Full Power Spirit: Skłaniamy do pytań o siebie

Skłaniamy młodych ludzi do podróży w głąb siebie i pytania o to, co dla nich naprawdę ważne - mówi Mirek “Miras” Kirczuk, lider zespołu Full Power Spirit, realizującego w szkołach projekt pod nazwą “Znajdź pomysł na siebie”.

Mirosław
Kirczuk
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Full Power Spirit: Skłaniamy do pytań o siebie
Skłaniamy młodych ludzi do podróży w głąb siebie i pytania o to, co dla nich naprawdę ważne - mówi Mirek “Miras” Kirczuk, lider zespołu Full Power Spirit, realizującego w szkołach projekt pod nazwą “Znajdź pomysł na siebie”.

Anna Druś: O co chodzi w projekcie “Znajdź pomysł na siebie”, który realizujecie w szkołach?

Mirek “Miras” Kirczuk: To nasz autorski projekt, w których odwiedzamy szkoły średnie i szkoły ponadpodstawowe na terenie kraju od 15 lat. Odwiedziliśmy ich już grubo ponad 1000. Teraz zaś rozpoczynamy realizację projektu ministerialnego pod tą samą nazwą. W jego ramach poprowadzimy cykl  60 spotkań w szkołach średnich w obrębie 10 województw z 16. Ruszamy od 23 września w trasę, a spotkania zakończą się przed świętami Bożego Narodzenia.

 

Jak w ogóle zrodził ten pomysł 15 lat temu? Co zainspirowało was – zespół grający muzykę chrześcijańską, żeby robić warsztaty z młodzieżą?

Można użyć stwierdzenia, że było to tzw. dzieło przypadku, choć ja akurat w przypadki nie wierzę. Zaczęliśmy dostawać zupełnie nieoczekiwanie zaproszenia na spotkania z młodzieżą w szkołach. Miały to być tzw. koncerty. Wyszliśmy jednak z założenia, że na koncert można pójść wszędzie, koncerty grają wszyscy muzycy, zaś my z tych okazji do spotkań z młodzieżą w szkołach w ich naturalnym środowisku od początku chcieliśmy uczynić taką szansę czy okazję do dania im czegoś więcej niż okazji do słuchania muzyki. Dlatego do piosenek, które mieliśmy w repertuarze zaczęliśmy opowiadać różne historie na bazie świadectwa życia, które łączyły się spójnie z treściami utworów. Potem zaczęliśmy wychodzić z założenia, że można do tego dodać coś jeszcze, wykorzystywać różne narzędzia, różne formy mieszczące się w konwencji spotkania. Do słowa mówionego i do muzyki dorobiliśmy wizualizację. Już wtedy bowiem, te kilkanaście lat temu widzieliśmy, jak bardzo młodzi ludzie są zanurzeni w kulturze obrazkowej. Rzadziej czytają i to obraz stał się dla nich łatwo przyswajalnym nośnikiem treści. Włączyliśmy więc do naszych spotkań projektory.

 

15 lat temu to musiało robić wrażenie!

Rzeczywiście, wtedy jeszcze ekran czy projektor to były wynalazki luksusowe (śmiech) ale używaliśmy ich. Pokazywaliśmy nie tylko teledyski do naszych utworów, ale też mnóstwo tematycznych slajdów, zdjęć, filmów. Ale nie poprzestaliśmy na tym. Kolejnym krokiem w rozwoju tego programu to było wyjście do ludzi poza tym czasem spotkania w szkole: zaczęliśmy nagrywać video bloga, którego traktowaliśmy jako relację ze spotkań. I to także w czasach gdy jeszcze nikt o videoblogach nie słyszał. Dziś to nic szczególnego, wielu ludzi z tego korzysta, ale wtedy robiło wrażenie. Te relacje robimy zresztą do dziś, także planujemy je nagrywać podczas najbliższego projektu, włączając w to również relacje w mediach społecznościowych.

 

W ubiegłym tygodniu spotkaniem w Załubicach rozpoczęliśmy cykl wielkopostnych spotkań pt. „Znajdź pomysł na siebie”…

Opublikowany przez Full Power Spirit Środa, 13 marca 2019

 

Jak wyglądają te wasze spotkania czy warsztaty “Znajdź pomysł na siebie”? O czym mówicie do młodych?

To o czym mówimy oczywiście ewoluowało w ciągu tych 15 lat ponieważ i sami młodzi ludzie się zmieniali. Jasne, w podstawowych dążeniach człowiek jest zawsze taki sam w sensie oczekiwania miłości i akceptacji. Zmienia się natomiast rzeczywistość, która go otacza i to zmienia się dość intensywnie. 15 lat temu ludzie mieli inny świat wokół siebie, nie był tak jak dziś nasiąknięty internetem i wirtualną rzeczywistością. Częściej się spotykali, więcej ze sobą rozmawiali.

 

Nie byli tak uzależnieni od smartfonów…

Nie byli, choć temat wolności, na który my znacząco stawiamy podczas spotkań zarówno wtedy jak i dziś, jest aktualny. Wtedy jednak mówiąc o wolności skupialiśmy się na alkoholu, papierosach, czy później dopalaczach, dziś – duży nacisk kładziemy na telefon, na internet, na media społecznościowe. Na to, żeby w tym życiu i świecie gdzie żyjemy nie zatracić siebie samego. Nie założyć sobie na szyję pętli, od której będzie nam ciężko uciec a która odbierze nam swobodę dokonywania wyborów.

 

Jak wyglądają dziś te warsztaty?

Jest to stu-minutowe spotkanie, w którym zapraszamy ludzi w podróż dookoła świata – ale nie w sensie geograficznym, a raczej społecznym czy osobistym. Nie moralizujemy nawet gdy rozmawiamy o tematach trudnych czy wymagających. Nie stawiamy siebie w roli mędrców, którzy już wszystko w życiu przeżyli, a raczej stawiamy prowokacyjne pytania i wspólnie szukamy na nie odpowiedzi, skłaniając nie tylko słuchacza ale i siebie do podróży wgłąb siebie. Skłaniamy do pytania siebie co dla mnie ważne, co jest moim życiowym priorytetem. Stawiamy na słowo “szczęście”, bo jest ono bliskie każdemu człowiekowi. Jeśli zapytać 1000 osób czy chcą być szczęśliwi to zakładam, że jeśli nawet ktoś nie do końca będą rozumieli czym to szczęście dla nich jest – żaden nie powie, że chce być nieszczęśliwy. Szczęście utożsamiamy z wolnością, autoakceptacją i miłością – trzema wartościami, które każdemu człowiekowi bez względu na wiek i czasy w których żyje – są bliskie. Staramy się je w życiu zdobyć za wszelką cenę, choć Pan Bóg chce nam tę potrzebę zaspokoić zupełnie za darmo.

 

Elementami tego spotkania są też wydarzenia artystyczne?

Program, który trwa 100 minut zawiera w sobie różne formy przekazywania treści: skecze, konkursy, pokazy, staramy się żeby to było dosyć dynamiczne i staramy się generalnie funkcjonować z uśmiechem na twarzy, nawet gdy rozmawiamy o trudnych rzeczach czy gdy stawiamy trudne pytania. Ma to taką formę, w której może bezpośrednio nie angażujemy słuchacza, nie oczekujemy że będzie odpowiadał na pytania. Raczej stajemy się narratorami prowadzącymi przez tę podróż dookoła świata, zachęcają do aktywnej konfrontacji z pytaniami od których nie warto uciekać.

 

 

Jakie są reakcje młodzieży? Czy teraz reagują na to inaczej niż np. 10 lat temu?

Pamiętam zwłaszcza dużo takich spektakularnych reakcji, które zawsze mi dodawały otuchy czy zapału do działania, zwłaszcza gdy po ludzku go brakowało. Pamiętam takiego maila, z czasów gdy nie było jeszcze mediów społecznościowych, którego napisała do nas pewna dziewczyna. Wyznała, że ma za sobą dwie próby samobójcze i na naszych zajęciach ujrzała dla siebie pewne światełko. Że chce teraz zawalczyć o siebie, bo wie że życie może być piękne. Uświadomiła to sobie na nowo. Gdy wracam pamięcią do tego maila to bardziej mi się chce niż nie chce. Ale to tylko jeden z przykładów. Reakcje młodych obserwuję też dzięki naszym profilom w mediach społecznościowych. Już sama liczba 30 tys. osób, która kliknęła ‘lubię to” przy naszym profilu na Facebooku jest jakaś pozytywną reakcją. Jest odpowiedzią dla nas, że warto. Jeśli ktoś klika “Lubię to”, zostawia kawałek siebie w tej wirtualnej przestrzeni, to jest dla nas dowodem, że to co robimy i z czym przychodzimy może być dla nich ważne czy mogą chcieć się z tym utożsamiać.

 

Rozmawiają z wami po takich spotkaniach? Utrzymujecie kontakt?

Sami zachęcamy żeby się do nas odzywali po zajęciach, i rzeczywiście dostajemy pytania, czasem też rozmawiamy. Nie zostawiamy pytań bez reakcji i staramy się być do ich dyspozycji.

 

O czym mówią, o co pytają?

Czasem są to poważne rozmowy, a czasem zwykłe “dziękuję”, albo “dobrze, że jesteście”. Doceniamy to bardzo, bo mamy obecnie czasy, gdy ludzie – także młodzi – nie są zbyt wylewni, raczej są zamknięci w sobie, nie dzielą się na zewnątrz swoimi przeżyciami czy emocjami. Realny uśmiech wolą zastąpić znakiem “:)” a realny smutek okazać poprzez “:(“ .

 

Jakie są wasze jeszcze spostrzeżenia dotyczące tych młodych słuchaczy? Coś odróżnia tych obecnych od tych 15 lat temu, czy może jakaś cecha powtarza się bez względu na pokolenie?

Zaskakuje mnie w pewien sposób już sama ich chęć zmierzenia się z treściami, z którymi do nich przychodzimy. Zaskakuje mnie, bo to jest trudne w tym trudnym dla komunikacji międzyludzkiej świecie. Żyjemy w czasach, gdy natłok informacji które docierają do nas każdego dnia jest ogromny i w tym tyglu wielu słów, zdjęć, obrazów jest trudno znaleźć przestrzeń na wchodzenie w coś głębiej. Trudno zdobyć się na coś więcej niż tylko powierzchowne przeglądanie zdjęć, przesuwanie palcem po ekranie telefonu. Dlatego doceniam już samo to, że udaje nam się w tych spotkaniach doprowadzić do sytuacji, gdy ktoś słucha tego z czym do niego przychodzimy. A jeśli słucha to ma szansę coś dla siebie z tego zabrać, nawet jeśli nie okaże od razu hurra optymizmu – bo taki jest dziś społeczny zwyczaj. To bardzo sobie cenię. Wiem, że jeśli nawet po nas czegoś nie widać, nawet jeśli od czegoś uciekamy, w czymś się zamykamy – to ciągle na maksa szukamy w życiu i potrzebujemy: miłości, akceptacji, uznania i szacunku. A jeśli w jakiś sposób świat zaczyna tę potrzebę zaspokajać czy ktoś komu na to pozwalamy, to od razu jakość naszego życia się zmienia i poprawia.

 

Jak szkoły mogą się zgłaszać do waszego projektu?

W aktualnie realizowanym projekcie biorą udział szkoły, do których to my wyszliśmy z inicjatywą. Na bazie tych niemal 15 lat naszej działalności poznaliśmy bowiem świetnych ludzi pracujących z młodzieżą i dziećmi w szkołach: dyrektorów, wychowawców, pedagogów, więc traktowaliśmy ten obecny projekt jako szansę na przykład na powrót do miejsca w którym kiedyś byliśmy, w którym nie było łatwo i w którym warto działać dalej. Postawiliśmy również na różnorodność w wyborze szkół. Trafimy zarówno do renomowanych liceów jak i do owianych złą sławą szkół zawodowych. Czasem też było tak, że to nasi przyjaciele czy znajomi rozsiani po całym kraju, słysząc że robimy ten projekt zgłosili “swoje” szkoły do nas, wcześniej oczywiście pytając dyrekcję i rodziców, czy chcą takiego spotkania. 

 

Rozmawiała: Anna Druś

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


🔷 Jej bajka urzekła o. Adama Szustaka. Obejrzyj odcinek "Piernikowych Bajek"! ⤵️


 

 

Mirosław Kirczuk

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Mirosław
Kirczuk
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Godzina “W”. Godziny wiary

Podczas Powstania Warszawskiego wszyscy mieli pewien wspólny odruch: chronili się w kościołach.

Marcelina
Koprowska
zobacz artykuly tego autora >
Anna Wojtas
Anna
Wojtas
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Godzina “W”. Godziny wiary
Podczas Powstania Warszawskiego wszyscy mieli pewien wspólny odruch: chronili się w kościołach.

Rozmowa z Marceliną Koprowską, historykiem i badaczką religijności w czasie Powstania Warszawskiego.

 

 

Jak się modliła powstańcza Warszawa? 

Jest kilka zjawisk, które są charakterystyczne dla całego walczącego miasta, niezależnie od dzielnicy. Pierwszym z nich jest to, że życie religijne przeprowadziło się z kościołów do miejsc, gdzie po prostu byli ludzie. W kościołach, póki się dało, póki nie były zburzone, chroniła się ludność cywilna i tam oczywiście trwało życie religijne: księża odprawiali msze, spowiadali, udzielali sakramentów, jak tylko długo mogli. Ale przychodził czas, że w końcu trzeba się było z kościoła ewakuować. Już wcześniej, zanim zaistniała taka konieczność, księża wychodzili z kościołów na ulice, podwórka, do piwnic i tam odprawiali Msze polowe dla ludności, która z powodu ostrzału nie mogła dotrzeć do kościoła. 

 

Dla nas to niewyobrażalne, że toczą się walki, a tu, na podwórku, Msza…

Na podstawie źródeł naliczyłam około trzystu miejsc, o których powstańcy i cywile wspominają, że byli w nich na Mszy Świętej. Z tego ponad 200 adresów jest dokładnych, to znaczy, można określić ulicę i numer domu.

 

Jakie to były miejsca? 

Tylko ok. 15% miejsc to były miejsca konsekrowane – kościoły, kaplice. Msze odprawiano po prostu wszędzie: w szpitalach, na podwórkach, w bramach domów, mieszkaniach, piwnicach, w kinie, w teatrze, w browarze, barze, kawiarni. Trudno mi sobie wyobrazić jakiś typ miejsca, które nie byłoby tym objęte. 

 

Dlatego, że tam byli ludzie?

Albo dlatego, że stacjonowały tam oddziały powstańcze. Musiały też istnieć odpowiednie warunki, bo np. dane miejsce było mniej ostrzeliwane, choć też wcale niekoniecznie. Tam, gdzie byli ludzie, gdzie mógł dotrzeć ksiądz i było w miarę bezpiecznie – odprawiane były Msze święte. 

 

Aby mogła zostać odprawiona Msza święta, potrzebna jest hostia, komunikanty, potrzebne jest wino…

Jeśli chodzi o paramenty liturgiczne jak kielich, patena, to księża albo nosili je ze sobą, albo zastępowali jakimiś zwykłymi naczyniami. Ze wspomnień wiemy, że największy problem to zdobyć odpowiednią liczbę komunikantów i hostii do konsekracji. Księża radzili sobie z tym w przeróżny sposób: dzielili komunikanty i hostie na malutkie kawałeczki. Wzruszające wspomnienia pozostawili ci, którzy taką Komunię św. przyjmowali. Jedna pani wspomina, że wcześniej nie zdawała sobie sprawy, że Jezus jest obecny nawet w takim maleńkim kawałeczku, jeszcze mniejszym niż ten zwykły komunikant. Siostry zakonne miały specjalną maszynkę, w której wypiekały komunikanty, nawet w trakcie Powstania. Jeśli nie miały warunków do profesjonalnego wypiekania, to po prostu wyrabiały takie najprostsze ciasto na chleb. Wtedy te komunikanty były bardzo twarde, nie jesteśmy do takich przyzwyczajeni. Zdarzało, że nie starczało komunikantów i część osób obecnych na Mszy świętej przyjmowała komunię tylko w sposób duchowy.

Jest też wspomnienie o. Józefa Warszawskiego, jezuity, już z końca Powstania: kiedy miał odprawiać Mszę świętą w niedzielę i już myślał, że ją odwoła, bo nie było ani jednego kawałka hostii, by ją zakonsekrować. Zaczęło się poszukiwanie hostii, opłatka, chleba. Znaleziono rannego, którego tożsamości w ogóle nie znano. Domyślano się tylko, że może pochodzić ze Wschodu – było prawdopodobne, że jest prawosławny lub areligijny. Ale… znaleziono przy nim książeczkę do nabożeństwa, w której był schowany kawałek opłatka. Dzięki temu o. Józef mógł potem odprawić Mszę świętą…

 

🔷 PRZECZYTAJ: Reduta sakramentek

 

Udział w nabożeństwie dodawał powstańcom sił?

Ze wspomnień wynika, że Msze święte były dla powstańców i cywilów dosyć ważne. Jeśli niektóre z tych wspomnień to wywiady przeprowadzane 70 lat po Powstaniu i po siedemdziesięciu latach ludzie pamiętają, że 13 sierpnia byli na Mszy świętej w tym i w tym miejscu – to pokazuje, jak ważna to była chwila, która tak konkretnie utrwaliła się w pamięci. Czy ktoś z nas pamięta, gdzie był na Mszy św. 1 sierpnia 5 lat temu? Miałam okazję rozmawiać z kilkoma powstańcami. Gdy wspominałam im o temacie mojej pracy magisterskiej, mówili: “A ja spotkałem księdza tam i tam, udzielał mi rozgrzeszenia w obliczu śmierci”. Ktoś inny pamiętał, że służył do Mszy na Szpitalnej 12.

 

 

Przywołała pani postać jezuity, o. Warszawskiego. Kim byli kapłani, którzy w czasie Powstania służyli poszczególnym oddziałom i mieszkańcom Warszawy?

To byli “zwyczajni” księża, niektórzy wyświęceni już w czasie wojny, w 42 czy 43 roku. Część z nich była związana z konspiracją już wcześniej, jeszcze przed Powstaniem: ci byli oficjalnie kapelanami, przydzielonymi do konkretnych oddziałów. Nie zawsze udało im się dotrzeć do tych oddziałów. Tak samo jak nie wszystkim żołnierzom udało się dotrzeć na wyznaczone miejsce mobilizacji. Byli też tacy księża, którzy wcześniej się z konspiracją w ogóle nie łączyli, ale podczas Powstania zgłaszali się do dowódców, mówiąc, że jeżeli byłoby potrzeba kapelana, to oni mogą pełnić taką funkcję. Część z nich została, rozkazem Tadeusza Bora-Komorowskiego, mianowana kapelanami czasu wojny. Byli też księża, którzy nie łączyli się oficjalnie z konspiracją. Odprawiali Msze święte dla ludności, dla powstańców też, pozostając poza formalnymi, wojskowymi strukturami. 

 

W Powstaniu obok księży katolickich służyli też duchowni innych wyznań.

Ponieważ był niedobór jednych i drugich to warszawiacy cieszyli się z obecności jakiejkolwiek osoby duchownej. Modlili się razem, a gdy nie mieli możliwości pójść na Mszę św. czy nabożeństwo w swoim wyznaniu, chodzili tam, gdzie mogli. A czymś niezwykłym dla mnie było odkrycie, że w oddziale Lecha Grzybowskiego służyli Tatarzy – muzułmanie, którzy mieli swojego mułłę. Muzułmański duchowny zginął dosłownie dwa dni po kapelanie katolickim tego oddziału. Tatarzy uparli się, że  swojego mułłę muszą pochować obok księdza. Dowódca tego oddziału Wacław Zagórski wspomina, że były takie modlitwy, na które nikt nie musiał przychodzić, ale także wtedy cały oddział był razem – katolicy, protestanci, muzułmanie. Nawet jeśli się aktywnie nie modlili, po prostu byli.

 

🔷 PRZECZYTAJ: Jutro już będziemy w niebie. Sakramentki w Powstaniu Warszawskim

 

A wracając do zwykłych ludzi, jak udawało się praktykować swoją wiarę w czasie Powstania?

Było kilka możliwości zależnie od rejonu Warszawy. Można było brać udział w Mszach świętych, jeśli były akurat w okolicy. Poza tym Armia Krajowa starała się zapewniać opiekę duszpasterską swoim oddziałom. Znamy rozkazy Antoniego Chruściela, pseudonim “Monter”, czyli dowódcy Okręgu Warszawskiego AK, które dotyczyły przeprowadzania modlitw porannych, wieczornych. W konkretne dni, zwłaszcza 15 i 26 sierpnia należało umożliwić wszystkim, w miarę możliwości, uczestnictwo we Mszy świętej. To oczywiście nie zawsze się udawało.

Były też takie dzielnice, gdzie księża nie dotarli. Najmniej Mszy świętych było na Woli i na Ochocie… co wynika z tragicznego dla tych dzielnic przebiegu Powstania. Akurat Wola i Ochota były na początku listy dzielnic, które były systematycznie “eliminowane”. Tam, gdzie zaczęła się rzeź, życie religijne i sakramentalne kończyło się, powoli znikali też ludzie… i ogólnie patrząc na całe Powstanie, życie religijne w danym rejonie trwało mniej więcej tak długo, jak powstańcy utrzymywali swoje pozycje. Wyjątkiem są niektóre klasztory i szpitale polowe, które były ewakuowane później, jak np. Szpital Wolski.

 

Była to wspólnota piwnicznego schronu, kotła z zupą i kawałka chleba, wspólnota niebezpieczeństwa, a bardzo często wspólnota śmierci i wspólnej mogiły.

Pozostawała modlitwa?

Nawet w takich miejscach, gdzie księdza nie było, ludzie modlili się sami w piwnicach, w miejscach, gdzie koczowali przez wiele dni. Tam trwały nieustanne modlitwy.

Jan Nowak Jeziorański w książce “Kurier z Warszawy” pozostawił piękne wspomnienie, w którym pisze, że “Przed wojną można było mieszkać przez dziesięć lat w tym samym domu, nie wiedząc, kim jest i jak się nazywa sąsiad o piętro wyżej. W czasie Powstania wszyscy mieszkańcy kamienicy stanowili jedną zwartą gromadę. (…) Była to wspólnota piwnicznego schronu, kotła z zupą i kawałka chleba, wspólnota niebezpieczeństwa, a bardzo często wspólnota śmierci i wspólnej mogiły. Jej zewnętrznym wyrazem był ołtarz ustawiony w sieni, na podwórku lub w piwnicy, przed którym gromadzili się do wspólnej modlitwy wszyscy domownicy – zarówno ci najpobożniejsi, jak i tacy, którzy od lat nie przekroczyli progu kościoła”.

Jeziorański pisze, że w tych wspólnych modlitwach brali udział również ci, którzy od lat nie postawili swojej stopy w kościele. “Wpatrzeni w postać Chrystusa albo Matki Boskiej powtarzali głośno: „Od nagłej i niespodziewanej śmierci wybaw nas, Panie”. Modlono się szczególnie żarliwie o ocalenie właśnie ich domu. Nikt się nie zastanawiał, dlaczego Pan Bóg miałby okazać się szczególnie łaskawy, powiedzmy, dla kamienicy Piusa 21, gdy wokoło inne domy waliły się czy paliły”

Wszyscy po prostu modlili się o ocalenie. W wielu wspomnieniach pojawia się odwołanie do znanego przysłowia: “jak trwoga to do Boga”. Groza sytuacji sprawiała, że ludzie, chcąc nie chcąc, musieli podjąć tę refleksję, siłą rzeczy zająć się duchowością, modlitwą… 

 

Ludzie modlili się wspólnie. Nawet jeżeli byli różnych wyznań, znajdowali takie modlitwy, które wszyscy znali. Razem modlili się nawet katolicy i Żydzi – wyznawcy różnych religii – modlili się wspólnie psalmami.

Co krok spotykali się przecież ze śmiercią. Jak się modlili?

Trudno dokładnie odtworzyć przebieg modlitw. Często wspominają, że odmawiali modlitwy wszystkim znane, np. Ojcze nasz, pacierz, różaniec, litanie. Wtedy – jak niektórzy wspominają, co dziś dla nas jest trudne do wyobrażenia – wiele osób miało książeczkę do nabożeństwa (niektórzy w dzisiejszych rozmowach uważają, że każdy). Ludzie modlili się wspólnie. Nawet jeżeli byli różnych wyznań, znajdowali takie modlitwy, które wszyscy znali. Razem modlili się nawet katolicy i Żydzi – wyznawcy różnych religii – modlili się wspólnie psalmami.

Oczywiście nie jest to jednolity obraz, nie wszyscy byli tacy religijni, nie zawsze też udawało się mieć niezachwianą wiarę w obliczu takiego okrucieństwa… Trudny czas wojny sprawiał, że chyba każdy zadawał sobie pytanie: czy On się rzeczywiście nami opiekuje, czy On jest? 

Jest też bardzo ciekawe wspomnienie Stanisława Likiernika, który opowiada, że stracił wiarę w 42 czy 43 roku, jeszcze przed Powstaniem. W czasie Powstania został ranny, leżał w jakimś kościele zamienionym na szpital polowy. Przypuszczał, że zostało mu około godziny lub półtorej życia. Zastanawiał się wtedy, czy się pomodlić, czy nie. 

 

🔷 PRZECZYTAJ: Udział ks. Wyszyńskiego w Powstaniu Warszawskim

 

“Leżąc na nosidle do trumien w kościele, miałem, w moim przekonaniu, najwyżej godzinę życia. Pamiętam doskonale. Rozmyślałem, nie było nic innego do roboty, a miejsce się nadawało. Czy jak trwoga, to do Boga, czy nie? Gdzieś w 1942-43 straciłem wiarę w Boga, który pozwalał na potworności wojny, jakie oglądałem. Czy będę się modlił? Zdecydowałem, że nie. Jeśli się mylę, to Bóg powinien pogratulować mi odważnej postawy. Do spotkania z Nim jeszcze nie doszło. Dojdzie albo nie, ale tego już na pewno nie opiszę

Nie zawsze też udawało się mieć niezachwianą wiarę w obliczu takiego okrucieństwa… Trudny czas wojny sprawiał, że chyba każdy zadawał sobie pytanie: czy On się rzeczywiście nami opiekuje, czy On jest?

Wspomina też, że kilka dni później rozmawiał z jednym z kapelanów. Rozmawiali przez dwie godziny o sprawach duchowych, o Bogu, czy On istnieje, o różnych wątpliwościach… Ta rozmowa nie zmieniła jego postawy, on pozostał niewierzący. Ale zwróćmy uwagę na to, że człowiek niewierzący, ciężko ranny, świadomy tego, że została mu jedna godzina życia (choć ostatecznie przeżył wojnę i opisał później swoje doświadczenie), w obliczu śmierci myślał o tym, czy się pomodlić, czy nie. 

 

Wspomniała pani, że miejscami, w których się modliła ludność Warszawy były podwórkowe kapliczki. Jaka była rola tych miejsc?

Z tego co udało mi się ustalić, wynika, że większość tych kapliczek powstała w czasie okupacji, zwłaszcza po 42/43 roku. Zaczęły się pojawiać dosłownie wszędzie na podwórkach warszawskich. Wynikało to z tego, że ludzie chcieli się razem modlić, mieć własną wspólnotę. Ze względu na godzinę policyjną wieczorem nie można było wychodzić poza kamienicę, ale na podwórku można było się gromadzić, więc oni budowali własnym przemysłem te kapliczki na podwórkach, zamawiali u jakichś artystów rzeźby, część osób miała w domu święte obrazy, przynosili kwiaty. Te kapliczki były przeróżne. Udało mi się też dotrzeć do takich wspomnień, które mówią, że kapliczki zostały poświęcone przez księdza dopiero w czasie Powstania, na przykład gdy budowano ołtarze do Mszy Świętych polowych.

 

 

W czasie Powstania ludzie zawierali sakramentalne małżeństwa. Były śluby powstańcze, ale czy zdarzały się  też śluby cywilów? 

Ze ślubami wiążą się niesamowite historie. Śluby brali zarówno powstańcy jak i ludność cywilna. Wśród ludności cywilnej często były to śluby zaplanowane już wcześniej: na sierpień, na wrzesień. Jeżeli była taka możliwość, to podczas Powstania, mimo że trwały walki, ślub i tak się odbywał.

Śluby powstańcze też były i wydaje mi się, że w dużej części przypadków nie były wcześniej tak długo planowane. Oczywiście para młoda znała się już wcześniej, ale trudno powiedzieć jak długo. Dotarłam do kilku wspomnień ludzi, którzy o swoim ślubie zdecydowali dosłownie z dnia na dzień. Zamierzali się pobrać po wojnie, jak wszystko się uspokoi, ale podczas Powstania dochodzili do wniosku, że już na tyle się wypróbowali, na tyle się kochają i na tyle jest niebezpiecznie, że skoro mogą zginąć następnego dnia – to chcą już ginąć jako małżeństwo.

A wtedy, jeśli mieli dostęp do kapelana, prosili go pobłogosławienie ich ślubu. Wiązały się z tym formalności, gdyż zazwyczaj ślub kościelny powinien być poprzedzony zapowiedziami. Od tych zapowiedzi można było uzyskać dyspensę. Dowództwo Armii Krajowej, widząc, że zaczyna się “ruch ślubny”, wydało rozkaz, że jeśli powstańcy chcą zawrzeć małżeństwo to musi być na to zgoda dowódcy oraz ks. Stefana Kowalczyka ps. “Biblia”, dziekana polowego na całą Warszawę (a od 8 sierpnia 1944 r. naczelnego kapelana Armii Krajowej).

Tak więc kwestie formalne udało się zminimalizować: nie trzeba było zapowiedzi przedślubnych, a świadkowie zapewniali księdza o braku przeszkód do zawarcia małżeństwa sakramentalnego. I tak odbywały się śluby powstańcze. 

 

🔷 PRZECZYTAJ: Powstanie Warszawskie. Z kroniki klasztornej sióstr benedyktynek sakramentek

 

Który spośród takich ślubów zapadł szczególnie w Pani pamięci?

Opowiem o ślubie Marii Róży Nowotnej i Jana Walca. To bardzo ciekawa historia: ona była katoliczką, on ewangelik z Kościoła ewangelicko-reformowanego. Poznali się podczas okupacji, pokochali się i planowali wziąć ślub już po wojnie, bo nie mieli możliwości finansowych, żeby zorganizować przyjęcie weselne. W ogóle o tym nie myśleli. 

Oboje służyli w batalionie AK “Zaremba-Piorun” w Śródmieściu. Któregoś dnia zginął jeden z ich kolegów. To była pierwsza śmierć w oddziale, atmosfera była trudna. Ich dowódca pomyślał: trzeba zrobić coś, żeby ich podnieść na duchu, rozweselić. “Zróbmy Jasiom ślub!” – powiedział. Całe środowisko postarało się, żeby zorganizować młodym jakieś warunki do świętowania. To działo się w sierpniu, więc wtedy jeszcze było to możliwe. Narzeczeni musieli oczywiście uzyskać zgodę na ten ślub. Udało się wszystko przez znajomego księdza profesora i się pobrali.

Tuż przed tym ślubem siostra zakonna, przełożona szpitala polowego, w którym Róża była sanitariuszką, wzięła ją na rozmowę. Siostra była dosyć surowa, można się było tej rozmowy przestraszyć. Wzięła pannę młodą na rozmowę i z serca jej poradziła tak po prostu, żeby nie próbowała swojego męża nawracać. “Jeżeli będzie dawała świadectwo swoim życiem on, widząc jej życie się nawróci”. Ta rozmowa z siostrą Matyldą Getter na tyle zapadła pani Róży w pamięć, że pamiętała ją dziesiątki lat później. 

 

Bardzo zależało im na pojednaniu z Bogiem. Nawet jeśli nie byli ranni w czasie Powstania, to cały czas znajdowali się przecież w obliczu śmierci. Część tych osób te spowiedzi powstańcze doskonale pamięta. Zachowali np. pamiątkowe obrazki, które wtedy dostali od księdza. 

A jak było ze spowiedzią w czasie powstania? Czy ludzie myśleli wtedy, żeby się spowiadać? Czy miał im kto udzielić rozgrzeszania w obliczu śmierci?

Bardzo zależało im na pojednaniu z Bogiem. Nawet jeśli nie byli ranni w czasie Powstania, to cały czas znajdowali się przecież w obliczu śmierci. Część tych osób te spowiedzi powstańcze doskonale pamięta. Zachowali np. pamiątkowe obrazki, które wtedy dostali od księdza. 

Czymś bardzo charakterystycznym dla czasu Powstania były rozgrzeszenia zbiorowe “in articulo mortis” czyli “w obliczu śmierci” udzielane przez księży, gdyż oni po prostu nie mieli czasu i fizycznych możliwości, by wszystkich chętnych wyspowiadać. Udzielali zbiorowego rozgrzeszenia praktycznie przy każdej okazji: oddziałom wychodzącym do walki, ludności cywilnej, która się chroniła. Ksiądz gdzieś przechodził i po drodze rozgrzeszał wszystkich napotkanych, którzy o to prosili. Poza Mszami świętymi i modlitwami w piwnicach to jest najczęściej wspominana praktyka religijna: przyjmowanie rozgrzeszenia w obliczu śmierci. Ale spowiedzi indywidualne też jak najbardziej były, trwały godzinami. Niektórzy kapelani wspominają, że po prostu tym się zajmowali przez całe Powstanie. Nawet nie mieli kiedy spać. Siedzieli w schronach i spowiadali wszystkich, którzy tylko chcieli. 

 

W takich okolicznościach pewnie nie trzeba było nikogo zachęcać do spowiedzi czy modlitwy?

Wspomnę dwa dosyć ważne wydarzenia dla powstańczej rzeczywistości. Jedno – to Wielka Nowenna Marii Okońskiej, która w powojennej Polsce odegrała ważną rolę przy Prymasie Wyszyńskim. W czasie wojny ze swoimi towarzyszkami rozeznała, że swoje życie chce poświęcić dla Kościoła i służby Bogu. Tuż przed Powstaniem, gdy dowiedziały się, że ono może wybuchnąć “Ósemki” modliły się, żeby zdecydować czy mają pozostać w Warszawie i narazić się na to, że zginą i ich misja nie zostanie zrealizowana. Czy wyjechać i zrealizować tę misję później, po Powstaniu? Zdecydowały, że zostaną i ich misją na ten czas jest prowadzić walkę modlitewną. Powstańcy walczą, giną itd. a one mają trwać cały czas na modlitwie o powodzenie Powstania, o pokój, o zmiłowanie. Podczas modlitwy doszły do wniosku, że trzeba zaprosić do tego więcej osób. Wymyśliły “Nową Mobilizację Powstańczej Warszawy” – napisały tekst odezwy, uzgodniły to z kapelanami. Wydrukowano to w powstańczej drukarni, rozklejono w Śródmieściu, być może też w innych dzielnicach. Rozpoczęła się Wielka Nowenna, która trwała od 15 do 26 sierpnia, czyli między dwoma świętami maryjnymi. Polegała na tym, by modlić się w intencji Powstania i w intencji Ojczyzny. “Ósemki” zachęcały, by przyjmować Komunię świętą, spowiadać się i rzeczywiście wydaje się, że ta “akcja promocyjna” sakramentu spowiedzi sprawiła, że ludzie tym bardziej zgłaszali chęć wyspowiadania się. 

Duchowy oręż okazał się skuteczny.

Druga rzecz, zupełnie niespodziewana, którą odkryłam we wspomnieniach s. Kingi Strzeleckiej i wzmianki w kilku innych miejscach… W czasie Powstania, jeszcze wtedy nie była zakonnicą, dowiedziała się, że w Śródmieściu jest bp Stanisław Adamski. Biskup katowicki, wysiedlony podczas okupacji ze swojej diecezji przebywał w Warszawie, także w czasie Powstania. Posługiwał duszpastersko ludności. Strzelecka doszła do wniosku, że skoro jest biskup to może przeprowadzić rekolekcje. Pomysł zupełnie niespodziewany – rekolekcje w takich warunkach! Przeszła podwórkami do biskupa i spytała się czy jest taka możliwość? Biskup się zgodził i przez kilka kolejnych dni na podwórku kawiarni Bliklego przy Nowym Świecie trwały rekolekcje. Są nawet nagrane w “Kronikach Powstańczych” i zachowały się do dzisiejszych czasów. Widać na nich jak biskup stoi na środku podwórka, a naokoło, pod ścianami domów stoją słuchacze rekolekcji na Nowym Świecie. Na zakończenie tych rekolekcji też była spowiedź i tak jak siostra Strzelecka wspomina były do niej potężne kolejki.

Wydarzeniem bez precedensu było to, że siostry klauzurowe np. sakramentki na Nowym Mieście i wizytki przy Krakowskim Przedmieściu, otwierały klauzurę, żeby ludzie mogli się u nich schronić.

Skoro przywołujemy kolejną siostrę zakonną to rodzi się też pytanie o ich rolę w Powstaniu. Kim były? Sanitariuszkami? Opiekunkami chorych?

Wiemy, że siostry zakonne zajmowały się modlitwą – na tyle, na ile mogły. To wynika z ich powołania. Otwierały też szpitale polowe. Wydarzeniem bez precedensu było to, że siostry klauzurowe np. sakramentki na Nowym Mieście i wizytki przy Krakowskim Przedmieściu, otwierały klauzurę, żeby ludzie mogli się u nich schronić. To się nie zdarzyło nigdy dotąd, przez setki lat, odkąd przybyły do Warszawy!

Poza prowadzeniem szpitali, część zakonów prowadziła kuchnie, piekarnie, punkty pomocy dla ludności, nie tylko dla rannych ale też dla okolicznych mieszkańców.  

 

Klasztory i świątynie były więc miejscem schronienia.

Tak. Podczas Powstania Warszawskiego ludzie mieli pewien wspólny odruch: chronili się w kościołach. Łączniczka Zofia Kowalska ps. “Kora”  wspomina, że “w Warszawie panował mistyczny nastrój, czuło się obecność wyższą między nami – że Bóg jest z nami, czuliśmy to, Chrystus jest z nami. Po wojnie znalazłam w jednym sklepie w Warszawie pocztówkę przedstawiającą rannego żołnierza prowadzonego przez sanitariuszkę, a za nimi stoi Pan Jezus miłosierny i ich obejmuje ramionami. To było przy płonącym kościele Świętego Aleksandra na placu Trzech Krzyży”.

 

Z Marceliną Koprowską rozmawiała Anna Wojtas

Współpraca: Karolina Hołownia

 


Marcelina Koprowska

w 2019 r. ukończyła studia historyczne na Uniwersytecie Warszawskim, autorka pracy magisterskiej pt. “Życie religijne podczas powstania warszawskiego“ napisanej pod kierunkiem dr hab. Pawła Skibińskiego. Instruktorka ZHR; wolontariuszka Muzeum Powstania Warszawskiego. “Nie spodziewałam się, że studiując i badając historię w sposób jak najbardziej naukowy, znajdę tyle śladów Bożej obecności” – mówi badaczka.

 

Zdjęcia pochodzą z archiwum magazynu „Stolica”

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


🔷 Jej bajka urzekła o. Adama Szustaka. Obejrzyj odcinek "Piernikowych Bajek"! ⤵️


 

 

Marcelina Koprowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Wojtas

Anna Wojtas

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcelina
Koprowska
zobacz artykuly tego autora >
Anna Wojtas
Anna
Wojtas
zobacz artykuly tego autora >