video-jav.net
ROZMOWY

“Religijność Fidela Castro to tylko pozory” (ROZMOWA)

Religijność Fidela Castro i jego rodziny to tylko pozory - uważa Georgie Anne Geyer. W rozmowie z KAI legendarna dziennikarka amerykańska, uchodząca za najlepszą znawczynię kubańskiego dyktatora pyta, jak duchowni mogli być pod „urokiem” braci Castro

Polub nas na Facebooku!

Z Georgie Anne Geyer rozmawia Waldemar Piasecki (KAI)

 

Waldemar Piasecki (KAI): Pani książka o Fiedlu Castro “Guerilla prince” uznawana jest za najlepszą, jaką w ogóle o nim napisano, zaś pani sama, jako najlepszy analityk jego fenomenu. Zgadza się pani?

Georgie Anne Geyer: Oczywiście, zgadzam się. Ci co tak mówią maja rację [z uśmiechem].

 

KAI: Opinia o Castro oscyluje od wizerunku despotycznego dyktatora do romantycznego rewolucjonisty. Gdzie lokuje się Pani opinia?

– Gdzieś pośrodku. Jestem analitykiem, a nie ideologiem. Zawsze dążyłam do racjonalnych analiz charyzmatycznych liderów i tego, jak oczarowywali ludzi, ludzi których trzymali w niewoli. Patrzyłam na Fidela 26 lipca 1966 roku, jak przez dziewięć godzin przemawiał. Przybierał pozy, machał ramionami, zupełnie jak Benito Mussolini, którego styl dokładnie studiował. Między nim, a tłumami przepływały w obie strony fale energii. To było wręcz fizycznie namacalne. Czułam to. Czytając wielkiego filozofa Maxa Webera, analityka władzy charyzmatycznej zrozumiałam, że Castro posiadał to co mieli wszyscy inni władcy-charyzmatycy od Adolfa Hitlera do Juana Perona. Demagogiczną siłę, ale także zdolność trafiania w ludzkie oczekiwania, dzięki czemu zdobywali tłumy i otrzymywali ich wsparcie. Fenomen komunikacji i sterowania masami.

 

KAI: Dlaczego zdecydowała się pani na badanie fenomenu Castro?

– Dlaczego? Zajmowałam się tematyka latynoamerykańską od początków mojej kariery dziennikarskiej i kochałam to. Ten typ wodzostwa przewijał się przez całą historię Ameryki Łacińskiej. Było to coś czym żyłam każdego dnia. Castro był jednak kwintesencją tego stylu. Praca nad książką zajęła mi sześć lat, przy równoczesnej pracy komentatorki i pisaniu trzech kolumn tygodniowo. W sumie złożyło się na to około 500 wywiadów.

 

KAI: Każdy przypadek biografii dyktatora powinien sięgać do analizy jego dzieciństwa i młodości. Co znajdujemy u Castro?

– Castro był jedną i tą samą osobą od dzieciństwa do śmierci. Był buntowniczym dzieckiem. Spalił samochód ojca, z upodobaniem czepiał się przejeżdżających koło ich domu pociągów. Był szalenie ambitny. Jego mentor ze szkoły jezuickiej, do której chodził, opowiadał mi taką historię. Widzi Fidela żarliwie się modlącego. Podchodzi i pyta się, o co się modli. O to, abym zawsze… chciał wygrywać – słyszy odpowiedź. Taki pozostał. Wiedziałem, że nigdy nie zaakceptuje odprężenia w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi, bo żył walką z Ameryką. Umarł w tej niewzruszonej nienawiści.

 

KAI: Co w zasadzie przesądziło o sukcesie kubańskiej rewolucji i sięgnięciu Castro po władzę?

– Zupełny rozkład społeczeństwa kubańskiego. Okrutne lata panowania Fulgencio Batisty. Fakt, że USA tak naprawdę zaniechały walki o demokrację kubańską a nawet o zwykłą przyzwoitość. Zostało to pozostawione dla Fidela, który przyszedł w przebraniu zbawiciela.

 

KAI: Czy Castro był komunistą czy tylko używał komunizmu jako sztafażu do osiągania swoich celów i budowania pozycji despotycznego ‘caudillo’?

– On nigdy i nigdy nie był żadnym komunistą. Miał to gdzieś. Był niezdolny do podążania za żadną ideologią poza własną. Był fidelistą. Po prostu fidelistą. Chodziło mu o pozostawanie przy władzy nad narodem i czerpanie z tego satysfakcji. Komunistą był natomiast jego brat Raul, późniejszy świetny organizator armii. Fiedel wykorzystywał komunizm jako sposób bycia wobec Stanów Zjednoczonych, za co był zresztą opłacany przez Moskwę i nie tylko oraz do poruszania się po światowej scenie jako postać heroiczna, absorbująca uwagę.

 

KAI: Jak mógł przetrwać w tej roli pół wieku?

– Ponieważ był całkowicie bezwzględny, a bezwzględność ukrywał pod postaciami rewolucyjnej transformacji i antyamerykańskości. Dla antyamerykańskiego świata stał się postacią, której ten świat mógł dedykować swoje myśli i uczucia.

 

KAI: Jakie czynniki okazały się decydujące dla pewnych zmian na Kubie? Redukcja sowieckiej pomocy gospodarczej? Działalność opozycji kubańskiej w USA? Rola zaangażowania Kościoła zainicjowanego przez Jana Pawła II?

– Zmiany na Kubie są niewielkie i wątpię, aby się coś zmieniło w najbliższych latach. Upadek sowieckiego imperium i komunizmu w 1991 roku omal Kuby nie zabił, ale jakoś przetrwała. Opozycja kubańska z Florydy nigdy nie miała realnej siły, aby stanąć przeciwko Castro. Owszem, można mówić o wpływie Watykanu. Kuba pozostaje jednak w rękach rodziny Castro. Trzymają ją mocno.

 

KAI: Niektórzy ważni przedstawiciele Watykanu, na przykład były jego rzecznik Joaquin Vavarro-Valls, opisywał rodzinę Castro jako religijną, zaś samego Fidela nie klasyfikował, jako wroga religii. Wspominał prywatne spotkanie papieża Jana Pawła II i kubańskiego dyktatora w 1998 roku, podczas którego Castro dyskutował o roli Kościoła i jego historii, a nawet o koncepcjach istnienia życia we Wszechświecie. Rzecznik papieski był pod wrażeniem. Również spotkania Castro z papieżami Benedyktem XVI (2012) i Franciszkiem (2015) przebiegały w dobrej, sympatycznej atmosferze. Co stało za tym w tle? Tylko taktyka?

– Religijność Fidela Castro i jego rodziny to tylko pozory. Jego ojciec był bluźnierczy i znany z nadużywania haitańskich robotników do niewolniczej pracy. Jego matka była służącą. W rodzinie wiele dzieci rodziło się z nieprawego łoża. Wysłano je do szkół jezuickich, ale nie ma już wiedzy na temat, co one stamtąd wyniosły. Fidel za to chętnie imponował wyznawcom voodoo na Kubie znajomością ich obrzędów. Oczywiście bracia Castro, wynieśli jakąś ogólną wiedzę z Biblii, a Fidel przy swej inteligencji potrafił rozmawiać na każdy niemal temat. Nigdy w jego wypowiedziach na tematy religijne nie znajdowałam spójności. Nie jestem więc pewna, jak duchowni mogli być pod ich „urokiem”. Być może ulegali mylnemu wrażeniu, gdy słyszeli, że cokolwiek wiedzą o religii. Oczywiście, wszystko to były zagrywki taktyczne. Budowanie jakiejś iluzji i „mylenia przeciwnika”. Fidel pewnie był zadowolony, że – jak mu się zdawało – wyprowadzał ich w pole. Jaki plon ostatecznie wydały papieskie wizyty? Obawiam się, że ograniczony.

 

KAI: Co myśli Pani o nowym otwarciu Barcka Obamy w relacjach z Kubą i próbach demokratyzacji wyspy?

– Jestem za, ale spodziewam się naprawdę niewiele. Jeżeli w ogóle czegokolwiek.

 

KAI: Czy dostrzega Pani jeszcze takich “liderów” jak Castro w dzisiejszym świecie? Czy jest dla nich miejsce?

– Oczywiście, dostrzegam podobny typ bycia liderem w świecie i ciągoty do niego. Zawsze jednak jest to próba powrotu do wcześniejszych, mniej cywilizowanych i kulturalnych form rządzenia.

 

KAI: Kto zostanie nowym liderem Kubańczyków?

– Wygląda na to, że syn Raula z wykształcenia wojskowy przejmie władzę w 2018 roku. Jest zwolennikiem twardej linii. Ciekawe, że żadne z dzieci Fidela nie myślało o zajmowania się polityką. Pewnie z powodu zbyt twardego i dominującego ojca.

 

KAI: Jest jakaś szansa na wejście Kuby do normalnego świata demokracji?

– Nie. Świat “normalnej demokracji” pójdzie swoją drogą.

 

KAI: Jak widzi Pani osobiście Fidela Castro jako człowieka?

– Był dla mnie bardzo miły, a ja – jak zawsze – uprzejma i kurtuazyjna. Byłam zafascynowana, ale nie przez jego idee, które nie zasługują na nadmierny szacunek, ale przez jego sposób wpływania na ludzi przy pomocy osobowości. To było prawie jak hipnoza.

Inni specjaliści od Kuby, jak Jaime Suchlicki z Uniwersytetu Florydy mówili mi, że Fidel był zmieszany moim zachowaniem, bo nie mógł mnie psychicznie uwieść. Kto wie? Pamiętam jednego dnia w Bauao w górach, kiedy usiadł naprzeciwko mnie przy długim stole, a następnie przystąpił do psychologicznego „obrabiania” mnie, nieustannie domagając się odpowiedzi, dlaczego nie zostałam jeszcze rewolucjonistką itd. Próbowałem odpowiedzieć racjonalnie, ale to prowadziło donikąd. W końcu, zmęczona tym, użyłam jego taktyki. Zaczęłam machać rękami, jak on i krzyczeć: „Mentira, mentira…” (Kłamstwo, kłamstwo). Towarzyszący nam byli zszokowani, i czekali co się teraz stanie. On sam zaczął się śmiać. Magnetyczny czar prysł. Szkoda, że Kubańczycy nie byli w stanie przełamać zaklęcia magnetyzmu swego „El Comandante”.

 

KAI: Puenta?

– Jakby nie oceniać, Fiedel Castro był wart czasu jaki mu poświęciłam. Coś o nim powiedziałam innym. Teraz to już tylko czas przeszły dokonany.


Rozmawiał Waldemar Piasecki / Nowy Jork

Katolicka Agencja Informacyjna

Ks. Godnarski: nie pozwólmy sobie na “święty spokój”

Nie jesteśmy w stanie zaspokoić wszystkich potrzeb świata. Chodzi o to, byśmy nie pozwolili sobie na „święty spokój”, lecz byli w ciągłej gotowości i pozostawali w duchu służby – mówi w rozmowie z KAI ks. Artur Godnarski. Duszpasterz, ewangelizator i misjonarz miłosierdzia opowiada o owocach, jakie przynieść może Kościołowi zakończony w niedzielę Nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia.

Polub nas na Facebooku!

Michał Plewka (KAI): Który spośród uczynków miłosierdzia udało się nam – Polakom – najlepiej wypełnić w Roku Świętym Miłosierdzia?

Ks. Artur Godnarski: Inspiracja jaka płynie od Ojca Świętego uruchomiła w ludziach wiele wewnętrznych sił, które widać na różnych polach: społecznym, czy duchowym. Szczegółowe badanie to niezłe zadanie dla Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego. Ja wolę powiedzieć o tym, co ten czas uruchomił we wspólnocie, w której mieszkam.

Jubileusz Miłosierdzia sprawił, że Bóg otworzył nasze serca, abyśmy bardziej zwrócili uwagę na ludzi ubogich. Widać to chociażby po finansach – dużo więcej pieniędzy przeznaczyliśmy w tym roku na pomoc tym osobom, bardziej otworzyliśmy nasz dom wspólnoty na osoby potrzebujące, bezdomne.

Sprowadziliśmy z Aleppo syryjską rodzinę, która znajdowała się w sytuacji ogromnej potrzeby. Udało nam się wynająć im mieszkanie, załatwić wszystkie dokumenty, wprowadzić ich jakoś w naszą kulturę, nasz rytm życia. Przyznaję, że to naprawdę nie było łatwe, bo są to ludzie zupełnie innego kontekstu geo-polityczno-gospodarczo-kulturowego. Pan Bóg wykonywał nad nami ciężką pracę, byśmy popełnili wysiłek zrozumienia tych ludzi. Dużo musieliśmy czytać, poznawać, rozmawiać, aby w końcu zrozumieć ich mentalność i ich zachowania.

Innym razem Pan Bóg przyprowadził do nas polską rodzinę bezdomną. Również im mogliśmy pomóc. Kilka tygodni temu przywieziono do nas z Niemiec bezdomną siedemdziesięcioparoletnią kobietę pochodzącą z Polski. Okazało się, że stała się dla nas pięknym darem uruchamiającym w młodych opiekuńczość, troskliwość, wyrozumiałość dla starszych i chorych oraz zaangażowanie w bezpośrednią pomoc. To wymagało od każdego z nas przełamania się i przekroczenia wewnętrznych barier niechęci. To sprawia z ludźmi miłość.

 

Czy taka pomoc przychodzi łatwo?

Na pewno wiąże się ona z dużą odpowiedzialnością, zarówno finansową, jak i socjalną. Gubin, gdzie prowadzimy nasz dom, to jest mała miejscowość, gdzie ludzie raczej się znają. Wprowadzenie kogoś nowego do tej społeczności i dbanie o ich bezpieczeństwo to spore wyzwanie. Jest ono dla nas możliwe z tego powodu, że jesteśmy wspólnotą a nie działamy w pojedynkę.

Trzeba tu powiedzieć o pewnej wolcie, jaka dokonała się w Kościele, a którą zauważył ostatnio bp Grzegorz Ryś podczas wykładu na Uniwersytecie Jagiellońskim. W pierwotnym Kościele wszystkie dobra były przeznaczane na pomoc ubogim. Później była to jedna czwarta z dochodów biskupa czy prezbitera. Obecnie natomiast przesunięto akcent, że dobra materialne mają służyć pasterzom. Wszystko stanęło jakby na głowie. Ta refleksja przywraca nas w czas i dynamikę pierwotnej miłości.

Ubodzy są nam dani po to, byśmy nie schamieli i nie stali się skrajnymi egoistami. Żebyśmy nie zgodzili się na konsumpcyjny styl życia. Musimy umieć sobie czegoś odmawiać.

 

Na tym polega miłosierdzie?

Nie możemy ograniczać miłosierdzia wyłącznie do budowania szpitali, przytułków, czy domów pomocy społecznej. Jest taka pokusa, by przekazać wszystkich ludzi potrzebujących sprawnie działającym instytucjom, abyśmy mieli „święty spokój”. Tymczasem miłosierdzie to pewnego rodzaju napięcie bycia w gotowości, bycie niespokojnym. Nawet zaryzykowałbym stwierdzenie, że w miłosierdziu chodzi o ten „niepokój” serca, który sprawia, że jesteśmy gotowi się zaangażować i być wytrwałymi.

Nie jesteśmy w stanie zaspokoić wszystkich potrzeb świata. Chodzi o to, byśmy nie pozwolili sobie na „święty spokój”, lecz byli w ciągłej gotowości i pozostawali w duchu służby. Byśmy mieli serce wrażliwe, ożywiane tym ‘caritas’. Nigdy nie mamy tak mało, byśmy nie mogli się podzielić tym co mamy. Marcin Luter mówił, że ostatnią rzeczą, która się nawraca jest portfel. Jeśli uwierzyć, że tak jest, to nawrócenie portfela może być miernikiem nawrócenia serca. „Daj tyle, żeby cię zabolało” – mówiła Matka Teresa.

 

Miłosierdzie Boga objawia się w sposób szczególny w konfesjonale. Czy ogłoszenie przez papieża Roku Świętego wywarło wpływ na przeżywanie przez wiernych sakramentu spowiedzi?

Jubileusz Miłosierdzia rzeczywiście zachęcił wiele osób do skorzystania z sakramentu pokuty i pojednania. Wystarczyło powiedzieć, że jest wśród nas misjonarz miłosierdzia i znajdowało się mnóstwo osób, które prosiło o Boże miłosierdzie – naprawdę w różnych i trudnych życiowych sytuacjach.

Wielu ludzi w sakramencie pokuty podjęło karkołomną decyzję odsłonięcia tych sfer swojego życia, które dotąd pozostawały zakryte. Mogę zaświadczyć, że ten rok, dla mnie jako misjonarza miłosierdzia, to czas towarzyszenia wielu siostrom i braciom w drodze powrotu do Boga. Mogłem na własne oczy zobaczyć, co to znaczy chrzest we własnych łzach, co to znaczy zmartwychwstać za życia.

Także wielu moich braci, księży, jeszcze bardziej zdało sobie w tym czasie sprawę z tego, że ten sakrament nie może być sprawowany w pośpiechu, ani pod presją długiej kolejki. Teraz jest ważny ten człowiek, którego Bóg stawia w konfesjonale i na mojej drodze. On jest najważniejszy, bo nad nim pochyla się Bóg!

 

Na mocy specjalnego przywileju każdy ksiądz mógł rozgrzeszać z grzechu aborcji. Czy spotkał się ksiądz z częstszymi spowiedziami tego grzechu?

Mogę powiedzieć tylko tak: spowiednicy naprawdę mieli co robić. Nie mają pojęcia o tym co dzieje się w sercu kobiety i mężczyzn, mających doświadczenie aborcji, ci którzy są za nią. Dziwi mnie, że w debacie publicznej nie zabierają głosu psychologowie, pedagodzy i psychoterapeuci, którzy mogliby pokazać ludzkie zdruzgotanie wynikające z faktu aborcji, bo my ze względu na tajemnicę sakramentu nie za bardzo możemy o tym mówić.

 

A jak oceni ksiądz posługę misjonarzy miłosierdzia?

Ojciec Święty nadając tysiącu stu czterdziestu misjonarzom miłosierdzia nieograniczone pole działania w rozgrzeszaniu z grzechów zarezerwowanych dotąd tylko Stolicy Apostolskiej, wykazał się ogromną intuicją. Pominął wszystkie formalności wymagane przez Penitencjarię Apostolską. Papież wysłał nas, aby ludzie mogli namacalnie doświadczyć jak miłosierny jest Bóg.

W Polsce mamy ponad czterdziestu misjonarzy – to kapitalni księża. Mieliśmy wspólne spotkanie na Jasnej Górze, gdzie każdy z nas składał wyjątkowe świadectwa działania łaski Bożej i potrzeby tej posługi wśród ludu Bożego. Proszę sobie wyobrazić, że byli ludzie, którzy pokonywali tysiące kilometrów, żeby spotkać misjonarza miłosierdzia. Do nas z Anglii specjalnie przyleciały dwie osoby, żeby się wyspowiadać. To pokazuje, jakie jest w człowieku pragnienie miłosierdzia, żeby coś takiego zrobić.

Jako wspólnota mamy doświadczenie misji ewangelizacyjnych przeprowadzonych w jednej z niewielkich parafii złożonej z kilku skłóconych ze sobą wiosek. Tak byli skłóceni, że niewiele brakowało, a misje wcale by się nie odbyły. Przeżyliśmy jednak cudowne doświadczenie pojednania. Dwudziestu księży przez dwie godziny celebrowało sakrament pokuty i pojednania. Znakiem tego pojednania był zorganizowany na koniec festyn parafialny, gdzie każda wioska mogła się zaprezentować. Pierwszy raz od wielu lat w klimacie wiary i życzliwości mogli się ze sobą spotkać, modlić, rozmawiać i świętować.

 

Jak wykorzystaliśmy Jubileusz Miłosierdzia?

Trudni mi mówić za cały Kościół. Jest wielu duszpasterzy, którzy świetnie wykorzystali ten czas, organizując pielgrzymki do Bram Miłosierdzia. Wiem, ze dla wielu była to okazja nie tylko do modlitwy, ale i ewangelizacji.

Obawiałem się czy rocznica 1050. rocznica Chrztu Polski nie przyćmi tego ogromnie ważnego wydarzenia, jakim był Jubileusz Miłosierdzia. Próbowano to ze sobą jakoś złączyć i w tej warstwie ideologicznej nawet się to udało. Jednak w praktyce trudno było dotrzeć do istoty tego nadzwyczajnego Roku Świętego.

Sercem Jubileuszu było przypomnienie, że chrześcijanie mają być miłosierni. Jeśli chcemy, żeby byli miłosierni, to musimy zadbać, aby sami najpierw doświadczyli miłosierdzia. Ten, kto nie doświadczył miłosierdzia nie będzie umiał być miłosierny.

W tej kwestii ze sporą częścią polskiego duchowieństwa mamy duży kłopot. Coś z nami, księżmi dzieje się takiego, że za bardzo lubimy mieć dzisiaj „święty spokój”. Jakoś brakuje naszej aktywności, albo idzie ona nie w tym kierunku co trzeba. Oczywiście nie mam na myśli wszystkich księży, ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że nawet co dziesiąty ksiądz nie był na Światowych Dniach Młodzieży, to widzimy coś, na co nie ma usprawiedliwienia. Trzeba sobie postawić pytanie: co się z nami dzieje? Może my sami nie wierzymy, że przejście przez Bramę Miłosierdzia było doświadczeniem drogi ku wolności człowieka. W tym napięciu łaski utraciliśmy pewną gorliwość, a jednak pasterz i jego rola w stadzie naprawdę jest znacząca.

 

Co pozostanie po tym Jubileuszu?W misjonarzach miłosierdzia, poza dekretem od samego Ojca Świętego, pozostanie przeświadczenie, że sam Bóg posługiwał się nami – glinianymi naczyniami – w prowadzeniu naszych braci i sióstr ku wolności. Na pewno pozostanie w nas wzmożone poczucie miłości do ludu. Mówię to bez patosu. Bóg naprawdę uczył nas, co znaczy być ojcem. Nauczyliśmy się przemeblowywać swój styl życia, po to by być dostępnymi dla innych.

 

A w mentalności wszystkich wiernych?

Chciałbym żeby Jubileusz Miłosierdzia wywołał w naszych sercach trzęsienie ziemi, żebyśmy umieli żyć Ewangelią. Jej istotnym elementem jest właśnie opieka i pomoc nad drugim ubogim.

Chciałbym też, żeby pozostała w nas większa odwaga do korzystania z sakramentu pokuty i pojednania, żebyśmy ten sakrament celebrowali z wiarą w to, że ma on moc uzdrowienia, że jest on szczególnym darem spotkania z Osobą kochającego, pełnego miłosierdzia Boga.


rozmawiał Michał Plewka / Gubin