video-jav.net

Uwolnijmy dzieci z sieci

Uwielbiamy, jako rodzice majstrować przy naszych dzieciach. Tłumaczyć, rozmawiać, zachęcać, wspierać, strofować, ciągać po psychologach, czytać poradniki, pytać na forach blogerów. A czasem zapominamy, że to wszystko będzie psu na budę, jeśli my robimy dokładnie odwrotnie.

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Internet jest jak owczarek kaukaski. Wielki, tajemniczy i fascynujący, a równocześnie w każdej chwili zdolny odgryźć nam rękę. Co jest lepsze? Wsadzić go do klatki i nigdy nie pokazać dziecku, czy jednak nauczyć się z nim obchodzić mając świadomość, że zawsze pozostanie psem, w którego naturę wpisana jest nieprzewidywalność i agresja?

Gdyby mnie ktoś zapytał o to, jakie jest moje zdanie na temat spędzania przez dzieci czasu w Internecie, chciałabym móc odpowiedzieć: „Uwolnić dzieci z sieci! Dać im kalosze, otworzyć drzwi i nauczyć je świata!” Że pachnie, że świeci, że jest pełen małych i wielkich cudów, z których największym jest drugi człowiek. Naprawdę, gdybym mogła zabrałabym dzieci do naszych młodych lat, kiedy nie istniała żadna sieć, a tylko trzepaki, resoraki i bazy na drzewach. I wiem, że część rodziców właśnie tak robi. Tablety mieszkają w tabletowie, domowy komputer nie jest podłączony do sieci, a telewizor dzieciaki widzą raz w miesiącu, podczas wizyty u babci. Można w ten sposób chronić dzieci. Na pewnym etapie rozwoju, nawet trudno znaleźć jakikolwiek minus takiego podejścia. Ale w którymś momencie te dzieciaki zetkną się z nową technologią. Świat, w którym żyją jest jej pełen. I co wtedy?

Na drugim biegunie są rodzice, których dzieci potrafią być przyklejone do smartfonów nawet 10 godzin na dobę. Dzieci, które dosłownie żyją wirtualnie. Rozdrażnione, nieumiejące rozmawiać, słuchać. Nie zainteresowane niczym poza mediami społecznościowymi. Ich idolami są internetowi celebryci, mający tysiące lajków i miliony śmiesznych odpowiedzi na Asku. Chciałabym obok tych prawie już garbatych nastolatków usiąść i zapytać jak ich zdaniem wygląda życie tego idola? Przecież, żeby stworzyć te wszystkie odpowiedzi, żeby wybudować te światy w Minecrafcie, on musi dosłownie żyć tylko w swoim pokoju. Ma tysiące fanów, ale czy zna smak dotyku ludzkiej ręki? Chciałabym usiąść i o to zapytać, ale boję się, że czas spędzony (zmarnowany) w Internecie stępił już za mocno ich percepcję.

Gdzie ja jestem? Nie z własnej woli, ale z rozsądku – pośrodku. Czy moje dzieci znają sieć? Tak. Przede wszystkim jako źródło wiedzy. Fascynujące i nieporównywalne z niczym. (No może poza obserwacją kijanek w stawie i szalonym rozwojem pędów w naszej pestce awokado). Staramy się im pokazywać Internet jako niesamowitą, tworzoną przez miliony ludzi na całej ziemi, kopalnię wiedzy. To wirtualny świat, w którym nie ma granic i który potrafi dosłownie zwalić z nóg, ale który zawsze pozostanie sztuczny, wtórny do tego, co naokoło. Ale czy jest samym złem? Jeśli ktoś zobaczy choć raz błysk fascynacji w oczach dziecka podczas przeglądania stron NASA, ten nie będzie mógł już tak powiedzieć. Moje młodsze dzieci znają także sieć, jako miejsce ciekawych portali z grami. Jest kilka naprawdę wartościowych adresów, idealnych nawet dla 3-latków. Szczególnie niezawodnych zimą, kiedy dwoje z gorączką, trzecie omarudzone, a czwarte – jedyne zdrowe – musi sobie radzić samo.

 

 

Mogłabym jeszcze długo pisać o tym, jak reglamentujemy dzieciom czas w sieci, jak tłumaczymy, że urządzenia dotykowe uzależniają i dlatego jeżeli już Internet to tylko w komputerze, i to ustawionym w centralnym miejscu domu. Można, a nawet trzeba pisać o tym, że jeżeli nasze dzieci mają w swoich pokojach tablety, albo telefony podpięte do sieci, to na pewno zetknęły się już z pornografią. Nawet nie ma co udawać, albo liczyć, że jest inaczej. W tym fascynującym, ale niepewnym i naprawdę niebezpiecznym świecie, jest jednak coś o wiele ważniejszego, niż stworzenie najlepszego systemu zabezpieczającego dzieci w sieci.

Jeżeli chcę, żeby moje dzieciaki znały właściwe proporcje i nie zagubiły się w wirtualnym świecie, muszę sama zapanować nas sobą. Nic lepszego nie mogę dla nich zrobić, jak wyłączyć Internet w swoim telefonie. A sam telefon najlepiej notorycznie gubić. Kilka miesięcy temu, robiłam ze starszymi dziewczynkami drzewo genealogiczne naszej rodzinny. Przy każdej babci, cioci, wujku dziewczyny rysowały jakiś wyróżniający daną osobę atrybut. Mnie sportretowano przy piekarniku… z telefonem w ręku, mojego męża na rowerze…. z telefonem w ręku. To przeważyło nad naszą radykalną decyzją o odkładaniu telefonów po przekroczeniu progu domu. Kiedy piję herbatę i mam niepohamowaną ochotę zrobić internetową prasówkę, chwytam książkę. Chociażbym zrobiła dzieciom tysiące pogadanek, pokazała „Salę samobójców” i odbyła miliony spacerów w deszczu z obowiązkowym odwiedzeniem każdej kałuży, to i tak moje dzieci będą przypięte do sieci, jeżeli ja nie zawalczę o moją niezależność od niej i nie pokażę im jaka jest właściwa hierarchia.

Kiedy zaczyna się małżeństwo? Zwykle po kilku trudnych latach, kiedy wykończeni walką zaczynamy zdawać sobie sprawę, że nie jesteśmy w stanie zmienić naszego współmałżonka. Nawet o milimetr. Jedyną osobę, którą mogę zmienić, jestem ja sama. I to jest moment, w którym zwykle zaczynają dziać się cuda. Ta sama zasada działa w stosunku do naszych dzieci. Uwielbiamy, jako rodzice majstrować przy tych stworach. Tłumaczyć, rozmawiać, zachęcać, wspierać, strofować, ciągać po psychologach, czytać poradniki, pytać na forach blogerów. A czasem zapominamy, że to wszystko psu na budę, jeśli my robimy dokładnie odwrotnie. Dlatego zawalczmy o nasze dzieci i to my pierwsi odepnijmy się od sieci.

Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki - prawnik, z naprawionego błędu - dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa i autorka bloga budujemymosty.pl

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Odważ się czuć

W potocznym rozumieniu przyjęło się, że jedne emocje i uczucia są dobre, inne zaś „złe”, niechciane, niegrzeczne. I tak wszelka radość, wesołość, ulga, sympatia i pochodne są postrzegane jako emocje pożądane, a złość, irytacja, gniew, oburzenie jako uczucia, które należy ocenzurować i poskromić.

Agata Rujner
Agata
Rujner
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nie jestem psychologiem, zatem nie przedstawię różnicy między uczuciem a emocją. Nie jest też moim celem prezentacja procesu pojawiania się w nas poszczególnych wrażeń i związanych z tym doznań. Jednak sfera emocji jest istotnym elementem naszego człowieczeństwa, a tym samym ważnym aspektem życia duchowego, stąd prędzej czy później rodzą się w nas pytania dotyczące oceny moralnej naszych przeżyć, pytania o prawo do wyrażania tego, co czujemy. Czasem sprowadza się to do prozaicznej kwestii: „Czy chrześcijanin może się gniewać?” Innym razem doprowadza do sytuacji, gdy zaczynamy się spowiadać z odczuwanej złości.

 

 

Co słychać? A co czujesz?

Bóg wyposażył człowieka w całą gamę uczuć. A właściwie, stwarzając człowieka z miłości Osobowej (wszak Bóg w Trójcy jest Miłością) do miłości osobowej (jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo) uczynił nas zdolnymi do przeżywania, wyrażania, doświadczania i komunikowania uczuć. Często podczas procesu socjalizacji naturalne predyspozycje do ich okazywania stają się zagłuszone. Innymi słowy zdarza się, że z wielu względów nie potrafimy obsługiwać tego, co czujemy. Wielokrotnie nie rozumiemy tego, co się z nami dzieje. Łatwiej nam powiedzieć, co myślimy, niż uświadomić sobie i wyrazić to, co czujemy.

 

 

Nasze rozmowy zwykle zaczynamy od pytania „co słychać” – w domyśle, co się wydarzyło. Pytamy o fakty, rzadko kiedy dowiadując się, co nasz rozmówca czuje w związku z tym, o czym opowiada. Tymczasem nasze ciało w każdej chwili odbiera nieskończoną liczbę bodźców i w łączności z rozumem przetwarza je tak jak nim pokierujemy. Niekiedy dzieje się to automatycznie, jakby nieświadomie, innym razem dzięki naszej uważności potrafimy korzystać z energii uczuć w sposób zamierzony i nieprzypadkowy. Mimo to, są odczucia, które mogą wydawać się nam niekomfortowe i złe. Zwykle dzieje się to wtedy, gdy zalewa nas fala gorąca i jesteśmy przekonani o naszej niezgodzie na coś, złości na kogoś, może nawet gniewie, kiedy wiemy, że dzieje się coś, czego nie chcemy. Równocześnie nie zawsze dajemy sobie prawo do uzewnętrznienia tych uczuć (zatem zamykamy je w klatce i tłumimy) albo po ich wyrażeniu mamy wyrzuty sumienia, że odbyło się to w sposób gwałtowny i niekontrolowany. Dlatego niezbędne jest, by zdać sobie sprawę, że złość nie jest zła, a jej wyrażenie (w sposób asertywny a nie agresywny) daje gwarancję zaspokajania potrzeb i utrzymania równowagi.

 

 

„Gniewajcie się, a nie grzeszcie”

Żadne uczucie nie jest złe. Często na pojawienie się wielu z nich w ogóle nie mamy wpływu. Podobnie bywa i z myślami. Ocenie moralnej podlega jednak to, co się z nimi zrobi. Człowiek ponosi odpowiedzialność za swoje czyny. Jeśli odczuwana złość poprowadzi do gniewu, a ten do nienawiści i chęci odwetu, wtedy z pewnością zrozumiałe okaże się, dlaczego gniew znajduje się wśród siedmiu grzechów głównych. Jeśli jednak doświadczenie złości wykorzystamy jako energię do zmiany, jako siłę napędową do naprawienia tego, co nas oburza, wtedy będzie można za św. Tomaszem z Akwinu nazwać ten gniew cnotą. Jeśli odczuwamy gniew, ponieważ nie możemy przejść obojętnie nad brakiem dobra i miłości, nad zaburzonym porządkiem, wtedy ten gniew staje się „święty”.

Może jednak być też tak, że negatywne (nadal nie złe!) uczucia zawładną nami w taki sposób, że swoje reakcje skierujemy przeciw człowiekowi. Może się to objawiać agresją słowną i fizyczną, przemocą, upokarzaniem, obmową, planowaniem zemsty, czy taką pozornie nieszkodliwą ironią, nieuprzejmością. Wtedy z powodu naszych uczuć pozwalamy na powolne uśmiercanie relacji. Zamiast bliskości, tworzymy mury. Zamiast zrozumienia, stawiamy bariery. Zamiast przebaczenia, urażoną dumę. Święty Paweł wskazuje, że można się gniewać. Jest to doświadczenie ludzkie i naturalne. Nie jest grzechem, tak długo jak długo nie prowadzi nas do czynów sprzecznych z przykazaniem miłości, jak długo nie oddziela nas od siebie samych, od drugiego człowieka i od Boga. Grzech niszczy te wszystkie struktury. To dlatego św. Piotr napisze gorące wezwanie, aby być trzeźwym i czuwać. „Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć”. W kontekście naszych rozważań moglibyśmy to wskazanie uznać jako zaproszenie do czujności na to, co czujemy. Jeśli człowiek wie i rozumie, co czuje, to bardziej świadomie i odpowiedzialnie może zareagować. Tym samym prawdopodobieństwo popełnienia grzechu staje się minimalne.

 

 

Bóg kocha cię z emocjami

Możliwe, że najbardziej przepełnionymi uczuciami księgami w Piśmie Świętym są Księga Pieśni nad Pieśniami i Księga Psalmów. To w tej drugiej znajduje się szereg ludzkich doświadczeń. Jest tęsknota za Bogiem, żal, miłość, smutek, strach, szczęście, spokój, ulga, trwoga i wiele, wiele innych. Wszystkie te uczucia są szczere i autentyczne, oddają stan ducha i ciała, bliski nam wszystkim. Zresztą całe Pismo Święte obfituje w emocje i uczucia, ponieważ Bóg jest zainteresowany tym, co czujemy. Obchodzą Go nasze przeżycia. W jakimś sensie pragnie, żebyśmy się tym z Nim dzielili. Jest Bogiem, który chce relacji, bliskości. A te, bez okazywania uczuć nie są w pełni prawdziwe. Dlatego tak ważne jest, aby rozpoznawać w sobie uczucia, zwracać na nie uwagę, przeżywać je, wyrażać, pozwalać sobie na nie, aby w konsekwencji móc mieć relację z sobą samym, z Bogiem i z drugim człowiekiem.

Jezus jako człowiek czuł to samo, co my. Wzruszał się (Łazarz), dziwił (scena z Setnikiem), oburzał (wypędzenie przekupniów ze świątyni), bał się (Ogrójec), w ewangelii św. Łukasza możemy przeczytać, że „rozradował się w Duchu Świętym”. Jest pewne, że w żaden sposób nie tłumił swoich uczuć. To może być dla nas wskazówka i zachęta, aby realizować swoje człowieczeństwo w pełni, a nie w częściach. Uczucia są dla nas informacją i mogą być pomocą w rozwoju duchowym. Kiedy otworzymy się na Boga na tyle, by Mu o nich wszystkich opowiadać, będziemy mogli ufać Jemu i innym. Warto mieć przekonanie, że Bóg akceptuje nas z całym bagażem uczuć i emocji, kocha nas niezależnie od tego, czy jesteśmy właśnie w euforii bardzo szczęśliwi, czy też zmagamy się z dojmującym smutkiem. On chce być z nami w obu przypadkach. To od nas zależy, czy odważymy się czuć i być blisko, czy też schowamy się za różnego rodzaju maskami i mechanizmami obronnymi.

Agata Rujner

Agata Rujner

Zobacz inne artykuły tego autora >
Agata Rujner
Agata
Rujner
zobacz artykuly tego autora >