Nasze projekty

Kapucyni nie zostawią swoich podopiecznych!

„Nie ewakuujemy się. Zostaniemy razem z mieszkańcami Ngaoundaye” - podkreśla misjonarz, ojciec Benedykt Pączka. Polskie MSZ wreszcie wypowiedziało się głośno o możliwości pomocy naszym misjonarzom i misjonarkom pracującym w Republice Środkowoafrykańskiej (RCA). Ministerstwo zaoferowało ewakuację.

Reklama

Nocna napaść muzułmańskiej Seleki na misję w Nagaoundayę na szczęście nie skończyła się tragicznie. Misjonarze mają informacje, że nikt nie zginął. Do miasta wraca względny spokój. O wizycie selekowców świadczą postrzelane domy, wszędzie pełno łusek z wystrzelonej amunicji. Ojciec Benedykt naliczył 7 spalonych budynków. „Baliśmy się. Było ciężko, ale na szczęście nikomu nic się nie stało. To najważniejsze” – mówi nam misjonarz.

 

Nasi misjonarze – Kapucyni i siostry ze Zgromadzenia Służebnic Matki Dobrego Pasterza – od kilku tygodni żyją w ciągłym zagrożeniu. Od wielu dni apelują o pomoc, alarmują o sytuacji. Ale zostali zostawieni sami. Muzułmanie z Seleki mordują, grabią i niszczą.

Reklama
Reklama

 


Kapucyni zostawieni sami sobie. Na pastwę Muzułmanów z Seleki


 

Kapucyni nie zostawią swoich podopiecznych!

Reklama
Reklama

Polskie misje były już napadnięte trzykrotnie. To cud, że nikt z zakonników i sióstr nie zginął i nie odniósł obrażeń. Ale jak długo można prosić, krzyczeć o pomoc, jak długo można mieć takie szczęście…? Dopiero dzisiaj MSZ głośno zapewniło o wsparciu. Jednak pomoc ma polegać tylko na możliwości zorganizowania ewakuacji.

 

Minister Spraw Zagranicznych Radosław Sikorski na twitterze: „Od tygodni stanowczo doradzamy ewakuację. Ale nasi misjonarze wolą zostać ze swoją owczarnią. Co budzi szacunek i obawę”. A rzecznik MSZ uzupełnił krótką wypowiedź szefa resortu spraw zagranicznych: „Jesteśmy w kontakcie z misjonarzami mimo utrudnionej łączności. Oferujemy polskim misjonarzom ewakuację. Według naszej oceny obecnie to jedyny skuteczny sposób, żeby im pomóc. Natomiast ze względu na charakter ich pracy, ich powołania dla nich jest to ostateczność” – powiedział Polskiej Agencji Prasowej rzecznik MSZ Marcin Wojciechowski.

Reklama

 

„Gdy otrzymamy jasny sygnał, że proszą o ewakuację, wtedy wraz z partnerami francuskimi przystąpimy do działania” – dodał. Według niego w kontakcie z misjonarzami jest placówka w Luandzie w Angoli. W poniedziałek w nocy rozmawiał z nimi polski konsul.

 


MSZ: Polacy, uciekajcie z tego kraju!


 

„Od dwóch tygodni nikt z MSZ w Polsce do mnie nie dzwonił, nie kontaktował się ze mną” – podkreśla ojciec Benedykt (wypowiedź z 04.02.2014, godz. 11.). A my od kilku dni na Stacji7.pl i w Radiu Plus informujemy o sytuacji kapucynów. I bez problemu kontaktujemy się z o. Benedyktem, nie mamy z tym trudności: rozmawiamy na FB  i telefonicznie. W chwilach największego zagrożenia, misjonarz wysyła nam smsy. Może to robić o każdej porze dnia i nocy. Taki ustaliliśmy „skomplikowany” system alarmowy.

 

Kapucyni nie zostawią swoich podopiecznych!

