video-jav.net
ROZMOWY

Bóg jest moim partnerem biznesowym

O boskim coachingu, prowadzeniu biznesu pod Bożą opieką i w zgodzie z wartościami opowiada Małgorzata Dąbrowska - właścicielka m.in. “Boskiego Biznesu” i mama 4 dzieci, zaangażowana w duszpasterstwo przedsiębiorców Talent.

Małgorzata
Dąbrowska
zobacz artykuly tego autora >
Anna Wojtas
Anna
Wojtas
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Jak Pani trafiła do duszpasterstwa przedsiębiorców? Łączenie biznesu z wiarą nie wydaje się wcale tak częste…

– A dla mnie to oczywiste, normalne, podstawowe! Z duszpasterstwem przedsiębiorców „Talent” jestem związana ponad 12 lat a zaczęło się w zasadzie od kryzysu małżeńskiego, gdy szukałam jakiegoś miejsca, gdzie będzie można o tym porozmawiać. Zobaczyłam w parafii plakat, że są rekolekcje dla małżeństw i byłam też przekonana, że to jest jedyne miejsce, gdzie może uda mi się zabrać mojego męża, ponieważ były to rekolekcje z duszpasterstwem przedsiębiorców.
Oboje, i mąż i ja, prowadziliśmy już wtedy działalność gospodarczą. Na rekolekcjach spotkaliśmy ludzi o podobnych zainteresowaniach, a małżeństwo, które je prowadziło też miało czwórkę dzieci jak my. Pomyślałam, że jest nadzieja, że będzie można po Bożemu porozmawiać o tych wszystkich obszarach naszego życia, które są dla nas ważne: rodzina, małżeństwo, praca. I tak się trzymam tego duszpasterstwa do dziś! Choć pierwszy moment był taki: a nie wiem…? Ale potem wrosłam w to środowisko.

 

Jak udaje się Pani w codzienności biznesowej praktykować wartości? Zaufanie Bogu, uczciwość?

Dzisiaj to jest już dla mnie bardzo łatwe. Dwa lata temu odeszłam z korporacji, ale kiedy tam jeszcze byłam zawsze się przyznawałam do tego, że Pan Bóg jest dla mnie ważny. Wydawało mi się, że to dla wszystkich jest oczywiste, że jak zapytamy: kto chce być święty, to każdy podniesie rękę. Okazało się, że to moje przekonanie takie jest a nie innych, więc chwała moim rodzicom za wiarę, którą nam przekazali. Jestem z domu, gdzie wiara była ważna, była oczywistością! Natomiast mój mąż pochodzi z innego domu, gdzie wiara była raczej tradycją.

Dwa lata temu, kiedy odeszłam z korporacji zadałam sobie pytanie: co ja chcę robić? Przyznam, że od dawna moim pragnieniem (z 15 lat wstecz, jak nie więcej) było mówienie prosto o Bogu, że jest dla mnie kimś ważnym i zrobienie jakiegoś „dealu” z Panem Bogiem, że można o Nim mówić, prowadzić biznes i to się da połączyć. W Stanach Zjednoczonych takie biznesy funkcjonują, u nas to jeszcze nowość, dlatego, że większość katolików czy chrześcijan, których spotykam mają zasadę taką: robimy biznes według normalnych zasad rynkowych i jesteśmy katolikami. Jak rośniemy w wierze, to mamy odwagę coraz więcej o tym mówić, powiesić krzyż w firmie, powiedzieć o tym swoim pracownikom.

Ja zawsze podkreślałam, że Pan Bóg jest dla mnie ważny, więc moi ludzie to wiedzieli, czasami się temu przyglądali z boku. Wcześniej, na wszelkich wyjazdach korporacyjnych szukałam kościoła, zaprzyjaźniałam się z ludźmi, z którymi spotykałam się w tym kościele, ale rzeczywiście była nas garstka w stosunku do całej grupy.

Moim pragnieniem było mówić jasno, głośno o Panu Bogu, więc kiedy odeszłam z korporacji, bo zrobiło się tam coraz bardziej niehumanitarnie, coraz szybszy pęd, pojawiły się takie sposoby motywowania pracowników, które budziły mój sprzeciw – zaczęłam sobie zadawać pytanie: Panie Boże co dalej?

Pomyślałam, że chcę pracować jako coach, chcę pomagać, chcę wspierać. Dlaczego? Rozwiązując swoje problemy: biznesowe czy osobiste, szukałam wsparcia u osób, które jasno deklarują się w wartościach. Jak szukałam adwokata, to chciałam, żeby to był człowiek deklarujący się w wartościach. Jak rozmawiałam z coachem, trenerem – moim pragnieniem było znaleźć osoby z wartościami. Nie jest to takie proste!

Pomyślałam „Panie Boże, skoro ja ma takie pragnienie, to pewnie nie jestem w tym jedyna? Rób jak uważasz, ja się deklaruję bardzo jasno, że jestem katoliczką, chrześcijanką, trenerem biznesowym, coachem, mam oczywiście jeszcze inne „klasyczne” biznesy, ale jestem gotowa! I już!”

 

Kobiety są aktywne w biznesie?

Zachęcam kobiety do działania biznesowego, bo często kobiety są wycofane. Ja sama przez wiele lat byłam jedyną kobietą w dębickim klubie biznesu. Wiem, że to dar od Boga, że „dam radę” z mężczyznami i potrafię zabrać głos w tym środowisku. Widziałam, że oni się liczą z moim zdaniem, szanują, również za wyznawane wartości i to mi dodawało odwagi. Zaczęłam organizować spotkania kobiet – najpierw raz w roku u nas, w Dębicy, a potem zaczęły mówić: a może częściej?

Obserwowałam też kobiety, które prowadzą duże spotkania, mentoring i coaching dla kobiet, podziwiam je i bardzo szanuję, ale w tych spotkaniach brakowało mi tego elementu Bożego. Pomyślałam sobie: „Panie Boże, jeśli Twoją wolą jest, żebym motywowała kobiety, do tego żeby działały, żeby się nie bały i żeby się poczuły Twoimi, wybranymi córkami i działały z mocą, to ja jestem chętna być narzędziem w Twoich rękach”.

 

I wtedy powstał „Boski biznes”?

Tak, wtedy powstał. Pierwsze spotkanie odbyło się w Dębicy, moim mieście. A potem przyszła myśl: „Idź dalej!” więc zaczęły się spotkania networkingowe w Rzeszowie i Krakowie a potem już poszło dalej! Okazało się, że dziewczyny chcą takich spotkań.

Na początku było to małe forum kobiet przedsiębiorczych, nie było jeszcze nazwy Boski biznes. A ja zastanawiałam się: mówić – nie mówić tak jasno? Pamiętam jak moja córka, która współpracuje ze mną przy tym projekcie mówi: mamo, ale czy kobiety będą chciały się w tych wartościach tak deklarować? Odpowiedziałam jej: dziecko, tak naprawdę nie mamy czasu, żeby nie głosić Chrystusa. Ja mam swoje lata, nie wiem, ile jest mi dane. Marzy mi się, żeby jasno, prosto mówić: jestem wierząca, zawierzyłam wszystko Panu Bogu, będzie tak jak On chce.

 

Na czym więc polega ten „Boski biznes”?

– Boski biznes są to spotkania dla kobiet przedsiębiorczych, które chcą robić biznes po Bożemu. Spotkania są po to by się wspierać, inspirować i zarażać pozytywną energią. Po to by pomóc rozwinąć skrzydła we własnym biznesie. Po to by się uczyć i rozwijać zarówno siebie jak i swój biznes.

Jasno mówimy, że wierzymy w Boga, zapraszamy go do naszych biznesów, że chcemy działać zgodnie z przepisami i zasadami. Chcemy też modlić się nawzajem za siebie, za nasze biznesy, po prostu zapraszać naszego najwyższego Szefa do nas. Na początku było nieśmiało, ale im dłużej to trwa tym śmielej o tym mówię i mam z tego wielką radość. Dostaję informację zwrotne od uczestniczek spotkań, że tego potrzebują. Ja też tego potrzebuję, że ktoś stanie obok i powie: Bóg jest moim partnerem biznesowym. Z Bogiem mogę wszystko, dlatego obserwuję takie osoby jak Tom Peterson czy Chris Lowney i oddaję Bogu do dyspozycji wszelkie moje talenty.

 

Czego przede wszystkim szukają kobiety na spotkaniach “Boskiego biznesu”?

Kobiety przychodzą na te spotkania, bo potrzebują nawiązywać kontakty i mieć dobre relacje biznesowe. O wiele lepiej robi się interesy z ludźmi, którzy wyznają te same wartości, od razu jest większe zaufanie i otwartość. Oczywiście to nie znaczy, że jesteśmy idealne, ale jest w nas wola robienia biznesu po Bożemu, rozmawiania o własnych słabościach i uczenia się siebie nawzajem. Dzięki spotkaniom powstało już wiele projektów, współpracy, choć też nie obywa się bez trudnych sytuacji, ale uczymy się je rozwiązywać.

 

Co Pani radzi dziewczynom, młodym kobietom, które zastanawiają się co robić w życiu? Mają marzenia, ale się boją.

To naturalne, że się boimy o przyszłość, ale powiem tak: z wielkim Szefem możemy mieć wielkie marzenia. Marzenia są probierzem porządku i szczęścia w naszym życiu, bo ludzie szczęśliwi marzą! Po prostu pozwalają sobie na marzenia. Nie pozwalają sobie na nie ludzie, którzy przeżywają problemy czy kryzysy. Zachęcam więc, żeby marzyć, żeby zaufać Panu Bogu, żeby mówić głośno: mam marzenie! Samo mówienie o tym już powoduje, że coś się dzieje w nas samych, a ludzie, którzy nas słyszą, mogą nas wesprzeć. Wielkim błędem jest nienazwanie swoich marzeń bo chodzi o to, żeby marzenia stały się też, w którymś momencie celami. Może nie zrealizujemy ich w ciągu roku, ale mamy całe życie, żeby się uczyć i wzrastać, poprawiać.
Marzyć! Realizować! I przyjść do nas, bo „Boski biznes” jest w sześciu miastach, dajemy wsparcie! Wszystkim życzę: niech Moc, przed duże M, będzie z wami!

 

Rozmawiała Anna Wojtas

Małgorzata Dąbrowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Wojtas

Anna Wojtas

Zobacz inne artykuły tego autora >
Małgorzata
Dąbrowska
zobacz artykuly tego autora >
Anna Wojtas
Anna
Wojtas
zobacz artykuly tego autora >
ROZMOWY

Dariusz Kowalski: Rodzina uczy kultury

Czego fundamentem może być kultura? Kto jej nas uczy tak naprawdę? Na te i inne pytania odpowiada aktor Dariusz Kowalski, jeden z uczestników konferencji "Kultura fundamentem bezpieczeństwa", która odbędzie się 1 grudnia we Wrocławiu.

Dariusz
Kowalski
zobacz artykuly tego autora >
Karolina Hołownia
Karolina
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Czego fundamentem może być kultura?
Przede wszystkim fundamentem wspólnoty ludzkiej, która rozwija się mając na uwadze wspólne dobro, pielęgnując wspólne – fundamentalne – wartości. Jan Paweł II podkreślał, że nasz naród, narażony na nieustanne ataki sąsiadów, przetrwał właśnie dzięki kulturze, która okazała się silniejsza od ich potęg. Znaczenie słowa „kultura” wywodzi się od łacińskiego terminu oznaczającego uprawę, pielęgnację, dosłownie: „uprawę roli”, można więc powiedzieć, że kultura jest „uprawą”, kształtowaniem ludzkiego ducha czyli – fundamentem człowieczeństwa…

 

Wiara uczy nas miłości do siebie, Boga, bliźniego, a jakie wartości niesie kultura?
Najróżniejsze. Kultura jest emanacją ludzkiego ducha. Jeżeli mówimy, że kultura jest fundamentem człowieczeństwa, to miłość do Boga i bliźniego jest tutaj bardzo ważna. Znów powołam się na mój autorytet – św. Jana Pawła II. Mówił on, że sercem każdej kultury jest stosunek do największej tajemnicy – tajemnicy Boga. Człowiek jako istota wolna może kształtować swego ducha również w oderwaniu od Boga, od Jego prawa, od prawa naturalnego, które jest głęboko wpisane przez Stwórcę w ludzkie serce. Wtedy ludzki duch, wpatrzony w siebie, emanuje wartościami destrukcyjnymi, uderzając w fundamenty człowieczeństwa, tworząc coś, co Jan Paweł II określił jako „cywilizację śmierci”. Kultura może więc tworzyć fundament, ale może też być destruktywna.

 

A jaką rolę pełni rodzina w kulturze?
Uważam, że to rodzina „uczy kultury”. Kształtuje człowieka, buduje potencjał jego ducha, poczucie własnej wartości, daje mocne podstawy bytu, z tą najważniejszą, którą jest miłość. Doświadczenie miłości w rodzinie jest podstawą do wzajemnego poszanowania w relacjach społecznych, uwalnia wszelkie ludzkie talenty, pozwala rozwinąć skrzydła, daje kulturze i społeczeństwu zdrowy bodziec w postaci jednostek uformowanych w poczuciu poszanowania własnej godności i godności innych. Zdrowa rodzina, oparta na wzajemnej miłości ojca i matki, funkcjonuje tak, że wszyscy sobie wzajemnie służą i pomagają w rozwoju.

 

Jeśli więc naród zapomni o swojej kulturze, nie będzie jej pielęgnował, to jakie niesie to za sobą ryzyko?
Takie, że go nie będzie, przestanie istnieć jako odrębna społeczność. Przestanie się wyróżniać, przejmie jakieś obce, narzucone wzorce, cudzą mentalność. Straci swego ducha! Wspomniałem już Jana Pawła II, który mówił, że naród polski przetrwał właśnie dzięki silnie rozwiniętej kulturze.

 

Zdaje się, że chętnie przejmujemy zagraniczne tradycje kulturowe. Dlaczego tak się dzieje? Nie potrafimy się cieszyć własną kulturą?
Myślę, że dzieje się tak, gdy człowiek zostaje oderwany od swoich korzeni. Mówimy dzieciom o przodkach, opowiadamy dzieje rodziny, przekazujemy tradycję. Nie wzięliśmy się znikąd, z mgły… Mamy jakąś historię, przeszłość, wspaniałych przodków, dzięki którym istniejemy jako naród i mamy własne państwo! Jeżeli na jakimś etapie rozwoju ta świadomość korzeni zostaje zaburzona, ulega zaburzeniu również poczucie własnej wartości, przynależności do wspólnoty narodowej. Znikają podstawy do poczucia narodowej dumy, do poczucia wdzięczności za naszą historię. Jeśli ta więź zostaje zerwana, z łatwością przejmujemy wszystko, co tylko wydaje nam się atrakcyjne, bardziej użyteczne, czy nowoczesne. Przestajemy rozumieć braci. Ich przywiązanie do tradycji staje się „nienormalnością…”

 

 

Dariusz Kowalski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Karolina Hołownia

Karolina Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dariusz
Kowalski
zobacz artykuly tego autora >
Karolina Hołownia
Karolina
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >