video-jav.net

Wizyta inkasenta czy przegląd stada? Kolęda oczami kapłanów

Okazja do budowania relacji czy wzięcia koperty? Przykry obowiązek czy radość spotkania? Ewangelizacja czy wypełnienie kartoteki? Na te i inne pytania odpowiadają kapłani, podsumowując czas odwiedzin duszpasterskich.

Polub nas na Facebooku!

Zmęczony kolędowymi wizytami kapłan w kolejnym odwiedzanym przez siebie mieszkaniu machinalnie zdjął z szyi stułę. Swoje roztargnienie dostrzegł po dłuższym czasie. Cóż było robić – ruszył z ponowną „kolędą”, tym razem pozdrowienie „Pokój temu domowi” zastępując pytaniem „przepraszam, czy nie zostawiłem u państwa stuły”? Zguba w końcu się znalazła i cała historia niewarta byłaby zapamiętania, gdyby nie wieści, które doszły do roztargnionego kapłana kilka dni później. Poinformowano go, że jeden z mieszkańców bloku z oburzeniem relacjonował ponowną wizytę księdza, który pytał, czy nie zostawił u niego… stówy. „Nie dość, że pieniądze od ludzi kasują, to jeszcze upilnować ich nie potrafią!” – miał grzmieć parafianin.

Trudno powiedzieć, czy opisane wydarzenie miało kiedyś miejsce, czy jest jedną z licznych legend miejskich. Jedno jest pewne – kolęda wzbudza wielkie emocje zarówno wśród wierzących, jak i – co ciekawe – osób deklarujących się jako niewierzące. A jak to wygląda z perspektywy odwiedzającego domy kapłana? Poprosiliśmy kilku z nich – młodych i doświadczonych stażem, pracujących w dużych miastach, miasteczkach i wsiach – o podzielenie się swoim doświadczeniem.

 

Przegląd stada

– Jeśli kapłan jest pasterzem a parafia owczarnią, to kolęda jest przeglądem stada – twierdzi ks. Sylwester. Od 18 lat jest proboszczem w sporej wiosce – jego stado liczy 3800 dusz. Po tylu latach zna dobrze wszystkich parafian, dlatego kolęda to dla niego odwiedziny u znajomych. Każdego roku przygotowuje temat wizyty – tym razem jest nim Duch Święty. W czasie spotkań mówi o charyzmatach, sakramentach, dzieli się działaniem Ducha w swoim życiu. – Kolęda to okazja do ewangelizacji – mówi ks. Sylwester. – Dużo mówię, ale i dużo słucham. A ludzie znają mnie od lat, dlatego bez obaw dzielą się swoimi kłopotami. Od razu odnosimy to do Pana Boga, modlimy się wstawienniczo – mam doświadczenie, że Jezus żyje i działa, więc każdy problem jest dla mnie okazją żeby i ludzie tego doświadczyli.

Aby lepiej poznać potrzeby parafian, ks. Sylwester opracował ankietę kolędową. Pyta, czy w osobistej modlitwie ogłosili już Jezusa swoim Panem i Zbawicielem, a także czy chcą pogłębić swoją wiarę przez udział w kursach lub rekolekcjach. Wypełnione ankiety zbierane są do skrzynek w kościele, oczywiście anonimowo. Dzięki temu proboszcz może lepiej zaplanować kolejny rok pracy.

 

Kościół – tak. Pan Bóg – niekoniecznie

W zupełnie innej sytuacji są wikarzy, którzy co kilka lat zmieniają parafie. Rzadko się zdarza, żeby dwa razy trafili do tego samego mieszkania. – Ale to nawet lepiej: wchodzę do nowej rodziny, mogę nawiązać zupełnie nowe relacje. Bardzo lubię spotkania z ludźmi, a kolęda to szansa, żeby poznać parafian – mówi ks. Robert, pracujący w kilkunastotysięcznej parafii w mieście wojewódzkim.