Ojciec Benedykt nieustannie obecny jest na FB, informuje tam na bieżąco o sytuacji w misjach i w RCA. Mnóstwo ludzi czyta komunikaty i wspiera misjonarzy oraz misjonarki zwykłymi słowami otuchy i modlitwą. Prawda jest taka, że przez kilka najbardziej gorących tygodni polscy misjonarze czuli się opuszczeni przez „urzędniczą” Polskę. O tym, że MSZ wzywa do natychmiastowej ucieczki z RCA, ojciec Benedykt dowiedział się od nas, a nie z MSZ-tu. Ale już wtedy zadeklarował, że nie mogą opuścić swoich podopiecznych.

 

„Pasterze nie opuszczają swoich owieczek” – mówił jednoznacznie. No i nie opuścili swoich podopiecznych – stu niewidomych,  sierot, ludzi biednych i opuszczonych przez świat. Są z nimi na dobre i na złe.

 


Zagrożone życie polskich misjonarzy


 

Kiedy zjawia się Seleka wszyscy razem uciekają, chronią się w buszu, nocują pod gołym niebem. Jak jest spokojnie – razem wracają do misji, do miasta. Gdy muzułmanie prowadzili polskich misjonarzy, trzymając ich na muszce kałasznikowów – mieszkańcy Ngaoundaye to widzieli. I wiedzieli, że ci kapłani oraz siostry z dalekiej, nieznanej Polski i Włoch, i dwaj Środkowoafrykańczycy, są razem z nimi.

 

„Widzą, że Europejczycy to nie tchórze” – mówi ojciec Benedykt.

 

W misji chronili się wszyscy – chrześcijanie i muzułmanie, którzy chcą zwyczajnie żyć, a nie grabić i mordować. Misjonarze starali się zapewnić, w miarę swoich możliwości, bezpieczeństwo i pomoc Środkowoafrykańczykom, zanim w tym kraju zjawiły się wojska pokojowe. To jest właśnie Misja przez wielkie M! Dlatego Kapucyni, siostry Pasterzanki i świecka wolontariuszka nie opuścili mieszkańców Ngaoundaye, dlatego uparcie siedzą w Bocaranga. Mimo, że wszyscy wiedzą, co za to grozi.

 

Kapucyni nie zostawią swoich podopiecznych!

Selekowcy zabijają mężczyzn i kobiety, wiele kobiet porywają i gwałcą. Z Ngaoundaye do swojego obozu uprowadzili dwie 14-latki. Po to, by je gwałcić. Co mogły czuć siostry, gdy uzbrojona banda muzułmanów wpadła do misji…? Gdy każdą zaciągali do pokoju na przeszukanie… Co mogły czuć te dzielne zakonnice…? To mogą wiedzieć chyba tylko kobiety. A jednak siostry zostały w misji. I jak w takiej sytuacji myśleć o ewakuacji, kiedy wybrać ten właściwy moment? Gdy będzie naprawdę źle, na ewakuację będzie za późno.

 

„Przyślijcie wojsko, patrole. Tu całe miasto, 10 tysięcy ludzi, wystawione jest na pastwę selekowców” – alarmuje od wielu dni ojciec Benedykt. Dyplomata francuski zasugerował misjonarzom, że patroli ani wojska nie będzie. Milicja, która chroni miasto, złożona z mieszkańców uzbrojona jest tylko w noże i maczety, natomiast Seleka ma karabiny maszynowe.

 

„Niedawno selekowcy przejechali dwoma samochodami przez miasto. Z jednego samochodu strzelali na prawo z drugiego na lewo” – mówi nam ojciec Benedykt.

 

Misjonarze czekają. Ich miasto jest na drodze uciekających do Czadu selekowców. Takie luźne bandy są bardzo niebezpieczne. Są bezkarni, uzbrojeni, chcą wrócić do domu z łupami i nie lubią chrześcijan. „Spokój tu zapanuje, jak już wszyscy uciekną przez granicę” – mówi polski kapucyn.

 

Na razie praca misji jest sparaliżowana. Nie ma publicznych mszy – to zbyt niebezpieczne. Wszyscy czekają w nadziei, że wojna przejdzie obok misji. I wciąż są sami…

 

„Dziękuję wszystkim za modlitwę, dziękuję za inicjatywę różańcową. To dla nas bardzo ważne, dzięki temu możemy przetrwać” – powiedział ojciec Benedykt do wszystkich tych, którzy są z nimi.

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę