Wizyta inkasenta czy przegląd stada? Kolęda oczami kapłanów

Okazja do budowania relacji czy wzięcia koperty? Przykry obowiązek czy radość spotkania? Ewangelizacja czy wypełnienie kartoteki? Na te i inne pytania odpowiadają kapłani, podsumowując czas odwiedzin duszpasterskich.

Polub nas na Facebooku!

Wizyta inkasenta czy przegląd stada? Kolęda oczami kapłanów
Okazja do budowania relacji czy wzięcia koperty? Przykry obowiązek czy radość spotkania? Ewangelizacja czy wypełnienie kartoteki? Na te i inne pytania odpowiadają kapłani, podsumowując czas odwiedzin duszpasterskich.

Zmęczony kolędowymi wizytami kapłan w kolejnym odwiedzanym przez siebie mieszkaniu machinalnie zdjął z szyi stułę. Swoje roztargnienie dostrzegł po dłuższym czasie. Cóż było robić – ruszył z ponowną „kolędą”, tym razem pozdrowienie „Pokój temu domowi” zastępując pytaniem „przepraszam, czy nie zostawiłem u państwa stuły”? Zguba w końcu się znalazła i cała historia niewarta byłaby zapamiętania, gdyby nie wieści, które doszły do roztargnionego kapłana kilka dni później. Poinformowano go, że jeden z mieszkańców bloku z oburzeniem relacjonował ponowną wizytę księdza, który pytał, czy nie zostawił u niego… stówy. „Nie dość, że pieniądze od ludzi kasują, to jeszcze upilnować ich nie potrafią!” – miał grzmieć parafianin.

Trudno powiedzieć, czy opisane wydarzenie miało kiedyś miejsce, czy jest jedną z licznych legend miejskich. Jedno jest pewne – kolęda wzbudza wielkie emocje zarówno wśród wierzących, jak i – co ciekawe – osób deklarujących się jako niewierzące. A jak to wygląda z perspektywy odwiedzającego domy kapłana? Poprosiliśmy kilku z nich – młodych i doświadczonych stażem, pracujących w dużych miastach, miasteczkach i wsiach – o podzielenie się swoim doświadczeniem.

 

Przegląd stada

– Jeśli kapłan jest pasterzem a parafia owczarnią, to kolęda jest przeglądem stada – twierdzi ks. Sylwester. Od 18 lat jest proboszczem w sporej wiosce – jego stado liczy 3800 dusz. Po tylu latach zna dobrze wszystkich parafian, dlatego kolęda to dla niego odwiedziny u znajomych. Każdego roku przygotowuje temat wizyty – tym razem jest nim Duch Święty. W czasie spotkań mówi o charyzmatach, sakramentach, dzieli się działaniem Ducha w swoim życiu. – Kolęda to okazja do ewangelizacji – mówi ks. Sylwester. – Dużo mówię, ale i dużo słucham. A ludzie znają mnie od lat, dlatego bez obaw dzielą się swoimi kłopotami. Od razu odnosimy to do Pana Boga, modlimy się wstawienniczo – mam doświadczenie, że Jezus żyje i działa, więc każdy problem jest dla mnie okazją żeby i ludzie tego doświadczyli.

Aby lepiej poznać potrzeby parafian, ks. Sylwester opracował ankietę kolędową. Pyta, czy w osobistej modlitwie ogłosili już Jezusa swoim Panem i Zbawicielem, a także czy chcą pogłębić swoją wiarę przez udział w kursach lub rekolekcjach. Wypełnione ankiety zbierane są do skrzynek w kościele, oczywiście anonimowo. Dzięki temu proboszcz może lepiej zaplanować kolejny rok pracy.

 

Kościół – tak. Pan Bóg – niekoniecznie

W zupełnie innej sytuacji są wikarzy, którzy co kilka lat zmieniają parafie. Rzadko się zdarza, żeby dwa razy trafili do tego samego mieszkania. – Ale to nawet lepiej: wchodzę do nowej rodziny, mogę nawiązać zupełnie nowe relacje. Bardzo lubię spotkania z ludźmi, a kolęda to szansa, żeby poznać parafian – mówi ks. Robert, pracujący w kilkunastotysięcznej parafii w mieście wojewódzkim.

Niezależnie od miejsca swojej posługi, wszyscy kapłani podkreślają, że najważniejszym celem kolędy jest wspólna modlitwa. Niektórzy pytają domowników o intencje – najczęściej pojawia się prośba o zdrowie, choć zdarza się, że odważniejsze młode dziewczyny modlą się o dobrego męża. Czasami intencja modlitwy wypłynie naturalnie w czasie rozmowy: ktoś powie o braku pracy, inny o bezskutecznym oczekiwaniu na potomstwo. Bywa, że wizyta księdza jest jedynym momentem, kiedy do modlitwy klęka cała rodzina. Ważne jest także błogosławieństwo domu, choć tu zdarzają się zabawne sytuacje. – Korzystam z małego, metalowego kropidła. Kiedyś po pokropieniu mieszkania kilkuletnia dziewczynka powiedziała do mnie: myślałam, że ksiądz mnie tą pałką uderzy – śmieje się ks. Robert.

Po modlitwie przychodzi chwila na rozmowę. O czym? – Na kolędzie trudno porozmawiać o Panu Bogu – zaskakuje odpowiedzią ks. Bartosz, od kilku lat posługujący w wielkomiejskich parafiach. – Ludzie nie doświadczają głodu Boga, dla wielu religia to już tylko tradycja czy przejaw kultury. Jeśli zapytałbym o modlitwę, osobistą relację z Jezusem czy lekturę Pisma Świętego, to w  80% przypadków zapadłaby cisza a na twarzach zobaczyłbym panikę – stwierdza. Wtórują mu pozostali kapłani. – Ludzie nie są przyzwyczajeni do mówienia o relacji z Bogiem. Kiedyś podczas kolędy pytałem, czy zmieniliby coś w parafii – zwykle odpowiadali, że nic. A potem pytałem o wiarę, czy mają jakiś problem, pytanie. Najczęściej słyszałem odpowiedź: my wiary nie zmienimy, nam jest dobrze… – opowiada ks. Robert. Łatwiej mówić o Panu Bogu, kiedy w rodzinie pojawia się konkretny problem – można wtedy pokazać, że to On jest źródłem ratunku w trudnych sytuacjach. Ale do tego potrzeba otwartości ze strony gospodarzy, a ci często nie chcą dzielić się osobistymi sprawami. Dlatego rozmawiają o sprawach parafii czy o tym, co dzieje się na osiedlu. Bywa, że księża trafiają do domu, gdzie zazwyczaj kolędy się nie przyjmuje, ale akurat jedno z dzieci przygotowuje się do komunii czy bierzmowania, więc rodzice decydują się otworzyć drzwi kapłanowi. Tam rozmowa zwykle w ogóle się nie klei – wizyta księdza traktowana jest jak kolejna formalność konieczna do „zaliczenia”, a jemu samemu przypisywana jest rola funkcjonariusza, strażnika moralności czy inkasenta. – Mam wtedy wrażenie, że trafiam na beton, jakbym rzucał grochem w ścianę – żali się ks. Andrzej, od września posługujący w nowej parafii.

 

Nie jestem zbawicielem

Czasami domownicy wykorzystują okazję, aby wylać na kapłana wszystkie swoje żale. – Zdarza się, że ktoś atakuje mnie o inkwizycję albo zmiany w posoborowej liturgii – opowiada ks. Robert. Inny z kapłanów wspomina jedną z pierwszych tegorocznych kolęd, na których pani z wielkim oburzeniem stwierdziła, że bardzo dotknęło ją kazanie wygłoszone… na Matki Bożej Gromnicznej. Prawie rok temu! – Ja nawet nie wiem, kto to kazanie głosił, zupełnie nie mam jak się do tego odnieść. A pani przez rok pielęgnowała w sobie urazę, żeby wyrzucić ją z siebie właśnie podczas kolędy. Atmosfera oczywiście zupełnie siadła, trudno było podjąć inny wątek – opowiada.

 

Coraz częściej zdarza się, że przyjmujący kolędę ludzie żyją w związkach niesakramentalnych. Jak reagują kapłani? – Przede wszystkim nie ma co pouczać, naciskać – twierdzą zgodnie księża. – W kilka minut nie zbawimy świata, ale możemy zostawić pozytywny obraz księdza czy kościoła – tłumaczy ks. Mateusz. Nie znaczy to, że duchowni nie poruszają tego tematu. Starają się to jednak robić tak, aby otworzyć przestrzeń dialogu. Czasami zdarza się, że kilka miesięcy później kapłan spisując protokół przedślubny pyta mieszkających ze sobą od dawna narzeczonych, co skłoniło ich do zawarcia sakramentu, na co słyszy odpowiedź: ksiądz już pewnie nie pamięta, ale był ksiądz u nas na kolędzie…

– Kiedyś w ostatnim mieszkaniu trafiłem na taką parę. Wiedziałem, że mam czas, że nikt już na mnie nie czeka, więc pociągnąłem wątek – opowiada ks. Mateusz. – Powiedziałem wprost: nie będę na was krzyczał, ale powiedzcie, jak to z wami jest. Wywiązała się długa rozmowa, na koniec zostawiłem swój numer telefonu. Po jakimś czasie zadzwonili, spotkaliśmy się znowu. Okazało się, że pan ma mocne podstawy do stwierdzenia nieważności pierwszego małżeństwa. Nie wiem, jak się to skończy, ale może uda się im pomóc. Takie sytuacje dodają sił.

 

Żeby nie zasnąć…

Pobudka o 6:00, bo pół godziny później trzeba już być w konfesjonale. Potem msza, szybkie śniadanie i biegiem do szkoły. Dobrze, jeśli po niej uda się zjeść jakiś obiad, ale jeśli lekcje kończą się później, nie ma na to szans – prosto po zajęciach trzeba łapać kartoteki i biec na trasę. Powrót po czterech, czasem pięciu godzinach, a na probostwie już czeka oaza czy Legion Maryi – ich spotkania odbywają się przecież cały rok. W tak zwanym międzyczasie trzeba wcisnąć przygotowanie kazania, sprawdzenie kartkówek czy nawet osobistą modlitwę. Zmęczenie jest ogromne.

– Co jest dla mnie najtrudniejsze w kolędzie? Żeby nie zasnąć – uśmiecha się ks. Robert. W trzydziestym odwiedzanym domu oczy zamykają się same. Dlatego kiedy przypada im trasa, na której tradycyjnie jest dużo odwiedzin, ruszają z mniejszym entuzjazmem. Szczególnie, że mieszkańcy ostatnich domów często witają ich z pretensją, że późno przyszli… – Kiedy w dzieciństwie chodziłem na kolędę jako ministrant, standardem było kończenie w okolicach 22.00. Teraz kiedy przychodzimy o 20.00, ludzie są zdenerwowani – zauważa ks. Robert. – Dlatego zawsze trzeba wejść z dobrym słowem. Wchodząc do ostatniego domku na ulicy zamiast powiedzieć „pokój temu domowi” zaczynam od słów: Dzisiaj od was zaczynamy! Wybuchł śmiech, napięcie zeszło, choć pora była już późna – uśmiecha się kapłan.

Długie trasy oznaczają, że każdej rodzinie ksiądz może poświęcić zaledwie kilka minut. Pośpiech bywa frustrujący. – Przychodzę do domu, w którym kobieta niedawno straciła męża, jest w głębokiej żałobie. Chciałbym jej poświęcić więcej czasu, spokojnie porozmawiać, ale nie mogę, bo przede mną jeszcze 15–20 domów. Włącza się wtedy znieczulica… – przyznaje ks. Bartosz. Trudna bywa też konieczność szybkiej zmiany nastroju – w jednym domu pogrążona w żałobie rodzina, pięć minut później rodzice cieszący się z narodzin kolejnego dziecka. Góra – dół. I tak nawet trzydzieści razy w ciągu dnia.

Być może rozwiązaniem byłoby oddzielenie wizyty duszpasterskiej od okresu świątecznego i rozciągnięcie jej na cały rok. Wtedy kapłan miałby możliwość spędzić z każdą rodziną więcej czasu, porozmawiać spokojniej. Czy jednak byłoby to dobrze przyjęte przez wiernych? Kapłani są zgodni: zdecydowanie nie. Większości ludzi odpowiada krótka wizyta. Podejrzewają, że gdyby kapłan miał spędzać w każdym domu choćby pół godziny, liczba przyjmujących ich wiernych jeszcze by spadła, przepadła by więc szansa spotkania z tymi, którzy i tak rzadko odwiedzają parafialny kościół. Zaciskają więc zęby i ruszają do kolejnych rodzin. Pół biedy, jeśli odwiedzają mieszkańców bloków. Dużo gorzej jest na wsiach czy osiedlach domków, gdzie trzeba pokonać często znaczne dystanse. Ciepło – zimno – ciepło – zimno… Często po pierwszym tygodniu kolędy najlepszym przyjacielem księdza staje się aspiryna…

 

Kasa czy klasa?

Pozostaje jeszcze kwestia osławionej koperty. Zdaniem kapłanów, problem jest rozdmuchany. –Ktoś chce, to daje. Nie chce – nie daje. Ja tego nigdzie nie odnotowuję – mówi ks. Mateusz, zaznaczając, że zdaje sobie sprawę z istnienia księży domagających się ofiary wymownym spojrzeniem czy konkretnym słowem. Dla moich rozmówców jest to jednak sprawa drugoplanowa. Bywa, że widząc trudną sytuację materialną, odmawiają przyjęcia ofiary. Ale i tu trzeba być ostrożnym, bo zdarzało się, że spotykali się wtedy z oburzeniem – to już nawet ksiądz gardzi naszymi pieniędzmi?

Choć kosztuje dużo wysiłku i czasem przypomina orkę na ugorze, kolęda jest dla kapłanów wartościowym doświadczeniem i nie chcieliby z niej rezygnować. Spośród wielu spotkań zapamiętują nieliczne – te najtrudniejsze, najciekawsze, ale i… najzabawniejsze. – Chodziłem po jakimś bloku, to była niedziela – opowiada ks. Andrzej. – Zakończyłem wizytę u starszego pana, który już na klatce schodowej zapytał, czy popełni grzech, przynosząc dziś węgiel do ogrzania mieszkania. Odpowiedziałem, że oczywiście może go przynieść, ale zaskoczyło mnie, że nadal pali węglem w mieszkaniu. A że jestem dość ekspresyjny, zawołałem – panie, ale wy tu jesteście sto lat za murzynami! Jakież było moje zdziwienie, kiedy odwróciłem się, a za sobą w otwartych drzwiach zobaczyłem czekającą na mnie… ciemnoskórą rodzinę. Na szczęście potraktowali sprawę z dużym humorem. Ale ja byłem tak speszony, że to była chyba najkrótsza kolęda w moim życiu! – śmieje się kapłan.


 

Tekst napisany przez studentów Akademii Dziennikarstwa.

 

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Dziesięcina XXI wieku

Wielokrotnie trafiłam na zdanie „portfel nawraca się ostatni”. To doświadczenie bliskie jest wielu osobom, które konkretnie zaprosiły Jezusa do swojego życia. Łatwo było powiedzieć: Panie, oddaję Ci WSZYSTKO! Ale kiedy to „wszystko” oznacza także: „oddaję Ci część moich pieniędzy”, to deklaracja przestaje być wzniośle brzmiącymi słowami, a staje się boleśnie rzeczywista.

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dziesięcina XXI wieku
Wielokrotnie trafiłam na zdanie „portfel nawraca się ostatni”. To doświadczenie bliskie jest wielu osobom, które konkretnie zaprosiły Jezusa do swojego życia. Łatwo było powiedzieć: Panie, oddaję Ci WSZYSTKO! Ale kiedy to „wszystko” oznacza także: „oddaję Ci część moich pieniędzy”, to deklaracja przestaje być wzniośle brzmiącymi słowami, a staje się boleśnie rzeczywista.

Dziesięcina – słowo, które wielu kojarzy się ze starotestamentalnymi zasadami. I słusznie – już od czasów Mojżesza oddawanie 10% swoich dóbr było wpisane w prawo Izraela. Chrześcijanie gdzieś zagubili ten zwyczaj, ale w ostatnich latach coraz częściej spotyka się ludzi, którzy każdego miesiąca 10% swoich dochodów dobrowolnie oddają na potrzeby Kościoła i bliźnich.

– Trzeba pamiętać, że dawanie dziesięciny to nie jest obowiązek – podkreśla Franciszek Kucharczak, redaktor Gościa Niedzielnego i lider Wspólnoty Jezusa Miłosiernego w Rybniku. – Dziesięcina to konkretny dowód na to, że ufamy Bogu. Dzięki niej mogę bardzo namacalnie samemu sobie pokazać, że wszystko co mam należy do Boga. A On jest tak łaskawy, że daje mi to wszystko – ja mu z tego tylko 10% odpalam. To nie jest wielki wyczyn ani łaska, którą robię Bogu! Traktuję te oddawane pieniądze jakby nie były moje – nie zarobiłbym ich gdyby nie łaska Boża. Więc gdybym zostawił je dla siebie, to czułbym się jak złodziej…

 

Co to znaczy „oddać wszystko”

Poszukując informacji o dziesięcinie, wielokrotnie trafiłam na zdanie „portfel nawraca się ostatni”. To doświadczenie bliskie jest wielu osobom, które konkretnie zaprosiły Jezusa do swojego życia. Łatwo było powiedzieć: Panie, oddaję Ci WSZYSTKO! Ale kiedy to „wszystko” oznacza także: „oddaję Ci część moich pieniędzy”, to deklaracja przestaje być wzniośle brzmiącymi słowami, a staje się boleśnie rzeczywista. Wielu przy pierwszych przelewach drży ręka…

W dziesięcinie nie chodzi o kwotę, ale o serce. Jeżeli oddawanie jednej dziesiątej dochodu wydaje się początkowo nie do przeskoczenia, można zacząć od mniejszych kwot. Ważna jest gotowość: Panie Boże, to są Twoje pieniądze, ja jestem tylko ich zarządcą. Sednem jest zaufanie, dlatego warto przekazywać pieniądze nie z tego, co zostanie na koncie po całym miesiącu, ale zaraz po wypłacie, kiedy nie wiem jeszcze, jakie wydatki czekają mnie w ciągu najbliższych tygodni.

 

To nie wymiana handlowa

Katarzyna Kuricka jest żoną, mamą dwóch kilkuletnich szkrabów i autorką bloga. Jej mąż – o którym pisze zawsze Mój Niezwykły Mąż (MNM) – od półtora roku choruje na agresywny nowotwór mózgu, obecnie jest w stanie paliatywnym. Kilka dni temu na swoim blogu podzieliła się swoim doświadczeniem dziesięciny:

W połowie 2017 r. zdecydowaliśmy się na oddawanie dziesięciny. Dla mnie było to trudne. Pieniądze traktowałam jako bezpieczne zaplecze. Trudno było mi się nimi dzielić. Nie mogłam się zdecydować ile, jak i gdzie je przekazywać. Dopiero później zrozumiałam, że chodzi o serce. Ale wszystko zaczęło się od zwykłej decyzji i przelewu wykonanego z nieco zaciśniętymi zębami. Poszło. To, co było później, jest świadectwem tego, że Bóg oddaje o wiele więcej. Nie tylko duchowo, ale także konkretnie materialnie. Kiedy w kwietniu 2018 r. okazało się, że MNM jest chory, dostaliśmy od znajomych zrzutkę pieniędzy. Wiecie ile tam było? Więcej niż przekazaliśmy w ramach dziesięciny do tej pory! Od tego czasu błogosławieństwo finansowe nas nie opuszcza. Przypadek? Nie brakuje nam niczego pomimo tego, że MNM ani ja nie pracujemy zawodowo.

W świadectwach wielu osób, składających dziesięcinę, powtarza się ten sam motyw: ja oddaję trochę, Pan Bóg daje mi o wiele więcej. Oczywiście nie może tu być mowy o wymianie handlowej – oddam, licząc na zysk! Ale Pan Bóg często odpowiada na ludzkie zaangażowanie swoim błogosławieństwem, nie tylko finansowym.

Ks. Łukasz Płaszewski, duszpasterz Wspólnoty Ewangelizacji „Rafael” z Rudy Śląskiej, na co dzień pracuje w kurii archidiecezjalnej i nie jest na stałe przypisany do żadnej z parafii. Jako, że podstawą osobistych dochodów kapłana są ofiary pochodzące ze sprawowanych mszy świętych, księża pracujący w kurii zazwyczaj pomagają w parafiach, w których brakuje duszpasterzy. – W pewnym momencie dojrzeliśmy we Wspólnocie do tego, żeby składać dziesięcinę na cele ewangelizacyjne. Jako duszpasterz wspólnoty wiedziałem, że muszę dać przykład, zawierzyłem więc swoje finanse Panu Bogu. Trzy miesiące później proboszcz, któremu pomagałem, poinformował mnie, że z końcem sierpnia do parafii przychodzi emerytowany kapłan, więc nie będzie już dla mnie intencji. Najpierw zacząłem szukać, kombinować, ale potem stanąłem przed Panem i powiedziałem: Ty zatroszcz się o moje utrzymanie. Długo nic się nie działo, aż w samej końcówce sierpnia spotkałem jednego z proboszczów, który akurat szukał kapłana do pomocy w odprawianiu mszy. Co więcej – chodziło wyłącznie o msze poranne, które łatwo było pogodzić z moimi obowiązkami. Dzięki temu uporządkował się mój dzień – codziennie wstaję o 5:00, odbywam medytację i jadę do parafii, gdzie posługuję w konfesjonale i odprawiam Eucharystię. Każdy dzień zaczynam od spraw najważniejszych, potem rzucam się w wir obowiązków. Dałem Panu Bogu cząstkę, a On zatroszczył się o znacznie więcej – cieszy się ks. Łukasz i dodaje – wierzę, że Bóg się troszczy o nasze życie. Z tej wiary wynika moje przekonanie, że wszystko  Mu zawdzięczam: moje umiejętności, moje studia, moją pracę, wspólnotę i  moje zarobki. Dzięki dziesięcinie uczę się wolności i zaufania Bogu.

 

Nie z tego świata

– Kiedyś staliśmy pod kościołem po jednym ze spotkań wspólnoty i zastanawialiśmy się, na co przeznaczyć dziesięcinę – wspomina Franciszek Kucharczak. – Wtedy dotarło do mnie, jak bardzo chrześcijaństwo nie jest z tego świata. Wszyscy wokół martwią się tym, skąd wytrzasnąć pieniądze, a tu stoi grupka wariatów i zastanawia się, komu je dać…

Na co przeznaczyć pieniądze z dziesięciny? Tak naprawdę nie ma żadnej reguły. Niektórzy wybierają stały cel – może nim być parafia, wspólnota w której się formują, fundacja czy stowarzyszenie działające na rzecz ubogich, pomoc misjonarzom… Inni mają uszy i oczy otwarte na pojawiające się obok nich potrzeby i każdego miesiąca wspierają kogoś innego. Bożena i Henryk Zimnol z Chybia uznali, że cel najlepiej skonsultować z Panem Bogiem. – Byliśmy w tym roku nad morzem – opowiada Henryk. – Akurat był czas, kiedy należało posłać dziesięcinę. Przyszło nam do głowy, żeby przeznaczyć ją na kościół w tej miejscowości. Podczas modlitwy wziąłem Pismo Święte, otwarła się księga Aggeusza. To tylko 2 rozdziały, więc trafić na nią jest po ludzku niezwykle trudno. Od razu wzrok padł na jeden z wersetów:
Czy to jest czas stosowny dla was, byście spoczywali w domach wyłożonych płytami, podczas gdy ten dom leży w gruzach? ( Ag 1, 4)
Nie bardzo to rozumiałem, bo kościół nie był zaniedbany. Poszliśmy do proboszcza i zapytałem czy jest jakaś potrzeba w jego parafii?
Proboszcz bardzo się ucieszył, bo właśnie rozpoczął zbiórkę na nowe tabernakulum do kościoła. A że parafia mała to każda ofiara jest potrzebna. Potem przypomniałem sobie, że Tabernaculum oznacza dom – dom Boży…

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Agnieszka Huf

Agnieszka Huf

Z urodzenia (i przekonania!) – Ślązaczka. Z zawodu – psycholog. Z pasji – bibliofil, człowiekolub, autostopowiczka. A to wszystko traci na znaczeniu wobec najważniejszego: z woli Ojca – dziecko Boże. Uczestniczka Akademii Dziennikarstwa 2017/18.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >