video-jav.net
ROZMOWY

Oddawania krwi nie trzeba się bać! (ROZMOWA)

- Od honorowego oddawania krwi można się uzależnić – przekonuje ks. płk Zenon Surma, Krajowy Duszpasterz Honorowych Dawców Krwi. Na temat krwiodawstwa istnieje kilka mitów, które odstraszają potencjalnych krwiodawców. Trzeba je rozwiać - dodaje

Polub nas na Facebooku!

Do pokonania lęków przed oddawaniem krwi, która może uratować ludzkie życie, w rozmowie z KAI zachęca ks. płk Zenon Surma, Krajowy Duszpasterz Honorowych Dawców Krwi

 

Krzysztof Stępkowski (KAI): Co Ksiądz pamięta ze swojego pierwszego oddawania krwi?

Ks. płk Zenon Surma: Pierwszy raz oddałem krew w 1978 roku. Byłem po szkole średniej, pracowałem w zakładach elektronicznych „Elwro” we Wrocławiu. W radio usłyszeliśmy o wypadku w stoczni gdyńskiej. Podczas spawania nazbierało się sporo gazów i nastąpił wybuch. Kilku stoczniowców zostało rannych. Usłyszałem komunikat radiowy, w którym apelowano do wszystkich ludzi dobrej woli o oddawanie krwi na rzecz poszkodowanych. Zaproponowałem kolegom, żeby włączyć się w tę akcję. Pojechaliśmy do wrocławskiego Centrum Krwiodawstwa i tam oddaliśmy krew. Przyznam, że i kolegom, i mi towarzyszyło wiele emocji. Wszystko jednak odbyło się bardzo spokojnie i płynnie. Pobrano krew z żyły, przeprowadzono badanie. Podczas rozmowy doktor zaczęła zachęcać mnie do częstego oddawania krwi. Mówiła, że jestem bardzo zdrowy i mam rzadko spotykaną grupę krwi, która jest przez to tym cenniejsza. Myślę, że dobry kontakt z lekarzem, spokojne podejście personelu medycznego i to, że donacja krwi odbyła się bez przeszkód było niezwykle ważne. Myślę, że to także ustawiło na dalsze lata mój stosunek do honorowego krwiodawstwa.

 

Autobus_do_pobierania_krwi

fot. Nikodem Zieliński / WikimediaCommons

 

KAI: Co czuje oddający krew?

– Jest kilka niepotrzebnych mitów na ten temat, które pewnie odstraszają potencjalnych krwiodawców. Najpowszechniejszym jest strach przed zakażeniem lub zarażeniem. To zupełnie bez sensu. Ktoś kto oddawał już krew wie, że wszystkie używane podczas donacji akcesoria medyczne są jednorazowe. Nie ma szans, żeby zarazić się igłą lub woreczkiem, bo są one sterylne. Procedura zaczyna się od badania i pobrania próbki z palca. Jeśli wyniki są pozytywne to pobrane zostanie od nas 450 ml. krwi. Jeżeli krew oddajemy po raz pierwszy to dodatkowo pobrane zostanie 80 ml. na dodatkowe badania. Ważne jest, żeby zjeść w dniu donacji lekkie śniadanie wtedy unikniemy kolejnego mitu, czyli zawrotów głowy i osłabienia. To odwrotnie niż podczas badań, kiedy musimy być na czczo i oddajemy krew bez śniadania, żeby nie zakłócić wyników. W przypadku oddawania krwi warto coś zjeść właśnie po to, żeby uniknąć ewentualnych nieprzyjemności. Koniecznie jeszcze trzeba wspomnieć, że przy oddawaniu krwi potrzebny jest dowód osobisty. Bez niego nie będziemy mogli zarejestrować się, a jest to konieczne.

Po oddaniu krwi dawca odczuwa wielką radość, z możliwości udzielenia komuś pomocy. Patrząc z perspektywy wiary to przecież także szansa na ratunek dla życia wiecznego. Jeśli ktoś nie zdążył czegoś w swoim życiu zmienić, a oddana krew ratuje mu życie, to pomaga się dając czas na poprawę. Krwiodawstwo to realizowanie w praktyce słów Jezusa: Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich (J 15,13). Myślę, że oddanie krwi po raz pierwszy jeszcze tę radość powiększa. Warto też pamiętać, że nasza krew naprawdę jest potrzebna, bo do tej pory nie udało się wyprodukować jej sztucznego odpowiednika. Krwią może podzielić się tylko człowiek z drugim człowiekiem.

 

krew

fot. Christine Cabalo / WikimediaCommons

 

KAI: Od czasu, gdy po raz pierwszy oddał Ksiądz krew, minęło 38 lat…

– Przez ten czas udało mi się oddać już ponad 50 litrów krwi. Wcześniej kiedy pracowałem we Wrocławiu, potem w Wyższej Szkole Oficerskiej Inżynierii Wojskowej oddawałem krew systematycznie. Poza tym, że regularnie oddaję krew, to także, dzięki życzliwości i pomocy Biskupa Polowego Józefa Guzdka, organizuję w styczniu coroczne spotkania honorowych dawców krwi w katedrze polowej. Jest Msza św., opłatek i możliwość oddania krwi w autobusie Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa. W ostatnią sobotę maja organizujemy pielgrzymki na Jasną Górę, a w drugą sobotę września spotykamy się w Licheniu. Na obie pielgrzymki przyjeżdżają krwiodawcy z całej Polski. Ponadto jako duszpasterz Honorowych Dawców Krwi często uczestniczę w prelekcjach i wykładach. Zawsze pada wtedy pytanie o ilość oddanej krwi. Ponad 50 litrów na wielu robi wrażenie. W honorowym krwiodawstwie znaczenie ma nie tylko oddanie krwi, ale także nastawienie, otwartość na Boga i na drugiego człowieka. Chęć niesienia mu pomocy. Zawsze odczuwałem w swoim życiu to, że dobro, które komuś się wyświadcza wraca. Warto się więc dzielić krwią.

 

krwiodawstwo

fot. Vegasjon / WikimediaCommons

 

KAI: Powiedział Ksiądz, że nie można zarazić się podczas oddawania krwi, ale czy można zarazić się honorowym krwiodawstwem?

– Jako oficer Wojska Polskiego jestem zobowiązany do corocznych badań okresowych. Często podczas pobierania krwi pielęgniarka widząc wkłucia i nie wiedząc, że jestem honorowym krwiodawcą pyta mnie: Czy jest Ksiądz uzależniony? Odpowiadam wtedy: Tak. Wzbudza to zaniepokojenie: Co się stało? Od czego się Ksiądz uzależnił? Zwykle odpowiadam, że od „radości z oddawania krwi”. Staram się i przekonuję wszystkich, że to naprawdę wyjątkowy sposób na pomoc bliźniemu, który warto praktykować i propagować.

***

Ks. płk Zenon Surma CMF, od 1993 roku kapelan Ordynariatu Polowego, dziekan Inspektoratu Wsparcia Sił Zbrojnych i proboszcz parafii wojskowej w Bydgoszczy, delegat biskupa polowego ds. instytutów życia konsekrowanego i stowarzyszeń życia apostolskiego. Od 1997 roku Krajowy Duszpasterz Honorowych Dawców Krwi.


Krzysztof Stępkowski / Warszawa

Katolicka Agencja Informacyjna

ROZMOWY

“Religijność Fidela Castro to tylko pozory” (ROZMOWA)

Religijność Fidela Castro i jego rodziny to tylko pozory - uważa Georgie Anne Geyer. W rozmowie z KAI legendarna dziennikarka amerykańska, uchodząca za najlepszą znawczynię kubańskiego dyktatora pyta, jak duchowni mogli być pod „urokiem” braci Castro

Polub nas na Facebooku!

Z Georgie Anne Geyer rozmawia Waldemar Piasecki (KAI)

 

Waldemar Piasecki (KAI): Pani książka o Fiedlu Castro “Guerilla prince” uznawana jest za najlepszą, jaką w ogóle o nim napisano, zaś pani sama, jako najlepszy analityk jego fenomenu. Zgadza się pani?

Georgie Anne Geyer: Oczywiście, zgadzam się. Ci co tak mówią maja rację [z uśmiechem].

 

KAI: Opinia o Castro oscyluje od wizerunku despotycznego dyktatora do romantycznego rewolucjonisty. Gdzie lokuje się Pani opinia?

– Gdzieś pośrodku. Jestem analitykiem, a nie ideologiem. Zawsze dążyłam do racjonalnych analiz charyzmatycznych liderów i tego, jak oczarowywali ludzi, ludzi których trzymali w niewoli. Patrzyłam na Fidela 26 lipca 1966 roku, jak przez dziewięć godzin przemawiał. Przybierał pozy, machał ramionami, zupełnie jak Benito Mussolini, którego styl dokładnie studiował. Między nim, a tłumami przepływały w obie strony fale energii. To było wręcz fizycznie namacalne. Czułam to. Czytając wielkiego filozofa Maxa Webera, analityka władzy charyzmatycznej zrozumiałam, że Castro posiadał to co mieli wszyscy inni władcy-charyzmatycy od Adolfa Hitlera do Juana Perona. Demagogiczną siłę, ale także zdolność trafiania w ludzkie oczekiwania, dzięki czemu zdobywali tłumy i otrzymywali ich wsparcie. Fenomen komunikacji i sterowania masami.

 

KAI: Dlaczego zdecydowała się pani na badanie fenomenu Castro?

– Dlaczego? Zajmowałam się tematyka latynoamerykańską od początków mojej kariery dziennikarskiej i kochałam to. Ten typ wodzostwa przewijał się przez całą historię Ameryki Łacińskiej. Było to coś czym żyłam każdego dnia. Castro był jednak kwintesencją tego stylu. Praca nad książką zajęła mi sześć lat, przy równoczesnej pracy komentatorki i pisaniu trzech kolumn tygodniowo. W sumie złożyło się na to około 500 wywiadów.

 

KAI: Każdy przypadek biografii dyktatora powinien sięgać do analizy jego dzieciństwa i młodości. Co znajdujemy u Castro?

– Castro był jedną i tą samą osobą od dzieciństwa do śmierci. Był buntowniczym dzieckiem. Spalił samochód ojca, z upodobaniem czepiał się przejeżdżających koło ich domu pociągów. Był szalenie ambitny. Jego mentor ze szkoły jezuickiej, do której chodził, opowiadał mi taką historię. Widzi Fidela żarliwie się modlącego. Podchodzi i pyta się, o co się modli. O to, abym zawsze… chciał wygrywać – słyszy odpowiedź. Taki pozostał. Wiedziałem, że nigdy nie zaakceptuje odprężenia w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi, bo żył walką z Ameryką. Umarł w tej niewzruszonej nienawiści.

 

KAI: Co w zasadzie przesądziło o sukcesie kubańskiej rewolucji i sięgnięciu Castro po władzę?

– Zupełny rozkład społeczeństwa kubańskiego. Okrutne lata panowania Fulgencio Batisty. Fakt, że USA tak naprawdę zaniechały walki o demokrację kubańską a nawet o zwykłą przyzwoitość. Zostało to pozostawione dla Fidela, który przyszedł w przebraniu zbawiciela.

 

KAI: Czy Castro był komunistą czy tylko używał komunizmu jako sztafażu do osiągania swoich celów i budowania pozycji despotycznego ‘caudillo’?

– On nigdy i nigdy nie był żadnym komunistą. Miał to gdzieś. Był niezdolny do podążania za żadną ideologią poza własną. Był fidelistą. Po prostu fidelistą. Chodziło mu o pozostawanie przy władzy nad narodem i czerpanie z tego satysfakcji. Komunistą był natomiast jego brat Raul, późniejszy świetny organizator armii. Fiedel wykorzystywał komunizm jako sposób bycia wobec Stanów Zjednoczonych, za co był zresztą opłacany przez Moskwę i nie tylko oraz do poruszania się po światowej scenie jako postać heroiczna, absorbująca uwagę.

 

KAI: Jak mógł przetrwać w tej roli pół wieku?

– Ponieważ był całkowicie bezwzględny, a bezwzględność ukrywał pod postaciami rewolucyjnej transformacji i antyamerykańskości. Dla antyamerykańskiego świata stał się postacią, której ten świat mógł dedykować swoje myśli i uczucia.

 

KAI: Jakie czynniki okazały się decydujące dla pewnych zmian na Kubie? Redukcja sowieckiej pomocy gospodarczej? Działalność opozycji kubańskiej w USA? Rola zaangażowania Kościoła zainicjowanego przez Jana Pawła II?

– Zmiany na Kubie są niewielkie i wątpię, aby się coś zmieniło w najbliższych latach. Upadek sowieckiego imperium i komunizmu w 1991 roku omal Kuby nie zabił, ale jakoś przetrwała. Opozycja kubańska z Florydy nigdy nie miała realnej siły, aby stanąć przeciwko Castro. Owszem, można mówić o wpływie Watykanu. Kuba pozostaje jednak w rękach rodziny Castro. Trzymają ją mocno.

 

KAI: Niektórzy ważni przedstawiciele Watykanu, na przykład były jego rzecznik Joaquin Vavarro-Valls, opisywał rodzinę Castro jako religijną, zaś samego Fidela nie klasyfikował, jako wroga religii. Wspominał prywatne spotkanie papieża Jana Pawła II i kubańskiego dyktatora w 1998 roku, podczas którego Castro dyskutował o roli Kościoła i jego historii, a nawet o koncepcjach istnienia życia we Wszechświecie. Rzecznik papieski był pod wrażeniem. Również spotkania Castro z papieżami Benedyktem XVI (2012) i Franciszkiem (2015) przebiegały w dobrej, sympatycznej atmosferze. Co stało za tym w tle? Tylko taktyka?

– Religijność Fidela Castro i jego rodziny to tylko pozory. Jego ojciec był bluźnierczy i znany z nadużywania haitańskich robotników do niewolniczej pracy. Jego matka była służącą. W rodzinie wiele dzieci rodziło się z nieprawego łoża. Wysłano je do szkół jezuickich, ale nie ma już wiedzy na temat, co one stamtąd wyniosły. Fidel za to chętnie imponował wyznawcom voodoo na Kubie znajomością ich obrzędów. Oczywiście bracia Castro, wynieśli jakąś ogólną wiedzę z Biblii, a Fidel przy swej inteligencji potrafił rozmawiać na każdy niemal temat. Nigdy w jego wypowiedziach na tematy religijne nie znajdowałam spójności. Nie jestem więc pewna, jak duchowni mogli być pod ich „urokiem”. Być może ulegali mylnemu wrażeniu, gdy słyszeli, że cokolwiek wiedzą o religii. Oczywiście, wszystko to były zagrywki taktyczne. Budowanie jakiejś iluzji i „mylenia przeciwnika”. Fidel pewnie był zadowolony, że – jak mu się zdawało – wyprowadzał ich w pole. Jaki plon ostatecznie wydały papieskie wizyty? Obawiam się, że ograniczony.

 

KAI: Co myśli Pani o nowym otwarciu Barcka Obamy w relacjach z Kubą i próbach demokratyzacji wyspy?

– Jestem za, ale spodziewam się naprawdę niewiele. Jeżeli w ogóle czegokolwiek.

 

KAI: Czy dostrzega Pani jeszcze takich “liderów” jak Castro w dzisiejszym świecie? Czy jest dla nich miejsce?

– Oczywiście, dostrzegam podobny typ bycia liderem w świecie i ciągoty do niego. Zawsze jednak jest to próba powrotu do wcześniejszych, mniej cywilizowanych i kulturalnych form rządzenia.

 

KAI: Kto zostanie nowym liderem Kubańczyków?

– Wygląda na to, że syn Raula z wykształcenia wojskowy przejmie władzę w 2018 roku. Jest zwolennikiem twardej linii. Ciekawe, że żadne z dzieci Fidela nie myślało o zajmowania się polityką. Pewnie z powodu zbyt twardego i dominującego ojca.

 

KAI: Jest jakaś szansa na wejście Kuby do normalnego świata demokracji?

– Nie. Świat “normalnej demokracji” pójdzie swoją drogą.

 

KAI: Jak widzi Pani osobiście Fidela Castro jako człowieka?

– Był dla mnie bardzo miły, a ja – jak zawsze – uprzejma i kurtuazyjna. Byłam zafascynowana, ale nie przez jego idee, które nie zasługują na nadmierny szacunek, ale przez jego sposób wpływania na ludzi przy pomocy osobowości. To było prawie jak hipnoza.

Inni specjaliści od Kuby, jak Jaime Suchlicki z Uniwersytetu Florydy mówili mi, że Fidel był zmieszany moim zachowaniem, bo nie mógł mnie psychicznie uwieść. Kto wie? Pamiętam jednego dnia w Bauao w górach, kiedy usiadł naprzeciwko mnie przy długim stole, a następnie przystąpił do psychologicznego „obrabiania” mnie, nieustannie domagając się odpowiedzi, dlaczego nie zostałam jeszcze rewolucjonistką itd. Próbowałem odpowiedzieć racjonalnie, ale to prowadziło donikąd. W końcu, zmęczona tym, użyłam jego taktyki. Zaczęłam machać rękami, jak on i krzyczeć: „Mentira, mentira…” (Kłamstwo, kłamstwo). Towarzyszący nam byli zszokowani, i czekali co się teraz stanie. On sam zaczął się śmiać. Magnetyczny czar prysł. Szkoda, że Kubańczycy nie byli w stanie przełamać zaklęcia magnetyzmu swego „El Comandante”.

 

KAI: Puenta?

– Jakby nie oceniać, Fiedel Castro był wart czasu jaki mu poświęciłam. Coś o nim powiedziałam innym. Teraz to już tylko czas przeszły dokonany.


Rozmawiał Waldemar Piasecki / Nowy Jork

Katolicka Agencja Informacyjna