video-jav.net

Dystrybucja dobra: pomagać tu i teraz

Współdziałanie ze słabszymi to nie „odpalenie” im gotówki, ale bycie z nimi; nie tworzenie poczucia, że jesteśmy lepsi i gorsi, ale budowanie więzi - mówi Rafał Szczepański, zaangażowany społecznie przedsiębiorca i jeden z mecenasów Stacji7.

Rafał Szczepański
Rafał
Szczepański
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Co to jest dystrybucja dobra? Podobno jest Pan autorem tego terminu?

Dawanie dobra można porównać do siewu zboża: kiedy zasiejemy ziarna – wyrosną kłosy, będzie ich więcej niż zasialiśmy na początku. Ale dobro nie uczyni się od razu jednym ruchem. Nie mamy tej sprawczości Stwórcy, który jednym działaniem może uczynić wszystko. My możemy budować po kawałku, przekazywać dobro, bo ono dalej się pomnaża, rozchodzi.

 

Czyli to taka pomoc w przekazywaniu go dalej?
Tak, ponieważ wtedy włączają się inne mechanizmy, pomnażające siłę naszych działań. Ja sam nie opróżnię na przykład wanny z wodą łyżeczką, ale z innymi się to może udać. Kojarzy mi się to także z pomnażaniem talentów, bo to pomnażanie ich odbywa się właśnie poprzez dzielenie z tymi, którzy dostali ich mniej. Nie wolno nam talentów zamieniać tylko na pieniądze, to byłoby oddanie ich 1:1, a my mamy obowiązek swój talent pomnażać. Na przykład z talentu do działalności gospodarczej czy społecznej odpowiedzialności też będziemy rozliczeni. To też jest dystrybucja dobra. Dobro musi być pomnażane, wtedy da szansę odporu zła.

 

Jak znajdować dobro do dystrybuowania?

Sercem i rozumem. Jestem zwolennikiem pomagania generalnie tam gdzie życie nas poprowadzi. Jeżeli wpada nam w ręce temat, gdzie możemy pomóc, to nie odkładajmy tego na później, tylko podejmijmy ten trud, zaangażujmy się w taką pomoc, jakiej potrzebę spotykamy na własnej drodze. Wybieranie jest ważne, ale bardziej trzeba angażować się w to, co realnie wokół siebie widzimy. Nie odkładajmy dobra na jutro, bo jutra może nie być. Sam też starałem się i staram podejmować takie działania.

 

No właśnie, porozmawiajmy o nich. Jest Pan jednym z mecenasów Stacji7, ale to nie jedyne pana zaangażowanie we wspomnianą “dystrybucję dobra”. Jak to się zaczęło? Jaka stoi za tym historia?

Rzeczywiście, angażuję się społecznie od wielu lat na różnych polach. Na różnych, bowiem starałem się właśnie działać tam, gdzie mnie życie rzuciło. Wchodząc w jakąś przestrzeń biznesową starałem się jako przedsiębiorca zawsze zauważać, że to nie tylko biznes, ale przede wszystkim ludzie. Na przykład w 2005 r. mocno zaangażowałem się ze wspólnikami w inwestycję na Warmii w miejscowości Pluski. Kupiliśmy tam grunt na którym zamierzaliśmy postawić osiedle ekskluzywnych domów. Jednak gdy tam przyjechałem zobaczyłem w centrum ładnie zaprojektowanej miejscowości – kościół, stanowiący pewien dysonans. Wszystko dookoła było zadbane, dobrze zaplanowane, a tylko ten kościół stał nieotynkowany, wyglądający biednie. Poszedłem do niego na Mszę, potem spotkałem się z proboszczem, porozmawialiśmy o życiu tutaj i problemach parafii. Przyznał wprost, że kościół jest nieotynkowany z powodu braku funduszy. Wtedy to były czasy dużej biedy na tamtych terenach, więc proboszcz najpierw dbał o potrzeby tych ludzi, remont kościoła stawiając na dalszym planie. Zadeklarowałem więc, że my go sfinansujemy. Z proboszczem wkrótce się zaprzyjaźniłem, bo to bardzo zaangażowany społecznie człowiek. Potem pomogliśmy też w ociepleniu i otynkowaniu kościoła czy remoncie dachu. Dziś służy dobrze wspólnocie, ludzie nie marzną.

 

Działanie tu i teraz…

Dokładnie. Takie, które też się rozwijało, bo niedługo odkryliśmy nieopodal niezwykłe miejsce potrzebujące pomocy. Znaleźliśmy piękny zabytkowy kościół położony w samym środku lasu. Okazało się, że to jedyna pamiątka po Orzechowie Warmińskim – istniejącej tu jeszcze po wojnie miejscowości, którą znał i odwiedzał kard. Wyszyński, a którą potem wysiedlili komuniści. Kościół stał w jej środku, dziś – w środku lasu. Gdy go odkryliśmy powitał nas wspaniałą architekturą i… zepsutymi organami w środku. To więc było kolejne zaangażowanie – remont tych organów. Teraz są już tam koncerty i do „niemego” wcześniej kościoła przyjeżdża więcej ludzi, to buduje lokalną wspólnotę. Staram się więc, by moje zaangażowanie nie było pomocą jednorazową, ale ofiarowaniem swojego czasu i uwagi.

 

Odpowiedzialność społeczna daje też coś temu, kto się angażuje…
Tak, to jest bowiem pewien ład, który od wieków istniał, ale który został przerwany iluzjami drogi na skróty, które pojawiły się w Europie w XVIII w. Następstwa tego były brzemienne w opłakane skutki, jak chociażby rewolucja francuska. Nie ewolucja, a rewolucja, czego skutkami są widoczne dziś laicyzacja, sekularyzacja, utrata korzeni przez Europę. Przyczyną zaś było naruszenie tego elementarnego porządku: brak zaangażowania społecznego wcześniejszych przywódców, klasy, która skupiała majątek, ale oderwała się od wspólnoty, której była częścią. Ludzie niżej położeni w tej społecznej hierarchii przestali mieć poczucie, że wspólnie z nimi tworzą jeden organizm. Tymczasem jeśli ktoś osiąga sukces i potrafi się w tym podzielić ze społecznością, w której mieszka, to ta chroni także jego samego.

 

Dziś nazywają to “społeczną odpowiedzialnością biznesu”

… która jednocześnie zbyt często jest traktowana trochę jak zadanie marketingowe czy PR-owskie. Tymczasem współdziałanie ze słabszymi to nie przysłowiowe „odpalenie” im gotówki, ale bycie z nimi; nie tworzenie poczucia, że jesteśmy lepsi i gorsi, ale budowanie więzi. Ofiarowanie pieniędzy nie wystarczy by wytworzyć więź. Tworzą ją dopiero relacje międzyludzkie, które chronią hierarchię tam, gdzie ludzkie osiągnięcia są różnorodne. Jesteśmy członkami jednej wspólnoty. Nie ma kościołów dla bogatych, dla średnich i dla biednych, stanowimy wspólnotę razem, i to jest ważne żeby się angażować i razem działać społecznie. Ta myśl powinna przyświecać nam, katolikom, przedsiębiorcom: dzielenie się z innymi, praca na rzecz słabszych to nie jest kolejny podatek, tylko działanie z korzyścią dla wszystkich.

 

Angażuje się Pan również w Fundacji Polskich Kawalerów Maltańskich…

To druga część mojej działalności społecznej. Nasza Fundacja oprócz takich rzeczy jak organizowanie spotkań opłatkowych dla ubogich, organizuje też pielgrzymki osób wymagających szczególnej troski, osób chorych i niepełnosprawnych.

 

Finansujecie im wtedy te wyjazdy?

Tak, ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że każdy Maltańczyk uczestniczący w pielgrzymce dostaje pod bezpośrednią opiekę jedną osobę wymagającą szczególnej opieki i troski. Ta więź z osobami, którym się pomaga wypływa zresztą z dewizy Kawalerów Maltańskich: „Obrona Wiary i służba ubogim”. Podobny cel ma moja 10-letnia już współpraca ze Związkiem Powstańców Warszawskich. To bohaterowie, ludzie starsi w wieku 90-95 lat, którzy przeszli gehennę II wojny światowej, zachowując człowieczeństwo w czasach odczłowieczenia czyli hekatomby Powstania Warszawskiego. Pomimo tak wielu przejść dziś wielu z nich jest osamotnionych, pozostawionych samym sobie, czasem bez rodziny. W różny sposób zacząłem im pomagać, a to przez dofinansowanie kwestii rehabilitacyjnych, a to przez wydanie przygotowanych przez nich publikacji. Założyliśmy wspólnie Fundację Pamięci o Bohaterach Powstania Warszawskiego. Ma cel doraźny czyli pomoc dla nich materialna, paczki świąteczne, turnusy rehabilitacyjne, ale też cel długofalowy, taki jak zadbanie o pamięć o tych bohaterach, o ich poczucie sprawiedliwości. Chodzi o zapomniane groby powstańców na cmentarzach. Nie tylko się nimi opiekujemy, ale przede wszystkim chcemy, by dbałość o nie była sprawą państwa. Dlatego w ramach Fundacji przygotowaliśmy projekt ustawy o ochronie grobów, która miałaby zapobiegać takim sytuacjom i na IPN nakłada obowiązek troski o mogiły narodowych bohaterów. Nagłaśnianie takich inicjatyw uruchamia też społeczną refleksję, jest właśnie pewną “dystrybucją dobra”.

 

Miałam przygotowane pytanie, w jaki sposób wybiera Pan różne inicjatywy do wsparcia, ale widzę, że ono już nie ma racji bytu, bo wygląda na to, że Pan niczego nie wybiera “zza biurka”.

Życie dzieje się wśród ludzi, tu i teraz. Gdy napotykamy jakiś temat, kierujmy się odruchem serca bo ma to ogromne znaczenie dla wszystkich. Nas samych też takie pomaganie zmienia. Popycha nas to w dobrym kierunku.

 

To wymaga uważności…

Wrażliwości. Wtedy dobra będzie więcej. Najgorzej jest coś na wstępie odrzucać. Oczywiście nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim, zaangażować się we wszystko, ale angażując się w coś dobrego już jesteśmy w tej przestrzeni dobra. Tak jak budujemy rodzinę, to te relacje wypełniają nam życie. Nie wchodząc w relacje ciągle unikamy, szukamy optymalizacji. A w owej przestrzeni dobra nie warto ciągle szukać optymalizacji. Nie jesteśmy gdzieś indziej, jesteśmy tu i teraz, pomagamy tu i teraz. I to jest produktywne.

 

A co potem? Czy sprawdza pan jakoś wykorzystywanie pana pomocy w miejscach gdzie jej pan udzielił?

Ja po prostu osobiście uczestniczę w rzeczach, które wspieram. Sprawdzanie więc jest integralną częścią tej pracy. Nie jestem człowiekiem, który tylko wspiera finansowo, ale raczej wspieram też swoją pracą. Jeśli natomiast zdarza się tak, że tylko wspieram finansowo, jak np. Stację7, w której nie pracuję, to nie jest na zasadzie “wrzucenia do puszki”. Bardziej na zasadzie zaufania ludziom, których znam i których pracę obserwuję, mam z nimi relację.

 

A jeśli nie znamy osobiście tego, kto prosi nas o pomoc?

Na przykład kogoś, kto wyciąga do nas rękę pod kościołem? To jest rzeczywiście pewien dylemat, jak odróżnić kogoś naprawdę potrzebującego od kogoś, dla którego proszenie innych o pomoc jest sposobem na życie. Od wieków tak było, od początku świata były klany żebraków. I teraz jak odróżnić osobę w dramacie od kogoś takiego? Ja nie mam takiego sposobu, sam mam ten dylemat. Staram się nie przeoczyć kogoś kto potrzebuje, ale daru jasnowidzenia nie mam.

 

Zapytana o tę kwestię siostra Małgorzata Chmielewska odpowiedziała, żeby pomagać zawsze każdemu kto poprosi…

Rzeczywiście, nie można robić z tego biurokracji. Jeśli mamy już taki dylemat, to może lepiej uczynić nadmiernie dobrze niż nie zrobić nic. Czynienie dobra na zapas jest na pewno dobre.

 

Rozmawiała Anna Druś

Rafał Szczepański

Rafał Szczepański

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Rafał Szczepański
Rafał
Szczepański
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Każdy dzień jest start-upem

To nie jest tak, że co dziesięć czy pięć lat musi się zdarzyć w naszym życiu coś nowego. Każdy dzień jest nowy

Siostra Eliza Myk
Siostra Eliza
Myk
zobacz artykuly tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Siostra Eliza Myk, dominikanka, na co dzień zajmuje się niepełnosprawnymi chłopakami. Wspólnie z innymi Siostrami uruchomiła jeden z największych start-upów, na który zebrano już dzisiaj 6,8 mln zł. Siostra Eliza przekonuje nas, że najważniejsze w życiu to pójść za pragnieniem serca.

Rozmowę prowadzi Judyta Syrek

 

Jak się robi dobry start-up?

W samotności i z dużym pragnieniem w sercu.

 

To znaczy?

Kiedy człowiek musi się zmierzyć z rzeczywiście dużym problemem, z którym sam nie może sobie poradzić, to taka sytuacja wymaga znalezienia kogoś, kto pomoże. W naszym przypadku zawiedli urzędnicy, zawiodły nawet osoby kościelne, na które liczyłyśmy, że pomogą. Ale wiedziałyśmy też z Siostrami, że nad wszystkim, co robimy jest Pan Bóg, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Zaufanie Jemu dodawało nam sił, żeby wystartować z nowym projektem, czyli nowym innowacyjnym Domem dla Chłopaków.

 

Samo zaufanie to chyba za mało. Jakiś krok trzeba na start wykonać.

Wykonałyśmy. Otworzyłyśmy Pismo święte i Pan Bóg dał nam obietnicę w Słowie, przez bardzo konkretny fragment: Szukajcie a znajdziecie.

 

I już? I tyle?

Znajdziecie – to słowo obietnica. Tego się uczepiłyśmy.

 

Mógł się otworzyć inny fragment.

Nie myślałyśmy nawet o tym, który fragment ma się otworzyć. Ja widziałam wtedy tylko ciemność, potrzebę żebrania na chleb, do której dołączyła jeszcze potrzeba zbudowania nowego domu. To może dziwnie zabrzmi, ale kiedy człowiek jest w czarnej dziurze i dostaje Słowo od Boga, że będzie dobrze, to równocześnie z tym dostaje siłę na start.  

Zanim usiadłyśmy do czytania tego fragmentu myślałyśmy sobie jako kobiety, że jeżeli my same chcemy walczyć o niepełnosprawnych chłopaków, to o ile bardziej Pan Bóg będzie chciał się zatroszczyć i pomóc. Ten Bóg, którego my znamy, Miłosierny, pochylający się nad tym, co najsłabsze. Stąd chyba szła nasza zuchwała ufność. Chwilami szantażowałam Pana Boga tymi myślami. Bo to nie było tak, że otworzyłyśmy Pismo, przeczytałyśmy Słowo i na następny dzień znalazłyśmy 5 milionów, które były nam potrzebne, by wybudować nowy dom. Przeszłyśmy długą drogę. Zdarzały się też ponaglenia. Przynajmniej z mojej strony. Mówiłam: “Obiecałeś, że znajdziemy. Mija rok, a za te pieniądze, które mamy nie wybudujemy całego domu”. Bezustannie przypominałam się Bogu i mówiłam na modlitwie: Ty jesteś Bogiem osób ostatnich, tych najuboższych, sierot, więc okaż się tym Bogiem wobec nich.

 

Próbowała Siostra wjechać Panu Bogu na ambicję?

Nie wiem, czy Pan Bóg ma ambicję (śmiech). Ale to była typowa rozmowa kobieco męska. Facetowi trzeba najechać na ambicję. Mówiłam, że On wie więcej i nie daje znaku. Traktowałam Boga bardzo na serio i myślę, że On chce być tak traktowany: jako Osoba dialogu. To ważne, żebyśmy nie mieli tylko takiej postawy, że przytakujemy, czekamy i nie mówimy Bogu konkretnie, o co nam chodzi. To moje wykłócanie się z Bogiem wynikało też z pewnej nieporadności. Przed nami było wielkie dzieło, musiałyśmy zbudować duży dom, a my? Jak małe, chude “kurki”, ledwo żywe, nie znające się na budownictwie, nie mające na koncie ani złotówki. To naturalne, że kobieta w takich momentach zwraca się do mężczyzny, prosi o pomoc. W ten dialog w naszym przypadku wszedł Pan Bóg. A potem im bardziej wzrastała nasza niecierpliwość, tym bardziej On na nią odpowiadał. Ostatni rok przed zakończeniem budowy wydarzyło się najwięcej. Jeżeli miałabym to przełożyć na tempo, to ostatni rok równoważył poprzednie, jeżeli chodzi o wpłaty na budowę. Działanie Boga jest namacalne i to, że spełnia obietnicę wobec tych najmniejszych.

 

A nie miała Siostra takiego myślenia, że jednak sporo w tym jest Waszej zasługi i Waszego wysiłku?

Na początku naszej drogi miałam pewność, że jeżdżąc na kwesty znajdziemy biznesmena, który wyłoży 4 miliony na szczytny cel. A milion same nazbieramy. Jednak tak się nigdy nie stało. I ten dom powstał z mniejszych lub większych kwot, ale nigdy nie z milionowych wpłat. Oczywiście pytałyśmy Boga, dlaczego nas tak “przeczołguje”, skąd mamy mieć siłę, by jeździć na kwesty a pomiędzy nimi mamy ciężką pracę. Wiedziałyśmy, że nasze kobiece siły są ograniczone. Mając dzieci niepełnosprawne nie da się odpoczywać. Miałyśmy świadomość, że Pan Bóg nie oszczędza nam trudu, ale pokornie jeździłyśmy. I nagle ten biznesmen, o którym “marzyliśmy” został zastąpiony mediami. Dzisiaj myślę, że gdyby nam Pan Bóg postawił na drodze biznesmena, który dałby nam te 4 miliony, nigdy nie poznałybyśmy tylu ludzi i nie doświadczyły takiej miłości. Gdybym miała dzisiaj wybrać, która droga jest lepsza, wybrałabym tę samą. Zyskałyśmy nie tylko środki na nowy dom, ale Pan Bóg nam podarował tak ogromną rodzinę ludzi życzliwych, sprzymierzonych z nami. Bez nich w różnych sytuacjach kryzysowych, nie finansowych, nie poradziłybyśmy sobie.

 

Czyli Pan Bóg pokazał Wam, że zaczynając coś od nowa, nie potrzebne są tylko pieniądze, ale przede wszystkim ludzie i wspólnota.

Właśnie. To dla nas najważniejsze odkrycie. Nie da się kupić dobrego człowieka. Ludzi, którzy mają hojne serca nie znajdzie się samemu, musi ich przyprowadzić Pan Bóg.

 

Ile razy w życiu Siostra już zaczynała coś od nowa?

Tak życiowo, po raz pierwszy kiedy wstępowałam do zakonu. Ale w zakonie są etapy formacyjne i każdy z nich jest nową drogą. Każda zmiana placówki jest start-upem. Poza tym parę razy w życiu Pan Bóg mnie zaskoczył, dał mi się poznać na nowo i za tym też szło moje nowe życie. W sumie to kilkanaście razy już chyba zaczynałam od nowa. Choć nie liczyłam dokładnie.

 

A poda nam Siostra takie “abc”, co zrobić, by zaczynanie od nowa było rzeczywiście tworzeniem czegoś dobrego?

Myślę, że Ojcem tak zwanej nowości życia jest Pan Bóg. On ją inspiruje w sercu każdego człowieka. Każdy z nas czuje tak zwane pchanie, by iść dalej, jedni mocniej, drudzy mniej, ale każdy ma swoje pragnienia i kiedy się odważymy za nimi pójść, to one nas wprowadzają w życie od nowa. Ja po raz pierwszy pomyślałam w nowy sposób o Bogu dzięki pewnemu księdzu w szkole, który mnie zachwycił dobrym tonem. To było na katechezie. Kiedy on się tak do mnie dobrze odezwał, to po raz pierwszy pomyślałam o Bogu, który jest dobry, serdeczny. Nie byłam blisko związana z Kościołem, ale wtedy sposób prowadzenia rozmowy przez tego Księdza sprawił, że zaczęłam myśleć: skoro ten ksiądz jest taki, to jaki dobry musi być Bóg? Tamta chwila sprawiła, że chciałam spróbować też taka być. To pragnienie dało początek mojej nowej drogi. Później miałam też pragnienie pomagania ubogim, jak Matka Teresa, która mnie fascynowała. I praca z osobami niepełnosprawnymi była dla mnie kolejnym nowym etapem.

Cieszę się, bo trafiłam do tych najuboższych, do dzieci niepełnosprawnych. Oni zmieniają nie tylko moje życie, ale też widzę, jak wolontariusze pracujący z nimi się zmieniają. Była u nas jedna dziewczyna, która zaczęła nowe życie widząc radość jednej z naszych podopiecznych. Tamta wolontariuszka zawsze myślała o sobie źle, że ma krzywe nogi i kilka takich innych myśli jeszcze miała. Gdy zobaczyła u nas dziewczynę z powykrzywianymi z powodu choroby obiema nogami, cieszącą się mimo to z każdego poranka, przeżyła zupełną przemianę. W jeden dzień postanowiła zostawić wszystko i poświęcić się dzieciom.

 

Wróćmy do tego pytania, co jest potrzebne, by dobrze realizować swój start-up?

Św. Jan od Krzyża mówił, że Pan Bóg daje po to pragnienia, żeby je w nas wypełnić. Z mojego doświadczenia mogę powiedzieć że start-upy zaczynają się od pragnienia, które Pan Bóg daje w sercu. Tak samo było z budową domu. Czy z pójściem do zakonu. Idąc za pragnieniami, zawsze zaczynam nową przygodę życia. W moim przypadku jest to pójście za tym, co Pan Bóg przygotował. Pragnę być świadkiem Boga. A jeżeli idzie się za pragnieniami serca, to ma się taką pewność, że nie robi się własnego “widzimisię”, tylko to, czego Pan Bóg chce. Warto dlatego iść za pragnieniami, które dyktuje serce.

 

Siostra się nie boi ryzyka?

Nie wiem. Czasem tak, to zależy jak wielka niewiadoma jest po drugiej stronie. Myślę, że przy każdym ryzyku jest lęk.

 

Każdy start-up jest ryzykiem.

Kto nie ryzykuje, ten nie świętuje. To świeckie powiedzenie, ale myślę, że coś w nim jest mądrego. Są ludzie którzy boją się ryzykować i wpadają w marazm życia. Na pewno zawsze w każdym człowieku jest lęk przed ryzykiem, ale warto go pokonać.

 

Gdy ktoś będzie czytał naszą rozmowę i myślał sobie: – Tej Siostrze dobrze się mówi, jest w zakonie, który ją chroni, ma inne siostry do pomocy, projekt prawie na finiszu, a ja?…

Kiedy patrzę wstecz, to we mnie też była rozpacz, czy rzeczywiście ryzyko się uda. Nie wiedziałam, jak się zakończy nasza decyzja. Gdy patrzyłam na fundamenty powstającego Domu dla Chłopców, równocześnie wierzyłam i byłam przestraszona, czy się uda. Był taki czas, kiedy myślałam: ogłosiłyśmy całemu światu, że budujemy dom, a to może nam się nie udać i możemy zostać tylko z parterem domu. Nigdy się nie ma stuprocentowej pewności na drodze, na którą się wkracza. Ale jest Pan Bóg. Ja w trudnych momentach przywoływałam wszystkie te fragmenty, które mówią o Bogu, że nie opuszcza potrzebujących, że jak Jemu się zaufa to się dostaje skrzydeł. Taki sposób jest chyba dobry. Kiedy człowiek chce zaufać jakieś firmie, czyta rekomendacje o niej, wpisy na forach. Ja osobiście o Panu Bogu musiałam wiele się naczytać przez ten okres, żeby zaufać i żeby być pewnym, że ta moja nadzieja nie zostanie zawiedziona. Musiałam kilka razy potwierdzić, że się uda.

Nikt nie jest pewny, nie wiem, kim musiałabym być, żeby mieć pewność zupełną, chyba aniołem. W głębi serca czułam pewność, ale okoliczności życia czasem ją podważały. Miały być pieniądze, a ich nie było. Wszyscy mieli bić brawo, że zajmujemy się dziećmi niepełnosprawnymi, a nie bili. Nagle na nowej drodze pojawiło się wielu wrogów, chyba nigdy tylu nie miałam. Musiałam się zmierzyć z ludźmi nieprzychylnymi, nieżyczliwymi, którzy mnie posądzali o inne rzeczy niż te, które mi towarzyszyły. To było dla mnie zaskoczeniem. Podejrzewano mnie na przykład o pychę. Myślałam, że weszłam na drogę nieskazitelną, bo pomoc niepełnosprawnym, wydawała mi się czymś bardzo czystym, za czym chciałam się skryć. Myślałam, że te dzieci będą moim płaszczem ochronnym. A musiałam się skonfrontować z ludźmi, którzy myśleli inaczej. Nigdy jednak nie wątpiłam, choć nie wiedziałam jakimi drogami dojdziemy do celu.

 

A Wasze Chłopaki? Jaka była ich postawa?

Oni pierwsi uwierzyli, że się wszystko uda. Wybierali sobie pokoje już w chwili, kiedy ledwo fundamenty wychodziły z ziemi. Ich postawa dodawała nam dużo siły. Oni mieli pewność, że dom powstanie. Mają taki dar od Pana Boga, że pewne trudności ich nie dotyczą. My im często zazdrościmy. Ta prostota nam pomagała, no bo skoro chłopaki mówią, że tu będzie ich pokój, to musi być.

 

 

Wydaje się, że niepełnosprawność nie ma nic wspólnego ze start-upem, bo start-up to rozwój a niepełnosprawność to wyłącznie ograniczenia.

Ich życie ogólnie jest skazane na porażkę, ale oni pokazują w bardzo prosty sposób, że każdy dzień to start-up. Budzą się, już są zafascynowani i ciekawi, co się dzisiaj wydarzy. Chwytają życie bez lęku. Czasem ich lęk jest ukryty, wynika z tego, co przeszli. Na przykład kiedy ja czy Tymka wsiadamy do samochodu, Jarek, nasz podopieczny boi się, że nie wrócimy. To absurdalne, ale tak się dzieje. A z drugiej strony cieszy się na widok kogoś, kto go kocha, kto pójdzie na spacer. Nieraz myślę, że mogłoby im się nie chcieć wstać, bo jest im ciężej. Na przykład Damian, dla którego każdy krok jest trudny, wstaje i nigdy nie marudzi, że ciężko mu się chodzi. Dla nich każdy dzień jest start-upem.

 

Może właśnie tego powinniśmy się od nich uczyć?

Myślę że tak. Że każdy dzień jest wyzwaniem. To nie jest tak, że co dziesięć czy pięć lat musi się zdarzyć coś nowego, ale każdego dnia może pojawić się coś nowego w relacji z człowiekiem, w przyrodzie. Oni nas tego uczą. Są tak skonstruowani, że prościej już chyba nie można. Myślę, że Pan Bóg bardzo ich ceni. Chyba dlatego chciał, żebyśmy byli jak dzieci w przyjmowaniu Jego miłości i w relacji do innych. Bo w życiu dziecka prawie codziennie coś się zmienia: a to nowy ząbek wyjdzie, a to pozna nowe słowo. Fajnie, gdyby nasze życie codziennie było czymś nowym.

 

Siostra Eliza Myk

Siostra Eliza Myk

Zobacz inne artykuły tego autora >
Judyta Syrek

Judyta Syrek

Manager ds PR i z-ca redaktora naczelnego portalu. Autorka popularnych książek takich jak: „Kobieta, boska tajemnica”, „Sekrety mnichów” (wyróżniona nagrodą Fenix w 2007 r.), „Uwierzcie w koniec świata”, czy „Nie bój się żyć”. Współprowadzi program w TVP1 z o. Leonem Knabitem OSB "Sekrety mnichów. Ojca Leona przepis na udane życie".

Zobacz inne artykuły tego autora >
Siostra Eliza Myk
Siostra Eliza
Myk
zobacz artykuly tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >