich parafian, dlatego kolęda to dla niego odwiedziny u znajomych. Każdego roku przygotowuje temat wizyty – tym razem jest nim Duch Święty. W czasie spotkań mówi o charyzmatach, sakramentach, dzieli się działaniem Ducha w swoim życiu. – Kolęda to okazja do ewangelizacji – mówi ks. Sylwester. – Dużo mówię, ale i dużo słucham. A ludzie znają mnie od lat, dlatego bez obaw dzielą się swoimi kłopotami. Od razu odnosimy to do Pana Boga, modlimy się wstawienniczo – mam doświadczenie, że Jezus żyje i działa, więc każdy problem jest dla mnie okazją żeby i ludzie tego doświadczyli.

Aby lepiej poznać potrzeby parafian, ks. Sylwester opracował ankietę kolędową. Pyta, czy w osobistej modlitwie ogłosili już Jezusa swoim Panem i Zbawicielem, a także czy chcą pogłębić swoją wiarę przez udział w kursach lub rekolekcjach. Wypełnione ankiety zbierane są do skrzynek w kościele, oczywiście anonimowo. Dzięki temu proboszcz może lepiej zaplanować kolejny rok pracy.

 

Kościół – tak. Pan Bóg – niekoniecznie

W zupełnie innej sytuacji są wikarzy, którzy co kilka lat zmieniają parafie. Rzadko się zdarza, żeby dwa razy trafili do tego samego mieszkania. – Ale to nawet lepiej: wchodzę do nowej rodziny, mogę nawiązać zupełnie nowe relacje. Bardzo lubię spotkania z ludźmi, a kolęda to szansa, żeby poznać parafian – mówi ks. Robert, pracujący w kilkunastotysięcznej parafii w mieście wojewódzkim.

Niezależnie od miejsca swojej posługi, wszyscy kapłani podkreślają, że najważniejszym celem kolędy jest wspólna modlitwa. Niektórzy pytają domowników o intencje – najczęściej pojawia się prośba o zdrowie, choć zdarza się, że odważniejsze młode dziewczyny modlą się o dobrego męża. Czasami intencja modlitwy wypłynie naturalnie w czasie rozmowy: ktoś powie o braku pracy, inny o bezskutecznym oczekiwaniu na potomstwo. Bywa, że wizyta księdza jest jedynym momentem, kiedy do modlitwy klęka cała rodzina. Ważne jest także błogosławieństwo domu, choć tu zdarzają się zabawne sytuacje. – Korzystam z małego, metalowego kropidła. Kiedyś po pokropieniu mieszkania kilkuletnia dziewczynka powiedziała do mnie: myślałam, że ksiądz mnie tą pałką uderzy – śmieje się ks. Robert.

Po modlitwie przychodzi chwila na rozmowę. O czym? – Na kolędzie trudno porozmawiać o Panu Bogu – zaskakuje odpowiedzią ks. Bartosz, od kilku lat posługujący w wielkomiejskich parafiach. – Ludzie nie doświadczają głodu Boga, dla wielu religia to już tylko tradycja czy przejaw kultury. Jeśli zapytałbym o modlitwę, osobistą relację z Jezusem czy lekturę Pisma Świętego, to w  80% przypadków zapadłaby cisza a na twarzach zobaczyłbym panikę – stwierdza. Wtórują mu pozostali kapłani. – Ludzie nie są przyzwyczajeni do mówienia o relacji z Bogiem. Kiedyś podczas kolędy pytałem, czy zmieniliby coś w parafii – zwykle odpowiadali, że nic. A potem pytałem o wiarę, czy mają jakiś problem, pytanie. Najczęściej słyszałem odpowiedź: my wiary nie zmienimy, nam jest dobrze… – opowiada ks. Robert. Łatwiej mówić o Panu Bogu, kiedy w rodzinie pojawia się konkretny problem – można wtedy pokazać, że to On jest źródłem ratunku w trudnych sytuacjach. Ale do tego potrzeba otwartości ze strony gospodarzy, a ci często nie chcą dzielić się osobistymi sprawami. Dlatego rozmawiają o sprawach parafii czy o tym, co dzieje się na osiedlu. Bywa, że księża trafiają do domu, gdzie zazwyczaj kolędy się nie przyjmuje, ale akurat jedno z dzieci przygotowuje się do komunii czy bierzmowania, więc rodzice decydują się otworzyć drzwi kapłanowi. Tam rozmowa zwykle w ogóle się nie klei – wizyta księdza traktowana jest jak kolejna formalność konieczna do „zaliczenia”, a jemu samemu przypisywana jest rola funkcjonariusza, strażnika moralności czy inkasenta. – Mam wtedy wrażenie, że trafiam na beton, jakbym rzucał grochem w ścianę – żali się ks. Andrzej, od września posługujący w nowej parafii.

 

Nie jestem zbawicielem

Czasami domownicy wykorzystują okazję, aby wylać na kapłana wszystkie swoje żale. – Zdarza się, że ktoś atakuje mnie o inkwizycję albo zmiany w posoborowej liturgii – opowiada ks. Robert. Inny z kapłanów wspomina jedną z pierwszych tegorocznych kolęd, na których pani z wielkim oburzeniem stwierdziła, że bardzo dotknęło ją kazanie wygłoszone… na Matki Bożej Gromnicznej. Prawie rok temu! – Ja nawet nie wiem, kto to kazanie głosił, zupełnie nie mam jak się do tego odnieść. A pani przez rok pielęgnowała w sobie urazę, żeby wyrzucić ją z siebie właśnie podczas kolędy. Atmosfera oczywiście zupełnie siadła, trudno było podjąć inny wątek – opowiada.

 

Coraz częściej zdarza się, że przyjmujący kolędę ludzie żyją w związkach niesakramentalnych. Jak reagują kapłani? – Przede wszystkim nie ma co pouczać, naciskać – twierdzą zgodnie księża. – W kilka minut nie zbawimy świata, ale możemy zostawić pozytywny obraz księdza czy kościoła – tłumaczy ks. Mateusz. Nie znaczy to, że duchowni nie poruszają tego tematu. Starają się to jednak robić tak, aby otworzyć przestrzeń dialogu. Czasami zdarza się, że kilka miesięcy później kapłan spisując protokół przedślubny pyta mieszkających ze sobą od dawna narzeczonych, co skłoniło ich do zawarcia sakramentu, na co słyszy odpowiedź: ksiądz już pewnie nie pamięta, ale był ksiądz u nas na kolędzie…

– Kiedyś w ostatnim mieszkaniu trafiłem na taką parę. Wiedziałem, że mam czas, że nikt już na mnie nie czeka, więc pociągnąłem wątek – opowiada ks. Mateusz. – Powiedziałem wprost: nie będę na was krzyczał, ale powiedzcie, jak to z wami jest. Wywiązała się długa rozmowa, na koniec zostawiłem swój numer telefonu. Po jakimś czasie zadzwonili, spotkaliśmy się znowu. Okazało się, że pan ma mocne podstawy do stwierdzenia nieważności pierwszego małżeństwa. Nie wiem, jak się to skończy, ale może uda się im pomóc. Takie sytuacje dodają sił.

 

Żeby nie zasnąć…

Pobudka o 6:00, bo pół godziny później trzeba już być w konfesjonale. Potem msza, szybkie śniadanie i biegiem do szkoły. Dobrze, jeśli po niej uda się zjeść jakiś obiad, ale jeśli lekcje kończą się później, nie ma na to szans – prosto po zajęciach trzeba łapać kartoteki i biec na trasę. Powrót po czterech, czasem pięciu godzinach, a na probostwie już czeka oaza czy Legion Maryi – ich spotkania odbywają się przecież cały rok. W tak zwanym międzyczasie trzeba wcisnąć przygotowanie kazania, sprawdzenie kartkówek czy nawet osobistą modlitwę. Zmęczenie jest ogromne.

– Co jest dla mnie najtrudniejsze w kolędzie? Żeby nie zasnąć – uśmiecha się ks. Robert. W trzydziestym odwiedzanym domu oczy zamykają się same. Dlatego kiedy przypada im trasa, na której tradycyjnie jest dużo odwiedzin, ruszają z mniejszym entuzjazmem. Szczególnie, że mieszkańcy ostatnich domów często witają ich z pretensją, że późno przyszli… – Kiedy w dzieciństwie chodziłem na kolędę jako ministrant, standardem było kończenie w okolicach 22.00. Teraz kiedy przychodzimy o 20.00, ludzie są zdenerwowani – zauważa ks. Robert. – Dlatego zawsze trzeba wejść z dobrym słowem. Wchodząc do ostatniego domku na ulicy zamiast powiedzieć „pokój temu domowi” zaczynam od słów: Dzisiaj od was zaczynamy! Wybuchł śmiech, napięcie zeszło, choć pora była już późna – uśmiecha się kapłan.

Długie trasy oznaczają, że każdej rodzinie ksiądz może poświęcić zaledwie kilka minut. Pośpiech bywa frustrujący. – Przychodzę do domu, w którym kobieta niedawno straciła męża, jest w głębokiej żałobie. Chciałbym jej poświęcić więcej czasu, spokojnie porozmawiać, ale nie mogę, bo przede mną jeszcze 15–20 domów. Włącza się wtedy znieczulica… – przyznaje ks. Bartosz. Trudna bywa też konieczność szybkiej zmiany nastroju – w jednym domu pogrążona w żałobie rodzina, pięć minut później rodzice cieszący się z narodzin kolejnego dziecka. Góra – dół. I tak nawet trzydzieści razy w ciągu dnia.

Być może rozwiązaniem byłoby oddzielenie wizyty duszpasterskiej od okresu świątecznego i rozciągnięcie jej na cały rok. Wtedy kapłan miałby możliwość spędzić z każdą rodziną więcej czasu, porozmawiać spokojniej. Czy jednak byłoby to dobrze przyjęte przez wiernych? Kapłani są zgodni: zdecydowanie nie. Większości ludzi odpowiada krótka wizyta. Podejrzewają, że gdyby kapłan miał spędzać w każdym domu choćby pół godziny, liczba przyjmujących ich wiernych jeszcze by spadła, przepadła by więc szansa spotkania z tymi, którzy i tak rzadko odwiedzają parafialny kościół. Zaciskają więc zęby i ruszają do kolejnych rodzin. Pół biedy, jeśli odwiedzają mieszkańców bloków. Dużo gorzej jest na wsiach czy osiedlach domków, gdzie trzeba pokonać często znaczne dystanse. Ciepło – zimno – ciepło – zimno… Często po pierwszym tygodniu kolędy najlepszym przyjacielem księdza staje się aspiryna…

 

Kasa czy klasa?

Pozostaje jeszcze kwestia osławionej koperty. Zdaniem kapłanów, problem jest rozdmuchany. –Ktoś chce, to daje. Nie chce – nie daje. Ja tego nigdzie nie odnotowuję – mówi ks. Mateusz, zaznaczając, że zdaje sobie sprawę z istnienia księży domagających się ofiary wymownym spojrzeniem czy konkretnym słowem. Dla moich rozmówców jest to jednak sprawa drugoplanowa. Bywa, że widząc trudną sytuację materialną, odmawiają przyjęcia ofiary. Ale i tu trzeba być ostrożnym, bo zdarzało się, że spotykali się wtedy z oburzeniem – to już nawet ksiądz gardzi naszymi pieniędzmi?

Choć kosztuje dużo wysiłku i czasem przypomina orkę na ugorze, kolęda jest dla kapłanów wartościowym doświadczeniem i nie chcieliby z niej rezygnować. Spośród wielu spotkań zapamiętują nieliczne – te najtrudniejsze, najciekawsze, ale i… najzabawniejsze. – Chodziłem po jakimś bloku, to była niedziela – opowiada ks. Andrzej. – Zakończyłem wizytę u starszego pana, który już na klatce schodowej zapytał, czy popełni grzech, przynosząc dziś węgiel do ogrzania mieszkania. Odpowiedziałem, że oczywiście może go przynieść, ale zaskoczyło mnie, że nadal pali węglem w mieszkaniu. A że jestem dość ekspresyjny, zawołałem – panie, ale wy tu jesteście sto lat za murzynami! Jakież było moje zdziwienie, kiedy odwróciłem się, a za sobą w otwartych drzwiach zobaczyłem czekającą na mnie… ciemnoskórą rodzinę. Na szczęście potraktowali sprawę z dużym humorem. Ale ja byłem tak speszony, że to była chyba najkrótsza kolęda w moim życiu! – śmieje się kapłan.


 

Tekst napisany przez studentów Akademii Dziennikarstwa.

 

 

🔷 POSŁUCHAJ PODCASTU POPFICTION:


 

 

Wizyta czy wizytacja

– Gdy słyszę „Boże, jestem nieprzygotowany!” odczuwam pragnienie wejścia do takiego miejsca. Mam wtedy szansę poznać naturalny świat tej drugiej osoby i zburzyć stereotyp sztywnej kolędy – o blaskach i cieniach odwiedzin duszpasterskich opowiada ks. Marcin Grabowski z parafii Miłosierdzia Bożego w Grodzisku Mazowieckim.

Polub nas na Facebooku!

Wizyta czy wizytacja
– Gdy słyszę „Boże, jestem nieprzygotowany!” odczuwam pragnienie wejścia do takiego miejsca. Mam wtedy szansę poznać naturalny świat tej drugiej osoby i zburzyć stereotyp sztywnej kolędy – o blaskach i cieniach odwiedzin duszpasterskich opowiada ks. Marcin Grabowski z parafii Miłosierdzia Bożego w Grodzisku Mazowieckim.

Często wydaje się, że ksiądz po kolędzie jest niczym śnieg dla drogowców – sporym zaskoczeniem…

Takie sytuacje są właściwie nagminne. Teksty na przywitanie w stylu „o, Boże!” często ripostuję mówiąc: „nie, to tylko ksiądz Marcin”. Różnie te zaskoczenia są wyrażane, nie brakuje też takich przypadków, których nie wypada cytować. Coraz częściej obserwuję smutną tendencję, że bycie nieprzygotowanym oznacza jednoczesną odmowę przyjęcia księdza. Na to, że jestem nieprzygotowany może się składać szereg bardzo różnych okoliczności. Ja to rozumiem. Dużo zależy od księdza, który chodzi po kolędzie i od tych, którzy go przyjmują. Czy potrafią podejść do tego z dystansem, czy raczej wizyta będzie typową polską „spiną” kolędową. Staram się wytłumaczyć, że to nie jest najistotniejsze, aby była woda święcona, obrus, świeczki… Najistotniejsza jest nasza obecność, to że się spotkamy, pomodlimy i poprosimy Pana Boga, żeby był z nami.

 

Co czuje ksiądz pukając do drzwi, z jakimi obawami się ksiądz spotyka?

Nie mam żadnych obaw z prostej przyczyny: tam, gdzie jestem niechciany lub drzwi są zamknięte, nie wchodzę. Przyjmują mnie ludzie, którzy wyrażają taką chęć. Oczywiście różne sytuacje spotykają mnie w trakcie kolędy, w trakcie rozmów. Prowadzę szczere rozmowy, nie kurtuazyjne, więc to czasem bywa trudne, a niekiedy burzliwe.

 

Jaki jest czas przewidziany na wizytę w domu parafianina?

To zależy od sytuacji, którą się spotyka w domu. Niejednokrotnie wchodząc do mieszkania mam wrażenie, że wszyscy odetchną z ulgą kiedy z niego wyjdę. Ale bywa też tak, że widzę ogromną chęć spotkania i często jest ona obustronna. Chciałoby się w tym domu pobyć trochę dłużej lub ewentualnie tę wizytę przenieść w inną przestrzeń. Natomiast widząc, że pojawia się jakiś problem, w którego rozwiązaniu trzeba pomóc, zapraszam do parafii.

 

Wizyta czy wizytacja, czyli po co księdzu kartoteka?

Kartoteka jest bardzo cenną pomocą dla duszpasterzy. Nie ma tam nic, co byłoby pewnego rodzaju inwigilacją, natomiast są informacje dotyczące sposobu funkcjonowania danej rodziny, tego co możemy za drzwiami zastać, jaki jest stan wiary, zaangażowania we wspólnotę Kościoła. Są to cenne rzeczy w kierowaniu rozmową, biorąc pod uwagę wzrost w wierze tych konkretnych ludzi. Kartoteka jest pomocna również w weryfikacji czy dana osoba jest moim parafianinem, czyli czy mam władzę kanoniczną wydania pewnych dokumentów. Spotykam się z różnymi praktykami wśród moich kolegów. Niektórzy noszą kartoteki w ogóle ich nie wyjmując na kolędzie po to, żeby nie stwarzać klimatu odmeldowania się. Jasne, można przegiąć we wszystkie strony. Można pójść na kolędę jak urzędnik, przeglądać kartotekę, wertować ją z góry do dołu i odpytywać.

 

Czy koperta z ofiarą jest obowiązkowa?

Absolutnie nie. Jednakże piąte przykazanie kościelne mówi nam, aby troszczyć się o potrzeby wspólnoty Kościoła. Jest to pewna odpowiedzialność za tę konkretną wspólnotę do której należę. Jednakże ofiara to nie transakcja wiązana za świadczoną mi usługę i po prostu raz w roku odbębniam swoje, wkładając pieniądze do koperty. Myślę, że my trochę zagubiliśmy teologię ofiary. Bo czym ona jest? Pieniądz jest czymś co jest miarodajne. Tu niekoniecznie trzeba ofiary właśnie takiej. Czasem wystarczy jakaś forma zaangażowania w życie wspólnoty, w ramach swojego prywatnego czasu można przyjść i oddać Kościołowi pewnego rodzaju powinność. Dar, jaki Pan Jezus nam zostawił, jest nieoceniony. Natomiast ofiara jest czymś, co ja mogę z siebie dać. Ewangelia o wdowim groszu najpiękniej oddaje, czym jest ofiara w Kościele. Czasem jak ktoś mnie pyta jaką ofiarę ma złożyć, mówię: tak żebyś poczuł. Ofiary nie daje się z czegoś, co mi zbywa. Tego powinnyśmy się uczyć. To ma być dar serca. Zdarzają się jednak takie sytuacje podczas kolędy, w których rozglądając się dookoła wiem, że koperty nie wezmę.

 

Jeżeli z roku na rok nie otwierają się drzwi danego mieszkania, to kolejnego roku próbuje ksiądz znowu zapukać do tych drzwi?

Bardzo różne są zwyczaje i wszystkie wynikają ze słusznych stanowisk. Jeżeli ktoś kilka razy z rzędu nie życzy sobie kolędy, albo drzwi są zamknięte, to jest to dość jednoznaczny sygnał, że niekoniecznie jesteśmy mile widziani. Nie jestem tam po to, żeby się naprzykrzać. Jednakże z drugiej strony „Ewangelię głoście w porę i nie w porę”. Mogą nastawać też nowe okoliczności, nieraz ludzie się zmieniają w mieszkaniach i czekają na księdza. Nie mam na to jednoznacznej recepty. Czy pukać do każdych drzwi i narażać siebie na wylanie wiadra pomyj, bo bardzo różne sytuacje się spotyka, mając nadzieję, że może w tym roku coś drgnęło, czy też nie pukać. Częste są sytuacje, że gdy dzieci przygotowują się do sakramentów, to drzwi, które rok w rok były zamknięte, nagle się otwierają.

 

Czy poruszyło coś mocno, wzruszyło księdza podczas kolędy?

Bardzo mnie wzrusza wiara ludzi. Często starszych ludzi, którzy w życiu przeszli dużo trudnych chwil. Mówią takie proste rzeczy, na przykład „proszę księdza ja codziennie odmawiam różaniec za…” i tutaj wymienia. W tym jest moc. I to mnie wzrusza, taka prosta dziecięca ufność. Zawsze porusza mnie też to, jak ludzie przeżywają odchodzenie swoich bliskich. To są momenty, w których będąc w pewnym sensie zupełnie obcym, wchodzi się w najintymniejsze momenty życia danego człowieka.

 

Czy podczas kolędy wydarzyła się jakaś zabawna sytuacja, którą szczególnie ksiądz zapamiętał?

Tak, są bardzo różne sytuacje! Na przykład w zeszłym tygodniu odwiedziłem panią, która zarzekała się, że jej piesek jest łagodny i nie gryzie, po czym… ugryzł ją w rękę. Często dzieci swoją szczerością dają dużo radości w sytuacjach, gdy rodzice próbują coś oględnie ominąć, bo ksiądz wszedł na niewygodne tory. Na przykład na pytanie „chodzicie do kościoła?” pada jednocześnie „tak” „nie”. I jeszcze sytuacja z wodą święconą. Kiedy woda jest bezpośrednio nalana z kranu to na brzegu talerza zbierają się pęcherze powietrza. Widząc bąbelki na talerzyku mówię: „proszę Państwa przecież ta woda nie jest święcona!”, wtedy słyszę „skąd ksiądz to wie?”, a ja żartuję „czegoś nas przez te sześć lat w seminarium uczyli”.

 

Jakiej rady udzieliłby ksiądz osobom przyjmującym kolędę?

Po pierwsze nie spinać się, to jest moja podstawowa rada. Bawią mnie momenty, w których wchodzę do domu, a rodzina stoi w rządku, w hierarchii następującej: mąż, żona, starsze dziecko, młodsze dziecko. Chórem wypowiadają drżącym głosem: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Potem następuje dalsza część tych kurtuazji kolędowych. Zazwyczaj staram się rozluźnić taką atmosferę mówiąc: „Co wy się tak zachowujecie, jakbyście co najmniej na kolędzie byli?”. I to z reguły rozładowuje napięcie. Często mamy wyobrażenie kolędy z dzieciństwa, która dzisiaj inaczej wygląda. Ksiądz weryfikował zeszyty, pytał z pacierza, nawet matkę i ojca potrafił przepytać, zdarzały się różne sytuacje. To spotkanie nie temu służy. Warto zachowywać się naturalnie, bo ksiądz wchodzi w waszą codzienną rzeczywistość. Osobiście lubię te momenty, w których wchodzę do mieszkań nieprzygotowanych, gdzie jest bałagan, ludzie się krzątają. Przyszedłem zobaczyć jak moi parafianie mieszkają, a nie jak mieszkać powinni. Gdy słyszę: „o, Boże jestem nieprzygotowany”, odczuwam pragnienie wejścia do takiego miejsca. Mam wtedy szansę poznać naturalny świat tej drugiej osoby i zburzyć stereotyp sztywnej kolędy.

 

Rozmawiając z kilkoma osobami, które przyjęły kolędę, dowiedziałam się, że rozmowa z księdzem pomogła im podjąć jakąś ważną decyzję, na przykład zawrzeć sakrament małżeństwa. Czy często zbiera ksiądz takie owoce?

Tym, co przynosi największe owoce, jest szczerość. Uważam, że w Kościele popełniamy duży błąd wszelkiego rodzaju “przymilnością”. Mili za wszelką cenę. Jasne – trzeba być uprzejmym, delikatnym. Ale zostałem księdzem po to, żeby powiedzieć ci prawdę i nie owijać w bawełnę. Sam nie jestem idealnym człowiekiem, zdaję sobie z tego sprawę. Jeżeli widzę, że u ciebie coś nie gra, to przychodzę tutaj po to, żeby ci o tym powiedzieć i zaprosić cię do tego, aby pomóc ci wyprostować twoje życie i doprowadzić cię do Kogoś, kto jest największą wartością – do Jezusa. Nakierowanie na Jezusa jest czymś, co zawsze pozwoli ci dobrze spojrzeć na drugiego człowieka. Ta myśl towarzyszy mi na kolędzie, gdy patrzę na tych ludzi, na ich biedę, na ich schematy myślowe, trudne do rozwiązania sytuacje, czasem absurdalnie głupie, w których tkwią zupełnie na własne życzenie, nie widząc rozwiązania będącego na wyciągnięcie ręki. Smuci mnie, że nie widzą wartości wypływającej z obecności Boga w życiu, gdy jest się zdrowym, młodym, silnym. Do czego mi jest potrzebny Bóg? Przecież mam stałą pracę, dobrze mi się powodzi w życiu, mam piękną kobietę, spodziewamy się dziecka. Są takie pytania, które zadaje się dopiero w biedzie. Czasem zostawiam ludziom różne myśli do rozważenia, rzucone oczywiście “na zaczepne”.

 

 

„Kto was przyjmuje, mnie przyjmuje”. Czy kolęda jest spotkaniem z Jezusem?

Kolęda to inaczej przynoszenie błogosławieństwa Bożego. Kapłan przychodzi do domu po to, żeby się z tobą pomodlić, pobyć, poznać i pomóc rozwiązać twoje problemy. Powoli jednak zanika wrażliwość na to, że we mnie, jako księdzu, przychodzi Jezus. To nie jest w żaden sposób zasłużone przeze mnie, nie jestem lepszym człowiekiem od tych, do których idę. Jednakże przez to, że mam namaszczone przez biskupa ręce w dniu święceń kapłańskich, jest tam Jezus ze swoim błogosławieństwem. To jest bardzo ważne.

 

Rozmawiała Monika Polakowska

 

Tekst napisany przez studentów Akademii Dziennikarstwa.

 

🔷 POSŁUCHAJ PODCASTU TEOLOGIA TOLKIENA:



 

 

Share via