video-jav.net

Mamo! Skąd ten prezent?

W tym roku staramy się naszego oczekiwania nie ubierać w wiarę w Aniołka równą tej, że w Betlejem narodził się Zbawiciel i że czekamy na Niego całym sercem. Z drugiej jednak strony czuję, że również w tym oczekiwaniu na dar od kogoś Innego, posłanego z Nieba jest coś bardzo ważnego.

Dominika Szczawińska
Dominika
Szczawińska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

No i wpadłam. Totalnie pomieszałam tradycję z teologią, zabawą i bajką. A powinnam być czujna. Już rok temu pewne znaki mówiły – w tej wigilijnej materii trzeba być czujnym. Inaczej nasze domowe rozmowy o wierze nie wyjdą daleko poza krąg pytań w stylu: Mamo, kto przychodzi w Wigilię, Aniołek czy Dzieciątko? I czy do każdego, czy tylko do grzecznych dzieci?… A było tak: jak tradycja każe w wigilijny wieczór układałam cichaczem pod choinką prezenty od Aniołka – wbrew obyczajom większości sąsiadów, którzy na Śląsku czekają na Dzieciątko. Żeby nie było wątpliwości, że od Aniołka (w końcu Dzieciątko samo w sobie jest Darem) dokoła choinki rozrzuciłam zakupione przezornie błękitne piórka. Anioł był, przyniósł prezenty, a odlatując zgubił garść pierza. Do tego muzyka, dzwoneczki, zapach aromatyzowanych świec – bajka! I faktycznie wszystko zagrało jak trzeba. Wiara w Anioła podparta została doświadczeniem obdarowania i odnalezieniem śladów tajemniczego Gościa. Zadowolona, że tak łatwo udało mi się połączyć prawdziwe przesłanie z uroczą mistyfikacją, zapomniałam, że reszta błękitnego pierza, którego Anioł nie zgubił, leży w woreczku nylonowym w mojej szafie. I oto słyszę w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia piskliwy głos mojej czteroletniej wówczas córki: – Mamo tu są takie same piórka jak pod choinką! – zawołała. No to koniec wiary w Aniołka… – pomyślałam, ale udałam wielkie zdumienie licząc, że Hania nie połączy tych luźnych faktów. – Chyba ty rozsypałaś te pióra – usłyszałam po chwili trzeźwą i pozbawianą emocji ocenę sytuacji. Próbowałam coś tłumaczyć, ale kiedy zobaczyłam, że logiczne rozumowanie córki zatrzymało się tylko na piórkach i nie drąży dalej, wycofałam się…

Pamiętam jak głupio się wtedy czułam, z tą całą moją śliczną teatralną szopką, której celem było krzewienie wiary… A jakże, tyle że w Aniołka. Oczywiście, chciałam to skleić z teologią wcielenia i wychowaniem czterolatki w duchu domowych zwyczajów i tradycji, ale efekt był taki, że bezradnie patrzyłam na woreczek błękitnych piór, jakby mi samej w tym momencie wiara w świat niewidzialnych duchów została zabrana.

Minął rok i chyba nie wiele się zmieniło – w końcu Święta to tradycje, więc znów liczymy na to, że Aniołek coś przyniesie. Równocześnie sami przygotowujemy świąteczne prezenty, więc nawet Hania wie, że pod choinką spotkają się niespodzianki dla babć i dziadków, które sama własnoręcznie przygotowała i paczki od Anioła, który przez cały Adwent towarzyszy jej dobrym postanowieniom i zna jej marzenia i… No właśnie – nagrodzi dobre uczynki, czy po prostu zrobi przyjemność małej dziewczynce?…

W tym roku staramy się naszego oczekiwania nie ubierać w wiarę w Aniołka równą tej, że w Betlejem narodził się Zbawiciel i że czekamy na Niego całym sercem. Z drugiej jednak strony czuję, że również w tym oczekiwaniu na dar od kogoś Innego, posłanego z Nieba jest coś bardzo ważnego. Jest pytanie o to, kim ja jestem, jak ważna jestem, czy zasługuję na dar i co z tym darem mam zrobić?…. Podobno niedawno znalazł się w Bawarii list kilkuletniego Josepha Ratzingera, który pisał do Dzieciątka przed Świętami Bożego Narodzenia, co chce dostać. Chciał mszał, zielony ornat i czyste serce. Z tego wyraźnie wynika, że z świątecznymi prezentami nie ma żartów.

Dominika Szczawińska

Dominika Szczawińska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dominika Szczawińska
Dominika
Szczawińska
zobacz artykuly tego autora >

Sposób na ego

„Młodzi, dobrze wykształceni i dobrze sytuowani mieszkańcy dużych miast przyznający się do praktyk religijnych” – tak CBOS definiuje polskich wolontariuszy. Postawili na głowie system robota-wypłata, bo postawili na siebie: działanie bez wypłaty jest dla nich jak egzorcyzmowanie własnego egoizmu i… interesowności. Dobrze im robi na to, kim się stają.

Marta Arbatowska
Marta
Arbatowska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dać wędkę – dostać wędką

Ponoć najłatwiej pomagać od święta. I rzeczywiście to przed Świętami Bożego Narodzenia wzmaga się aktywność różnego typu organizacji charytatywnych. Michał, student II roku turystyki krajów biblijnych, postanowił wziąć udział w Szlachetnej Paczce – akcji, która od lat uwrażliwia celebrytów, biznesmenów, ludzi mediów i wszystkich, którzy mają dość, żeby się dzielić – na potrzeby rodzin, które mają mniej niż nic. Jego kapitałem jest ofiarowany czas i zaangażowanie. Od połowy października wraz z innymi wolontariuszami sporządzał raporty o osobach potrzebujących w jego okolicach. Kontaktował się z darczyńcami, teraz rozwozi gotowe paczki. Zapytany dlaczego to robi, odpowiada, że chciał zrozumieć. Zrozumieć biedę, zrozumieć ludzi, którzy muszą ograniczać swoje potrzeby. Zrozumieć biednych. A czy można sobie wyobrazić lepszy sposób niż wejść pod ich dach? Zobaczył, że ubóstwo niejedno ma oblicze.

„Niektórzy znaleźli się w trudnej sytuacji i chcą to zmienić, ale są też tacy, dla których bieda stała się sposobem na życie

– opowiada. – Dlatego to takie ważne, żeby pomoc była mądra.

Sposób na ego

Bo czasem, paradoksalnie, można zaszkodzić pomagając. „Wychodząc od jednej z rodzin usłyszeliśmy: miejmy nadzieję do zobaczenia za rok. W mądrej pomocy chodzi o to, abyśmy się za rok nie spotkali, bo wtedy oni nie będą już potrzebowali naszej pomocy.” Ale ludzie wciąż pomocy potrzebują. Na facebookowym profilu Szlachetnej Paczki pełno jest zdjęć obdarowanych, szczęśliwych rodzin. Często widnieją pod nimi komentarze: „Jakie to będą emocje, już nie mogę się doczekać!”, „Kierowca nie wysiadł z wolontariuszami, bo wizyta u rodzin to zbyt duże przeżycie”. Niektórzy być może chcą w pomaganiu szukać wrażeń i przeżyć, jednak Michał dementuje: „To tak nie wygląda. Rodziny nie wybiegają na ulicę, nikt nie skacze pod niebo i nie krzyczy Hura!.Nie spotkałem się z takimi ekstrawertycznymi reakcjami.” Rzeczywistość pomagania jest twarda.  Michał wspomina wydarzenie, kiedy udało mu się załatwić pewnej ubogiej kobiecie pracę. Zgłosiła się w wyznaczonym miejscu kompletnie pijana. „Czasem dać wędkę to dostać wędką – śmieje się – ale rozczarowania są potrzebne, bo sprowadzają na ziemię i pomagają trzeźwo ocenić biedę. Spojrzeć na pomaganie bez emocji.

Emocje popychają do działania, ale nie one są tutaj najważniejsze”.

Pozostaje jeszcze kwestia bohaterstwa, skoro hasło Szlachetnej Paczki brzmi: „Zostań bohaterem. Zmieniaj świat”. Michał, na pytanie o to czy czuje się bohaterem, odpowiada: „Nie. I nie chcę się tak czuć. Wystarczy, że czuję się kimś, kto chce mądrze pomóc.”

Bezinteresowność? To podejrzane

Gosia, absolwentka dziennikarstwa i współzałożycielka Fundacji „Usłyszeć Afrykę”, nie lubiła słowa „wolontariusz”.

Bezinteresowność wydawała się jej podejrzana. Dziś nazywają ją wolontariuszką, bo jak inaczej określić kogoś, kto spędził trzy miesiące w Ugandzie z dziećmi ulicy?

Do wyjazdu do Afryki przygotowywała się przez rok w Salezjańskim Ośrodku Misyjnym. Jej zadaniem miała być praca z osieroconymi dziećmi, które wychowuje ulica. Zabawa, nauka angielskiego – ot, takie pozornie prozaiczne zajęcia. Przed wyjazdem myślała często: „Pojadę do dzieciaków. Tyle im dam! Będą mnie ubóstwiać za to, że się z nimi pobawiłam, nauczyłam angielskiego…” A było dokładnie na odwrót. Gosia pokochała dzieciaki i bardzo dużo od nich otrzymała. Przewrotna logika zyskiwania przez dawanie. Uganda stała się jej drugim domem, gdzie zostawiła kawał swojego serca i przyjaciół, z którymi bardzo trudno było się rozstać. Od tamtego czasu ma także dwóch adoptowanych synków. I nie chodzi tu o tzw. adopcję serca na odległość praktykowaną przez niektórych pobożnych ludzi. W przypadku Gosi była to przyjacielska, ekspresowa adopcja bez formalności: „Kiedy się bawiliśmy oni zadawali mi pytania w swoim języku, a ja, nie znając go, odpowiadałam: tak albo nie. Po jednym z pytań, na które odpowiedziałam tak, oni rzucili mi się na szyję i oznajmili, że właśnie zgodziłam się zostać ich mamą”. Ale co ma wspólnego macierzyństwo z wolontariatem? Trud, radość, odpowiedzialność, wysiłek, miłość.

Sposób na ego

Ale wśród wolontariuszy są i tacy, którzy od pracy z dziećmi wolą wycieczki krajoznawcze, a dla jeszcze innych ważna jest adrenalina towarzysząca nowym wyzwaniom.

To co wspólne – jak twierdzi Gosia – wolontariat nie zawsze jest czymś miłym: „To nie będzie tak, że kiedy zostaniesz wolontariuszem Bóg od razu wyprostuje wszystkie twoje drogi. Nas spotkało także bardzo dużo przykrości”. Wspaniali ludzie, których się kocha i Uganda, w której zostawia się serce to jedno. Trzeba liczyć się także z tym, że białego człowieka nazywa się „zielonym”, bo kojarzy się z dolarami.

Miłość i kofeina

„Parzenie kawy to było moje najważniejsze zadanie, bo przy nim toczyły się rozmowy z pielgrzymami, czasami bardziej potrzebne niż kofeina” – mówi Agnieszka, na co dzień doktorantka teologii i przynajmniej raz w roku wolontariuszka w polskim schronisku położonym 5 kilometrów przed Santiago de Compostela w Hiszpanii. Pielgrzymi podążający szlakiem św. Jakuba trafiają do schroniska na Monte do Gozo po kilkudziesięciu dniach marszu, z ciężkimi plecakami i pokaźnym bagażem doświadczeń. Tam czeka na nich łóżko i tradycyjna polska zupa na kolację. Nad całym zamieszaniem czuwają wolontariusze, wśród których jest również Agnieszka. Ona sama kilka razy pielgrzymowała do grobu św. Jakuba Apostoła i wróciła na Monte do Gozo, aby spłacić dług, jaki ma wobec tej drogi. „Na szlaku otrzymałam tyle miłości, życzliwości i bezinteresownej pomocy – wyznaje – że chciałam oddać chociaż trochę tego właśnie w tym miejscu”.  W zamian za wyżywienie i zakwaterowanie spędza cały miesiąc z pielgrzymami. Z tymi wdzięcznymi i z tymi, którzy wciąż mają o coś pretensje.

Wolontariusze często obrywają. Czasem zarzuca się im, że pomagają innym, aby poczuć się lepiej i dowartościować samych siebie.

„Taka motywacja występuje – zdaniem wolontariuszki z Monte do Gozo – w raczkującej fazie wolontariatu. Szczere zaangażowanie w pomoc innym to najczęściej miażdżarka dla egoizmu. Konfrontacja z tym, jak wielkie są potrzeby, przekonuje nas raczej, jak mało możemy zrobić, w jak niewielkim stopniu jesteśmy w stanie na nie odpowiedzieć. W tej drodze nieuchronnie następuje oczyszczenie intencji – problemy, przeciwności, zmęczenie.

Bezinteresowna pomoc zawsze jest niewygodna, wybija nas ze stref komfortu i boleśnie rozszerza nasze ciasne serca…”

Marta Arbatowska

Marta Arbatowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marta Arbatowska
Marta
Arbatowska
zobacz artykuly tego autora >