Niezależnie od miejsca swojej posługi, wszyscy kapłani podkreślają, że najważniejszym celem kolędy jest wspólna modlitwa. Niektórzy pytają domowników o intencje – najczęściej pojawia się prośba o zdrowie, choć zdarza się, że odważniejsze młode dziewczyny modlą się o dobrego męża. Czasami intencja modlitwy wypłynie naturalnie w czasie rozmowy: ktoś powie o braku pracy, inny o bezskutecznym oczekiwaniu na potomstwo. Bywa, że wizyta księdza jest jedynym momentem, kiedy do modlitwy klęka cała rodzina. Ważne jest także błogosławieństwo domu, choć tu zdarzają się zabawne sytuacje. – Korzystam z małego, metalowego kropidła. Kiedyś po pokropieniu mieszkania kilkuletnia dziewczynka powiedziała do mnie: myślałam, że ksiądz mnie tą pałką uderzy – śmieje się ks. Robert.

Po modlitwie przychodzi chwila na rozmowę. O czym? – Na kolędzie trudno porozmawiać o Panu Bogu – zaskakuje odpowiedzią ks. Bartosz, od kilku lat posługujący w wielkomiejskich parafiach. – Ludzie nie doświadczają głodu Boga, dla wielu religia to już tylko tradycja czy przejaw kultury. Jeśli zapytałbym o modlitwę, osobistą relację z Jezusem czy lekturę Pisma Świętego, to w  80% przypadków zapadłaby cisza a na twarzach zobaczyłbym panikę – stwierdza. Wtórują mu pozostali kapłani. – Ludzie nie są przyzwyczajeni do mówienia o relacji z Bogiem. Kiedyś podczas kolędy pytałem, czy zmieniliby coś w parafii – zwykle odpowiadali, że nic. A potem pytałem o wiarę, czy mają jakiś problem, pytanie. Najczęściej słyszałem odpowiedź: my wiary nie zmienimy, nam jest dobrze… – opowiada ks. Robert. Łatwiej mówić o Panu Bogu, kiedy w rodzinie pojawia się konkretny problem – można wtedy pokazać, że to On jest źródłem ratunku w trudnych sytuacjach. Ale do tego potrzeba otwartości ze strony gospodarzy, a ci często nie chcą dzielić się osobistymi sprawami. Dlatego rozmawiają o sprawach parafii czy o tym, co dzieje się na osiedlu. Bywa, że księża trafiają do domu, gdzie zazwyczaj kolędy się nie przyjmuje, ale akurat jedno z dzieci przygotowuje się do komunii czy bierzmowania, więc rodzice decydują się otworzyć drzwi kapłanowi. Tam rozmowa zwykle w ogóle się nie klei – wizyta księdza traktowana jest jak kolejna formalność konieczna do „zaliczenia”, a jemu samemu przypisywana jest rola funkcjonariusza, strażnika moralności czy inkasenta. – Mam wtedy wrażenie, że trafiam na beton, jakbym rzucał grochem w ścianę – żali się ks. Andrzej, od września posługujący w nowej parafii.

 

Nie jestem zbawicielem

Czasami domownicy wykorzystują okazję, aby wylać na kapłana wszystkie swoje żale. – Zdarza się, że ktoś atakuje mnie o inkwizycję albo zmiany w posoborowej liturgii – opowiada ks. Robert. Inny z kapłanów wspomina jedną z pierwszych tegorocznych kolęd, na których pani z wielkim oburzeniem stwierdziła, że bardzo dotknęło ją kazanie wygłoszone… na Matki Bożej Gromnicznej. Prawie rok temu! – Ja nawet nie wiem, kto to kazanie głosił, zupełnie nie mam jak się do tego odnieść. A pani przez rok pielęgnowała w sobie urazę, żeby wyrzucić ją z siebie właśnie podczas kolędy. Atmosfera oczywiście zupełnie siadła, trudno było podjąć inny wątek – opowiada.

 

Coraz częściej zdarza się, że przyjmujący kolędę ludzie żyją w związkach niesakramentalnych. Jak reagują kapłani? – Przede wszystkim nie ma co pouczać, naciskać – twierdzą zgodnie księża. – W kilka minut nie zbawimy świata, ale możemy zostawić pozytywny obraz księdza czy kościoła – tłumaczy ks. Mateusz. Nie znaczy to, że duchowni nie poruszają tego tematu. Starają się to jednak robić tak, aby otworzyć przestrzeń dialogu. Czasami zdarza się, że kilka miesięcy później kapłan spisując protokół przedślubny pyta mieszkających ze sobą od dawna narzeczonych, co skłoniło ich do zawarcia sakramentu, na co słyszy odpowiedź: ksiądz już pewnie nie pamięta, ale był ksiądz u nas na kolędzie…

Polecamy

– Kiedyś w ostatnim mieszkaniu trafiłem na taką parę. Wiedziałem, że mam czas, że nikt już na mnie nie czeka, więc pociągnąłem wątek – opowiada ks. Mateusz. – Powiedziałem wprost: nie będę na was krzyczał, ale powiedzcie, jak to z wami jest. Wywiązała się długa rozmowa, na koniec zostawiłem swój numer telefonu. Po jakimś czasie zadzwonili, spotkaliśmy się znowu. Okazało się, że pan ma mocne podstawy do stwierdzenia nieważności pierwszego małżeństwa. Nie wiem, jak się to skończy, ale może uda się im pomóc. Takie sytuacje dodają sił.

 

Żeby nie zasnąć…

Pobudka o 6:00, bo pół godziny później trzeba już być w konfesjonale. Potem msza, szybkie śniadanie i biegiem do szkoły. Dobrze, jeśli po niej uda się zjeść jakiś obiad, ale jeśli lekcje kończą się później, nie ma na to szans – prosto po zajęciach trzeba łapać kartoteki i biec na trasę. Powrót po czterech, czasem pięciu godzinach, a na probostwie już czeka oaza czy Legion Maryi – ich spotkania odbywają się przecież cały rok. W tak zwanym międzyczasie trzeba wcisnąć przygotowanie kazania, sprawdzenie kartkówek czy nawet osobistą modlitwę. Zmęczenie jest ogromne.

– Co jest dla mnie najtrudniejsze w kolędzie? Żeby nie zasnąć – uśmiecha się ks. Robert. W trzydziestym odwiedzanym domu oczy zamykają się same. Dlatego kiedy przypada im trasa, na której tradycyjnie jest dużo odwiedzin, ruszają z mniejszym entuzjazmem. Szczególnie, że mieszkańcy ostatnich domów często witają ich z pretensją, że późno przyszli… – Kiedy w dzieciństwie chodziłem na kolędę jako ministrant, standardem było kończenie w okolicach 22.00. Teraz kiedy przychodzimy o 20.00, ludzie są zdenerwowani – zauważa ks. Robert. – Dlatego zawsze trzeba wejść z dobrym słowem. Wchodząc do ostatniego domku na ulicy zamiast powiedzieć „pokój temu domowi” zaczynam od słów: Dzisiaj od was zaczynamy! Wybuchł śmiech, napięcie zeszło, choć pora była już późna – uśmiecha się kapłan.

Długie trasy oznaczają, że każdej rodzinie ksiądz może poświęcić zaledwie kilka minut. Pośpiech bywa frustrujący. – Przychodzę do domu, w którym kobieta niedawno straciła męża, jest w głębokiej żałobie. Chciałbym jej poświęcić więcej czasu, spokojnie porozmawiać, ale nie mogę, bo przede mną jeszcze 15–20 domów. Włącza się wtedy znieczulica… – przyznaje ks. Bartosz. Trudna bywa też konieczność szybkiej zmiany nastroju – w jednym domu pogrążona w żałobie rodzina, pięć minut później rodzice cieszący się z narodzin kolejnego dziecka. Góra – dół. I tak nawet trzydzieści razy w ciągu dnia.

Być może rozwiązaniem byłoby oddzielenie wizyty duszpasterskiej od okresu świątecznego i rozciągnięcie jej na cały rok. Wtedy kapłan miałby możliwość spędzić z każdą rodziną więcej czasu, porozmawiać spokojniej. Czy jednak byłoby to dobrze przyjęte przez wiernych? Kapłani są zgodni: zdecydowanie nie. Większości ludzi odpowiada krótka wizyta. Podejrzewają, że gdyby kapłan miał spędzać w każdym domu choćby pół godziny, liczba przyjmujących ich wiernych jeszcze by spadła, przepadła by więc szansa spotkania z tymi, którzy i tak rzadko odwiedzają parafialny kościół. Zaciskają więc zęby i ruszają do kolejnych rodzin. Pół biedy, jeśli odwiedzają mieszkańców bloków. Dużo gorzej jest na wsiach czy osiedlach domków, gdzie trzeba pokonać często znaczne dystanse. Ciepło – zimno – ciepło – zimno… Często po pierwszym tygodniu kolędy najlepszym przyjacielem księdza staje się aspiryna…

 

Kasa czy klasa?

Pozostaje jeszcze kwestia osławionej koperty. Zdaniem kapłanów, problem jest rozdmuchany. –Ktoś chce, to daje. Nie chce – nie daje. Ja tego nigdzie nie odnotowuję – mówi ks. Mateusz, zaznaczając, że zdaje sobie sprawę z istnienia księży domagających się ofiary wymownym spojrzeniem czy konkretnym słowem. Dla moich rozmówców jest to jednak sprawa drugoplanowa. Bywa, że widząc trudną sytuację materialną, odmawiają przyjęcia ofiary. Ale i tu trzeba być ostrożnym, bo zdarzało się, że spotykali się wtedy z oburzeniem – to już nawet ksiądz gardzi naszymi pieniędzmi?

Choć kosztuje dużo wysiłku i czasem przypomina orkę na ugorze, kolęda jest dla kapłanów wartościowym doświadczeniem i nie chcieliby z niej rezygnować. Spośród wielu spotkań zapamiętują nieliczne – te najtrudniejsze, najciekawsze, ale i… najzabawniejsze. – Chodziłem po jakimś bloku, to była niedziela – opowiada ks. Andrzej. – Zakończyłem wizytę u starszego pana, który już na klatce schodowej zapytał, czy popełni grzech, przynosząc dziś węgiel do ogrzania mieszkania. Odpowiedziałem, że oczywiście może go przynieść, ale zaskoczyło mnie, że nadal pali węglem w mieszkaniu. A że jestem dość ekspresyjny, zawołałem – panie, ale wy tu jesteście sto lat za murzynami! Jakież było moje zdziwienie, kiedy odwróciłem się, a za sobą w otwartych drzwiach zobaczyłem czekającą na mnie… ciemnoskórą rodzinę. Na szczęście potraktowali sprawę z dużym humorem. Ale ja byłem tak speszony, że to była chyba najkrótsza kolęda w moim życiu! – śmieje się kapłan.


 

Tekst napisany przez studentów Akademii Dziennikarstwa.

 

 

Polecamy

Izaak i Rebeka. Love story

On i ona to dwa różne światy i kompletnie różne historie. Czy na pierwszy rzut oka ktoś mógłby powiedzieć, że do siebie pasują? Czy ktoś mógłby postawić na to, że ich losy kiedyś złączą się w jedno?

ks. Marcin Kowalski
ks. Marcin
Kowalski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

On i ona – kompletnie różne drogi

 

“She came from the land of the cotton, land that was nearly forgotten by everyone…”, śpiewa Norah Jones w jednej z piosenek Grama Parsonsa. Ona pochodziła z zapomnianego zakątka południa, on, kiedy pojawił się tam, i spojrzał na nią, obiecywał zmianę. Mówiło o tym całe miasto.

 

 

Historia biblijna, którą chcemy opowiedzieć zaczyna się nieco inaczej. To on, pochodził z zapomnianego, położonego na uboczu Kanaanu. Nie miał stałego domu, za dach nad głową służył mu namiot, częściej jeszcze rozgwieżdżone niebo. Był pasterzem i nomadem. Ona był dziewczyną z miasta położonego daleko, pośrodku Mezopotamii. Wychowała się w Aram-Naharaim. On był synem Abrahama, tego dziwnego Abrahama, który opuścił swojego ojca, opuścił bezpieczny Charan, żeby, jak twierdził, wędrować za Bożym głosem. Ona pochodziła z tej pragmatycznej części rodziny, która została, żeby cieszyć się spokojem i dobrobytem w Charanie.

 

On i ona to dwa różne światy i kompletnie różne historie. Czy na pierwszy rzut oka ktoś mógłby powiedzieć, że do siebie pasują? Czy ktoś mógłby postawić na to, że ich losy kiedyś złączą się w jedno?

Spotkanie, do którego prowadzi Pan

 

A jednak. Pewnego dnia do Charanu przybywa wysłannik, zaufany człowiek Abrahama, aby znaleźć żonę dla jego syna Izaaka. Sędziwy patriarcha przed śmiercią chciałby jeszcze widzieć swojego ukochanego syna jako szczęśliwego męża i ojca. Kobiety Kanaanu z ich różnymi zwyczajami, a przede wszystkim wiarą w pogańskich bogów, nie są dobrymi kandydatkami na żony (Rdz 24,3-4). Tej Abraham szuka dla Izaaka wśród swoich, wśród rodziny, która pozostała w Charanie. Jest tylko jeden warunek – ona musi zgodzić się na wspólne życie w Kanaanie (Rdz 24,5-8). Izaakowi nie wolno będzie opuścić ziemi obiecanej.

 

Izaak i Rebeka. Love story

Sługa miał przed sobą trudne zadanie. Po przybyciu na miejsce, wieczorem zatrzymał się przy źródle, gdzie kobiety przychodziły czerpać wodę, i modlił się, aby ta, która przyszedłszy napoi go i jego zwierzęta, okazała się wybranką dla Izaaka (Rdz 24,11-14). Przy źródle pojawiła się Rebeka. Nie tylko dała mu pić ze swojego dzbana, ale i napoiła jego wielbłądy. Co ważniejsze jednak, Rebeka okazała się być córką Betuela, syna Nachora, brata Abrahama (Rdz 24,15-25). Sługa padł na kolana dziękując Bogu Abrahama za ten widoczny znak jego opieki (Rdz 24,26). Kiedy tylko rodzina, słysząc wypowiadane imię ich krewnego, zrozumiała, że ma przed sobą jego wysłannika, zaproszono go do domu. Tam opowiedział o swojej misji, o błogosławieństwie, którym cieszy się jego pan, i wreszcie poprosił o rękę Rebeki (Rdz 24,32-49). Jej brat i ojciec, widząc w całej historii znak od Boga, nie śmieli się sprzeciwiać (Rdz 24,50). Wbrew panującym wówczas zwyczajom zapytali jednak Rebekę, czy zgodzi się być żoną Izaaka (Rdz 24,58). Ona sama musi zdecydować, czy chce zostawić swój rodzinny dom i udać się do Kanaanu. Rebeka podejmuje odważną decyzję. „Chcę iść”. Z krótkiego opowiadania sługi nie mogła poznać dobrze rodziny Abrahama. Co powiedziałaby, znając historię Izaaka o mało nie złożonego w ofierze? Rebeka wybierając swego ukochanego wyrusza w podróż w nieznane.

 

Kiedy spotykają się po raz pierwszy, ona pierwsza z daleka spostrzega Izaaka, jak wraca z pola, od studni Lachaj Roj (Rdz 24,62). Nazwa ta znaczy „Żyjący widzi”, subtelnie nawiązując do nazwy góry Moria, „Bóg widzi”. Na tamtej górze Opatrzność dojrzała i ocaliła Izaaka powstrzymując rękę Abrahama. Dziś ta sama Opatrzność widzi i ocala jego życie, wkładając w jego dłoń, dłoń Rebeki.

 

Rebeka to dar dla Izaaka, dar, który przybywa w samą porę. Izaak wraca smutny z pola. Być może smutek powodowany jest stratą matki, Sary. Może są jeszcze inne powody, o których historia milczy. Rebeka będzie lekarstwem na smutek i pustkę życia Izaaka. Ona, dziewczyna z dalekiego miasta, będzie radością i powiewem świeżości w życiu chłopaka z prowincji.

 

Izaak i Rebeka. Love story

Siła małżeńskiej modlitwy

 

Fakt, że Bóg złączył ze sobą Izaaka i Rebekę nie znaczy jeszcze, że ich życie ułoży się w sielankę. Już na początku pojawia się pierwszy kryzys i poważna próba dla ich miłości: Rebeka jest niepłodna. Dla starożytnych to nie tylko nieszczęście, ale wstyd i brak Bożego błogosławieństwa. Także dziś są małżeństwa, które rozpadają się z tego powodu. Izaak jednak nie poddaje się, modli się za swoją żonę. Modlitwa jest tak skuteczna, że Bóg otwiera łono Rebeki dając jej bliźnięta (Rdz 25,19-26). W czym tkwi siła wstawiennictwa Izaaka? Czy jego modlitwa dociera do Pana niesiona siłą jego miłości? Na pewno tak, choć Izaak ma jeszcze jedną tajemnicę, rzecz, o której wie tylko Bóg i on. Kiedy tam na górze Moria posłusznie poddał się woli ojca, stał się prawdziwą ofiarą dla Pana. Bóg zawsze już będzie spoglądał na Izaaka jak na ofiarowanego mu syna, swoją szczególną własność. Kiedy Izaak modli się za swoją żonę, na określenie tej modlitwy autor biblijny używa czasownika atar, którym określa się błaganie, któremu towarzyszy ofiara. W przypadku Izaaka nie mamy wzmianki o żadnej ofierze ze zwierząt. To on jest żywą ofiarą dla Pana. Jego życie ofiarowane Bogu sprawia, że Pan nie może mu odmówić niczego. Nie tylko Rebeka jest darem dla Izaaka, także on ratuje jej życie przed pustką i przywraca jej radość. Nie mógłby tego uczynić, gdyby nie jego trudna przeszłość i bliska relacja z Panem.

Izaak i Rebeka. Love story “Ofiara Abrahama”, Rembrandt

Odtąd już we dwoje

Polecamy

 

Odtąd idą już przez życie we dwoje, a właściwie we czworo, bo rodzą im się bliźnięta, Ezaw i Jakub. W ich wspólnym życiu wciąż pojawiają się problemy. Kiedy nastaje głód muszą wędrować do kraju Filistynów, gdzie będą ukrywać fakt, że są mężem i żoną (Rdz 26,1-7). Zdradzi ich czuły uśmiech Izaaka przesłany Rebece. Zdradzi i ocali zarazem, bo król filistyński, prowadzony ręką Opatrzności, zatroszczy się, aby nie stała im się krzywda (Rdz 26,8-11). Miłość i czułość okazywana sobie w trudnym czasie ocala ich małżeństwo.

 

Bóg będzie Izaakowi błogosławił w obcym kraju. Jego ziarno będzie wydawało stokrotne plony, a on sam będzie odkrywał kolejne źródła wody, znak dobrobytu i Bożej opieki (Rdz 26,12-14). Ściągnie to na Izaaka zazdrość Filistynów, którzy zasypią jego studnie i przepędzą go ze swojej ziemi (Rdz 26,15-16). Izaak nie jest wojownikiem jak jego ojciec Abraham, pokornie odejdzie, aby szukać szczęścia gdzie indziej. Ciekawe, jak zareagowała na tę pokorę Rebeka? Czy nie wyrzucała mężowi, że jest tchórzem i nie walczy o swoje? Rebeka wydaje się spokojnie wspierać męża, szanując jego charakter. Nie wyszła za fightera. Nie prowokuje męża do walki. Bóg pobłogosławi pokorę Izaaka i cierpliwość Rebeki odkrywając przed nimi kolejne źródła, dając im jeszcze więcej (Rdz 26,17-24). Ostatecznie wrogowie Izaaka sami do niego powrócą, prosząc, aby zawarł z nimi przymierze (Rdz 26,26-33). Izaak mając u swego boku wspierającą go Rebekę przeżywa najpiękniejsze chwile swojego życia.

Starość, nie radość?

 

Aż wreszcie przychodzi starość. Oboje się zmienili. Izaak stał się niedołężny i jest ślepo zapatrzony w swojego starszego syna, Ezawa. Lubi potrawy, które przygotowuje mu ten dzielny myśliwy (Rdz 27,1-4). Czyżby widział w nim także spełnienie własnych pragnień o byciu silnym, odważnym mężczyzną? Rebeka swoje uczucia lokuje w Jakubie. Ezaw jest nieobliczalny. Wiąże się z kobietami z Kanaanu, co dla matki jest nie do zaakceptowania (Rdz 27,46). Dlaczego Izaak wydaje się być ślepym na niebezpieczeństwa, które na rodzinę ściąga jego pierworodny syn?

 

Rebeka ma mocny charakter i postanawia działać. Podstępem pomoże Jakubowi zdobyć błogosławieństwo kosztem starszego brata. Oszuka swojego męża i swojego starszego syna (Rdz 27,5-40).

Jak na to oszustwo zareagował Izaak? Czy kiedykolwiek się o nim dowiedział? Trudno byłoby przypuszczać, że Jakub wszystko zaaranżował sam. Czy Izaak nie przeraził się odkrywając, jaką różną jest Rebeka, którą poślubił, Rebeka, która zawsze była jego wsparciem, od tej, którą widzi teraz? Czy nie przeraził go jej mocny charakter, determinacja i upór, brak szacunku dla jego woli? Izaak to w końcu głowa rodziny, głowa której honor został poważnie nadwyrężony.

 

Izaakowi raz jeszcze pomóc może jego pokojowy, nie nastawiony na konfrontację charakter oraz pokora, z jaką podchodzi do samego siebie. Pokorny Izaak przebaczy swojemu młodszemu synowi, Jakubowi. Nie cofnie błogosławieństwa, bo przecież nie należy do niego. Wielki patriarcha nie jest przecież większy od Boga, który użył go tylko jako narzędzia dla przekazania swego błogosławieństwa. Izaak przebaczy też swojej żonie. W ostatnich wersach Rdz 27, opisujących podstępnie skradzione błogosławieństwo, widzimy ich dwoje rozmawiających ze sobą i razem posyłających Jakuba do Kanaanu. Zmienili się, rozczarowali sobą, ale wciąż są we dwoje, wciąż się kochają. Ostatecznie podstęp Rebeki odegrał także kluczową rolę w realizacji Bożego planu. Dzięki niemu „narodził się” spadkobierca błogosławieństwa Abrahama, nowy patriarcha, Jakub. Izaak mógł odczytać to po ludzku bolesne i niezrozumiałe wydarzenie w świetle woli Bożej. Raz jeszcze mógł się też przekonać, że Rebeka, mocna, kochająca, podstępna Rebeka jest darem Opatrzności, od ich pierwszego spotkania, kiedy byli młodzi i zakochani, aż do tej chwili.

 

Izaak i Rebeka. Love story

Ta droga końca już mieć nie będzie…

 

Obraz małżeństwa utrwalony w historii Izaaka i Rebeki nie stracił nic ze swojej aktualności. On i ona pochodzili z dwóch różnych światów, które połączyła ręka Boga. Dwie drogi, które mogły biec zupełnie obok siebie, połączone w jedno to prawdziwy cud małżeństwa.

 

Jak wyprawa Rebeki do Kanaanu, zawsze jest ono wędrówką w nieznane, szkołą zaufania, wejściem w tajemnicę drugiej osoby, która będzie mnie zaskakiwać i przerastać. Dobrze jest uświadomić sobie wówczas, że do tego spotkania doprowadził Pan, jego ręce cierpliwie tkały to, co zrywały nasze, i to On jest gwarantem trwałości naszej wspólnej drogi. Od relacji z Nim zależy świeżość miłości małżeńskiej. Życie, które ofiarował Bogu Izaak sprawia, że może on dla żony wyprosić syna. Modlitwa w małżeństwie połączona z miłością do Pana i do najbliższej osoby, ratuje nas, kiedy po ludzku nic już nie da się zrobić.

Nie znaczy to jednak, że o tę miłość ma troszczyć się tylko Bóg. Miłość Izaaka i Rebeki jak każda miłość małżeńska sprawdza się w codzienności wypełnionej radością i problemami. Czułość i bliskość okazywana sobie wówczas, wsparcie i akceptacja tego, jakimi jesteśmy, zamiast niemiłosiernej krytyki, nie tylko pomagają przetrwać, ale także wzmacniają tę więź. Mając przy sobie ukochaną, rozumiejącą mnie osobę, nawet wśród przeciwności mogę przeżywać najpiękniejsze chwile mojego życia. Prawdziwa miłość nie ucieknie także wówczas, kiedy się zestarzejemy i zmienimy, kiedy trzeba będzie stanąć oko w oko z naszymi słabościami, kiedy dziwić się będziemy, że ktoś ze mną jeszcze wytrzymuje.

 

Nobody’s perfect. Tylko Pan. To On pomyślał, że dobrze nam będzie razem, że będziemy dla siebie darem od momentu, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, aż na wieki. Bo ta droga końca już mieć nie będzie…     

 


MODLĘ SIĘ ZA CIEBIE…

to akcja do w mediach społecznościowych

do której zaprasza Stacja7

Do akcji włączyły się znane pary i małżeństwa, aktywne w Social Media. 

Są z nami: Weronika i Jan Kostrzewa, Monika i Marcin Gomułkowie – Początek Wieczności, Karolina i Maciej Piechowie – Szczęśliwa Rodzina


Polecamy
ks. Marcin Kowalski

ks. Marcin Kowalski

prezbiter diecezji kieleckiej, doktor nauk biblijnych, doktorat obronił na Papieskim Instytucie Biblijnym w Rzymie, wykładowca Pisma Świętego w Wyższym Seminarium Duchownym w Kielcach oraz w Lublinie, adiunkt przy katedrze Teologii Biblijnej i Proforystyki w Instytucie Nauk Biblijnych KUL, redaktor naczelny kwartalnika biblijnego The Biblical Annals, sekretarz Stowarzyszenia Biblistów Polskich III kadencji. Jego pasją naukową i duszpasterską jest Biblia, w szczególności listy św. Pawła. Moderator Dzieła Biblijnego, autor scenariuszy i prowadzący programy telewizyjne i radiowe, współpracownik Stacji 7 i współtwórca cyklu Jutro Niedziela.

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Marcin Kowalski
ks. Marcin
Kowalski
zobacz artykuly tego autora >
Share via