video-jav.net
ROZMOWY

Ostatnie słowo ks. Jana Kaczkowskiego

Jego ostatnim słowem było "miłosierdzie" – mówi o zmarłym w poniedziałek ks. Janie Kaczkowskim, swoim przyjacielu, ks. Piotr Przyborek, który towarzyszył mu w chwili śmierci.

Polub nas na Facebooku!

Ks. Jan nauczył nas jak towarzyszyć bliskim w chwili śmierci. Pokazał jak zachować się do końca. Aż do… “wylogowania”. Jasiek tak by powiedział. On “wylogował się” w poniedziałek – mówi KAI ks. Przyborek. 

 

Z ks. Piotrem Przyborkiem rozmawia Jolanta Roman-Stefanowska (KAI)

 

Jolanta Roman-Stefanowska (KAI): Byliście z księdzem Janem przyjaciółmi.

Ks. Piotr Przyborek: Od dwudziestu lat. To przyjaźń jeszcze z czasów seminarium. Jasiu był ode mnie rok młodszy.

 

Towarzyszył ksiądz swojemu przyjacielowi w czasie choroby i umierania.

Jeszcze w Wielki Poniedziałek odprawiliśmy razem Mszę świętą u Jana w domu. Był już bardzo słaby, ale wiedział doskonale co go czeka i że koniec jest nieuchronny. Rak mózgu to straszna choroba. Odcina stopniowo człowieka od życia. Najpierw narządy ruchu potem świadomość. Jasiek od tygodnia po prostu gasł. Udzieliłem mu sakramentów świętych. W Wielki Czwartek zaczął odchodzić.

 

Jakie było Jego ostatnie słowo?

Miłosierdzie. To było ostatnie słowo. To było właśnie w Wielki Czwartek. W Wielki Piątek już przestał mówić. Umierał w spokoju, w otoczeniu rodziny. Najbliżsi bardzo się nim opiekowali. Byli z nim do końca. To bardzo kochająca rodzina. W tym ostatnich dniach byli przy nim wszyscy. Jan tak chciał. Byli rodzice, rodzeństwo, bratowa, szwagier, siostrzeńcy, bratanek. Trwali przy Jaśku i trzymali za rękę. To ważne dla nas wszystkich, by być z bliskimi w najważniejszych momentach życia. Śmierć jest taką chwilą. Człowiek nie może odchodzić w samotności.

 

Ale zgodzi się ksiądz, że wielu z nas ogarnia strach. Jak się zachować, jak pomóc, co jeszcze zrobić gdy jesteśmy z bliską osobą która umiera? Osoba duchowna zapewne ma do tego inne podejście…

Jan całym swoim życiem w ostatnich latach uczył nas, jak zachować się wobec śmierci. Właściwie to on nas do tego przygotował. Oczy miał otwarte, nie miał siły ich zamknąć. Zamykałem mu je na chwile, by odpoczął. Nie wiem co czuł, ale z pewnością nie czuł bólu. Leki robiły swoje. Tak właśnie uczył lekarzy, gdy już nic nie pomoże – trzeba zrobić wszystko, by nie bolało. Te ostatnie dni to właściwie była modlitwa o śmierć.

 

Śmierć nadeszła w drugi dzień świąt Wielkiej Nocy. I nagle cała społeczność fejsbukowa, która od rana komentowała świąteczną sielankę – zamarła. W ciągu kilku minut tysiące internautów na portalach zamieszczało tylko jedną wiadomość: Ksiądz Jan nie żyje. Nie było ważniejszej informacji.

Jan był po prostu człowiekiem. Podchodził do ludzi po ludzku i z miłością. Tak normalnie. Dlatego ludzie go kochali. I on kochał ludzi.

 

Zostawił po sobie dzieło życia – Hospicjum pw. Ojca Pio w Pucku. Ale zostawił coś więcej – wielką lekcję jak postępować z ludźmi nieuleczalnie chorymi i umierającymi.

To Jego wielkie dzieło. Hospicjum to był Jego dom. A człowiek umierający to nadal przede wszystkim człowiek. To ks. Jan wymyślił Areopagi Etyczne, podczas których studenci kierunków medycznych uczyli się jak postępować i jak rozmawiać z ludźmi umierającymi. Przyjeżdżają więc do Pucka młodzi lekarze i tu spotykają się na przykład z aktorami, którzy grają ludzi śmiertelnie chorych. Okazuje się, że to wielka sztuka rozmawiać z człowiekiem odchodzącym. Jak przekazać informacje o tym, że umrze. Jak to powiedzieć rodzinie? Tu odbywały się swoiste treningi.

Wiele razy już miałem okazję porównywać lekarzy, owszem świetnie wykształconych, ale jednak nie potrafiących rozmawiać ze śmiertelnie chorymi z tymi, których Jan nauczył i wyszkolił. Tak, rozmowa z umierającym to wielka sztuka. Ci, którzy przeszli u Jana przeszkolenie, stawali się innymi ludźmi. Mówię to z pełną odpowiedzialnością. Jan nas tego nauczył. Że trzeba człowieka umierającego do końca traktować jak podmiot, a nie przedmiot i jednostkę chorobową. A gdy nie pomaga już medycyna, potrzebna jest opieka paliatywna i duchowa.

 

Można powiedzieć, ze ks. Jan swoim odchodzeniem dał lekcję również tym, którzy towarzyszą bliskim w chwili śmierci.

Tak. Nauczył nas tego. Pokazał jak zachować się do końca. Aż do …”wylogowania”. Jasiek tak by powiedział. On “wylogował się” w poniedziałek.


Rozmawiała Jolanta Roman-Stefanowska / Gdańsk

 

franciszek_Milosierdzie_500pcxPolecamy książkę "Miłosierdzie to imię Boga" - wywiad z papieżem Franciszkiem!

Papież Franciszek w prostych i bezpośrednich słowach zwraca się do każdego człowieka, budując z nim osobisty, braterski dialog. Na każdej stronie książki wyczuwalne jest jego pragnienie dotarcia do osób, które szukają sensu życia, uleczenia ran. Do niespokojnych i cierpiących, do tych, którzy proszą o przyjęcie, do biednych i wykluczonych, do więźniów i prostytutek, lecz również do zdezorientowanych i dalekich od wiary.

W rozmowie z watykanistą Andreą Torniellim Franciszek wyjaśnia – poprzez wspomnienia młodości i poruszające historie ze swojego doświadczenia duszpasterskiego – powody ogłoszenia Nadzwyczajnego Roku Świętego Miłosierdzia, którego tak pragnął.

Kup teraz!

 

ŚDM: Wolontariusze są na pierwszej linii frontu

„Wolontariusz jest na pierwszej linii frontu Światowych Dni Młodzieży. To znaczy, że jest pierwszą osobą, z jaką zetknie się pielgrzym, jest najbardziej widoczny i jako osoba może dać najbardziej czytelne świadectwo” – powiedziała w rozmowie z KAI Katarzyna Kucik, koordynatorka wolontariatu Światowych Dni Młodzieży w Krakowie.

Polub nas na Facebooku!

Łukasz Kaczyński (KAI): Często mówi się, że wolontariusze są wizytówką Światowych Dni Młodzieży.

Katarzyna Kucik: Wolontariusz jest nie tylko wizytówką, ale też, zakładając, że papież Franciszek jest głową Światowych Dni Młodzieży, wolontariusze są jego rękami. Wolontariusz jest na pierwszej linii frontu: jest pierwszą osobą, z jaką zetknie się pielgrzym, jest najbardziej widoczny i jako osoba może dać najbardziej czytelne świadectwo.

Co w jest głównym celem Departamentu Wolontariatu Komitetu Organizacyjnego ŚDM?

– Zrekrutowanie, przeszkolenie i przygotowanie do pracy wolontariuszy, którzy będą działać podczas ŚDM. Na co dzień dbamy o to, żeby wolontariusze, którzy już teraz zajmują się przygotowaniem tego wydarzenia, zarówno z Polski, jak i ze świata, mieli jak najlepsze warunki pracy. Etapem końcowym, kiedy będziemy mogli powiedzieć: „Sprawdzam!”, będzie lipiec i te dwa tygodnie ciągłej służby wolontariuszy na rzecz Kościoła i młodzieży z całego świata.

Czym powinna się wyróżniać osoba, która chce zostać wolontariuszem ŚDM?

– Patrząc od strony formalnej, to osoba, która najpóźniej do końca czerwca tego roku ukończy 18. rok życia, ma podstawową, komunikatywną znajomość języka obcego, najlepiej angielskiego i wypełni formularz zgłoszeniowy. Natomiast z punku widzenia idei ŚDM, dla nas jako organizatorów najważniejsze jest, by taka osoba chciała służyć Panu Bogu i drugiemu człowiekowi – jest to dla nas kluczowe.

Czy trudno kieruje się taką międzynarodową grupą?

– Niewątpliwie ta praca jest wymagająca. Jednakże pewne wypracowane metody zarządzania są wspólne. Środowisko międzynarodowe daje nam szansę nauki wyrozumiałości dla drugiego człowieka, który często pewne zadania wykonuje po prostu inaczej, co nie zmienia faktu, że może dojść do tego samego efektu.

A jakie środowisko tworzy Departament Wolontariatu?

– To grupa międzynarodowa. Są z nami Martin z Nowej Zelandii oraz Ezequiel z Argentyny oraz kilku wolontariuszy z różnych krajów, którzy już wcześniej mieszkali w Polsce. Dzięki temu, że mamy osoby z innych kontynentów, możemy lepiej przygotować materiały formacyjne dla osób innych narodowości.

Jakie jest Pani najlepsze wspomnienie pracy z wolontariuszami?

– To, co chciałabym najbardziej podkreślić to fakt, że są to osoby, które są bardzo zaangażowane i bardzo chcą. Mają bardzo dobrą wolę. I każdy, kto rzuca wszystko i przyjeżdża do Polski, żeby tworzyć jakieś dzieło, jest osobą silnie zmotywowaną i zdeterminowaną, co widać po tym, ile pracuje i ile jest w stanie poświęcić. Widać to także po błysku w oku, który ma każdy z wolontariuszy angażujących się w przygotowania. Ci, którzy tu przyjeżdżają, sami tutaj przyszli, włożyli wysiłek w to, by skierować do nas swoje kroki. Świadczy to o tym, że byli głęboko przekonani, że to będzie dobre miejsce. I dlatego moje najlepsze wspomnienie z pracy z wolontariuszami to ich niezwykła radość i motywacja, którą nie tak często widać u młodych dzisiaj.

Ilu potrzeba wolontariuszy? Ilu już jest?

– Potrzeba ich około 25 tys. Tych działających w parafiach w całej archidiecezji krakowskiej, tych, którzy przyjeżdżają z Polski i tych młodych, którzy zjadą się ze świata. Wydaje się, że jest to bardzo duża liczba, ale w perspektywie ponad 2 milionów pielgrzymów tak wcale nie jest. Obecnie zaangażowanych w pracę jest kilka tysięcy młodych ludzi w parafiach, kilkaset osób realizujących poszczególne projekty przy Komitecie Organizacyjnym oraz osoby ze świata pracujące w formie wolontariatu długoterminowego lub działające zdalnie, w oczekiwaniu na przyjazd do Krakowa.

Jakie zadania czekają na wolontariuszy w czasie samych ŚDM?

– Będą pracować 15 dni. Pierwszy tydzień będzie tygodniem szkoleń – wszyscy wolontariusze poznają czym są Światowe Dni Młodzieży w Krakowie, jak dokładnie wyglądają punkty programu. Wszystkie informacje zastaną im przekazane po to, by jak najlepiej służyli pielgrzymom. Przekażemy im też informacje dotyczące komunikacji, transportu, bezpieczeństwa czy pierwszej pomocy. To będzie podstawa. Wolontariusz jest wszędzie tam, gdzie pielgrzym i służy informacją oraz radą, pomaga dostać się na miejsce zakwaterowania, pomaga rozdawać pakiety pielgrzyma, stanowi duże wsparcie służby porządkowej oraz działów liturgii i katechez. Wolontariusz powinien być tak dostępny, żeby każdy pielgrzym, jeśli tylko powstanie w jego głowie jakieś pytanie, mógł się w pierwszej kolejności do niego zwrócić o pomoc.

Czy pracując stale z wolontariuszami, ma Pani jakieś przemyślenia o stanie wolontariatu w Polsce?

– Naszym marzeniem jako Departamentu Wolontariatu jest odczarowanie pojęcia wolontariatu w Polsce. Marzy nam się, aby tak jak w kulturze anglosaskiej czy w Stanach Zjednoczonych, wolontariat był miejscem, gdzie zdobywamy konkretne umiejętności i które przyszłemu pracodawcy dużo mówią o człowieku. Bardzo nam zależy, aby po zakończeniu Światowych Dni Młodzieży, wpisanie do CV informacji o tym, że było się wolontariuszem tego wydarzenia, coś znaczyło. Że ta osoba nabyła pewne umiejętności, robiła coś ciekawego, ale równocześnie, że ma pewne doświadczenie, które jest unikalne – regularnej pracy, dzięki której można zebrać duże owoce w przyszłości. Chcemy by wolontariat nabrał poważnego znaczenia, a ludzie angażujący wolontariuszy zdawali sobie sprawę, że poświęcany przez nich czas jest najcenniejszym co można ofiarować.

Trwa Nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia. Czy wolontariat uczy miłosierdzia?

– Pracując w wolontariacie już dłuższy czas mogę przyznać, że niejednokrotnie byłam zaskakiwana, jak można się ofiarować bliźniemu. Jak można bardzo głęboko zaufać, że praca, nieraz ciężka i często z pozoru niezauważalna, może przynosić bardzo duże owoce – nie materialne, ale w postaci wartościowych relacji, dużego doświadczenia czy wewnętrznego spokoju i poczucia sensowności tego, co się robi.

O ile miłosierdzie Boże jest nieogarnione, to miłosierdzie ludzkie jest czymś, co nabiera kształtu i charakteru wraz z doświadczeniem i rozwojem. Wolontariat jako służba na rzecz drugiego człowieka stanowi zatem doskonałą przestrzeń do tej nauki. To jest dobry kierunek na drodze kształtowania w sobie miłości miłosiernej. Wolontariat to szkoła miłosierdzia.

Zgłoszenia na wolontariat ŚDM można nadsyłać do końca marca. Jak jeszcze zachęcić młodych do podjęcia tej służby?

– Myślę, że do wolontariatu ŚDM nie trzeba zachęcać. Ale bardzo chciałabym zaprosić: do bycia blisko czegoś, co ma bezprecedensowy charakter. Chciałabym zaprosić młodych z archidiecezji krakowskiej, jak i całej Polski do uczestnictwa w tworzeniu historii. W końcu, chciałabym, żeby zrobili coś dla siebie – bo tak naprawdę wolontariat, czyli pomoc i służba innym, jest ogromną radością dla nas samych.
rozmawiał Łukasz Kaczyński / Kraków